Z sercem i duchem, za to bez magii (Jim Butcher, Ghost Story)

Ghost_Story_ButcherJakoś ostatnio trudno mi się zmobilizować do wpisu. Na przełamanie nie masz zaś jak o Dresdenie pisanie, bo Harry Dresden fajny jest i poziom trzyma nieustannie. Zgodnie z ustanowioną rok temu nową świecką tradycją, w sierpniu sięgnęłam sobie po kolejny tom przygód jedynego maga, którego można znaleźć w książce telefonicznej Chicago, w oryginalnej wersji językowej. Spieszę jednak donieść nieutulonym dotąd w żalu rodzimym fanom Akt Dresdena, że polski wydawca cyklu, czyli MAG, chyba w końcu usłyszał mój głos wołającej na pustyni (bądź znowu pogonił go agent autora, lub też bodźcem okazało się ukończenie przez Butchera Peace Talks, nad którymi prace trwały już od dobrych kilku lat). Mniejsza zresztą o przyczyny – grunt, że jeszcze w tym miesiącu ukażą się u nas Zmiany, które entuzjastycznie polecałam w zeszłym roku, a w październiku właśnie Opowieść o duchach.

Jest więc nadzieja na nowe życie Akt na naszym rynku. Tym przyjemniej jest mi donieść, że w Ghost Story autor po raz kolejny postanowił zaproponować czytelnikom coś świeżego. O ile można tak powiedzieć o nieboszczyku. I tutaj niemożliwy do uniknięcia SPOILER z epilogu Changes.

Tym nieboszczykiem, a zarazem duchem, snującym tytułową opowieść, jest Harry Dresden. Jego duchowa esencja zostaje zawrócona z Drugiej Strony i odesłana do Chicago w dwóch celach: by odkryć tożsamość własnego zabójcy oraz by chronić bliskich Dresdena, bo bez jego interwencji trójka spośród nich poważnie ucierpi. W zasadzie zatem nasz bohater musi robić to, co zwykle. Ale, i w tym całe clou, nie dysponuje tymi samymi narzędziami, co zazwyczaj. Dla przygniatającej większości populacji jest przede wszystkim w swoim obecnym stanie niewidzialny i niesłyszalny. Nie może też niczego dotknąć. Światło słoneczne może go rozpuścić, zatem dni zmuszony jest spędzać w ukryciu (poświęca ten czas na wspominanie swojej przeszłości, co również jest dla czytelnika ciekawe, gdyż te informacje były dotąd racjonowane bardzo skąpo).

By móc podjąć jakiekolwiek działania, w ograniczonym czasie, który otrzymał do dyspozycji, Harry zmuszony jest prosić o pomoc jedynego znanego sobie ektomantę, Mortimera Lindquista. Ta postać pojawiła się najpierw w Upiornym zagrożeniu, a następnie w Martwym rewirze i jak dotąd przez naszego maga postrzegana była zdecydowanie negatywnie, a w najlepszym wypadku lekceważona. Jednak, jak to mówią, punkt widzenia zależy od stanu skupienia. Teraz Morty jest dla Dresdena jedyną szansą na kontakt ze światem zewnętrznym. Jako duch, mag może dostrzec nie tylko ogrom potencjału pogardzanego wcześniej człowieka, ale i skalę jego działań w duchowym świecie Chicago. Jest to zatem podwójnie ciekawe posunięcie ze strony autora, który ponownie poszerza swoje uniwersum o kolejny wymiar, rządzony własnymi prawami, zamieszkany przez duchy o różnej mocy i intencjach, a swojemu zarozumiałemu protagoniście daje prztyczka w dumnie zadarty nos i materiał do przemyśleń.

Dodatkowo od zgonu Dresdena do powrotu jego ducha do miasta upłynęło pół roku. Dzięki temu możemy obserwować, jak jego bliscy uporali się (bądź nadal zmagają się) z żałobą. W szerszym wymiarze brak Strażnika o potężnej mocy naraził natomiast jego osierocone miasto na atak dotąd onieśmielonych potęg, który, oczywiście, będzie musiał zostać odparty. Przy współudziale duchowym naszego bohatera. Dresden nie może posługiwać się magią. Musi posłużyć się sprytem. Bez ciała nie czuje gniewu. Może przemyśleć swoje posunięcia. Jest to, paradoksalnie, bardzo ożywcza odmiana.

