Restart – witam i zapraszam:)

Postawiłam tutaj spartańską wersję Na ostrzu siekiery 2.0, bo, bądźmy szczerzy, oryginał nigdy jakimiś wodotryskami nie powalał i też powstał ponad 13 lat temu na gotowym szablonie Bloxa. Jeśli ktoś jest nowym czytelnikiem, może sobie przejrzeć dawne wpisy i zorientować się, czy odpowiada mu mój sposób pisania o kulturze. Wpisy przeniosły się z Bloxa bez komentarzy, a co więcej, część jest niewyjustowana i zanosi się na to, że będę to musiała poprawiać ręcznie i pojedynczo, co pewnie zajmie kolejnych 10 lat. Ponoć powinny być dostępne działania masowe, ale albo mam większe problemy ze wzrokiem, niż zakładałam, albo darmowa wersja WordPressa tej opcji nie oferuje. A skoro przez ponad 13 lat nie dołożyłam do tego interesu ani złotówki, to nie zamierzam teraz zaczynać. Ale może zacznę dodawać do wpisów jakieś ilustracje – całkiem wystarczająca rewolucja jak na nowy początek.

A dawni czytelnicy, mam nadzieję, jakoś tu trafią (pewnie z Bloxa, gdzie pojawi się za moment stosowana informacja o nowym adresie). Zachęcam też zaprzyjaźnionych blogerów, podobnie jak ja wyproszonych z Bloxa, by w komentarzach pod tym postem wrzucali swoje nowe adresy – dzięki temu się nie pogubimy:)

Komentarze ustawiłam w sposób maksymalnie otwarty, wystarczy podać nicka i maila (który nie będzie publikowany).  I oby nam tu było tak przyjemnie, jak w poprzednim miejscu, czego sobie i wszystkim czytającym serdecznie życzę.

Tytułem zachęty nadmienię, że na liście zaległych tytułów do opisania, którą planuję sukcesywnie niwelować, znajdują się: Przebudzenie  Lewiatana, Czerwień kości, Nie ma, Cokolwiek wybierzesz, Jeden z nas: Opowieść o Norwegii, Bez śladu, Kolacja, Psy ras drobnych.

Otwieramy nowy, oby jeszcze lepszy, rozdział.

Reklamy

12. urodziny bloga

Dzisiaj mija 12 lat od pierwszego wpisu na blogu. Z tej okazji postanowiłam oddać głos czytelnikom. Jeśli macie ochotę, napiszcie w komentarzach, czy Na ostrzu siekiery odkryliście jakiegoś autora lub tytuł literacki, filmowy bądź serialowy, który okazał się dla Was wartościowy. Można też, oczywiście, pisać o minach, na które was wprowadziłam. Słowo, że nie miałam złych zamiarów! 12 lat minęło jak jeden dzień…

Poza tematem, ale czasami człowiek musi, inaczej się udusi

Nie chciałam poruszać na blogu wątków politycznych, bo nie miejsce tu na to, ale po prostu – jako prawnik z wykształcenia i zawodu – dłużej milczeć nie mogę. Kroplą, która przepełniła czarę, była Facebookowa notka Jakuba Żulczyka, pod którą podpisał się Łukasz Orbitowski. Bo o ile nie mam złudzeń co do tego, że zdecydowana większość społeczeństwa nie ma i nie chce mieć pojęcia, o co chodzi w aktualnym
legislacyjnym skoku PiS na sądownictwo (Krajową Radę Sądownictwa, nominującą
sędziów, mają w całości wybierać politycy, a jej aktualna kadencja, podobnie
jak kadencja WYBRANYCH sędziów Sądu Najwyższego, ma być, wbrew jasnym i
jednoznacznym normom konstytucyjnym, a zatem normom najwyższej rangi i
bezwzględnie obowiązującym, skrócona), to owszem, miałam złudzenia, że tzw.
„ludzie kultury” choć istotę tego problemu rozumieją. To naprawdę nie jest
trudne – nie będzie sądów niezależnych od polityków, a to, czy politycy wybiorą
swoje pionki większością 2/3, czy 3/5 głosów, nie ma najmniejszego znaczenia. Dlatego
wielka wolta prezydenta Dudy jest żenująca i nawet jeśli jego nowelizacja
ustawy o KRS przejdzie, to – podpisując obie te ustawy – doktor prawa zniszczy
niezależne sądy w Polsce i odbierze obywatelom gwarancję obiektywnej
weryfikacji wyniku wyborów, bo tę przeprowadza Sąd Najwyższy. To jest demontaż
ustroju państwa i nie ma co porównywać go z jakimikolwiek nadużyciami
któregokolwiek poprzedniego rządu czy większości parlamentarnej. Pewnie, że
takie były. Ale nikt nie kwestionował podwalin demokracji, a tym jest
trójpodział władzy.

