Ostateczne starcie z Czerwonym Dworem (Jim Butcher, Changes)

Wczoraj był Dzień Blogera. Z tej okazji daruję wam i sobie zaległe recenzje tak zwanej literatury ambitnej, w tym reportaży (jakoś łatwiej i przyjemniej mi się czyta reportaże niż o nich pisze, ciekawe, dlaczego?). W zamian zrobię przyjemność, nie ukrywajmy, głównie sobie, opisując wrażenia z lektury kolejnego tomu jednego z moich ulubionych cykli powieściowych, czyli Akt Dresdena. A przy okazji popsioczę trochę na bezlitosne prawa rynku. Changes to 12 z 15 dotychczas napisanych tomów cyklu. Po ostatnim autor ma dłuższą przerwę, ale może to i lepiej, bo przez lata pisał regularnie, utrzymując naprawdę wysoki poziom. Wiem, że powtarzam to za każdym razem i pewnie jestem już nie tylko nudna, ale i brzmię jak fanatyczna katarynka, niemniej: nie ma drugiego cyklu, który byłby tak dobry tak długo. A przynajmniej ja takiego nie znam. Autor cały czas dokłada coś zarówno do świata przedstawionego, jak i do historii, konsekwentnie udowadniając, że kolejne tomy nie stanowią odcinania kuponów, ale realizację planu, który, przynajmniej w ogólnych zarysach, istniał od samego początku. Jeden jedyny raz, na etapie Drobnej przysługi, miałam wątpliwości w tym względzie, bo, powiedzmy sobie szczerze, choć bardzo dynamiczny, nie wniósł ten tom za wiele nowego. Potem jednak był znakomity Zdrajca (premiera polskiego przekładu 28 lipca 2017 r.), który zaostrzył mój apetyt na ciąg dalszy. Będąc na urlopie, doszłam do wniosku, że nie chce mi się dłużej czekać na polskiego wydawcę, czyli Wydawnictwo MAG, i zabrałam się za lekturę oryginału. Bo polski wydawca ma gdzieś czytelników tego cyklu, który zresztą ma na naszym rynku wybitnego pecha. Pierwszy tom, czyli Front burzowy, ukazał się u nas nakładem Wydawnictwa Amber już w 2004 roku, czyli cztery lata po premierze oryginału. Amber zrobił do cyklu jeszcze drugie podejście, wznawiając go w formacie kieszonkowym od 2006 r. Jednak, za sprawą tragicznego tłumaczenia, nawet ja odpadałam na etapie tomu trzeciego, choć udało im się wydać pięć (premiera Śmiertelnych masek w lipcu 2005 r., zaledwie dwa lata po oryginale). Naprawdę polubiłam bohatera i zaciekawił mnie świat, ale nie da się ukryć, że to, co najlepsze w tej serii, zaczyna się od czwartego tomu. Tłumaczenie trzeciego tak mnie zniechęciło, że za pierwszym podejściem dalej nie dotarłam. I wtedy weszło Wydawnictwo Mag, które w 2011 roku przejęło prawa do cyklu i wydało pierwszy tom w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Porównanie tych dwóch przekładów (z Maga i Amberu) świetnie pokazuje, jak bardzo można książkę skrzywdzić i że każdą krzywdę da się naprawić. Niestety, jakkolwiek jestem wielką fanką talentu translatorskiego PWC, powierzenie mu tego akurat cyklu do tłumaczenia nie okazało się tak doskonałym wyborem, jak mi się pierwotnie wydawało (a zapewne wydawcy również). Nie wiem, jakie dokładnie były powody i czy odpowiadał za to wyłącznie tłumacz, ale przekład piątej części zaliczał sporą obsuwę (trzy pierwsze  ukazały się w ciągu roku, do października 2012, a czwarta w sierpniu 2013) i pojawił się dopiero w październiku 2015, po ponad dwóch latach przerwy, wraz z premierowym