Między tobą a mną zieje przepaść (Wojciech Chmielarz, Wyrwa)

wyrwajpgBardzo lubię sposób pisania Wojciecha Chmielarza i od lat intensywnie promuję jego twórczość w gronie znajomych. Na kryminalnym poletku krajowym niewielu może iść z nim w paragon. Po przejściu z Wydawnictwa Czarnego do Marginesów i dużym sukcesie Żmijowiska autor zdecydował się jednak na czasowe (przynajmniej taką mam nadzieję) porzucenie kryminalnej konwencji na rzecz miksu współczesnej powieści psychologiczno-obyczajowej z wątkami sensacyjnymi.

Rana, zdecydowanie najsłabsza powieść w jego dorobku, totalne nieporozumienie ocierające się wręcz o pastisz, nie wróżyła dobrze temu nowemu kierunkowi, mówiąc bardzo łagodnie. Ale powiedzmy, że ciszej już nad tą trumną. Wpadka zdarza się każdemu, nawet jeśli zeszłoroczne zderzenie z Raną było tym bardziej bolesnym, że całkowicie nieoczekiwanym negatywnym zaskoczeniem.

Dlatego do Wyrwy podchodziłam już z dużą ostrożnością, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Byłam pełna najgorszych przeczuć, które jednak rozwiały się już po pierwszym wieczorze lektury – niepostrzeżenie pochłonęłam prawie 1/4 powieści do poduszki, wręcz nie mogąc się od niej oderwać. Odetchnęłam z ulgą, myśląc, że jeden z moich ulubieńców wrócił z dalekiej podróży. Cieszyłam się nieco przedwcześnie. Choć Wyrwa jest powieścią bez porównania lepszą niż Rana, to jednak, niejako zgodnie z tytułem, wewnętrznie przełamaną.

Zaczyna się znakomitym, mocnym studium żałoby i rozpadu małżeństwa. Janina, żona głównego bohatera i narratora Macieja Tomskiego, ginie w wypadku samochodowym, pozostawiając męża z dwiema córeczkami, jedenastoletnią Basią i czteroletnią Iwoną. Bohater jest w szoku, obwinia się o śmierć żony, bo kazał jej szybciej jechać do domu z delegacji. Musi zebrać się na odwagę, by powiedzieć dzieciom, że mama nie wróci do domu, ogarnąć codzienność i formalności związane ze sprowadzeniem ciała do Warszawy i organizacją pogrzebu. Jednocześnie nie przestaje się obsesyjnie zastanawiać, co żona robiła na Mazurach, skoro powiedziała mu, że jedzie na plan serialu kręconego pod Krakowem? A to nie jedyna niewiadoma, pozostałe stawiają zmarłą w jeszcze gorszym świetle, ale nic nie zdradzę, by nie psuć przyjemności z samodzielnego odkrywania fabuły.

W każdym razie brak odpowiedzi doprowadza Maćka do szaleństwa i serii niekoniecznie racjonalnych działań oraz decyzji, których świadkami jesteśmy w drugiej połowie powieści. I to właśnie ta część utrudnia jednolite ocenienie Wyrwy. O ile bowiem samo studium żałoby i opis tego, co, jak i dlaczego popsuło się w związku Janiny i Macieja, udaje się autorowi znakomicie, to już w dalszej, bardziej sensacyjnej części, która Zygmuntowi Miłoszewskiemu skojarzyła się z powieściami Patricii Highsmith, mnóstwo jest życzeniowości, naciągania prawdopodobieństwa pod potrzeby fabuły i kiksów zwyczajnie mało sensownych. Nie da się wejść w szczegóły bez serii bezlitosnych spoilerów, które wam daruję. Mam jednak głębokie wewnętrzne przekonanie, że gdyby zamiast sensacyjnej kameralnej rozgrywki, w której cywile biorą sprawiedliwość we własne ręce i samodzielnie dokonują zemsty, zawierając egzotyczny sojusz, zrobić z tej partii klasyczny kryminał,  całość jedynie by na tym zyskała. I nie, nie jest to recenzja z serii: ja bym lepiej napisała, wiem, co autor miał na myśli. Tak tę opowieść widział, czuł, chciał poprowadzić – jego niezbywalne prawo.

