Korespondencja o naturze zła (Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver)

kevinWpis w sumie bardziej na wczoraj, choć dzisiaj też mamy refleksyjny dzień.  Powieść przeczytałam jeszcze we wrześniu, ale nie czułam się na sile wtedy o niej sensownie napisać. Miałam potrzebę, by ją jakoś przemyśleć. Złudne przekonanie, że czas ostudzi wyjątkowo silną emocjonalną reakcję, jaką ta nietypowa proza we mnie wywołała. Że pozwoli wyjść poza najbardziej oczywiste banały i ogólniki, które niejako narzucają się same po dotarciu do ostatniej kropki.

A trzeba poza oczywistości wyjść, inaczej pisanie o tym tekście nie ma sensu. Bo w Musimy porozmawiać o Kevinie nie znajdziecie choćby promila banału. Forma, treść, konstrukcja postaci – wszystko jest precyzyjnie pomyślane. Tak, aby zaprzeczyć uzasadnionym oczekiwaniom odbiorcy i kruszyć wszelkie stereotypy. Żeby uwierać. Zmuszać do refleksji. Pokazywać, że bywają scenariusze, których nie da się kontrolować. Takie, które wbrew logice, przeczuciom, znakom – muszą się zrealizować.

Nikogo tu nie będziecie lubili. Nikomu nie będziecie kibicowali. Wszystkie znaczące osoby dramatu ponoszą odpowiedzialność za Czwartek. Nie mogę napisać, o co w tym wszystkim chodzi, bo jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu z 2011 roku, z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym, to zdradzenie najistotniejszych fabularnie wydarzeń ograbi go z możliwości pełnego przeżycia opowieści w sposób przewidziany przez autorkę.

A chronologia i trzymanie przez narratorkę kluczowych kart przy orderach niemalże do samego końca mają dla odbioru Musimy porozmawiać o Kevinie kluczowe znaczenie. Powieść stanowi zbiór listów, pisanych przez Evę, matkę tytułowego Kevina, do męża – Franklina. Szybko można się zorientować, że z tą epistolografią coś jest mocno nie w porządku – Eva pisze niemal codziennie, ale nie dostaje żadnych odpowiedzi. Niby wspomina o separacji, ale, umówmy się, nie jest to zbyt wiarygodne. Podskórnie czujemy niemal od początku, że zaszło tu coś o wiele gorszego. Czwartek (zawsze wielką literą) powraca jak posępny refren, choć w zasadzie jest puentą historii o czymś zupełnie innym.

Eva mimo bardzo trudnego dzieciństwa (wychowywała ją samotnie matka chora na agorafobię, czyli lęk przestrzeni) odniosła w życiu wielki sukces. Od podstaw zbudowała własną firmę, wydawnictwo przewodników turystycznych adresowanych do backpackerów – turystów chcących zwiedzać świat z plecakiem i dysponujących niewielkim budżetem. Miała kochającego męża, Amerykanina w każdym calu. Chciała go uszczęśliwić, a ponadto pozostawić coś po sobie. Dlatego w wieku 37 lat zdecydowała się – mimo licznych wcześniejszych wątpliwości – na macierzyństwo. I tak urodził się Kevin. Syn, który odrzucił ją już w pierwszych sekundach – nie chciał ssać piersi. Potem było tylko gorzej. Krzyczał całymi dniami, kiedy była z nim sama w domu. Wyrósł na postrach niań i przedszkolanek. Zaczął szkodzić wcześniej zgodnemu małżeństwu swoich rodziców, bo Franklin uważał, że Eva demonizuje problemy i po prostu sobie nie radzi. Przede wszystkim z najważniejszym zadaniem matki. Takim, które powinno się wykonywać bez wysiłku – z pokochaniem własnego syna.

Shriver każe Evie opisywać wydarzenia z bezkompromisową wręcz szczerością (której przed Czwartkiem wyraźnie w jej komunikacji z mężem brakowało, co mogło być jedną z przyczyn dramatu). Ale ta szczerość, paradoksalnie, nie działa na korzyść kobiety. Jasne, Eva może się czuć pokrzywdzona tym, że mąż nie zauważa jej cierpień i bezrefleksyjnie bierze stronę syna. Że wybiera ignorowanie coraz bardziej niepokojących faktów.

Eva jednak najczęściej wybiera bierność. Łatwe wyjścia. Przemilczanie. Tłumienie obaw i złych przeczuć. Walkę z synem zamiast próby zrozumienia go. Chce za wszelką cenę ratować małżeństwo, mimo że od pewnego momentu wie, jak wysoka może się owa cena okazać w praktyce.

