Rozwodniony koncept (Jakub Ćwiek, Topiel)

topielTydzień się zastanawiałam, czy o tej książce w ogóle pisać. W podjęciu decyzji pomogła mi pełna zachwytów recenzja Marcina Zwierzchowskiego z bieżącego numeru Polityki. Bo to jednak ciekawe, że jakimś cudem przeczytaliśmy dwie zupełnie różne książki. Przy czym u mnie zabrakło nie tylko zachwytów, ale w ogóle jakichkolwiek żywszych emocji. A że te zachwyty dominują w opiniach, to choćby niszowy głos tonujący oczekiwania oceniam jako przydatny dla osób potencjalnie zainteresowanych lekturą.

Jeszcze disclaimer: Jakub Ćwiek pisze od lat, ma na koncie mnóstwo książek i opowiadań w rozmaitych antologiach, głównie fantastycznych, duże grono fanów i bynajmniej niepowszechną w tej gatunkowej niszy ilość dodruków. Z jego dorobku, oprócz części osobnych opowiadań, znam cztery odsłony cyklu Kłamca, które oceniałam w ramach recenzenckich obowiązków dla Wirtualnej Polski. Ciekawy pomysł debiutanta z biegiem lat odjeżdżał w coraz bardziej kuriozalne rejony pod względem fabularnym bez znaczącej poprawy warsztatowej, więc kiedy już nie musiałam, bez żalu sobie autora odpuściłam. Czego innego szukałam w fantastyce, stylistyka Ćwieka to po prostu nie były moje klimaty. Ciekawiło mnie jednak, jak się przez te lata rozwinął i co będzie miał do zaoferowania czytelnikowi po przejściu na kryminalną stronę literackiej barykady. Na Szwindel, pierwszą powieść wydaną w Marginesach, nie zdążyłam się jeszcze zdecydować. Ale złapałam się na peany o Topieli.

Co mamy na czterystu stronach? Inspirowaną w jakimś stopniu faktycznymi przeżyciami autora opowieść o czwórce nastoletnich chłopaków, którzy spędzają lipiec 1997 roku w Głuchołazach, czyli rodzinnym mieście Ćwieka. Nieoczekiwaną wakacyjną atrakcją okazuje się powódź i związane z nią unikatowe doświadczenia: budowanie wałów, roznoszenie paczek z pomocą rzeczową dla poszkodowanych, a dla jednego z bohaterów nawet osobiste spotkanie z premierem. Ale dla Arka, Grześka, Kacpra i Józka równie ważne jest kształtowanie się relacji w ich grupie, budowanie własnego wizerunku w oczach kolegów, jak i jednej wyjątkowo atrakcyjnej koleżanki, i tym podobne dylematy okresu burzy i naporu. Ponadto każdy z chłopców ma swoje specyficzne problemy rodzinne, które autor stopniowo przed nami odsłania. A pojawia się też wątek sensacyjny, ba, w pewnym momencie zaczynają pokotem padać trupy!

Powiecie: to mnóstwo różnorodnego materiału! Powódź daje dramatyzm w skali makro, a wątki osobiste budują postaci chłopców, dają napięcie w skali mikro i sprawiają, że ich interakcje stają się ciekawsze! Czego chcieć więcej?

Niewiele. Chciałabym tylko, żeby mnie to w ogóle obeszło. Tymczasem, mimo zgrabnego połączenia precyzyjnie dobranych składowych (z dodatkiem pieczołowicie oddanych realiów, w tym w kwestii popkultury), Topiel kompletnie ne zaangażowała mnie emocjonalnie, może z drobnym wyjątkiem relacji Kacpra z dziadkiem, które jednak stanowiły wątek poboczny. Dlaczego? Ten tekst nie miał w sobie życia, był jak pieczołowicie zrealizowany plan rozprawki. Elegancko, na trzy. Myślę, że ważny jest tutaj język, a zarazem styl. Autor usiłuje mnie przekonać, że każdy z chłopców jest inny, ale wszyscy mówią (to jeszcze pół biedy) i myślą dokładnie tak samo. Nie ma żadnej indywidualizacji. Styl narracji jest poprawny, wartki, nie boli. W zdaniach się nie grzęźnie, ale i nie ma najmniejszej szansy, żeby człowieka poniosły. Dobra opowieść to taka, która wciąga, pozwala zapomnieć, że obcujemy z fikcją, i uwierzyć, że bohaterowie żyją.

Dla mnie bohaterowie Topieli nie ożyli nawet na sekundę. To jak mnie miały obejść ich dramaty, a nawet jedna prawdziwa tragedia? Nie było takiej możliwości. Nie da się też pominąć faktu, że wątek sensacyjno-kryminalny pojawia się w tekście całkowicie na doczepkę i równie dobrze mogłoby go nie być w ogóle (pewnie wyszłoby to całości na dobre, bo wprowadzające go wstawki tworzą chaotyczne wrażenie).

Osobny problem, który wykryłam już po lekturze, przeglądając inne opinie, to blurb. Sama ich zwykle unikam, bo roją się od spoilerów, ale w tym wypadku wydawca celowo wprowadza potencjalnego  czytelnika w błąd, pisząc o mieszance serialu Stranger Things i prozy Kinga. Tymczasem grozy nie ma tu za grosz. Niezbyt elegancka zahaczka, bo grupka nastolatków to w tym wypadku naprawdę za mało na bardzo atrakcyjny marketingowo wspólny mianownik.

Podsumowując: może i rzeczywiście jest to najlepsza powieść w dorobku Jakuba Ćwieka. Obiektywnie jednak to rzecz zaledwie poprawna, której głównym wyróżnikiem jest nijakość.

6 myśli na temat “Rozwodniony koncept (Jakub Ćwiek, Topiel)

    1. Zgadzam się: pisarz z lepszym warsztatem zrobiłby z tego cudeńko. A tu cała para, cały research – wszystko poszło w gwizdek. Chłopaków, a przede wszystkim Darka, warto by było lepiej napisać od strony psychologicznej, no ale to trzeba mieć dryg do takich, niełatwych w końcu, rzeczy. Szwindla definitywnie nie przekreślam w takim razie.

      Polubienie

  1. Przywoływanie w kontekście tej książki (wciąż jeszcze czytanej, ale już mi niewiele zostało), Kinga i Stranger … jest po prostu nadużyciem. Za to jak mi ta powieść gra na sentymencie. Twój weekend, winka z kolegami, wakacyjne włóczonka po okolicy i nawiązania do popkultury tamtych lat, kurczę, zawsze się na to łapię 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s