Zdecydowanie zatem polecam kolejną odsłonę Akt Dresdena. Pozycja najlepszego cyklu urban fantasy została utrzymana.

Reklamy

Może i shitshow, ale warto popatrzeć (Charlie LeDuff, Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje)

shitshowPo znakomitym Detroit. Sekcji zwłok Ameryki wiedziałam, że rzucę się na każdą kolejną książkę LeDuffa. Pochłonęłam Shitshow! błyskawicznie, choć nie bezrefleksyjnie, ale nie byłam w stanie jednoznacznie go ocenić. Bezpośrednio po lekturze miałam dużo sprzecznych odczuć, z przewagą tych negatywnych. Szczerze przyznam, że nowy zbiór amerykańskich migawek wydawał mi się sporo gorszy niż Detroit, choć miałam problem z solidnym, merytorycznym, oderwanym od odbioru czysto emocjonalnego uzasadnieniem swojego stanowiska. Innymi słowy, sama do końca nie wiedziałam, co mi się nie podoba, choć nie podobało mi się zdecydowanie. To jednak było zbyt mało, by pisać o tej książce na gorąco.

Po nieco ponad miesiącu najbardziej pamiętam z niej obrazy: ponury zimowy parking, opustoszałe osiedle przyczep, imigrantów usiłujących forsować granicę przez rzekę, zdjęcie czarnego chłopca, białego funkcjonariusza i psa czy faceta, który trzymał w lodówce wiewiórcze mięso. No i dzieciaki z zębami zabarwionymi cool-aidem (napojem z proszku, do którego oprócz wody trzeba dodać także cukier), bo woda bez niego nie nadawała się do picia – ostatecznie, wbrew zapewnieniom władz, a zgodnie z twierdzeniami mieszkańców, woda okazała się trująca.

Obrazy to pozornie mało, ale jednak są mocne i za każdym z nich idzie refleksja o biedzie, bezrobociu, rasizmie czy niewydolności systemu. I chyba na tym polega metoda, którą LeDuff przyjął tym razem. Jest ze swej natury telewizyjna, właśnie migawkowa, sensacyjna (gdy Detroit było pieczołowicie poskładaną mozaiką, mającą przybliżyć rozmaite problemy miasta i regionu). Z tych wyrazistych ujęć wyłania się nie jedno miasto, ale cały kraj. Taki, jaki rzadko widzimy w filmach i serialach, a zatem rzadko sobie wyobrażamy. Ale żyje w nim na co dzień zdecydowana większość Amerykanów. LeDuff przybliża część powodów, dla których ta większość zagłosowała na Donalda Trumpa. I stwierdza, że dla niego wynik wyborów prezydenckich nie był zaskoczeniem.  Jasne, dokonana przez LeDuffa selekcja jest tendencyjna, podobnie jak jego opisy niektórych zjawisk. Ma to podkręcić wymowę i siłę rażenia całości. No a reporter, kiedy tylko może, jest po stronie swoich bohaterów, a przeciwko państwu czy lokalnym władzom.

Szczerze przyznam, że zawsze mi się wydawało, że LeDuff ma poglądy lewicowe lub  anarchistyczne. I jakoś nie mogło mi się pomieścić w głowie, że przez trzy lata jeździł po kraju i kręcił program Amerykanie dla Fox News. Chciał, jak sam twierdzi, pokazać amerykańskie życie od podszewki. Ale mimo wszystko z tezą – Ameryka w ruinie. Choć się od tego odżegnuje, dołożył pewnie tym samym kilka cegiełek do fundamentów wyborczego zwycięstwa Trumpa, jakie postawił jego pracodawca, Roger Ailes. Dlatego uważam, że warto tę książkę przeczytać, i to zdecydowanie, bo jest w niej sporo prawdy. Odkłamuje amerykański sen, pokazując, że często jest to koszmar. Ale trzeba ją czytać krytycznie.