Niezwykła historia o wielu różnych, nieoczywistych obliczach zła. I takich samych obliczach miłości. Listowna rozmowa Evy z mężem o synu jest spóźniona, ale na lekturę tej znakomitej powieści, wydanej w oryginale w 2003 roku, na szczęście nie jest za późno. Nadróbcie koniecznie!

Niepotrzebny powrót do Gileadu (Margaret Atwood, The Testaments)

thetestamentsWiem, że długo mnie nie było, ale mam dobre usprawiedliwienie, o czym opowiem kiedy indziej. Dziś natomiast, zamiast o wiele trudniejszej pozytywnej, będzie recenzja negatywna – na rozbieg po przerwie, bo czepiać się zawsze łatwiej.

Mówiąc bardziej poważnie, akurat ten tekst krytykuję z ciężkim sercem, bo Opowieść podręcznej, jakkolwiek przeczytałam ją relatywnie niedawno, wywarła na mnie olbrzymie i niezatarte wrażenie. Jeśliby Margaret Atwood miała dostać kiedyś Nobla, to myślę, że głównie za tę powieść. Wielką w pewnym sensie przez swój świadomy ascetyzm, czerpiącą siłę z ograniczonej perspektywy i niedopowiedzeń, z których najważniejsze i oddziałujące najsilniej stanowiło otwarte zakończenie. Epilog przynosił potwierdzenie, że Gilead ostatecznie upadł, ale żadnych informacji o dalszych losach Fredy/June, która wprowadzała nas w to fascynujące i przerażające uniwersum. Resztę trzeba było sobie wymyślić. Między innymi dzięki temu opowieść kobiety w czerwonej sukni i czapce z białymi skrzydłami zostawała z odbiorcą na długo.

A potem przyszedł serial, ze znakomitym pierwszym sezonem, wiernie opartym na książce, choć dopowiadającym co nieco. Niestety, zasłużony sukces produkcji skutkował jej przedłużeniem, zaś drugi, a w szczególności trzeci sezon, mimo ciekawych wątków pobocznych, w głównej osi fabularnej jedynie goniły własny ogon. Nie można było wypuścić June z Gileadu, bo historia by się skończyła, a na to scenarzyści nie chcieli pozwolić. W efekcie dostaliśmy sporo bezsensownych i irytujących wygibasów, natomiast logicznej i trzymającej w napięciu akcji było niewiele.

Myślę, że gdyby nie sukces serialu, The Testaments nigdy by nie powstały. Tak byłoby lepiej. Ale że mamy, co mamy, pora określić, co właściwie mam tytułowym świadectwom do zarzucenia. Atwood przedstawia trzy narracje: pamiętnik pisany w tajemnicy przez wysoką rangą funkcjonariuszkę Gileadu oraz dwa transkrypty zeznań świadków, najprawdopodobniej złożonych podczas procesu przeciwko władzom upadłej republiki. Narratorkami są kobiety, a właściwie jedna kobieta i dwie dziewczynki, bo choć pierwszy świadek jest formalnie dorosły, to nie osiągnął dojrzałości emocjonalnej, wychowując się w zamkniętym gileadzkim systemie, który nie dawał prawa do żadnych własnych decyzji, determinując najdrobniejsze nawet aspekty codzienności, i całkowicie eliminował podmiotowość żeńskich jednostek. Trzecia bohaterka jest najmłodsza i wychowała się poza Gileadem, a trafiła tam, zasadniczo, z tajną misją szpiegowską.

Sądzę, że nie zdradzę żadnej wielkiej tajemnicy, kiedy napiszę, że autorką pamiętnika jest Ciotka Lydia, w którą w serialu wcieliła się fenomenalna Ann Dowd. Trzeci sezon serialu dopowiedział nam nieco więcej o jej biografii sprzed przewrotu, czego Atwood w najnowszej powieści zasadniczo się trzyma, choć dodaje sporo dodatkowych szczegółów. Dotyczą one jednak głównie okresu bezpośrednio po przewrocie oraz czasów, kiedy Ciotki – założycielki wspólnie opracowywały podstawy ideologiczne nowego państwowego systemu. Ta część historii jest ciekawa i napisana z nerwem, bo pokazuje autentyczny prywatny dramat kobiety ze społecznych nizin, która ciężką pracą wyszarpała sobie wysoki status, a teraz może go utracić z dnia na dzień. Nie chce się na to zgodzić, zatem przystępuje do zwycięzców.  Nakazuje jej to nie tyle ambicja, ile prymitywny instynkt przetrwania. Lydia ufa jednak wyłącznie sobie, nie internalizuje konserwatywnych norm nowego porządku, które bezpardonowo narzuca innym. W zasadzie to ich nienawidzi, tak samo jak Komendantów, na których cierpliwie zbiera haki, licząc, że nadejdzie dzień, kiedy będzie mogła je wykorzystać.

