Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

Reklamy

O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.

Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Tyle się tu wydarzyło, a zostały tylko kible (Łukasz Orbitowski, Kult)

kultNiby obiecywałam sobie po rozczarowującym Exodusie nie rzucać się na nową powieść Orbitowskiego, ale byłam jej zwyczajnie ciekawa. Czy poprzednia była tylko wypadkiem przy pracy?

Akcja marketingowa przed premierą Kultu eksponowała wątek objawień maryjnych na oławskich działkach, inspirowany życiorysem Kazimierza Domańskiego. Faktycznie jednak objawienia są tam tylko na doczepkę i przydarzają się niejako w tle. Jest to bowiem przede wszystkim opowieść o rodzinie, a właściwie o braciach – Zbyszku i Heńku, którego postać posiada pewne kluczowe elementy biografii oławskiego wizjonera, ale też w wielu istotnych punktach różni się od oryginału. Ten nieżyciowy, nierozgarnięty, a jednak wybrany do wielkości i niezwykłości młodszy brat pozostawał przez niemal całe życie pod opieką starszego, Zbyszka. I to właśnie Zbigniew Hausner opowiada Łukaszowi (w domyśle zapewne Orbitowskiemu) całą historię.

To rozwiązanie narracyjne jest kluczowe – słuchamy pewnej całości, niezakłóconej żadną ingerencją,  razem z nagrywającym monolog opowiadacza pisarzem (powieść podzielona jest na kolejne taśmy), co pozwala na swobodną, nieskrępowaną chronologią, a dyktowaną częstokroć przez emocje i skojarzenia narratora, dynamiczną i meandrującą konstrukcję opowieści. Oczywiście, uzyskanie takiego pseudo-swobodnego efektu wymagało zapewne mnóstwa pracy, a przede wszystkim stworzenia wiarygodnego gospodarza, którego czytelnik zechce cierpliwie i z przyjemnością słuchać przez niemal pięć setek stron.

I to się udało na szóstkę, bo Zbyszek Hausner to prawdziwy, spójny facet: fryzjer z etosem zawodowym i prywatnym, szczęśliwy mąż i ojciec, dobry i opiekuńczy brat. Człowiek rozsądny, charakterny, lecz niepozbawiony poważnych wad (bez trudu godzi notoryczne skoki w bok z bezbrzeżnym oddaniem ognisku domowemu). Jednak świadomy swoich niedoskonałości i szczery, zdolny do bardzo krytycznej autorefleksji. A jednocześnie gawędziarz z dużym poczuciem humoru. Słowem, stworzony, by zagadywać – klientów, żonę, kolejne kochanki, pisarza, który zawędrował do Oławy, oraz rzesze jego czytelników. Dzięki swoim wadom, wątpliwościom, licznym skazom charakteru i ciemniejszym epizodom biografii Zbigniew Hausner zdobywa nasze zaufanie, a z czasem, gdy okazuje się to niezbędne, także zrozumienie i współczucie. Nim Kult stoi, a nie Heńkiem, płaczącą krwią figurą, krwawiącą monstrancją i całą plejadą innych działkowych cudów.

Ważną zaletą Kultu jest przedstawienie realiów społeczno-obyczajowych, istotnych nie tylko dla wyjaśnienia uwarunkowań działań bohaterów, ale także w kontekście objawień i późniejszej budowy sanktuarium, do których to zdarzeń musiała się ustosunkować zarówno władza świecka, jak i kościelna. Tu Orbitowski posługuje się  zręcznym wytrychem, bo wszystkie te potencjalnie nudne dla czytelnika rafy omija, a raczej sprytnie neutralizuje, dodając do obu płaszczyzn komponent osobisty. Rządzący miasteczkiem w imieniu partii Waldek oraz marzący o własnej parafii wikary Romek to u niego po prostu najbliżsi kumple Zbyszka Hausnera z dzieciństwa. Nie znaczy to jednak, że przez wzgląd na dawne sentymenty będą Heńka głaskać po główce, zdobnej w niewidzialną cierniową koronę. Ale takie ustawienie sytuacji pozwala autorowi w swojski i przystępny sposób opisać reakcje tronu i ołtarza na objawienia.