I teraz wchodzi Jakub Żulczyk,
absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, a zatem człowiek,
któremu studia uniwersyteckie niewątpliwie dały umiejętność korzystania ze
źródeł, tj. odnajdywania informacji, osadzania ich w odpowiednim kontekście, a
przede wszystkim ich rozumienia. Nominowany do Paszportu Polityki za Ślepnąc od świateł, scenarzysta
zbierającego bardzo dobre recenzje serialu Belfer,
autor świeżo po premierze bestsellerowego już Wzgórza psów i ze sporymi zasięgami w social mediach (prawie 50 tysięcy fanów na Faceoboku). Ogólnie –
twórca na fali. Cały na biało. I składa następujące oświadczenie na temat
bieżących wydarzeń wokół sądownictwa:

Ja tak nieśmiało, jako laik, dlaczego opozycja nie ma żadnego
alternatywnego projektu reformy sądownictwa? Zamach na demokrację, który jest
faktem, w ich ustach staje się sloganem. Na spotkaniach scenariuszowych jest
taka zasada – jeśli chcesz storpedować czyjś pomysł, nawet najgłupszy, musisz
mieć kontrpropozycję. Ta kontrpropozycja jest konieczna zwłaszcza wtedy, gdy
cały projekt zaczyna tonąć w coraz większych odmętach głupoty.

Chcecie żeby było tak, jak do tej pory? Poczytajcie książkę Justyna
Kopińska, którą tutaj polecałem.

Polski wymiar sprawiedliwości jest przesycony patologiami.

Moi koledzy i koleżanki twórcy wystosowali dziś list do prezydenta RP z
prośbą o weto ustaw o KRS i SN.

Skoro oni mogą, i ja mogę.

Proszę opozycję o konkretny pomysł na Polskę, w tym inicjatywę
ustawodawczą dot. sądownictwa.

To, co się dzieje, to również wina waszej indolencji.

Niestety, gdy nikt nie staje do licytacji, przetarg wygrywają
złodzieje.

Pod tą deklaracją podpisał się
następnie Łukasz Orbitowski, pisarz, laureat Paszportu Polityki, nominowany do
Nike, mający własny autorski program telewizyjny. Absolwent filozofii na UJ.

I tutaj załamałam się w sposób
ostateczny. Bo nawet jeśli się jest laikiem, to pewne rzeczy można szybko
sprawdzić, doczytać i zrozumieć. Nie trzeba wykształcenia prawniczego, by
pojąć, że to, co PiS przepycha jako reformę sądów i walkę z uprzywilejowaną
kastą sędziowską, to nie jest projekt usuwający wady systemu, a projekt
usuwający bezpieczniki uniemożliwiające przejęcie władzy na stałe przez jedną
opcję. Sądy trzeba reformować, przede wszystkim dokładając etatów.  W roku 2016 wpływ spraw do sądów powszechnych
wyniósł 14,9 mln i był mniejszy o 1,6 punktu procentowego niż w roku
poprzednim, natomiast w porównaniu z rokiem 2012 wzrósł o 6,2%. W okresie
2012-2016 największy wpływ odnotowano w roku 2013 – 15 169 808 spraw (źródło).
Ilość etatów sędziowskich na  terenie
całego kraju to 10.000 i ponieważ minister Ziobro uważa, że fakt, iż załatwili
oni jedynie niecałe 94 % z tych niemal 15 milionów nowych zeszłorocznych spraw,
jest skandalem, liczba ta nie będzie zwiększana.
Bo i po co? Postępowania nie są przewlekłe z czyjejś zlej woli czy lenistwa, a
(prócz zbyt małej liczby sędziów w stosunku do wpływu) dlatego, że np. Inpost,
który miał e- zwrotki w standardzie, dzięki czemu potwierdzenie doręczenia pism
procesowych i zawiadomień trafiało do sądu natychmiast, przegrał obsługę sądów
z Pocztą Polską. Ta e-zwrotek ma niewiele, choć się do ich wprowadzenia w 100%,
startując do przetargu, zobowiązała. A jak nie ma wszystkich zwrotek na termin
rozprawy, sprawa spada. I następny termin jest za 3 miesiące, albo za pół roku.
Bo wcześniej nie ma wolnej sali (patrz niemal 15 milionów nowych spraw rocznie).