Pozostałe dwa świadectwa nie są już niestety tak ciekawe. Raczej rozczarowująco banalne i przewidywalne do bólu. Starsza dziewczyna nazywa się Agnes, co dla uważnego czytelnika i widza jest już wystarczającą wskazówką co do jej faktycznej tożsamości. To Hannah, starsza córka June, bohaterki Opowieści podręcznej, odebrana matce w chwili przewrotu. Opowiada o swoim dorastaniu w Gileadzie, trudnym po śmierci kobiety, którą uważała za matkę, i nastaniu w domu rządów niechętnej jej macochy, o niewytłumaczalnej niechęci do małżeństwa i o drodze ucieczki, jaką udało jej się znaleźć wewnątrz systemu, przy niewielkiej pomocy Ciotki Lydii. Jest – bez swojej winy, wszak dorastała w systemie, w którym indywidualność była niemal przestępstwem – postacią i narratorką skrajnie nieciekawą, naiwną i głupiutką. Można Agnes tylko pożałować, ale kibicować jej i zaangażować się autentycznie w jej losy już nie sposób.

UWAGA, SPOILERY Z SERIALU!

Zapoznając się z drugim zeznaniem, szybko wyzbyłam się wątpliwości co do tego, czy Atwood inkorporowała serialowe wypadki do swojego kanonu. Odpowiedź jest pozytywna, gdyż ta tajemnicza nastolatka, wychowywana w sekrecie w Kanadzie, której rodzice nigdy nie robili zdjęć, to mała Nicole, święty Graal gileadzkiej polityki zagranicznej z trzeciego sezonu i młodsza córka June, rzekomo spłodzona przez Freda Waterforda, a faktycznie przez jego kierowcę i agenta Oczu – Nicka. W finale drugiego sezonu serialu June oddała dziecko podręcznej, która zamiast niej uciekła z Gileadu. Sama została, chcąc uratować także Hannah, co najwyraźniej ostatecznie się nie udało (wspominałam wyżej o nielogicznych kiksach, mających przedłużyć serial za wszelką cenę). W dramatycznych okolicznościach, tuż po swoich szesnastych urodzinach, Nicole odkrywa swoją faktyczną tożsamość i niemal natychmiast zgadza się przeniknąć do Gileadu jako fałszywa konwertytka, w celu odebrania od źródła wywiadowczego opozycyjnej organizacji Mayday materiałów kompromitujących władze republiki. W tym celu przechodzi ekspresowe szkolenie szpiegowskie. Brzmi jak bardzo kiepska i pretekstowa powieść dla młodzieży z Mary Sue na pierwszym planie, prawda? I dokładnie takie jest. A to jest właśnie główna oś intrygi, jaką proponuje czytelnikom Margaret Atwood. Poczekaliśmy 35 lat i córki June obaliły Gilead. Co zostaje opisane na chybcika, pretekstowo i byle jak. No, hura.

Poza częścią Ciotki Lydii, która zdecydowanie ma momenty (i tylko tyle) każące wspominać Opowieść podręcznej, The Testaments stanowią zatem zawód pod każdym możliwym względem. Przynoszą sporo odpowiedzi, ale więcej nimi psują, niż dodają. Kładą się głębokim cieniem  na znakomitej historii, na której otwarcie żerują. I mimo to zostały nagrodzone Bookerem, co jeszcze raz potwierdza, że nagrodowym gremiom nie powinno się ufać.

Nie polecam. Powiem więcej – stanowczo odradzam, jeśli chcecie zachować znakomite wspomnienia po lekturze Opowieści podręcznej w nietkniętym stanie.

Pięć nowych twarzy Jordana (Diabeł w maszynie, Anna Kańtoch)

diabelTrzynaście długich lat przyszło czytelnikom czekać na powrót do Okcytanii i kolejne spotkanie z medykiem i fascynatem demonologii, znanym ze zbiorów opowiadań Diabeł na wieżyZabawki diabła. Autorka wracać do swojego pierwszego uniwersum nie chciała, odbierała to jako krok wstecz, a interesował ją rozwój i podążanie nowymi twórczymi ścieżkami. Ale przyrzekła najwierniejszej fance doktora Jordana, że napisze o nim nowy tekst, kiedy tylko poczuje, że będzie miała coś faktycznie nowego do opowiedzenia.