A moim, jako odbiorcy, jest czuć w tej historii silny wewnętrzny zgrzyt, a po lekturze – pewien zawód. Wzmocniony całkowicie zbędnym, efekciarskim twistem wepchniętym w finale. Bo jeśli coś się sprawdziło w Żmijowisku, to nie warto z tego rezygnować. Innymi słowy, czekam na rezygnację Wojciecha Chmielarza z gatunkowych hybryd i jego powrót do klasycznego kryminału, niekoniecznie z Kubą Mortką.

Wyrwa jest niezła, ale tylko tyle.

Polecanka, odradzanka i coś pomiędzy (Zatruty ogród, Dziewięcioro nieznajomych, Śmierć nadeszła wczoraj)

Nie idzie mi ewidentnie czekanie na natchnienie do pisania (choć szczęśliwie z czytaniem nie mam problemów). Zatem – sprawdzonym już wielokrotnie sposobem na przełamanie – postanowiłam zaproponować krótszy tekst łączony.

zatruty_Zaczniemy na rozgrzewkę od czegoś pozytywnego. Zatruty ogród to druga, po Najmroczniejszym sekrecie, przeczytana przeze mnie powieść Alex Marwood. Jest taki, zajechany już poza granicę możliwości, marketingowy slogan – powieść, od której nie sposób się oderwać. Nieczęsto występuje w przyrodzie poza tylnookładkowymi blurbami. To jest jednak jeden z tych rzadkich przypadków.  Przyznam, że początkowo byłam podejrzliwa wobec tej historii. No bo dajcie spokój: masowe samobójstwo członków dziwacznej sekty, które dziwnym trafem przeżywa tylko jedna osoba? Poważnie? Jednak jakimś cudem Marwood udaje się – dzięki zmianie narratorek i grze planami czasowymi oraz naprawdę wiarygodnemu przedstawieniu sposobu myślenia osoby ukształtowanej przez zamkniętą społeczność sekty – zrobić z tego niebezpiecznego motywu samograj. Do zagadki tragedii w sekcie dołącza wielopokoleniowa historia pewnej rodziny, której zasady stały się zalążkiem całego dramatu. Ponownie – gdyby nie sprawność narracyjna i wiarygodność psychologiczna wszystkich postaci (i tych z sekty, i tych z zewnątrz) – Zatruty ogród nie oferowałby niczego fenomenalnego. Tu dostajemy jednak dowód, że choć fabuła jest ważna, to najważniejszy jest warsztat. Jeśli wierzysz w bohaterów i ich rozterki, przeżywasz wydarzenia wraz z nimi, to nie masz czasu ani ochoty patrzeć z boku i szukać ewentualnych niedoróbek. Tak jest z Zatrutym ogrodem – owszem, do wielu zdarzeń można by zgłaszać pretensje pod względem ich wiarygodności. Ale jako całość opowieść wciąga i nie puszcza do samego końca. Jeśli szukacie czegoś, co pozwoli wam zapomnieć na kilka godzin o codzienności, a wręcz całkowicie się z niej wyrwać, to będzie świetny wybór.

dziewiecioro-nieznajomychDla równowagi tytuł, na którym okrutnie się sparzyłam, czego w ogóle się nie spodziewałam. Dziewięcioro nieznajomych to także drugie moje spotkanie z Liane Moriarty. Pierwszym jednak nie były Wielkie kłamstewka (obejrzałam serial), ale bardzo ciekawa i sprawnie napisana powieść obyczajowa Moja wina, twoja wina (polecam z czystym sumieniem). Najnowsza powieść dowodzi, że autorka najwyraźniej padła ofiarą własnego sukcesu – wydawca weźmie od niej wszystko, bo wie, że dzięki sukcesowi serialu tytuł sygnowany jej nazwiskiem sprzeda się na pniu. Dlatego przestrzegam – nie inwestujcie w Dziewięcioro nieznajomych pieniędzy ani czasu, bo skończycie na mocnym minusie. Jest to sprawa przedziwna, że autorka tak biegła w opisywaniu typów ludzkich i interakcji między nimi zdołała stworzyć zgraję idealnie bezbarwnych, nudnych, plastikowych ludzi, a potem zamknęła ich w nietypowym spa na australijskim odludziu, nie umieszczając tam w zasadzie żadnej fabuły (o sensownej nawet nie wspominam, ale stężenie bzdur w wątłym jak moja cierpliwość około dwusetnej kartki łuku fabularnym doprawdy przekracza ludzkie pojęcie!). I mimo wszystko wyprodukowała o niczym ponad 500 stron. Jak by nie patrzeć, jest to jakieś osiągnięcie. Najbardziej nieludzkim elementem opisywanego doświadczenia czytelniczego była nadzieja. Że już za chwileczkę nastąpi zwrot akcji, niezwykła, zaskakująca wolta, która wszystko wynagrodzi i wyjaśni, pozwalając puścić w niepamięć dotychczasową udrękę zmagania się z mizerią miałkiej powieściowej materii. Nadzieja ta nie tylko okazała się płonna. Ona skonała, wijąc się w męczarniach, bo absurdalność finału wbiła jej nóż w plecy. Trzymajcie się z daleka i nie dziękujcie.

