Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Reklama

9 myśli na temat “Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

  1. Dziękuję uprzejmie, rozwiałem sobie ostatnie strzępy chęci, żeby po to kiedykolwiek sięgnąć. A w kwestii tego kto i dlaczego chwalił to mam bardzo piękną teorię spiskową 😀 I tylko okładki szkoda, taki pomysł przepadł 😦
    PS. Czy mogłabyś zainstalować gadżecik z wyszukiwarką? Mam u siebie kilka Twoich linków, już nieaktualnych, i chciałem poprawić, ale nic nie mogę znaleźć 😦

    Polubione przez 1 osoba

      1. Okazało się to banalnie proste, ale z poziomu kompa, a nie telefonu.Wyszukiwarka już jest, enjoy! Aczkolwiek uprzedzam lojalnie, że niektóre wpisy po imporcie z Bloxa mają skopane formatowanie. Sukcesywnie poprawiam, ale wolno mi to idzie:(

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s