Cierpliwość popłaca, bo dostaliśmy aż pięć nowych historii (przy czym trzy ukazały się wcześniej: w zbiorze Światy Dantego, w ramach Bookrage i na łamach Nowej Fantastyki), istotnie różniących się od wcześniejszych odsłon cyklu. W Diable na wieży najważniejsze były zagadki, a bohater pozostawał enigmą. W Zabawkach diabła przy okazji śledztw dostaliśmy wgląd w przeszłość i motywacje Domenica, postawionego w centrum. Natomiast Diabeł w maszynie to w pierwszym rzędzie zbiór interesujących literackich eksperymentów – z formą, narracją, konwencją, a przede wszystkim oczekiwaniami czytelnika. Zestawiając najnowszy tom z poprzednimi, łatwo zauważyć, jak długą drogę przeszła Anna Kańtoch jako pisarka, jak dalece udoskonaliła swój warsztat i jak zmieniły się jej zainteresowania. Nadal mamy tu oczywiście satysfakcjonująco rozwiązane zagadki, w tym wyjaśnienie tej najważniejszej, czyli zabójstwa Alais, kuzynki głównego bohatera. Jest magia, tak pod postacią artefaktów, jak i interwencji nieznanych sił (dar jasnowidzenia i jego cena, opisana w Anatomii cudu), a nawet demonów. O wiele istotniejsze staje się jednak, jak opowieść zostaje podana (często forma stanowi klucz do interpretacji), a także – co się dzieje w tle.

Prawda jest bowiem taka, że Domenic Jordan to drugoplanowy bohater Diabła w maszynie, często jedynie obserwator. Czasem wykonawca poleceń. Niekiedy, mimo wszystkich swoich przymiotów, widz, wystrychnięty na dudka wraz z resztą publiczności. Przypada mu zatem podobna rola, co czytelnikowi. Podobnie jak on, bohater odbiera w tym zbiorze kilka gorzkich lekcji perspektywy. Od demona ważniejszy bywa rodzinny dramat, od magicznego artefaktu – wieloletni plan zemsty za czyjąś bezczelność, wyrosłą na gruncie przekonania o bezkarności. Nawet straszliwe i wszechmocne stowarzyszenia, do których trzeba się wkupić skrzywdzeniem niewinnych, ostatecznie zaskakują swoją prawdziwą naturą.

By dostrzec właściwe odpowiedzi, trzeba patrzeć uważnie, bynajmniej nie tylko dlatego, że przeszkodą bywa ciemność katakumb. Nikogo nie powinno się tutaj lekceważyć, bo sprawcą, jak to w dobrym kryminale – może być absolutnie każdy.

Zdecydowanie warto dać się zabrać wszędzie, gdzie oferuje nam dostęp wyobraźnia Anny Kańtoch: do zamku na odludziu, do gorącego Sour, miasta cudów, w zaułki alestrańskiej dzielnicy nędzy, Camboli, pod Alestrę, a nawet w misję rodem z Człowieka w żelaznej masce. Po każdym z tych wypadów zostają unikalne wspomnienia.

P.S. Domenic ma tutaj fana, którego oczywiście spotyka gorzkie rozczarowanie idolem:) Takich smaczków jest mnóstwo. Aż wam zazdroszczę, że wszystkie jeszcze przed wami!

Z sercem i duchem, za to bez magii (Jim Butcher, Ghost Story)

Ghost_Story_ButcherJakoś ostatnio trudno mi się zmobilizować do wpisu. Na przełamanie nie masz zaś jak o Dresdenie pisanie, bo Harry Dresden fajny jest i poziom trzyma nieustannie. Zgodnie z ustanowioną rok temu nową świecką tradycją, w sierpniu sięgnęłam sobie po kolejny tom przygód jedynego maga, którego można znaleźć w książce telefonicznej Chicago, w oryginalnej wersji językowej. Spieszę jednak donieść nieutulonym dotąd w żalu rodzimym fanom Akt Dresdena, że polski wydawca cyklu, czyli MAG, chyba w końcu usłyszał mój głos wołającej na pustyni (bądź znowu pogonił go agent autora, lub też bodźcem okazało się ukończenie przez Butchera Peace Talks, nad którymi prace trwały już od dobrych kilku lat). Mniejsza zresztą o przyczyny – grunt, że jeszcze w tym miesiącu ukażą się u nas Zmiany, które entuzjastycznie polecałam w zeszłym roku, a w październiku właśnie Opowieść o duchach.

Jest więc nadzieja na nowe życie Akt na naszym rynku. Tym przyjemniej jest mi donieść, że w Ghost Story autor po raz kolejny postanowił zaproponować czytelnikom coś świeżego. O ile można tak powiedzieć o nieboszczyku. I tutaj niemożliwy do uniknięcia SPOILER z epilogu Changes.