smiercA na koniec stara znajoma, czyli Nastia Kamieńska, w kolejnej odsłonie swoich przygód z głównego cyklu kryminalnego Aleksandry Marininy (bo jest jeszcze cykl emerytalny). Tu pewna ciekawostka z kategorii realia polskiego rynku książki: otóż chronologicznie w ramach cyklu Śmierć nadeszła wczoraj stanowi tom 18. A wiecie, kiedy ukazał się u nas po raz pierwszy tom 17, czyli Męskie gry? W 2004 roku, 6 lat przed tomem pierwszym, czyli Kolacją z zabójcą. A fabuła najnowszego tomu, przynajmniej w wątku prywatnym bohaterki, ściśle wiąże się z wydarzeniami z Męskich gier. Przyjemnie, prawda? W każdym razie wątek główny jest niezależny i dotyczy, jak to często u Marininy bywa, wielce skomplikowanego planu tajemniczej organizacji dobroczynnej, w którego tryby wpadają m.in. pewien dziennikarz, deputowana i pisarka, a zarazem żona Stasowa, Tatiana Tomilina. Ta ostatnia postać jest ewidentnie wzorowana na samej autorce, przynajmniej w tym zakresie, że łączy pracę jako śledcza z pisaniem kryminałów pod pseudonimem. Ciekawie więc poczytać, jak Marinina widzi siebie, czy też własne alter ego. Oczywiście Tania jest mądrzejsza i bardziej dojrzała od Nastii, dzięki czemu udaje jej się storpedować wielopiętrowy plan, którego autorzy widzą otyłą literatkę w roli łatwej ofiary. Duża część intrygi bazuje właśnie na tej opozycji charakterów – Anastazja większość powieści spędza we własnej głowie, rozpamiętując w nieskończoność swoje zachowania i decyzje z Męskich gier, a przez swoją zaciętość doprowadza do pierwszego poważnego kryzysu w wieloletnim związku z Loszą Czistiakowem. Podobało mi się bardzo, że Loszka w końcu pokazał trochę pazura, zamiast biernie znosić niemożliwe fochy swojej arcytrudnej wybranki. Wyszło jej to na zdrowie. Intryga mocno wydumana, a i te psychologiczne rozdrapy Nastii irytujące, ale w sumie przeciętny poziom serii (czyli przyzwoity) został zachowany.

Statystyka jest jak pudełko czekoladek (Janina Bąk, Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla)

janina3Jaka jest szansa, że książka o statystyce będzie wciągająca, zabawna, przystępna i tak ciekawa, że po jej przeczytaniu z własnej woli zajrzy się pod wszystkie linki podane w przypisach? Optymistycznie rzecz biorąc, pewnie jedna na milion. Jak jednak świetnie wiedzą czytelnicy Świata Dysku Terry’ego Pratchetta, szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. I książka statystyczki Janiny Bąk, szerzej znanej jako blogerka Janina Daily, nie jest tym dziesiątym przypadkiem.

Kto kiedykolwiek czytał bloga albo wpisy w social mediach Janiny Bąk, ten wie, że posiada ona lekkie pióro i poczucie humoru, a z obu czyni użytek, by opowiadać między innymi o swoim życiu rodzinnym i zawodowym czy komentować rzeczywistość społeczną. Teraz postanowiła opowiedzieć więcej o samej dyscyplinie stanowiącej przedmiot jej naukowych zainteresowań i trochę ją odczarować w powszechnym odbiorze. Statystycznie rzecz biorąc ma czytelnika zapoznać z podstawami statystyki, a jednocześnie go nią zgrabnie oczarować.