P.S. Jako lekturę uzupełniającą polecam wywiad z autorem z Wyborczej. I drugi, z Krytyki  Politycznej. Można tu zobaczyć, że sam Charlie w dużym stopniu jest swego rodzaju kreacją. Ale nic w tym dziwnego ani złego. Po prostu zjadł zęby na branży medialnej i wie, jak ona działa.

Lato z kryminałem 2019 (1): Najwyższa sprawiedliwość, Błękit błyskawicy i Sprawiedliwy oprawca

najwCzyli kolejne odsłony cykli o Sebastianie Bergmanie, Jimmy’m (wydaje mi się, że tu powinien być apostrof, ale pewności nie mam) Perezie i Nasti Kamieńskiej. Było, cóż, rozmaicie.

Jeśli chodzi o Hjortha i Rosenfeldta, po tragicznym wręcz Oblanym teście podchodziłam do kolejnego tomu ich cyklu o bufonowatym psychologu z traumą jak pies do jeża. Ale był czerwiec, upał, a zaufana osoba stwierdziła, że dobrze się to czyta, więc uznałam, że dam im jeszcze jedną szansę. W końcu jeden z nich jest scenarzystą genialnego Mostu nad Sundem, a każdy może mieć słabszy moment!  Istotnie było sporo lepiej niż poprzednio, ale, powiedzmy sobie szczerze, zaliczenie poprzeczki leżącej na ziemi nie nastręcza trudności. A i tak autorom udało się w finałowej partii mocno o nią potknąć. W czym rzecz? Tym razem intryga koncentruje się na serii napaści na tle seksualnym na grupę kobiet, których nic nie łączy. Tak przynajmniej twierdzą i takie założenie początkowo przyjmują śledczy. Kiedy jednak napastnik powraca, by zgwałcić ofiary ponownie, ich prawdomówność co do braku powiązań zaczyna budzić poważne wątpliwości. Istotnie, łączy je mroczna tajemnica z przeszłości, która obecnie ściągnęła na nie specyficzną zemstę.

Co w teorii wygląda ciekawie i w jakimś sensie wpisuje się w wiecznie żywą w naszym kraju debatę pro life/pro choice, kończy się, niestety, groteskowym cliffhangerem, co do którego pozostaje mieć nadzieję, że autorzy nie pociągną wątku w zasugerowanym w finale bardzo dobitnie kierunku. Weszłabym w szczegóły, jakkolwiek są w wysokim stopniu żenujące, gdyby nie był to zarazem gigantyczny spoiler.

Ale poza głównym wątkiem mamy jeszcze prywatne dramy naszych bohaterów, czyli serial w odcinkach. Vanja cały czas ucieka przed Sebastianem, a ten nieustannie podejmuje próby odbudowania ich relacji. Ursula szuka prywatnego szczęścia, Billy, który zaczynał jako całkiem sympatyczny młodzieniec, coraz mocniej pogrąża się w psychoseksualnej dewiacji (czego cały tabun współpracujących z nim światowej klasy specjalistów dogodnie nie zauważa!). Jeden Torkel szczęście znalazł i wszystko wskazuje na to, że mimo starań Sebastiana chyba je zachowa.

Podsumowując, nie sądzę, żeby to mój gust tak radykalnie się zmienił w ciągu marnych paru lat przygody z tym cyklem. Jest znacznie słabiej niż w Grobie w górach czy Niemowie. Nie polecam, szkoda waszego czasu.

blekitNa Błękit błyskawicy Ann Cleeves czekałam z ciekawością, bo polubiłam regularne wycieczki na Szetlandy, nawet jeśli poprzednia Czerwień kości podobała mi się z trzech odsłon kwartetu najmniej. Niestety, tym razem nie jest lepiej, a nawet muszę ze smutkiem powiedzieć, że mam autorce mocno za złe tanie efekciarstwo, do jakiego posunęła się w finale. Byłby to może jeszcze krok w jakiś sposób zrozumiały, gdyby cykl na tym się zakończył. Ale w świetle faktu, że są jeszcze cztery części, bardzo taka decyzja rozczarowuje. I znów – nie mogę napisać, o jakie rozwiązanie konkretnie chodzi, bo byłby to niewybaczalny spoiler. Ale już nawet abstrahując od czysto subiektywnych czytelniczych skarg i zażaleń, także obiektywnie oceniana historia zabójstwa miejscowej celebrytki na rodzinnej wyspie Pereza, odciętej od świata przez warunki atmosferyczne, specjalnie porywająca nie jest. Przy czym nie oczekuję bynajmniej od kwartetu szetlandzkiego jakiejś niesamowitej dynamiki, bo to nie cykl tego typu. Niemniej, śledztwo, czy też pseudośledztwo, toczy się tym razem, nawet jak na jego dotychczasowe standardy, wyjątkowo opornie. A dodatkowe atrakcje w postaci bliższego przedstawienia Fair Isle i rodziny Jimmy’ego (który przybył przedstawić rodzicom narzeczoną) jakoś tego nie wyrównują. Mimo solidnie zrealizowanego wariantu tajemnicy zamkniętego pokoju całość oceniam zatem zaledwie przeciętnie. Z dodatkowym sporym subiektywnym minusem za finał.