Tym nieboszczykiem, a zarazem duchem, snującym tytułową opowieść, jest Harry Dresden. Jego duchowa esencja zostaje zawrócona z Drugiej Strony i odesłana do Chicago w dwóch celach: by odkryć tożsamość własnego zabójcy oraz by chronić bliskich Dresdena, bo bez jego interwencji trójka spośród nich poważnie ucierpi. W zasadzie zatem nasz bohater musi robić to, co zwykle. Ale, i w tym całe clou, nie dysponuje tymi samymi narzędziami, co zazwyczaj. Dla przygniatającej większości populacji jest przede wszystkim w swoim obecnym stanie niewidzialny i niesłyszalny. Nie może też niczego dotknąć. Światło słoneczne może go rozpuścić, zatem dni zmuszony jest spędzać w ukryciu (poświęca ten czas na wspominanie swojej przeszłości, co również jest dla czytelnika ciekawe, gdyż te informacje były dotąd racjonowane bardzo skąpo).

By móc podjąć jakiekolwiek działania, w ograniczonym czasie, który otrzymał do dyspozycji, Harry zmuszony jest prosić o pomoc jedynego znanego sobie ektomantę, Mortimera Lindquista. Ta postać pojawiła się najpierw w Upiornym zagrożeniu, a następnie w Martwym rewirze i jak dotąd przez naszego maga postrzegana była zdecydowanie negatywnie, a w najlepszym wypadku lekceważona. Jednak, jak to mówią, punkt widzenia zależy od stanu skupienia. Teraz Morty jest dla Dresdena jedyną szansą na kontakt ze światem zewnętrznym. Jako duch, mag może dostrzec nie tylko ogrom potencjału pogardzanego wcześniej człowieka, ale i skalę jego działań w duchowym świecie Chicago. Jest to zatem podwójnie ciekawe posunięcie ze strony autora, który ponownie poszerza swoje uniwersum o kolejny wymiar, rządzony własnymi prawami, zamieszkany przez duchy o różnej mocy i intencjach, a swojemu zarozumiałemu protagoniście daje prztyczka w dumnie zadarty nos i materiał do przemyśleń.

Dodatkowo od zgonu Dresdena do powrotu jego ducha do miasta upłynęło pół roku. Dzięki temu możemy obserwować, jak jego bliscy uporali się (bądź nadal zmagają się) z żałobą. W szerszym wymiarze brak Strażnika o potężnej mocy naraził natomiast jego osierocone miasto na atak dotąd onieśmielonych potęg, który, oczywiście, będzie musiał zostać odparty. Przy współudziale duchowym naszego bohatera. Dresden nie może posługiwać się magią. Musi posłużyć się sprytem. Bez ciała nie czuje gniewu. Może przemyśleć swoje posunięcia. Jest to, paradoksalnie, bardzo ożywcza odmiana.

Zdecydowanie zatem polecam kolejną odsłonę Akt Dresdena. Pozycja najlepszego cyklu urban fantasy została utrzymana.

Może i shitshow, ale warto popatrzeć (Charlie LeDuff, Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje)

shitshowPo znakomitym Detroit. Sekcji zwłok Ameryki wiedziałam, że rzucę się na każdą kolejną książkę LeDuffa. Pochłonęłam Shitshow! błyskawicznie, choć nie bezrefleksyjnie, ale nie byłam w stanie jednoznacznie go ocenić. Bezpośrednio po lekturze miałam dużo sprzecznych odczuć, z przewagą tych negatywnych. Szczerze przyznam, że nowy zbiór amerykańskich migawek wydawał mi się sporo gorszy niż Detroit, choć miałam problem z solidnym, merytorycznym, oderwanym od odbioru czysto emocjonalnego uzasadnieniem swojego stanowiska. Innymi słowy, sama do końca nie wiedziałam, co mi się nie podoba, choć nie podobało mi się zdecydowanie. To jednak było zbyt mało, by pisać o tej książce na gorąco.

Po nieco ponad miesiącu najbardziej pamiętam z niej obrazy: ponury zimowy parking, opustoszałe osiedle przyczep, imigrantów usiłujących forsować granicę przez rzekę, zdjęcie czarnego chłopca, białego funkcjonariusza i psa czy faceta, który trzymał w lodówce wiewiórcze mięso. No i dzieciaki z zębami zabarwionymi cool-aidem (napojem z proszku, do którego oprócz wody trzeba dodać także cukier), bo woda bez niego nie nadawała się do picia – ostatecznie, wbrew zapewnieniom władz, a zgodnie z twierdzeniami mieszkańców, woda okazała się trująca.