I to się udaje, tytuły rozdziałów są zabawne, intrygujące i pozostają w ścisłym związku z ich treścią (Czy na imieniny kupić czekoladki, czy kokainę? albo Dlaczego koń i szop pracz nie dostały doktoratu?), same rozdziały niedługie i konkretne, pojęcia teoretyczne zostają opisane w dowcipny i przystępny sposób oraz zilustrowane niebanalnymi praktycznymi przykładami, w tym m.in. opisami eksperymentów, co bardzo ułatwia zrozumienie. Oprócz tego w narrację wplecione zostają charakterystyczne dla autorki osobiste anegdoty, m.in. z zajęć ze studentami irlandzkiego Trinity College, co, w połączeniu z fenomenalnymi ilustracjami Beaty Smugaj znanej z Lisich Spraw, pozwala w zasadzie zapomnieć, że obcujemy z literaturą naukową. Takich pozycji popularnonaukowych rodzimych autorów mamy zdecydowanie za mało. A, jak widać, można pisać o ważnych rzeczach zarazem zajmująco, zrozumiale i niekoniecznie ze śmiertelną akademicką powagą. Nauka natomiast może przystawać do życia i mieć jakieś praktyczne zastosowanie. Niesamowite.

Osobny akapit wypada poświęcić przypisom, bo stanowią znaczną wartość dodaną, nie tylko ze względu na styl i treść, kojarzące się jednoznacznie właśnie z Pratchettem, ale też dlatego, że często odsyłają czytelnika do dodatkowych materiałów (filmików, wykresów, danych, opisów eksperymentów) w sposób, któremu trudno się oprzeć. Bo kto by nie chciał zobaczyć owcy miziającej prezydenta USA albo sprawdzić, czy spożycie sera koreluje z prawdopodobieństwem zgonu na skutek zaplątania się w kołdrę? No właśnie.

 Warto sięgnąć po Statystycznie rzecz biorąc, bo w tym unikalnym pudełku czekoladek martwy łosoś sąsiaduje z chicagowskimi gangsterami, a biszkoptowy labrador uczy nas prawidłowego wyliczania średniej arytmetycznej. Takie rzeczy tylko u Janiny.

P.S. Kupcie ją. Nie Janinę, tylko książkę o statystyce, którą tak zgrabnie napisała.

Życie i cała reszta (Łukasz Najder, Moja osoba. Eseje i przygody)

najderjpgJakoś trzeba zacząć. No to może przyznam, że lubiłam czytać redaktora inicjującego Najdera ze Zgierza, zanim stało się to modne w tak zwanych szerokich kręgach. Miło się czyta inteligentnych szyderców, którzy nie potrzebują maczety, by swobodnie poruszać się w gąszczu wszelkich kulturalnych kontekstów i odniesień. A jeszcze rzadszą przyjemność stanowi obcowanie z tekstem, którego autor wie, że język to coś więcej, niż tylko narzędzie. I umie postawić przecinek we właściwym miejscu.

Świetnie się zatem bawiłam przy Transmisjach i choć śledziłam publikacje autora w Dwutygodniku czy na łamach Pisma mniej więcej na bieżąco, od pierwszych zapowiedzi wiedziałam, że sięgnę po Moją osobę, która ukazała się 18 marca nakładem Wydawnictwa Czarnego. W skład zbioru wchodzi 14 tekstów, z których 7 było wcześniej publikowanych, choć ich obecne wersje zostały nieco uzupełnione. Dwa z nich macie pod wcześniejszymi linkami, inne łatwo znaleźć, jeśli chcecie się przekonać, czy styl zgierskiego nihilisty wam odpowiada. Przy okazji premiery Rafał Pikuła przeprowadził ciekawy wywiad z autorem, z którego można się m.in. dowiedzieć, że Moja osoba prawdopodobnie nie powstałaby, gdyby nie szeroki czytelniczy odzew na teksty pisane z tytułowej osobistej perspektywy. I coś w tym chyba musi być, bo zawartość wydawnictwa można wyraźnie podzielić właśnie na takie konfesje prywatne oraz przemyślenia społeczno-kulturalne.

Przy czym to teksty z pierwszej grupy: o ojcu, nerwicy lękowej (Mysz, esej zdecydowanie najbardziej intymny, a zarazem najlepszy, którego napisanie zapewne kosztowało wiele, a decyzja o jego publikacji musiała wymagać wielkiej odwagi), letnisku lat dziecinnych, epizodzie z korwinizmem oraz doświadczeniach ze śmiercią – u mnie rezonowały zdecydowanie najmocniej i uważam je za serce czy też literackie mięso zbioru. Choć pisane z indywidualnej perspektywy, poruszają tematy uniwersalne i tworzą dla czytelnika przestrzeń do wspólnego z autorem  przeżywania silnych emocji.