Co tu można zaproponować w
kontrze, skoro kontrpropozycja już jest, w deptanej i pogardzanej Konstytucji,
nazwanej przez Prezesa Kraju książeczką? Co ma skok na niezależność sądownictwa
do spraw opisywanych w Polska odwraca
oczy
? Za to, że Policja fałszuje statystyki, odpowiada Komendant Główny,
który każe fałszować, bo tego od niego oczekuje Minister Spraw Wewnętrznych. Dajmy więcej władzy politykom, a mniej realnych możliwości
ich kontrolowania sądom, sytuacja na pewno się radykalnie poprawi.
Tortury
młodocianych pacjentów na oddziałach psychiatrycznych to również efekt
zaniechań prokuratury i Policji. Dajmy więcej władzy politykom, a mniej
realnych możliwości ich kontrolowania sądom, sytuacja na pewno się radykalnie
poprawi. Za błędną diagnozę Beethovena z Murzasichla sądy nie odpowiadają.
Wypuścili skazanego zabójcę przedterminowo na podstawie pozytywnej opinii z
Zakładu Karnego – ok, ewidentny błąd, ale jak takie ryzyko wyeliminować? Nigdy
nie wypuszczać skazanych za najbardziej niebezpieczne przestępstwa? Pisana pod
Trynkiewicza ustawa o bestiach jest najprawdopodobniej niezgodna z europejskim
prawem, stanowiącym część polskiego porządku prawnego. Kodeks nie przewiduje
obowiązku informowania Policji o warunkowym przedterminowym zwolnieniu zabójcy.
W tym zakresie warto by zmienić prawo. Ale czy to wina sądów, że prawo jest
złe? Chyba raczej wina posłów, którzy je uchwalają. Dajmy więcej władzy
politykom, a mniej realnych możliwości ich kontrolowania sądom, sytuacja na
pewno się radykalnie poprawi.

Co tu by zmienił alternatywny
projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych? Który i tak przy obecnym układzie
sił w parlamencie wylądowałby w koszu bez czytania? Pewnie, sędziowie to też
ludzie i – zwłaszcza przemęczeni zbyt dużą ilością spraw – popełniają czasem
błędy. Ale tego się żadną ustawą nie wyeliminuje. Więcej etatów to mniej spraw
na głowę i lepsza jakość pracy pojedynczego sędziego.

Od ludzi kultury, dziennikarzy i
filozofów, oczekiwałabym większej odpowiedzialności za słowo niż od
przeciętnego czytelnika Faktu. A
przynajmniej wiedzy, że jak się nie ma pojęcia, o czym się mówi, to warto nie
zabierać głosu, zanim się tego nie sprawdzi.

Jest źle, a będzie jeszcze
gorzej, bo przecież ci pisarze kończyli szkoły sprzed reformy i studia w czasach, gdy obowiązywały egzaminy wstępne. Smutno mi.

P.S. Profesor Ewa Łętowska, mój wielki osobisty autorytet, o tym, dlaczego postulat alternatywnej ustawy zmieniającej aktualnie obowiązujące prawo jest pozbawiony sensu. Zachęcam do poczytania.

Siedzimy tu przez nieporozumienie (Hymn narodowy, Przemysław Wojcieszek, Emilia Piech)