Jest zatem Kult powieścią autentyczną, angażującą i dobrze przemyślaną. Płyniemy z nurtem wartkiej gawędy Zbyszka, niejako mimo woli oddając się wraz z nim niełatwym refleksjom. A kończy się ciekawą, bo mało literacką, a typowo życiową puentą. Nie jest to najlepsze dokonanie Orbitowskiego (tę palmę wciąż dzierży u mnie Szczęśliwa ziemia), ale zaciera bez śladu absmak po Exodusie. Warto.

Często jest tak, że ktoś słowem złym/zabija tak, jak nożem (Jo Nesbo, Nóż)

nóżPrzydał mi się Czesław Niemen, a raczej fragment tekst utworu Dziwny jest ten świat, do oddania uczuć, które towarzyszyły lekturze dwunastej powieści z Harrym Holem. Niestety, mimo że dwukrotnie zarwałam z nią noc, a zarówno autora, jak i cykl bardzo lubię, nie jestem w stanie napisać, że była to powieść dobra. Złe przeczucia, które powstały po lekturze Macbetha, wprawdzie nie potwierdziły się w pełni, gdyż w dalszym ciągu norweski pisarz potrafi zbudować hipnotyzującą narrację i ostatecznie zaskoczyć czytelnika (jak i samego śledczego) osobą sprawcy zabójstwa. Niemniej, nie okazały się też całkowicie bezpodstawne.

Początek Noża jest wręcz dramatycznie kiepski. Nesbo w tandetnym, mocno melodramatycznym stylu po raz kolejny zabiera nas w myśli Harry’ego, wyrzuconego przez Rakel z domu i znajdującego się na dnie alkoholowego ciągu. Sielanka małżeńska, tak jak bohater się tego obawiał przy opisanej w Pragnieniu sprawie wampirysty, została gwałtownie przerwana. Dlaczego Rakel wyrzuciła męża? Harry doskonale wie, ale z czytelnikiem się tym nie podzieli, a przynajmniej nie przedwcześnie. Teoretycznie nie ma to zresztą żadnego znaczenia. W końcu rozstają się nie pierwszy raz i zapewne by do siebie w końcu wrócili. Gdyby nie pewne przeszkody natury obiektywnej, które pojawiają się wraz z rozwojem fabuły.

Hole jest w najnowszej odsłonie żałosny i sympatia czytelnika nie znajduje się po jego stronie. Wraz z Trulsem Berntsenem stanowią pośmiewisko Wydziału Zabójstw. Jednego zaprotegował nowy minister sprawiedliwości (tak, daleko Bellman zaszedł), drugiego z litości (i żeby nie zachlał się na śmierć) przyjęła z powrotem Katrine Bratt. Dostają same najprostsze sprawy. Jak odwrócić tę optykę? Oczywiście Hole musi ucierpieć bez własnej winy, za to w taki sposób, by otrzymał dostateczny bodziec do powrotu do prawdziwej pracy śledczej i oderwania się od butelki. A że upadek protagonisty jest głęboki, wstrząs musi być proporcjonalnie silny. I Nesbo nam to zapewnia (tu heroicznie unikam spoilera).

Niemniej, wiele więcej nie oferuje. Żeby nie było nieporozumień – są oczywiście liczne twisty, w zdecydowanej większości, w zasadzie poza ostatnim, przewidywalne, a niektóre tak tandetnie hollywoodzkie, że robi się przykro, gdy pisarz potwierdza przypuszczenia czytelnika i mimo wszystko postanawia się nimi posłużyć. Choćby wcześniej sugerował coś wręcz przeciwnego. O ile jednak punkty zwrotne w większości rozczarowują, to sprawność narracji wraz z pełną kontrolą nad wątkami pobocznymi sprawia, że docieranie do nich jest procesem bezbolesnym i wciągającym. Przy wszystkich swoich słabościach, rozwiązaniach życzeniowych, naciąganych czy tanich, fabuła Noża angażuje czytelnika, który niemal do samego końca nie traci nadziei, że będzie lepiej. Autor, jak to ma w zwyczaju, pokaże pod koniec chowanego w rękawie asa. I ogólny bilans wyjdzie na plus, a wszelkie potknięcia będzie można puścić w niepamięć.