sprawPo dwóch zawodach wzięła i jeszcze się dobiła Marininą, powiecie w tym momencie. Aż tak źle nie było, bo sięgnęłam po Sprawiedliwego oprawcę, część głównego, a nie emerytalnego cyklu o przygodach pani major Kamieńskiej. Ale żebym trafiła fenomenalnie, tego też, niestety, powiedzieć nie mogę. Po pierwsze – dużo metamorfoz Anastazji, czego organicznie nie znoszę. Za to mało tła społeczno-obyczajowego (które w tym cyklu cenię najwyżej). Ponadto rozbudowana intryga polityczna z walkami służb (co mi zazwyczaj nie przeszkadza). Niestety, także wątek fantastyczny, wprawdzie nie tak tragiczny, jak to już w całkiem niedawnych częściach cyklu bywało, ale kluczowy i w sumie słabo wiarygodny (hipnoza jako narzędzie zbrodni). Mimo wszystko z trzech omawianych tytułów ten oceniam najlepiej, bo jednak w tle są jednostkowe biografie, a w tym Marinina jest dobra.

P.S. A teraz czytam sobie Ogniem i mieczem i jestem w czytelniczym raju!

P.S. 2 Blog ma od niedawna stronę na fejsbuku – można polubić, odnośnik na samym dole w prawej szpalcie. Pojawiają się tam treści dodatkowe, jak na razie głównie refleksje o serialach.

Jest miłość trudna (Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Jesmyn Ward)

spiewajKolejna z serii lektur o trudnych relacjach rodzinnych. I z tych, z pisaniem o których musiałam poczekać. Podczas czytania byłam nią wręcz zahipnotyzowana, ale pod koniec coś mi zaczęło zgrzytać. Ostatecznie wizja autorki pozostawiła mnie trochę rozdartą, bo choć zwykle nie przeszkadza mi element fantastyczny (często wręcz stanowi niebagatelną wartość dodaną), a tutaj wydawał się on, przynajmniej początkowo, zgrabnie zakomponowany, stanowiąc integralną część opowieści o historii rodziny i regionu, to w pewnym momencie Ward trochę pomieszała porządki i posunęła się odrobinę za daleko. Psując coś bardzo dobrego, zupełnie niepotrzebnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że to niezwykła, świetnie napisana (takoż przełożona na polski przez Jędrzeja Polaka, a język ma tu naprawdę niebagatelne znaczenie) i bardzo poruszająca historia o desperackim poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, na którą chciałabym mimo pewnych zastrzeżeń zwrócić waszą uwagę. Stabilizacji desperacko pragnie trzynastoletni Jojo, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i już dawno przestał liczyć na to, że otrzyma ją od swoich biologicznych rodziców, Leonie i Michaela. Tatką i Mamcią nazywa dziadków ze strony matki, którzy go wychowali. A sam czuje się odpowiedzialny za swoją młodszą siostrzyczkę, Kaylę, dla której stanowi centrum świata. Rutyna codzienności w pełni mu odpowiada, zostaje jednak zachwiana. Najpierw ciężką chorobą Mamci, a następnie zapowiadanym wyjściem z więzienia jego ojca, Michaela. Leonie w rzadkim przypływie uczuć rodzinnych decyduje, że wszyscy – także Jojo i Kayla – pojadą go odebrać z więzienia w Parchman.