Dziś w rubryce rozmaitości wpis teatralny.  Otóż przyjechał do mnie gość z Krakowa na weekend i chciałam gościa uraczyć tym, co Legnica ma najlepszego. M.in. teatrem, w którym poprzednio byłam na gościnnym występie Janusza Gajosa. Ponieważ akurat grali Hymn narodowy, to – po zapoznaniu się z pozytywnymi recenzjami – zasiadłyśmy sobie wczoraj na Scenie Gadzickiego. Swoją ścieżką, sam teatr Modrzejewskiej jest dramatycznie niedostosowany do potrzeb osób z problemami ruchowymi, co nie ulega zmianie od lat, na scenę dodatkowo trzeba się dostać po kolejnych schodkach, a tam – siedzenia na schodkowym rusztowaniu, mega niewygodne składane krzesła, co też nie jest bez znaczenia, bo spektakl trwa 130 minut bez przerwy. A czemu nie ma przerwy, stało się dla mnie jasne dość szybko. Gdyby była, to, nie ukrywajmy, są spore szanse, że nikt by po niej na dalszą część nie wrócił.
Przemysława Wojcieszka kojarzyłam z ciekawym spektaklem sprzed lat – Made in Poland. Nic nie przygotowało mnie na poziom artystyczny jego najnowszej sztuki. Zacznijmy od fabuły. Główny bohater to Mick Jagger ruchu związkowego lat 80., obecnie 55-letni alkoholik, pracujący jako biegły z zakresu pożarnictwa – Zbigniew (Bogdan Grzeszczak). Wydaje mu się, że wszyscy o nim zapomnieli, choć był, jak sam mówi, drugi po Wałęsie. Ale chcą go jako symbol zarówno młodzi i dynamiczni zwolennicy obecnej władzy, jak i podzielona opozycja. Przy czym ta druga frakcja podsyła mu na wabia 20-letnią Alicję (współautorka scenariusza Emilia Piech), która ma mu zawrócić w głowie i namówić do ponownego zajęcia miejsca na czele ruchu oporu. Idzie jej to marnie, bo Zbigniewa znacznie bardziej od wspominana i reanimowania przeszłości interesuje alkohol i sama Alicja, młoda, ponętna (choć głupiutka) i skłonna się oddać dla sprawy. W międzyczasie PiSiory wrzeszczą na KODziarzy (i odwrotnie) z rusztowań ustawionych po bokach wyłożonej kawałkami styropianu sceny, a kiedy już znużonym bohaterom uda się zasnąć po libacji i jałowych dyskusjach, ewentualnie zbliżeniu pozbawionym rewolucyjnego entuzjazmu, nawiedzają ich demony. I jakkolwiek jest w tym spektaklu wiele złych rzeczy (zbędny hałas, płaskie dialogi, nieustanne wrzaski, błyski i dymy), to jednak te demony są zdecydowanie najgorsze. Jest coś takiego jak metafora, taki środek wyrazu. I te demony mają nią niby być. No więc równie dobrze można by wziąć młot pneumatyczny. Bo mamy Andrzeja Dudę czytającego ustawy po nocy, Kukiza wrzeszczącego bez sensu o JOWach, Antoniego Macierewicza onanizującego się do nagrania z prezydenckiego Tupolewa (obrzydliwość), Krychę P., co biega po scenie, i prawie że tocząc pianę, opowiada, jak by to reedukowała pedałów, ewentualnie odrzuca kapustę pekińską, jak sobie uświadamia, że to z Chin, bądź łapie za gitarę i zachęca publiczność, by razem z nią śpiewała nowy hymn narodowy (o Bogu, jednowersowy). Satyra najniższego lotu, po prostu żenada. I wtedy wchodzi Paweł Palcat, laureat tegorocznej nagrody WARTO, jako Jarosław Kaczyński. Wcześniej był Macierewiczem (przepraszam, Antonim M.), ale to, co wyrabia jako Jarek K., to już jest pukanie w dno od spodu. Jarek najpierw zmaga się z workiem na zwłoki, tzn. z bratem. Potem staje z nagim torsem pokrytym tatuażami i zachęca widzów, by go obrażali, bo się ich nienawiścią karmi. Następnie sam ich obraża. A człowiek siedzi  i się głęboko zastanawia, co tu zaszło i jakim cudem ktoś dopuścił do realizacji ten dramatycznie rozdarty wewnętrznie scenariusz, w którym groteskowo gruba kreska (dajmy litościwie na to, że kabaretowa) miesza się z prościutką fabułką, nieudolnie udającą dojrzałą refleksję nad stanem polskiego społeczeństwa i politycznego sporu. Której puenta brzmi – trzeba chodzić po domach i rozmawiać z ludźmi ich językiem, nikt tego za was nie zrobi. No, z takim językiem to naprawdę nie wiem, do jakich ludzi – i, co ważniejsze, z jakim konkretnie przesłaniem – twórca chciał dotrzeć. Bo jeśli to ma być najlepsze, co nasz teatr ma do zaoferowania, to zdecydowanie nie jestem adresatem docelowym przekazu. Jedyne lepsze momenty to scenki pomiędzy posadzonymi na widowni Ireną (Anita Poddębniak) i Marianem (Paweł Wolak). A to o 500+, a to o broni elektromagnetycznej używanej na niewinnych mieszkańcach Legnicy. I o tym, jak Rosjanie manipulowali Bolkiem.  W sumie z 10 minut. Reszta powinna być milczeniem.
P.S. Dla porównania kilka profesjonalnych recenzji, polecam zwłaszcza pierwszą: 1, 2, 3.
P.S. 2 Wywiad z Przemysławem Wojcieszkiem z dzisiejszego Dużego Formatu.