Choć już pierwsza scena zapowiada, że w pewnym momencie będziemy mieli do czynienia ze spektakularną zagrywką w najgorszym stylu Pancernego serca, która dobitnie nam przypomni, że Harry, jak Indiana Jones (bo już niestety nie Han Solo), jest nieśmiertelny i nawet wybuch bomby atomowej przeżyje w lodówce.

Nie odgadłam tożsamości zabójcy, choć przesłanki były, bo nie chciałam uwierzyć w intrygę tak wydumaną i słabą. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść autora dojrzałego i po gigantycznym światowym sukcesie, należy moim zdaniem ocenić ją nawet surowiej niż pierwszego w cyklu, debiutanckiego Człowieka nietoperza. Bo wraz z sukcesem poprzeczka się podnosi. Im sukces większy, tym wyżej. A Nóż to ewidentnie spalona próba. Niezły kryminał dla przeciętnego autora, ale bardzo słaby, niepotrzebnie efekciarski popis mistrza gatunku. Wpadka. Czas poszukać osełki. Sugerowałabym nowego bohatera. Hole się skończył i wszystko wskazuje, że Nesbo o tym wie.

Przykro, ale z faktami się nie dyskutuje.

Gdzie Srebro nie może, tam żmija pośle (Agnieszka Hałas, Śpiew potępionych)

Spiew-potepionych-bn50621Szczerze przyznam, że na czwarty tom Teatru Węży czekałam zarazem z niecierpliwością fanki i obawą czytelniczki wielokrotnie ciężko zawiedzionej rozwojem ulubionego cyklu (hasło Sezon burz powinno mniej więcej wyjaśnić fanom rodzimej prozy fantastycznej, co mam na myśli). Jako że znakomite W mocy wichru wyczerpało główny wątek, poświęcony odzyskaniu przez Krzyczącego w Ciemności utraconych wspomnień i wyrównaniu przez niego rachunków z przeszłości, powstawało pytanie, o czym teraz opowie nam autorka.

Niepokój okazał się zupełnie bezpodstawny. Śpiew potępionych to kontynuacja idealna – całkowicie niezależna historia, a jednak w szerszej perspektywie spójna z poprzednimi tomami, prowadząca z nimi ciągły, subtelny dialog i dopełniająca je nawet na poziomie detali.

Tytułowe wyspy to częściowo alkaryjski protektorat, a częściowo kolonia. Miejscowe plemiona mają własne zwyczaje, strukturę polityczną i czarowników w miejsce srebrnych i czarnych magów. I właśnie od opisu nieznanej dotąd części świata przedstawionego uniwersum Zmroczy wypada mi zacząć pochwały. Agnieszka Hałas zdecydowała się bowiem w ramach nowego otwarcia na wyrwanie swojego żmija z jego mrocznej, chłodnej, podziemnej strefy komfortu, z bezpiecznych, w pełni kontrolowanych i świetnie mu (a zatem także czytelnikom dotychczasowych odsłon) znanych warunków. Brune trafia tym razem do miejsca skrajnie odmiennego, w dodatku w roli sojusznika Srebra, biegunowo odległej od jego dotychczasowego statusu. Ma więc krótkoterminowy glejt i – przynajmniej teoretycznie – dostęp do najbardziej zaawansowanych zdobyczy srebrnej magii. Jak do tego doszło? Bardzo prosto. Srebrni są przede wszystkim pragmatyczni, najważniejsza jest równowaga Zmroczy. A to na Wyspach Śpiewu demony z Doliny Śniedzi knują coś wyjątkowo spektakularnego. Kilkoro wcześniejszych wysłanników, którzy mieli wyjaśnić naturę owych knowań, zostało skutecznie wyeliminowanych. A że trwa szczególnie paskudne zachwianie, cel uświęca środki i warto posłać ka-ira, który z niejednych tarapatów już się wyślizgał. Jeśli i on nie podoła, szkoda będzie mała, a żal krótki.