Zmagania Leonie, która jest drugą, obok Jojo, narratorką powieści, także zostają opisane bardzo sugestywnie. W pierwszym odruchu (a także drugim i trzecim, mówiąc zupełnie szczerze) czytelnikowi łatwo ją potępić. Zasługuje na to: jest egoistką, osobą nieodpowiedzialną, zaniedbującą dzieci i skupioną wyłącznie na własnych potrzebach. Dodatkowo także narkomanką, co pcha ją do zachowań nieprzeciętnie ryzykownych. Ale Ward nie da nam komfortu zaszufladkowania Leonie, pokaże także przyczyny, dla których się taka stała – przede wszystkim tragiczną utratę starszego brata, Danego. Po tym zdarzeniu miłość Michaela (także niełatwa, bo międzyrasowa, nieakceptowana przez białych rodziców chłopaka) utrzymała dziewczynę przy życiu. Nie starczyło jej już jednak sił na miłość i troskę o kogoś innego, nawet własne dzieci, a pierwsza ciąża uniemożliwiła ukończenie edukacji. Jak to podsumowała jej własna matka w rozmowie z wnukiem:

nie wiem, czy to przeze mnie, czy przez coś, co Leonie ma w sobie. Ale brakuje jej instynktu macierzyńskiego. Wiedziałam o tym, odkąd się urodziłeś, odkąd poszliśmy we troje na zakupy i Leonie kupiła sobie coś do zjedzenia i zjadła to na twoich oczach, chociaż płakałeś z głodu. Od tamtej pory wiedziałam. […] Ona nigdy cię nie nakarmi.

Jest i trzecia warstwa tej historii, opowieść o Tatce. Wielkim, milczącym mężczyźnie, opoce rodziny, człowieku cichym i zasadniczym. Korzenie tej opowieści, którą Jojo poznawał przez całe życie w chaotycznych urywkach, tkwią w więzieniu Parchman, gdzie Tatko trafił, kiedy był niewiele starszy niż Jojo, i musiał pracować ponad siły, walcząc o przetrwanie na każdym kroku. Gdy wyszedł, za wszelką cenę starał się zapomnieć, ale pewne uczynki nie chcą pozostać pogrzebane.

Na każdym z planów jest to także opowieść o brutalnym rasizmie głębokiego Południa. Więzienne losy Tatki, śmierć Danego, konflikt między Michaelem a jego rodzicami: wszystko determinowane jest przez kolor skóry – oczywiście czarny. To on, a nie rodzinny dar słyszenia żywych i umarłych, jest podstawowym, choć niezawinionym przekleństwem wszystkich (z wyjątkiem Michaela) bohaterów opowieści. Niby z pokolenia na pokolenie czarnym żyje się w Missisipi coraz lepiej, a jednak nadal kolor może kosztować ich życie. W przenośni, obejmującej po prostu gorsze perspektywy, oraz zupełnie dosłownie.

Po przeczytaniu zajrzałam do blurba i zobaczyłam, że książkę polecają Margaret Atwood i Marlon James. Świetnie rozumiem, co ich w niej urzekło i dlaczego tę powieść nagrodzono National Book Award 2017, nawet jeśli autorka ostatecznie za bardzo ożywiła swoje duchy.

Przekonajcie się i wy.

Dekonstrukcja ideału (Arnon Grunberg, Tirza)

TirzaTak się jakoś ostatnio złożyło, że czytam sporo powieści, w których istotną rolę odgrywają relacje rodzinne.  Ale Tirza była spośród nich zdecydowanie najdziwniejszą i najtrudniejszą do oceny. Muszę przyznać, że bezpośrednio po zakończeniu lektury w moich czytelniczych odczuciach dominował zawód. Mniej więcej do połowy historia trzymała w napięciu i ciągłym niepokoju, dając poczucie obcowania z czymś niezwykłym. Później napięcie wyparowało, a gdy autor ostatecznie zdecydował się ujawnić zakamuflowany uprzednio zwrot akcji, okazał się on, mimo swojego makabrycznego charakteru, rozczarowująco przewidywalny. Zwyczajny do bólu. Miałam poczucie, że zostałam oszukana – złożono mi stertę obietnic (pieczołowicie i w rozbudowany sposób uwiarygodnionych), które ostatecznie nie zostały spełnione, rozpłynęły się w efektownym banale.