Grupa druga to już raczej zdystansowane analizy, niepozbawione pierwiastka osobistego, niewątpliwie ciekawe i stymulujące intelektualnie, ale jednak do konsumowania bardziej na zimno. Mamy tu między innymi rozważania o ciszy, Ikei jako świątyni współczesnego konsumpcjonizmu, o  dobrowolnej izolacji, czytelnictwie, pracy z domu czy prokastynacji. Z nowych tekstów chyba najciekawszy jest Ten człowieczek już więcej nie może, o białych mężczyznach doprowadzonych do kresu wytrzymałości przez zmieniającą się rzeczywistość, dzięki któremu obejrzałam wreszcie znakomity film Upadek z 1993 roku z Michaelem Douglasem i Robertem Duvallem w rolach zaskakująco podobnych protagonistów.

Niezależnie od indywidualnych preferencji każdy, kto lubi poczytać dobrze napisane, błyskotliwe teksty, znajdzie w Mojej osobie coś dla siebie. Jak to mawia sam autor: zalecam!

Trzy czytadła na pandemię (3 sekundy, Sejf i W labiryncie)

Jako mój wkład do akcji #zostańwdomu proponuję trzy tytuły, które bardzo trudno odłożyć. Przy ich lekturze czas mija niepostrzeżenie, a śledzenie akcji odrywa myśli od różnych rzeczy, na które (poza niewychodzeniem z domu bez potrzeby) i tak nie mamy żadnego realnego wpływu.

sejfPierwszy z nich to przeczytany przeze mnie jeszcze w styczniu Sejf Ryana Gattisa. Powieść nie ma już tak szaleńczej dynamiki jak Miasto gniewu, niemniej jest równie dobra, a jej odmienność wypada uznać za zaletę. Tym razem mamy tylko dwóch narratorów. Jeden to członek gangu narkotykowego współpracujący z policją na zlecenie swojego szefa. Szef nie wie, ze jego podwójny agent stał się potrójnym i planuje zacząć wraz z rodziną nowe życie dzięki programowi ochrony świadków. Drugim jest dawny ćpun, który od dłuższego czasu prowadzi praworządny żywot i nawet zdobył uczciwy fach – rozpruwa sejfy, ale legalnie, między innymi na zlecenie Agencji Antynarkotykowej (DEA). Kiedy jednak dowiaduje się, że jego dni są policzone, postanawia wykorzystać swoje umiejętności w dobrej sprawie – okraść dawnych kamratów, a zdobyte w ten sposób środki przekazać potrzebującym. Całkiem jak Robin Hood! Jak łatwo się domyślić, ścieżki obu narratorów w tych kluczowych dla nich momentach w końcu się przetną, a napięcie będzie można kroić nożem. Może i Miasto gniewu było lepsze, ale Sejfowi nie można nic poważnego zarzucić. Moja wewnętrzna maruda nie była do końca usatysfakcjonowana polskim tłumaczeniem. Poprzednią powieść autora Robert Sudół tłumaczył sam, tę – z (chyba) synem, Jakubem. Dysonans stylistyczny był jak na mój gust trochę zbyt duży.

3 selundyW lutym, dzięki poleceniu Jane Doe, sięgnęłam po 3 sekundy autorstwa duetu, w skład którego wchodzą Anders Roslund i  Börge Hellström. I to był strzał w dziesiątkę. Opowieść o więziennej misji tajnego współpracownika policji, która mimo misternego planowania bardzo szybko i poważnie się skomplikowała, zapewniła mi wiele godzin emocjonującej rozrywki. I nie jest to w żadnym razie wytarty frazes – w tej powieści dzieje się tak dużo i tak szybko, a stawka jest tak wysoka, że naprawdę podczas czytania ma się wrażenie uczestnictwa w emocjonującej grze. Główny bohater, Piet Hoffman, walczy o przetrwanie. Funkcjonariusze instytucji państwa, które zawarły z nim układ i zleciły mu bardzo niebezpieczne zadanie, starają się uchronić przed kompromitacją w oczach opinii publicznej, jaką byłaby jego dekonspiracja. Jest to więc poza warstwą sensacyjną powieść z przesłaniem. Autorzy krytykują system, który pozwala policji oraz innym służbom, w imię poprawy statystyk wykrywalności, prowadzić zakonspirowane działania z wykorzystaniem tajnych współpracowników – przewerbowanych kryminalistów. W swojej drobiazgowo przemyślanej i uwzględniającej wiele aspektów pracy operacyjnej fabule wskazują na oczywiste słabości i niebezpieczeństwa generowane przez tego typu rozwiązania. Jest to zatem, obok niewątpliwych zalet czysto rozrywkowych, swego rodzaju intrygująca ciekawostka. Cykl z Pietem Hoffmanem ma dwie dalsze odsłony, 3 minuty (już na rynku) oraz 3 godziny, których polskie wydanie było planowane na marzec. Jest też film z Joelem Kinnamanem i Rosamund Pike, ale jeszcze nie oglądałam, więc się nie wypowiem, czy warto.