Jak się Krzyczącemu podoba nowy układ i egzotyczna wycieczka?

Cholerny tropikalny raj.
Skwar. Duchota. Komary. Jakieś paskudztwa, które nie były komarami i też gryzły. Jaszczurki biegające po ścianach i suficie izdebki, w której nocował (pluskiew na szczęście nie było). Ryż i ryby podawane na sto sposobów. Wielkie owoce, śmierdzące jak pomiot Otchłani, które miejscowi uważali za specjał, więc handlowano nimi na każdym rogu. Monotonne śpiewy dobiegające od rana do nocy z pobliskiej świątyni (nazwa archipelagu nie wzięła się znikąd – tubylcy śpiewem czcili bogów, śpiewali też przy pracy oraz podczas odpoczynku).

O ile jednak bohater nie jest specjalnie zachwycony, to autorce ten eksperyment chyba przypadł do gustu, bo w budowę lokalnej, wyspiarskiej rzeczywistości włożyła ogrom pracy, uzyskując znakomity, wiarygodny i autentyczny rezultat. Nie jesteśmy w stereotypowych tropikach z pocztówki, nakreślonych powierzchownie i na odczepnego. Wyspy żyją, poznajemy ich codzienność, jak również historię, religię, magię, politykę, mieszkańcy nie są traktowani protekcjonalnie ani przedstawieni stereotypowo jako banda zacofanych dzikusów, a wszystko to przydaje się do rozwijania fabuły. Bo skoro już jesteśmy na wyspach, to czy może się obyć bez piratów? A gdzie piraci, tam, jak wiadomo, jako naturalna odpowiedź politycznego ekosystemu na ich działalność, pojawiają się statki kaperskie. Na pokładzie jednego z nich Brune napotka dawną bliską znajomą. Będzie więc dynamicznie, chwilami romantycznie, i gorąco – nie tylko z powodu temperatur.

Skoro to fantastyka, wody roją się od magicznych stworzeń, które, urażone, wymierzają srogie kary (generujące sporo humoru i jeden z najciekawszych wątków pobocznych w powieści). Obłaskawione odpowiednim podarkiem, mogą natomiast udzielić nieocenionej pomocy. Podwodne dominium undyn i powietrzna domena sylfów zostały wykreowane równie pieczołowicie, co Wyspy Śpiewu, przy czym Agnieszka Hałas po raz kolejny dowiodła, że jej niezwykła, malarska wyobraźnia ogarnia pełną paletę barw, a nie tylko mroki.

Mroku, oczywiście, nawet w tym nowym, barwnym, tropikalnym klimacie, nie zabraknie. Będzie zgniły, duszny i gorący, niczym omamy niesione przez febrę. W tej idyllicznej scenerii autorka zdecydowała się opowiedzieć najbardziej makabryczną z dotychczasowych historii. Śledztwo w sprawie planów Doliny Śniedzi zawiedzie żmija w bardzo niebezpieczne rewiry, a śledzenie jego perypetii wciągnie czytelnika jak bagno. Nie należy zapominać o potępionych, którzy w tytule nie pojawili się przez przypadek.

Roli przypadku w fabule powieści należy również poświęcić kilka słów, bo jest ona niebagatelna. Przy czym bynajmniej nie wygląda w ten sposób, że przypadki są zawsze korzystne dla protagonisty czy służą do łatania logicznych dziur w fabule. Przeciwnie, w uniwersum Zmroczy przypadek jest ślepy jak Temida, często głupi, a niemal bez wyjątku brzemienny w skutki. Nieprzekazana wiadomość, nieplanowane starcie, śmierć niewłaściwej osoby. Prawa Magii nie biorą pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących, działają jak dobrze naoliwiony mechanizm. I konsekwencję autorki w tym względzie uważam za jedną z największych zalet całego cyklu.