Ale potrzebowałam czasu, żeby ochłonąć (sam stopień mojego emocjonalnego zaangażowania w powieściowe zdarzenia i gwałtowność negatywnej reakcji na puentę potwierdzają, że nie była to proza typowa) i spojrzeć na fabułę z dystansu. Kiedy już to zrobiłam, ocena całości uległa pewnemu polepszeniu, zrozumiałam bowiem, że nie sama fabuła była w Tirzie najważniejsza. Najważniejszy był bohater, Jörgen Hofmeester, i jego osobisty dramat. Oto, w jakich okolicznościach autor przedstawia nam swojego bohatera:

Jörgen Hofmeester stoi w kuchni i kroi tuńczyka na przyjęcie. Lewą ręką przytrzymuje surową rybę. Trzyma nóż tak, jak nauczył się na kursie „Jak przyrządzić sushi i sashimi”, w którym brali udział z małżonką pięć lat temu. Nie za mocno przyciskać nóż, na tym polega sekret.

Niby zwyczajne zdanie, normalna czynność, a jednak dla mnie już ta małżonka była podejrzana. Tu wprawdzie wypowiada się jeszcze narrator, ale szybko okazuje się, że Hofmeester nie myśli o swojej żonie inaczej niż właśnie per małżonka. To raczej nie jest typowe, jak zresztą większość rzeczy w jego małżeństwie. Choćby to, że małżonka trzy lata temu wypisała się z rodziny, pozostawiając ojcu wychowanie młodszej córki – jak to mówią, wyszła po pomidory i nie wróciła do tej pory. Z porzuceniem jednak bohater jakoś sobie poradził. Stanął na wysokości zadania, podtrzymał rutynę, bardzo dla niego istotną, i funkcjonowanie rodziny. Nawet kiedy małżonka (naprawdę po przeczytaniu tej powieści nie da się użyć innego słowa, zresztą, o ile się nie mylę, imię połowicy Hofmeestera w ogóle w tekście nie pada, i chyba nieprzypadkowo, bo to nawet nie osoba, jedynie piastun funkcji) na kilka dni przed imprezą maturalną Tirzy, młodszej córki, wraca do domu, nie tłumacząc nic nikomu, protagonista zachowuje zimną krew, opanowanie i kulturę. Słowem, nie jest łatwo go złamać czy choćby poruszyć.

Dla Jörgena bycie normalnym, szanowanym członkiem społeczeństwa, wzorowym ojcem rodziny, pracownikiem wydawnictwa, właścicielem domu pod dobrym amsterdamskim adresem – to wartości najważniejsze i fundamentalne. Już we wstępnej części powieści czytelnik nabiera jednak przekonania, że między postrzeganiem rzeczywistości przez bohatera a sferą faktyczną zieje ogromna przepaść. Innymi słowy, z Hofmeesterem, mimo wszystkich jego racjonalizacji, służących podbudowie samooceny, jest coś nie tak. Pozory i opowieści snute na własny użytek stanowią kotwicę, dzięki której utrzymuje się na powierzchni codzienności, a wyparcie – jego podstawowy mechanizm adaptacyjny. Grunberg stopniowo odbiera bohaterowi wszystkie składowe jego tożsamości, wszelkie zabezpieczenia. Zmusza go w końcu do stawienia czoła niełatwej prawdzie o własnej rodzinie i sobie samym. A to, jak można się domyślić, nie kończy się najlepiej.

Z perspektywy czasu uważam, że Tirza to powieść, którą powinno się przeczytać dwukrotnie. Bo dopiero kiedy zna się fabułę, można w pełni docenić wszystko, co dzieje się w tle. Cichy dramat jednostki, której świat powoli, ale nieodwołalnie się wali. Świat wprawdzie w dużej mierze fikcyjny, ale dla niej realny i wystarczający.

Nie najlepsza, ale zdecydowanie najciekawsza z trzech czytanych przeze mnie do tej pory pozycji od Wydawnictwa Pauza. Przekład – Małgorzata Diederen-Woźniak.

Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.