w labiryncieCałkiem niedawno natomiast dosłownie pochłonęłam dzięki rekomendacji Olgi Wróbel z Kurzojadów najnowszą powieść Donato Carrisiego, czyli W labiryncie. Autor Dziewczyny we mgle tym razem opowiada o zaginionej nastolatce, Samancie, która jednak odnajduje się po 15 latach, gdy wszyscy już zdążyli o niej zapomnieć. Tu również mamy dwa główne plany narracyjne. Na pierwszym Sam rozmawia z profilerem, opowiadając mu historię swojego uwięzienia w tytułowym labiryncie i zagadkowego uwolnienia. Na drugim towarzyszymy prywatnemu detektywowi, który 15 lat wcześniej przyjął od zdesperowanych rodziców zaginionej dziewczyny zlecenie na jej poszukiwanie, ale nie zrobił wiele poza zainkasowaniem pokaźnej należności. Teraz, gdy wie, że jego dni są policzone, chce wyrównać karmiczny dług i unieszkodliwić porywacza, by nie znalazł sobie następnej więźniarki. Mimo że intryga jest miejscami aż groteskowa, a kończy się dość bezsensownym twistem (mówiąc bardzo łagodnie), nie da się odmówić Włochowi umiejętności przebiegłego oplatania czytelnika siecią swoich pokrętnych narracyjnych pomysłów. Czyta się dzięki temu bardzo dobrze, nawet jeśli końcówka jest pewnym, pełnym konfuzji, zawodem. Uwaga: choć nic (łącznie z informacją wydawcy i zdecydowaną większością fabuły) na to nie wskazuje, powieść stanowi trzeci –  po ZaklinaczuHipotezie zła – tom cyklu z Milą Vasquez. Zostaliście ostrzeżeni.

Jestem zupełnie nienormalny/Jestem znudzony kapitalnie (Sally Rooney, Normalni ludzie)

normTym razem w pułapkę marketingową wlazłam z pełną świadomością, bo byłam w zeszły piątek strasznie niepocieszona, że Wydawnictwo Mag nie wypuściło e-booka najnowszych Akt Dresdena, czyli Zimnych dni, równo z premierą wersji papierowej. Atakowały mnie zewsząd te peany o drugiej powieści Sally Rooney, pomyślałam, że coś wciągającego, współczesnego i o młodych ludziach przyda mi się dla równowagi po genialnym, ale naprawdę ciężkim Dreamlandzie Sama Quinonesa (o którym mam nadzieję wam napisać, ale muszę nabrać trochę dystansu i może obejrzeć uzupełniająco Farmaceutę na Netfliksie). Myślałam też sobie, że BBC w końcu nie ekranizuje byle czego, a już się zabrali za serial na podstawie. A poza tym,  żeby nie zakłamywać obrazu – miałam do dyspozycji środki na karcie prezentowej Empiku. Czyli hulaj dusza bez kontusza:)

Przyznać trzeba, że wnyki nie zatrzasnęły się w tym przypadku tak boleśnie, jak to się zdarzyło np. z Patrickiem Melrosem, po którym do dziś nie wylizałam ran, choć przeczytałam tylko połowę. Sally Rooney pisze sprawnie, ma doskonałą kontrolę nad opowieścią, której konstrukcja przypomina zmieniające się płynnie serialowe kadry. Zatem scenarzysta BBC w jakimś sensie przyjdzie na gotowe. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem zachwytów nad naturalnością stylu młodej Irlandki, choć do oceny ich adekwatności pewnie trzeba by  było sięgnąć po oryginał. Nie znaczy to bynajmniej, że mam cokolwiek do zarzucenia przekładowi Jerzego Kozłowskiego. Po prostu, język jest całkowicie neutralny, ani opisy, ani partie dialogowe niczym się nie wyróżniają. Nie zawadzają w śledzeniu fabuły, ale i nie skłaniają do zatrzymania się na moment, przemyśleń, o zachwytach poszczególnymi frazami już nawet nie wspominając.