Sztafaż Śpiewu potępionych przywodzi nieodzowne skojarzenia z filmami z serii Piraci z Karaibów i uczciwie przyznam, że pod koniec lektury zaczynałam się trochę obawiać, czy Krzyczący nie stanie się dla cyklu takim samym obciążeniem, co dla filmów Jack Sparrow, bez którego czwarta część byłaby zdecydowanie lepsza, mimo że zaczynał jako serce i sens całego projektu, a pozostał jego znakiem rozpoznawczym do samego końca. W czym rzecz? Choć zawsze płaci sowitą cenę, a tym razem jest ona wręcz dramatycznie wysoka, tajemniczy ka-ira o pobliźnionej twarzy z każdych tarapatów wychodzi cało. Kiedyś ta jego moc ostatecznie uśmierci wszelką dramaturgię, ale zdecydowanie jeszcze nie tym razem.

Tym razem Brune wplątał się historię, która wciąga, intryguje, bawi i przeraża, dostarczając znakomitej rozrywki, ale również materiału do nieco głębszych i mniej wakacyjnych przemyśleń. Mam nadzieję, że kurtyna Teatru Węży pójdzie w górę jeszcze nie raz, bo po zakończeniu lektury najnowszej odsłony ręce same składają się do oklasków. Premiera już 18 czerwca.

Erasta ostatni występ (Borys Akunin, Nie żegnam się)

erastJak do tego doszło, nie wiem, ale znowu mam 9 tytułów w plecy (a licząc dwie jeszcze nienapisane recenzje przedpremierowe, Śpiewu potępionych Agnieszki Hałas i Pokuty Anny Kańtoch, to nawet 11). Niemniej, jakoś sobie z tym poradzimy, jeżeli nawet nie w najbliższym czasie, to stopniowo.

Dzisiaj natomiast garść wrażeń z ostatniego tomu cyklu powieści detektywistycznych Borysa Akunina, czyli Przygód Erasta Fandorina. Jest to seria szczególnie bliska mojemu sercu, nie tylko dlatego, że poświęciłam jej pracę magisterską. W ramach cyklu autor zrealizował znakomicie bardzo rzadki zamysł – każda powieść emulowała inny podgatunek kryminału. Poza tym nie da się ukryć, że bohater, którego dorastanie czytelnik mógł obserwować, był – przy całej swojej nieodzownej wyjątkowości – sympatyczny i niepozbawiony wad, wśród których prym wiodła swoista naiwność, zwłaszcza co do przedstawicielek płci teoretycznie słabszej.

No właśnie – Erast był sympatyczny i ludzki. Do czasu. Nie mam całkowitej pewności w tej kwestii, ale wydaje mi się, że według pierwotnego autorskiego zamysłu seria miała się skończyć na 11 tomie, czyli Diamentowej karocy, która ukazała się po rosyjsku w 2003 roku. I tak byłoby zdecydowanie lepiej, całość zakończyłaby się mocnym akordem i pozostawiłaby wyłącznie znakomite wspomnienia. Fani jednak domagali się dalszego ciągu, w efekcie czego w 2007 roku ukazał się zbiór opowiadań Nefrytowy różaniec, zawierający teksty o bardzo zróżnicowanym poziomie, a następnie dwie dosyć słabe, zwłaszcza na tle najlepszych odsłon cyklu, powieści, czyli Świat jest teatrem i Czarne miasto (polskie wydanie tej ostatniej miało miejsce w 2014 roku). W tych odsłonach próżno było szukać dawnego ulubieńca (i odnosi się to zarówno do bohatera, który przeżywał dramatyczny kryzys wieku średniego, jak i do pisarza, który przeżywał dramatyczny kryzys warsztatowy oraz najwyraźniej cierpiał na deficyt weny). Fandorin nie jest tu już osobą, którą znamy i kochamy, ale odpornym na upływ czasu pod względem fizycznym chochołem, który sam o sobie myśli jako o szlachetnym mężu. Istotą (tak jest, bo już nie człowiekiem z krwi i kości) posągową i antypatyczną, a jednocześnie nadal pod pewnymi względami po prostu zaślepioną naiwnością i żądzą, ale już nie w ten uroczy, młodzieńczy sposób, który tak chętnie mu się wybaczało. Teraz budzi głównie zażenowanie i bez żalu przyjęłam fakt, że – UWAGA, SPOILER – w finale Czarnego miasta zostaje w Baku postrzelony w głowę. Był to w zasadzie cios łaski, o czym dodatkowo upewniły mnie trzy opowiadania ze zbioru Planeta woda.