Jedenastka na ostrzu!

Tak jest, dręczę publikę swoimi wpisami już całe jedenaście lat! Statystyki, jak sądzę, nikogo poza mną nie obchodzą:) W zamian postanowiłam polecić wam z okazji urodzin bloga 11 tytułów, które oceniłam na 10/10 w ciągu tych lat.

1. Hyperion Dana Simmonsa – pierwsza część tetralogii, konstrukcyjnie kolaż złożony z opowieści uczestników niezwykłej pielgrzymki. Do dziś pamiętam niezwykłe emocje, jakie – mimo początkowego sceptycyzmu – towarzyszyły tej lekturze. Naprawdę, dla wszystkich. Nie dajcie się odstraszyć złowrogiej etykiecie sf, a nie będziecie żałowali. Więcej w recenzji na samym dole linkowanej strony.

2. Shogun Jamesa Clavella – odsyłam do swoich zachwytów polekturowych. Rzecz monumentalna, ale niewątpliwie warta poświęconego jej czasu. Co mi przypomina, że w kolejce czeka Gaj-jin.

3. Reamde Neala Stephensona to pozycja dla autora, tworzącego głównie sf, w zasadzie mocno nietypowa i budząca w gronie jego fanów skrajne emocje, ale według mnie – fenomenalna sensacja.

4. Pożeglować do Sarancjum i Władca cesarzy Guya Gavriela Kaya – alternatywne Biznacjum i porywająca mozaika ludzkich losów, wyborów oraz namiętności. Warto, nawet jeśli w innych powieściach autor spuszczał z tonu, to ta dylogia jest absolutnie wyjątkowa.

5. Ślepowidzenie Petera Wattsa to powieść, którą trzeba przeżyć samodzielnie. Jej niezwykła popularność nie jest przypadkowa. Do dziś pamiętam to skakanie po przypisach na kartkach recenzenckiej szczotki i wrażenie totalnego wessania w losy Siriego i reszty załogi. W recenzji widnieje dziewiątka, ale dziś dałabym dziesiątkę:)

6. Rzeka tajemnic Dennisa Lehane’a to dla mnie perła w koronie jego twórczości i kwintesencja tego, czego szukam w każdym kryminale.

7. Carpe Jugulum Terry’ego Pratchetta to jedna z najlepszych części Świata Dysku, humorystycznie odziany traktat o odwiecznej walce tradycji z nowoczesnością i instytucjonalnej religii z prawdziwą wiarą (recenzja druga od dołu na linkowanej stronie).

8. O Rozłące Christophera Priesta rozpisywałam się już wielokrotnie, ale żadna okazja nie jest zła, by polecić ją po raz kolejny, ani by sięgnąć po nią po raz pierwszy.

9. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu Sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Choć to trochę oszustwo, bo w ciągu tych 11 lat zaliczałam tylko powtórki. Jest jednak dla mnie bardzo ważna. O tym, jak zacząć przygodę z tym niezwykłym cyklem i dlaczego warto, przeczytacie tutaj.

10. Wieki światła Iana R. MacLeoda zachwyciły mnie lata temu i stanowiły początek przygody z twórczością tego autora, nurtem new weird i serią Wydawnictwa MAG Uczta Wyobraźni. Byłam wtedy recenzentką nieopierzoną i pełną entuzjazmu dla nowości, ale wszystkie trzy przygody kontynuuję po dziś dzień, co chyba o czymś świadczy.