Obrazy to pozornie mało, ale jednak są mocne i za każdym z nich idzie refleksja o biedzie, bezrobociu, rasizmie czy niewydolności systemu. I chyba na tym polega metoda, którą LeDuff przyjął tym razem. Jest ze swej natury telewizyjna, właśnie migawkowa, sensacyjna (gdy Detroit było pieczołowicie poskładaną mozaiką, mającą przybliżyć rozmaite problemy miasta i regionu). Z tych wyrazistych ujęć wyłania się nie jedno miasto, ale cały kraj. Taki, jaki rzadko widzimy w filmach i serialach, a zatem rzadko sobie wyobrażamy. Ale żyje w nim na co dzień zdecydowana większość Amerykanów. LeDuff przybliża część powodów, dla których ta większość zagłosowała na Donalda Trumpa. I stwierdza, że dla niego wynik wyborów prezydenckich nie był zaskoczeniem.  Jasne, dokonana przez LeDuffa selekcja jest tendencyjna, podobnie jak jego opisy niektórych zjawisk. Ma to podkręcić wymowę i siłę rażenia całości. No a reporter, kiedy tylko może, jest po stronie swoich bohaterów, a przeciwko państwu czy lokalnym władzom.

Szczerze przyznam, że zawsze mi się wydawało, że LeDuff ma poglądy lewicowe lub  anarchistyczne. I jakoś nie mogło mi się pomieścić w głowie, że przez trzy lata jeździł po kraju i kręcił program Amerykanie dla Fox News. Chciał, jak sam twierdzi, pokazać amerykańskie życie od podszewki. Ale mimo wszystko z tezą – Ameryka w ruinie. Choć się od tego odżegnuje, dołożył pewnie tym samym kilka cegiełek do fundamentów wyborczego zwycięstwa Trumpa, jakie postawił jego pracodawca, Roger Ailes. Dlatego uważam, że warto tę książkę przeczytać, i to zdecydowanie, bo jest w niej sporo prawdy. Odkłamuje amerykański sen, pokazując, że często jest to koszmar. Ale trzeba ją czytać krytycznie.

P.S. Jako lekturę uzupełniającą polecam wywiad z autorem z Wyborczej. I drugi, z Krytyki  Politycznej. Można tu zobaczyć, że sam Charlie w dużym stopniu jest swego rodzaju kreacją. Ale nic w tym dziwnego ani złego. Po prostu zjadł zęby na branży medialnej i wie, jak ona działa.

Lato z kryminałem 2019 (1): Najwyższa sprawiedliwość, Błękit błyskawicy i Sprawiedliwy oprawca

najwCzyli kolejne odsłony cykli o Sebastianie Bergmanie, Jimmy’m (wydaje mi się, że tu powinien być apostrof, ale pewności nie mam) Perezie i Nasti Kamieńskiej. Było, cóż, rozmaicie.

Jeśli chodzi o Hjortha i Rosenfeldta, po tragicznym wręcz Oblanym teście podchodziłam do kolejnego tomu ich cyklu o bufonowatym psychologu z traumą jak pies do jeża. Ale był czerwiec, upał, a zaufana osoba stwierdziła, że dobrze się to czyta, więc uznałam, że dam im jeszcze jedną szansę. W końcu jeden z nich jest scenarzystą genialnego Mostu nad Sundem, a każdy może mieć słabszy moment!  Istotnie było sporo lepiej niż poprzednio, ale, powiedzmy sobie szczerze, zaliczenie poprzeczki leżącej na ziemi nie nastręcza trudności. A i tak autorom udało się w finałowej partii mocno o nią potknąć. W czym rzecz? Tym razem intryga koncentruje się na serii napaści na tle seksualnym na grupę kobiet, których nic nie łączy. Tak przynajmniej twierdzą i takie założenie początkowo przyjmują śledczy. Kiedy jednak napastnik powraca, by zgwałcić ofiary ponownie, ich prawdomówność co do braku powiązań zaczyna budzić poważne wątpliwości. Istotnie, łączy je mroczna tajemnica z przeszłości, która obecnie ściągnęła na nie specyficzną zemstę.

Co w teorii wygląda ciekawie i w jakimś sensie wpisuje się w wiecznie żywą w naszym kraju debatę pro life/pro choice, kończy się, niestety, groteskowym cliffhangerem, co do którego pozostaje mieć nadzieję, że autorzy nie pociągną wątku w zasugerowanym w finale bardzo dobitnie kierunku. Weszłabym w szczegóły, jakkolwiek są w wysokim stopniu żenujące, gdyby nie był to zarazem gigantyczny spoiler.