Niemniej, jak się okazało, nie był to cios ostateczny. I tak dostaliśmy tom przewrotnie zatytułowany Nie żegnam się, w którym Akunin zamyka opowieść definitywnie, i całe szczęście, o czym poniżej. Rzecz jasna, nawet taki nadczłowiek jak Fandorin nie mógł po bezpośrednim postrzale w głowę po prostu wstać, otrzepać się i jakby nigdy nic ruszyć w pościg za kolejnym akuninem, czyli złoczyńcą. Zatem na wiernego Japończyka, Masahiro Shibatę, spadł obowiązek ponad czteroletniej opieki nad znajdującym się w śpiączce Erastem. Wierny wasal tracił już wprawdzie nadzieję, bo po wybuchu rewolucji co lepsi lekarze uznali, że rosyjskie powietrze zdecydowanie im nie służy, jednak w pociągu zmierzającym do Moskwy Fandorin pod wpływem niespodziewanego wstrząsu nieoczekiwanie się wybudził. I tu szczerze przyznam, że przez moment wydawało mi się, iż Akunin postanowił wykorzystać fizyczny uraz, by na koniec oddać czytelnikom bohatera z krwi i kości, którego niegdyś pokochali. Kaleki, zdany na łaskę swojego przyjaciela, zmuszony polegać ponownie wyłącznie na przymiotach umysłu, Erast mógłby być niczym Lincoln Rhyme z cyklu Deavera w czasach swojej (zresztą też wiele tomów temu bezpowrotnie utraconej) świetności. Nie za długo Fandorin jednak posiedział na swoim prototypowym wózku inwalidzkim i musiałam tym nadziejom smętnie pomachać na pożegnanie.

Poza wstępem mamy w powieści cztery części, czyli różnokolorowe prawdy, poświęcone ideologiom poszczególnych odłamów rewolucjonistów, z których najważniejsi to rzecz jasna biali, czyli zwolennicy systemu obalonego przez rewolucję, i czerwoni, czyli komuniści. Są jeszcze czarni, czyli anarchiści, i zieloni, czyli przywódcy milicji zaangażowanych w sprawy lokalnego chłopstwa. Wojna domowa w Rosji to okres bardzo interesujący, a Akunin decyduje się pokazać go m.in. z perspektywy walki między wywiadami, sporymi fragmentami w ogóle rezygnując z udziału Fandorina w opowieści. Wtedy jest zdecydowanie najciekawiej.

Najgorzej z kolei robi się, gdy pojawia się kolejna Jelizaweta na drodze Erasta, a żeby jeszcze mnie dobić, Akunin zdecydował się na autotematyczne nawiązanie do Gambitu tureckiego. W szczegóły nie wejdę, bo pisać hadko, ale jedyna pociecha, że nie było im dane pożyć długo i szczęśliwie.

W sumie powieść lepsza niż dwie poprzednie (o co, powiedzmy sobie szczerze, nietrudno), ale słabsza niż przeciętna dawnego cyklu. I to głównie Fandorin ciągnie ocenę w dół. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko dla fanów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, jak to się kończy. Reszcie serdecznie polecam zakończenie przygody na Diamentowej karocy.