11. Gniew  Zygmunta Miłoszewskiego, czyli najlepszy polski kryminał, jaki przeczytałam w ciągu tych 11 lat:)

Dziękuję Wam za tych 11 lat. Za to, że jesteście. Za to, że jest was coraz więcej, nawet jeśli nie wszyscy się odzywacie. Że te sobotnie notki to nie tylko mój kompulsywny rytuał. Kto wie, może nawet dobijemy do trzeciej pięciolatki?:)

Duch Strzeżenia Wiedźm (3)

Ku swemu zdumieniu, Śmierć odkrył, że załatwianie kolejki dzieci jest całkiem przyjemne. Do tej pory mało kto cieszył się na jego widok.

NASTĘPNY! JAK MASZ NA IMIĘ, MAŁA… Zawahał się, ale szybko nad sobą zapanował…OSOBO?

– Nobby Nobbs, Wiedźmikołaju – odparł Nobby.

Czy tylko mu się zdawało, czy kolano, na którym siedział, było o wiele bardziej kościste, niż być powinno? Pośladki usiłowały kłócić się z mózgiem, ale zostały przyciśnięte.

A BYŁEŚ GRZECZNYM KRAS… GRZECZNYM GNO… GRZECZNYM OSOBNIKIEM?

I nagle Nobby odkrył, że nie panuje nad własnym językiem, który całkiem samowolnie, pod wpływem straszliwego przymusu, uformował krótkie:

– …ak.

Gdy Nobby walczył o władzę nad własnym ciałem, potężny głos mówił dalej:

PRZYPUSZCZAM ZATEM, ŻE NALEŻY SIĘ JAKIŚ PREZENT DLA GRZECZNEJ MAŁP… GRZECZNEGO CZŁO… GRZECZNEJ OSOBY PŁCI MĘSKIEJ?

Aha, teraz cię mam, teraz ci wygarnę, staruszku, pewno już nie pamiętasz tej sutereny na tyłach warsztatu przy Starej Szewskiej, co? Te wszystkie poranki Strzeżenia Wiedźm z maleńką dziurą w moim świecie…

Słowa wezbrały w Nobbym, ale zanim osiągnęły krtań, stłumiło je coś pradawnego… I ku zdumieniu Nobby’ego, zostały przełożone na:

– …ak.

COŚ ŁADNEGO?

– …ak.

W tej chwili niewiele pozostało w Nobbym świadomej woli. Cały świat składał się z jego obnażonej duszy i Wiedźmikołaja, który wypełniał sobą wszystko.

I OCZYWIŚCIE BĘDZIESZ GRZECZNY PRZEZ NASTĘPNY ROK?

Niewielka pozostała jeszcze cząstka nobbowatości chciała odpowiedzieć: Zaraz, a jak dokładnie pan szanowny definiuje „grzeczny”? Jakby, na przykład, zdarzył się jakiś towar, po którym nikt by nie tęsknił? Albo, na przykład, taki mój kolega był na patrolu, niby, i odkrył, że sklepikarz zostawił sklep na noc otwarty. No i każdy mógł tam wejść, nie? Ale przypuśćmy, że ten kolega zabrał jeden czy drugi drobiazg, taki jakby, no wie pan szanowny, taki napiwek, a potem wezwał sklepikarza, żeby zamknął drzwi, to dalej liczy się jako „grzeczny”, nie?

Dobro i zło były, według filozofii Nobby’ego, określeniami całkowicie względnymi – i blisko spokrewnionymi. A większość jego krewnych, na przykład, była przestępcami. Jednak to zaproszenie do debaty filozoficznej zostało przechwycone gdzieś w głębi mózgu przez czysty lęk przed wielką brodą na niebie.

– …ak – pisnął.

ZASTANAWIAM SIĘ, CO CHCIAŁBYŚ DOSTAĆ…

Nobby zrezygnował i siedział jak niemy. Cokolwiek miało się teraz zdarzyć, na pewno się zdarzy i on nic na to nie poradzi… W tej chwili światełko na końcu psychicznego tunelu ukazywało tylko dalszy ciąg tunelu.

AHA. TAK.

Wiedźmikołaj sięgnął do worka i wydobył dziwnego kształtu prezent, opakowany w świąteczny papier, który – ze względu na pewną konfuzję myśli obecnego Wiedźmikołaja – pokryty był deseniem wesołych kruków. Kapral Nobbs chwycił go w drżące dłonie.

CO SIĘ MÓWI?

– …uję.

A TERAZ BIEGNIJ.

Kapral Nobbs z wdzięcznością zsunął się z kolana i przecisnął przez tłum. Przystanął dopiero wtedy, kiedy drogę zastąpił mu funkcjonariusz Wizytuj.