Ale poza głównym wątkiem mamy jeszcze prywatne dramy naszych bohaterów, czyli serial w odcinkach. Vanja cały czas ucieka przed Sebastianem, a ten nieustannie podejmuje próby odbudowania ich relacji. Ursula szuka prywatnego szczęścia, Billy, który zaczynał jako całkiem sympatyczny młodzieniec, coraz mocniej pogrąża się w psychoseksualnej dewiacji (czego cały tabun współpracujących z nim światowej klasy specjalistów dogodnie nie zauważa!). Jeden Torkel szczęście znalazł i wszystko wskazuje na to, że mimo starań Sebastiana chyba je zachowa.

Podsumowując, nie sądzę, żeby to mój gust tak radykalnie się zmienił w ciągu marnych paru lat przygody z tym cyklem. Jest znacznie słabiej niż w Grobie w górach czy Niemowie. Nie polecam, szkoda waszego czasu.

blekitNa Błękit błyskawicy Ann Cleeves czekałam z ciekawością, bo polubiłam regularne wycieczki na Szetlandy, nawet jeśli poprzednia Czerwień kości podobała mi się z trzech odsłon kwartetu najmniej. Niestety, tym razem nie jest lepiej, a nawet muszę ze smutkiem powiedzieć, że mam autorce mocno za złe tanie efekciarstwo, do jakiego posunęła się w finale. Byłby to może jeszcze krok w jakiś sposób zrozumiały, gdyby cykl na tym się zakończył. Ale w świetle faktu, że są jeszcze cztery części, bardzo taka decyzja rozczarowuje. I znów – nie mogę napisać, o jakie rozwiązanie konkretnie chodzi, bo byłby to niewybaczalny spoiler. Ale już nawet abstrahując od czysto subiektywnych czytelniczych skarg i zażaleń, także obiektywnie oceniana historia zabójstwa miejscowej celebrytki na rodzinnej wyspie Pereza, odciętej od świata przez warunki atmosferyczne, specjalnie porywająca nie jest. Przy czym nie oczekuję bynajmniej od kwartetu szetlandzkiego jakiejś niesamowitej dynamiki, bo to nie cykl tego typu. Niemniej, śledztwo, czy też pseudośledztwo, toczy się tym razem, nawet jak na jego dotychczasowe standardy, wyjątkowo opornie. A dodatkowe atrakcje w postaci bliższego przedstawienia Fair Isle i rodziny Jimmy’ego (który przybył przedstawić rodzicom narzeczoną) jakoś tego nie wyrównują. Mimo solidnie zrealizowanego wariantu tajemnicy zamkniętego pokoju całość oceniam zatem zaledwie przeciętnie. Z dodatkowym sporym subiektywnym minusem za finał.

sprawPo dwóch zawodach wzięła i jeszcze się dobiła Marininą, powiecie w tym momencie. Aż tak źle nie było, bo sięgnęłam po Sprawiedliwego oprawcę, część głównego, a nie emerytalnego cyklu o przygodach pani major Kamieńskiej. Ale żebym trafiła fenomenalnie, tego też, niestety, powiedzieć nie mogę. Po pierwsze – dużo metamorfoz Anastazji, czego organicznie nie znoszę. Za to mało tła społeczno-obyczajowego (które w tym cyklu cenię najwyżej). Ponadto rozbudowana intryga polityczna z walkami służb (co mi zazwyczaj nie przeszkadza). Niestety, także wątek fantastyczny, wprawdzie nie tak tragiczny, jak to już w całkiem niedawnych częściach cyklu bywało, ale kluczowy i w sumie słabo wiarygodny (hipnoza jako narzędzie zbrodni). Mimo wszystko z trzech omawianych tytułów ten oceniam najlepiej, bo jednak w tle są jednostkowe biografie, a w tym Marinina jest dobra.

P.S. A teraz czytam sobie Ogniem i mieczem i jestem w czytelniczym raju!

P.S. 2 Blog ma od niedawna stronę na fejsbuku – można polubić, odnośnik na samym dole w prawej szpalcie. Pojawiają się tam treści dodatkowe, jak na razie głównie refleksje o serialach.