Jest to opowieść o relacji między Connellem i Marianne, która rozpoczyna się, gdy oboje są w liceum, w małym irlandzkim miasteczku Carricklea, a kończy cztery lata później, kiedy studiują w Dublinie. Mama Connella sprząta w domu matki Marianne, ale dzieciaki, choć chodzą do jednej klasy, nie zadają się ze sobą. Marianne, pochodząca z bardzo zamożnej rodziny, jest klasowym pariasem, Connell, wychowywany tylko przez matkę, która urodziła go jako nastolatka – popularnym sportowcem. Całkiem niespodziewanie dla obojga, zaczynają pod koniec szkoły uprawiać seks. Trzymają to jednak w tajemnicy, a Connell na bal maturalny zaprasza zaprasza inną dziewczynę. W Dublinie role ulegają odwróceniu – to Marianne bryluje w towarzystwie, a Connell nie potrafi nawiązać nowych znajomości. Cały czas jednak na siebie wpadają, przyciągają się i odpychają, raniąc się nawzajem, nie potrafiąc się poprawnie komunikować.

Naprawdę nie wiem, za co Rooney okrzyknięto Salingerem epoki Tindera czy Dickensem XXI wieku. O stylu już pisałam. Oboje bohaterowie są antypatyczni, choć każde z innego powodu. Connell jest po prostu bucem, który myśli tylko o sobie, jest niezdolny do autorefleksji, empatii i nie bierze pod uwagę uczuć czy położenia innych osób ani tego, jak jego egoistyczne decyzje mogą na bliskich wpłynąć. Przy czym w ogóle nie wyciąga wniosków z popełnianych błędów, choć deklaruje coś zupełnie innego. Marianne żyje w bańce swojego statusu ekonomicznego, nie zdaje sobie sprawy (ani nie zaprząta sobie głowy) takimi banałami jak konieczność pracy w celu zdobycia środków utrzymania i dachu nad głową. Z powodu nienormalnych relacji rodzinnych uważa, że zasługuje na ból i upokorzenie, sama jednak – czerpiąc perwersyjną przyjemność ze statusu wiecznej ofiary – częstokroć ten ból zadaje, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W pewnym sensie oboje są siebie warci, ale – i to jest chyba ta rewelacyjna rewolucja – ich związek nie może się udać. Dla relacji opartej na tak niezdrowej dynamice to w sumie happy-end.

Czy jednak jest w tej historii coś odkrywczego, zaskakującego, świeżego? Według mnie absolutnie nie. Sprawnie opisane perypetie dwójki dojrzewających ludzi z różnymi rodzajami ran, którzy ostatecznie przekonują się, że cierpienie to za mało na trwały wspólny mianownik. Całkowicie zmarnowana szansa na głębszą refleksję nad tym, jak pochodzenie z różnych warstw społecznych może wpływać na możliwości życiowe. Connell w liceum wprawdzie pracuje na stacji benzynowej, żeby móc kupić samochód, a w markecie pakuje do koszyka najtańsze produkty, natomiast na studiach musi pracować, żeby mieć pieniądze na opłacenie stancji. Szybko jednak zdobywa stypendium, które do końca studiów niweluje problem wyżywienia i zakwaterowania.

W sumie – można przeczytać, wciągnąć się, przyjemnie spędzić czas. Ale już po paru dniach nic znaczącego z tej lektury nie zostaje w głowie. Antypatycznym bohaterom się nie współczuje, dostają to, na co sobie rzetelnie zapracowali.