na polskim rynku tomem szóstym (przekładu dokonał już Wojciech Szypuła). Nie znam się, rzecz jasna, na biznesie wydawniczym, ale dosyć oczywiste wydaje mi się, że czytelnicy, którzy polubili cykl w poprzednim wydaniu, nie byli do tej pory zainteresowani wznowieniem. Cykl sprzedawał się poniżej oczekiwań i raczej upatrywałabym przyczyny w tej dwuletniej dziurze niż w czymkolwiek innym, ale co ja tam wiem. W porównaniu z paranormalami Cassandry Clare czy tomiszczami Brenta Weeksa to jest na pewno niszowe przedsięwzięcie, podobnie jak większość cykli wartych lektury. W każdym razie w 2016 roku wyszły trzy kolejne tomy, w 2017 roku dwa, a w 2018 nie będzie żadnego. Tymczasem Akta Dresdena są jak serial. Każdy tom czyta się kilka dni. Pokażcie mi człowieka, który będzie cierpliwie czekał na kolejny odcinek (nie sezon) serialu przez dwa lata. Nie znacie? No właśnie. Ja też już nim nie jestem, wyzbyłam się resztek poczucia winy względem wydawcy i zabrałam się za oryginał, bo mogłam.
Nie tylko nie żałuję, bo wbrew moim obawom nie miałam żadnych problemów językowych, również na poziomie znanych mi dotąd jedynie z tłumaczenia nazw własnych, ale i jestem bardzo zadowolona. Lektura uprzyjemniła mi urlop, pozwoliła przetrwać upały i ogólnopolski rekord ciepła, który akurat padł nad morzem (prawie 38 stopni). W warstwie językowej Butcher nie jest trudny, pisze dynamicznie, nawiązania do innych tekstów kultury też raczej udawało mi się identyfikować, tym razem dziwnym trafem były to głównie Gwiezdne Wojny. Changes znakomicie ilustrują przy tym mechanizm, o którym wspominałam na wstępie, gdyż główna oś fabularna stanowi bezpośrednią konsekwencję pojedynku z diukiem Ortegą z Czerwonego Dworu, który Harry stoczył w Śmiertelnych maskach (czyli 7 tomów wcześniej). Nie jest łatwo zabić wampira, zwłaszcza tak potężnego jak Paolo Ortega, i Dresdenowi się nie udało. Zrobił to jednak jego protektor, Ebenezar McCoy. Arianna Ortega, wdowa, odwlekała zemstę do czasu, gdy obok załatwienia prywatnych zaszłości mogła za jej sprawą wzmocnić swoją pozycję w hierarchii Czerwonego Dworu. Jednak posługując się jako zakładnikiem osobą najbliższą Dresdenowi, mówiąc bardzo łagodnie, nie postąpiła rozsądnie. Dla rodziny Harry gotowy jest prawie na wszystko, nawet na odrzucany konsekwentnie przez wiele lat układ z Mab. Jego własna moc nie wystarczy bowiem, by rzucić wyzwanie wierchuszce Czerwonego Dworu w samym sercu jej terytorium, czyli w Meksyku. Zarówno przygotowania, jak i samo starcie, tworzą pasjonującą całość, od której oderwać się podobnie trudno, jak np. od klasycznych przygód Indiany Jonesa. A dodatkowo autor do ostatniej chwili trzyma w rękawie kilka kart atutowych, po wyłożeniu których czytelnik musi zbierać szczękę z podłogi. Niby mimochodem stawia również bohatera w obliczu trudnych decyzji, każąc mu redefiniować w krańcowych okolicznościach rzekomo nienaruszalną hierarchię wartości. Słowem – kwintesencja rozrywkowej fantastyki, a dodatkowo coś więcej. Bardzo gorąco polecam. Cieszę się, że zostały mi jeszcze trzy tomy.
Reklamy

Jedna myśl na temat “Ostateczne starcie z Czerwonym Dworem (Jim Butcher, Changes)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s