Jest miłość trudna (Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Jesmyn Ward)

spiewajKolejna z serii lektur o trudnych relacjach rodzinnych. I z tych, z pisaniem o których musiałam poczekać. Podczas czytania byłam nią wręcz zahipnotyzowana, ale pod koniec coś mi zaczęło zgrzytać. Ostatecznie wizja autorki pozostawiła mnie trochę rozdartą, bo choć zwykle nie przeszkadza mi element fantastyczny (często wręcz stanowi niebagatelną wartość dodaną), a tutaj wydawał się on, przynajmniej początkowo, zgrabnie zakomponowany, stanowiąc integralną część opowieści o historii rodziny i regionu, to w pewnym momencie Ward trochę pomieszała porządki i posunęła się odrobinę za daleko. Psując coś bardzo dobrego, zupełnie niepotrzebnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że to niezwykła, świetnie napisana (takoż przełożona na polski przez Jędrzeja Polaka, a język ma tu naprawdę niebagatelne znaczenie) i bardzo poruszająca historia o desperackim poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, na którą chciałabym mimo pewnych zastrzeżeń zwrócić waszą uwagę. Stabilizacji desperacko pragnie trzynastoletni Jojo, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i już dawno przestał liczyć na to, że otrzyma ją od swoich biologicznych rodziców, Leonie i Michaela. Tatką i Mamcią nazywa dziadków ze strony matki, którzy go wychowali. A sam czuje się odpowiedzialny za swoją młodszą siostrzyczkę, Kaylę, dla której stanowi centrum świata. Rutyna codzienności w pełni mu odpowiada, zostaje jednak zachwiana. Najpierw ciężką chorobą Mamci, a następnie zapowiadanym wyjściem z więzienia jego ojca, Michaela. Leonie w rzadkim przypływie uczuć rodzinnych decyduje, że wszyscy – także Jojo i Kayla – pojadą go odebrać z więzienia w Parchman.

Zmagania Leonie, która jest drugą, obok Jojo, narratorką powieści, także zostają opisane bardzo sugestywnie. W pierwszym odruchu (a także drugim i trzecim, mówiąc zupełnie szczerze) czytelnikowi łatwo ją potępić. Zasługuje na to: jest egoistką, osobą nieodpowiedzialną, zaniedbującą dzieci i skupioną wyłącznie na własnych potrzebach. Dodatkowo także narkomanką, co pcha ją do zachowań nieprzeciętnie ryzykownych. Ale Ward nie da nam komfortu zaszufladkowania Leonie, pokaże także przyczyny, dla których się taka stała – przede wszystkim tragiczną utratę starszego brata, Danego. Po tym zdarzeniu miłość Michaela (także niełatwa, bo międzyrasowa, nieakceptowana przez białych rodziców chłopaka) utrzymała dziewczynę przy życiu. Nie starczyło jej już jednak sił na miłość i troskę o kogoś innego, nawet własne dzieci, a pierwsza ciąża uniemożliwiła ukończenie edukacji. Jak to podsumowała jej własna matka w rozmowie z wnukiem:

nie wiem, czy to przeze mnie, czy przez coś, co Leonie ma w sobie. Ale brakuje jej instynktu macierzyńskiego. Wiedziałam o tym, odkąd się urodziłeś, odkąd poszliśmy we troje na zakupy i Leonie kupiła sobie coś do zjedzenia i zjadła to na twoich oczach, chociaż płakałeś z głodu. Od tamtej pory wiedziałam. […] Ona nigdy cię nie nakarmi.

Jest i trzecia warstwa tej historii, opowieść o Tatce. Wielkim, milczącym mężczyźnie, opoce rodziny, człowieku cichym i zasadniczym. Korzenie tej opowieści, którą Jojo poznawał przez całe życie w chaotycznych urywkach, tkwią w więzieniu Parchman, gdzie Tatko trafił, kiedy był niewiele starszy niż Jojo, i musiał pracować ponad siły, walcząc o przetrwanie na każdym kroku. Gdy wyszedł, za wszelką cenę starał się zapomnieć, ale pewne uczynki nie chcą pozostać pogrzebane.

Na każdym z planów jest to także opowieść o brutalnym rasizmie głębokiego Południa. Więzienne losy Tatki, śmierć Danego, konflikt między Michaelem a jego rodzicami: wszystko determinowane jest przez kolor skóry – oczywiście czarny. To on, a nie rodzinny dar słyszenia żywych i umarłych, jest podstawowym, choć niezawinionym przekleństwem wszystkich (z wyjątkiem Michaela) bohaterów opowieści. Niby z pokolenia na pokolenie czarnym żyje się w Missisipi coraz lepiej, a jednak nadal kolor może kosztować ich życie. W przenośni, obejmującej po prostu gorsze perspektywy, oraz zupełnie dosłownie.

Po przeczytaniu zajrzałam do blurba i zobaczyłam, że książkę polecają Margaret Atwood i Marlon James. Świetnie rozumiem, co ich w niej urzekło i dlaczego tę powieść nagrodzono National Book Award 2017, nawet jeśli autorka ostatecznie za bardzo ożywiła swoje duchy.

Przekonajcie się i wy.