– Co się działo? Co się działo? Nic nie widziałem!

– Nie wiem – wymamrotał Nobby. – Dał mi to…

– Co to takiego?

– Nie wiem.

Nerwowo rozrywał papier w kruki.

– Niesmaczna jest cała ta sprawa – stwierdził funkcjonariusz Wizytuj. – Oddawanie czci idolom…

– To prawdziwa samopowtarzalna kusza z potrójnym naciągiem, Burleigh i Wręcemocny, z polerowaną orzechową kolbą inkrustowaną srebrem!

– …wulgarna komercjalizacja dnia, który ma jedynie astronomiczne znaczenie – ciągnął Wizytuj, który rzadko zwracał uwagę na cokolwiek, kiedy wygłaszał potępienie. – Jeśli już jakkolwiek ten dzień świętować, to…

– Widziałem ją w „Łukach i amunicji”! Miała „Wybór redakcji” w kategorii „Co kupić, jeśli umrze twój bogaty wuj Sidney”. Musieli recenzentowi złamać obie ręce, żeby ją wypuścił!

– …powinien być upamiętniony krótkim nabożeństwem…

– Musi kosztować więcej niż roczne zarobki! Robią je tylko na zamówienie! Trzeba czekać całe lata!

– …natury religijnej. – Funkcjonariusz Wizytuj zdał sobie nagle sprawę, że kogoś za nim brakuje. – Czy nie mieliśmy aresztować tego oszusta, kapralu? – zapytał.

Kapral Nobbs spojrzał na kolegę. Oczy zamgliła mu duma posiadacza.

– Cudzoziemiec z ciebie, Kocioł – oświadczył. – Trudno się spodziewać, żebyś zrozumiał, o co naprawdę chodzi w Strzeżeniu Wiedźm.

 

Wiedźmikołaj, Terry Pratchett

***

Wszystkiego dobrego wszystkim czytelnikom! Zdrowia, spokoju, odpoczynku i niech Duch Strzeżenia Wiedźm będzie z Wami!

10 lat bloga!:)

Olaboga! Tak, tak, choć trudno w to uwierzyć, dziś przypada dziesiąta rocznica pierwszej notki Na ostrzu siekiery. Te 10 lat to był w moim życiu niesamowicie różnorodny czas: byłam studentką, freelancerką, zdążyłam nawet zostać etatowcem:) Jedno się nie zmieniało – zawsze znajdowałam czas na czytanie, oglądanie i (częściej lub rzadziej) opisywanie swoich wrażeń. Kilka razy rozważałam zmianę miejsca, ale to by wymagało czasu i pracy, a ostatnio nawet z czasem na jedną, żelazną notkę tygodniowo bywało niekiedy krucho.
No dobrze, zanim się całkiem rozkleję, garść rocznicowych statystyk.
Te 10 lat to m.in.:
447 wpisów o literaturze małej i dużej;
213 rendez-vous z X muzą;
2834 komentarze;
120280 odwiedzin od 14 października 2007;
w ciągu ostatnich 4 lat średnio 1269 odwiedzających miesięcznie;
najczęściej zaglądają czytelnicy z Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania, Łodzi, Białegostoku, Katowic, Gdańska (Trójmiasta) oraz Lublina – czyli zasięg zdecydowanie ogólnopolski:)
wybór co ciekawszych fraz w wejściach z wyszukiwarek:
– fisher siekiery
– upadek zachodniej cywilizacji
– junkers zgasł
– kurwy sztum (oraz sztumskie kurwy)
– rozum nie jest w stanie tego ogarnąć
– druga pięta
– na czym polega oczynszowanie chłopów.

No to jeszcze 10 autorów, których chciałabym zdecydowanie polecić waszej uwadze, a których odkryłam przez te lata:

Neal Stephenson
Dan Simmons
Dennis Lehane
Kate Atkinson
James Clavell
Peter Watts
Borys Akunin
David Mitchell
Zygmunt Miłoszewski
Joe Abercrombie

Nie brakuje o nich tekstów na blogu i odsyłaczy do napisanych przeze mnie recenzji. Łączy ich jedno – w swoich gatunkach  są pierwszoligowi. Stąd brak numeracji, bo kolejność jest zupełnie przypadkowa. Korzystam z rocznicowej okazji, by po raz kolejny nachalnie polecić ich twórczość waszej życzliwej uwadze:)