Smutna ona, smutny on, a taka piękna miłość (Imogen Hermes Gowar, Syrena i pani Hancock)

syrenaPochłonęła mnie ta historia, co było tym bardziej nieoczekiwane, że wcześniej porzuciłam trzy inne pozycje, w tym Krótką historię siedmiu zabójstw Marlona Jamesa (tłumaczył Robert Sudół) i Eksmitowanych Matthew Desmonda w przekładzie Tomasza S. Gałązki. Debiutancka powieść Gowar czekała na swój czas i się doczekała. Dokładnie tego mi było trzeba po serii trudnych i wymagających lektur. Nie znaczy to bynajmniej, że mamy do czynienia z jakąś błahostką, którą można poczytać dla łatwego relaksu. O nie, to po prostu, osadzona w Londynie i okolicach pod koniec XVIII wieku, opowieść o dwójce ludzi, których losy splotło pretekstowo legendarne morskie stworzenie.

Johan Hancock, kupiec i właściciel nieruchomości na wynajem, stracił przed kilkunastoma laty żonę Mary i syna Henry’ego – oboje nie przeżyli porodu. Od tego czasu prowadził samotniczy, wypełniony rutyną żywot, a w wielkim domu w podlondyńskim Deptford towarzyszyły mu tylko nastoletnia siostrzenica Sukie, służąca Bridget i przygarnięta kotka. Oraz cienie utraconych bliskich. Pan Hancock nie zastanawiał się specjalnie nad swoją samotnością, skupiając się całkowicie na pracy, aż do dnia, w którym jeden z jego kapitanów powrócił z rejsu bez statku i towarów, za to z truchłem syreny, które, jak oznajmił, po prostu musiał kupić. W dodatku wydawał się święcie przekonany, że jego zleceniodawca zrobi na egzotycznym trofeum doskonały interes. Chcąc ograniczyć straty, wywołane szalonym wyczynem żeglarza, Hancock wystawia syrenę na pokaz w zaprzyjaźnionym londyńskim zajeździe. Tam znajduje ją znana rajfurka, pani Chappell, i wypożycza za atrakcyjną opłatą, bo bezbłędnie wyczuwa, że syrena rozpali wyobraźnię jej wysoko postawionej klienteli.

By przychylnie usposobić do przedsięwzięcia pana Hancocka, rajfurka zleca opiekę nad nim swojej byłej podopiecznej, Angelice Neal, która właśnie wróciła do Londynu po śmierci opiekuna. Luksusowa kurtyzana nie chce się wyrzec niezależności, ale nie może sobie pozwolić na zrażenie dawnej protektorki, zgadza się zatem zabawić kupca. Choć wieczór w domu uciech kończy się katastrofą, Johan Hancock nie potrafi wyrzucić z myśli zjawiskowej piękności. Ta jednak, niczym postać z jakiegoś mitu, dalsze zaloty obwarowuje niemożliwym do spełnienia warunkiem – żąda kolejnej syreny.

Jest w powieści Gowar ambicja na sporo więcej niż tylko poruszającą (choć w sumie przewidywalną) historię kolei losu dwójki wyrzutków z całkowicie nieprzystających do siebie światów, których łączy głównie nierealność posiadanych aspiracji. No bo kto to widział, żeby handlarz albo dziwka tak sobie wstępowali do wyższych sfer? Na pewno nie londyńska socjeta! To koncept równie dziki, co syrena w kadzi. Ale te ciekawsze wątki, jak dodatkowo utrudniony w kastowym społeczeństwie przez rasizm los czarnoskórych, czy wąskie ramy konwenansów, w jakich mogą się poruszać przyzwoite kobiety, zostają zaledwie zaznaczone i szybko porzucone.

Nie umniejsza to w niczym zalet głównego wątku, tak nietypowo realistycznego w zestawieniu z baśniową syreną, która mu patronuje. Zarówno Johan, jak i Angelica, muszą odebrać trudną lekcję tego, że wyobrażenia o miłości często dzieli przepaść od realnego uczucia, a obiekt teoretycznie odpowiedni nie zawsze okazuje się w praktyce zdatny do wspólnego życia. Troszkę wprawdzie moim zdaniem niepotrzebnie autorka zdecydowała się na urealnienie swojej syreniej metafory w końcowej części historii, puencie jednak ten drobny mankament wdzięku ostatecznie nie odbiera. Przepięknie przetłumaczona przez Annę Dobrzańską i hipnotyzująca jak syreni śpiew opowieść to coś jak znalazł na Dzień Języka Ojczystego. Serdecznie polecam, dajcie się oczarować. Ostatnio podobnie porwał mnie chyba Dżentelmen w Moskwie Amora Towlesa, choć poza niewytłumaczalnym magnetyzmem  absolutnie nic obu tych powieści nie łączy.