Lato z kryminałem 2018 (1): Motywy osobiste i Kartoteka 64

Jako że upały są z nami już od dawna, czas zainaugurować tegoroczne Lato z kryminałem. W pierwszym zestawie dosyć zróżnicowane pozycje.
Motywy osobiste to kolejna odsłona cyklu o Nastii Kamieńskiej, w której, po przejściu na emeryturę, bohaterka odkrywa, że poza pracą także istnieje życie. Swoją drogą, nieustannie mnie śmieszy, że Kamieńska, mając lat 49, postrzega siebie jako staruszkę. Ciekawe, ile w tym przeniesienia osobistych odczuć i problemów autorki. Ale wracając do naszych baranów – tym razem Nastia ma wyjaśnić zagadkę zabójstwa staruszka, który i tak był już terminalnie chory i zostało mu bardzo niewiele życia. Śledczy uznali, że sprawcą był włamywacz i szukaj wiatru w polu, ale to nie przekonuje córki zmarłego, która zleca agencji detektywistycznej Stasowa przeprowadzenie dochodzenia. A że tak się dogodnie składa, iż zdarzenie miało miejsce w nadmorskim kurorcie, zaś dochodzenie ma być prowadzone w okresie, gdy przypadają w niedługim odstępie czasu dwa święta państwowe i sporo dni wolnych, Kamieńska postanawia zabrać ze sobą męża i połączyć dochodzenie z wakacjami.
I w tym miejscu szczerze przyznam, że wątek relacji Kamieńskiej z Czistiakowem, ich wspólnej pracy, a przede wszystkim pierwszego od bardzo dawna wspólnego urlopu, był dla mnie najciekawszą częścią powieści. Jasne, intryga, jak zawsze u tej autorki, jest drobiazgowo przemyślana. Jak często u niej bywa, przyczyna zabójstwa kryje się w odległej przeszłości, a samo odkrycie tożsamości zabójcy ma podrzędne znaczenie, ważniejsze są historie i motywacje poszczególnych bohaterów (stąd zresztą tytuł). Jeśli kogoś nie nęci pogłębiona warstwa obyczajowa, to uczciwie ostrzegam – dostajemy tym razem głównie ten element, intryga kryminalna raczej się snuje niż rozwija, i to zdecydowanie w tle. Mnie to nie przeszkadzało, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że czytelnika sięgającego po ten tom z gatunkowym nastawieniem lektura nieźle wymęczy.
Kartoteka 64 to czwarta część serii Adlera-Olsena o Departamencie Q, w której ponownie spotykamy się z wiecznie niezadowolonym Carlem Morckiem i jego tajemniczym asystentem Hasanem al-Assadem, specjalizującymi się w wyjaśnianiu dawno porzuconych spraw. Tym razem zajmą się serią skumulowanych w czasie zagadkowych zaginięć sprzed ćwierćwiecza i szukając wspólnego punktu między ofiarami, trafią prosto w wyjątkowo mocno cuchnące nazistowską ideologią bagno, w którym unurzane były także instytucje duńskiego państwa. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Zresztą, również w poprzednich częściach pomysły były zdecydowanie najmocniejszą stroną autora, z wykonaniem bywało już rozmaicie. Niestety, tym razem realizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie wystarczy, jak się okazuje, wziąć na warsztat gorącego tematu, dorzucić tajnej organizacji skupiającej funkcjonariuszy państwowych rozmaitego autoramentu, a modus operandi mszczącej się ofiary pożyczyć od Agathy Christie, żeby wszystko zagrało, jak należy. Może nie byłoby jeszcze tak kiepsko, gdyby główny zły nie okazał się tak groteskową postacią, a w szpary kryminalno-politycznej intrygi Adler-Olsen, w rozpaczliwej próbie wprowadzenia wątku realistyczno-humorystycznego, nie powtykał naturalistycznych do granic dobrego smaku, a czasem i poza nie, opisów epidemii grypy na komendzie. Dla mnie gwoździem do trumny tej pozycji okazało się fatalne tłumaczenie – tłumaczka jest ta sama od początku, więc nie wiem, co się wydarzyło. Czy zmienił się redaktor, czy korektor, czy może ktoś przez pomyłkę puścił do druku tłumaczenie w surowej wersji? Nie mam, niestety, możliwości, żeby to prześledzić, bo poprzednich części wyzbyłam się bez większego żalu. Czytałam e-booka, a zaznaczenia na czytniku kompletnie mnie nie przekonują, zatem nie mam przykładów, ale w tekście po prostu roi się od stylistycznych nieporadności, które częstokroć nie mają nic wspólnego z polską składnią i sprawiają wrażenie, że tłumaczył translator. Z wszystkich wymienionych powodów – zdecydowanie nie polecam.
Reklamy

Lato z kryminałem 2017 (1): M&M, czyli Marinina i Marwood

Życie po życiu to była Kamieńska ostatniej szansy. Albo będzie dobra, albo żegnam się z cyklem na zawsze, bo ostatnio przynosił same rozczarowania. Cóż, Marinina znowu zdołała przekonać mnie swoją historią, więc z Nastią się jeszcze spotkamy. Tym razem wydająca Kamieńską na emeryturze Czwarta Strona zdecydowała się przedstawić czytelnikom pierwszą sprawę byłej analityczki kryminalnej w sektorze prywatnym. W prowincjonalnym Tomilinie ktoś zamordował, w odstępie półrocznym, w przedziwny i identyczny sposób, dwie starsze panie. Jedna wracała z wieczoru artystycznego znanej aktorki, druga, emerytowana śledcza prokuratury, została znaleziona na budowie. Łączyła je przynależność do zaskakująco nowoczesnego klubu Złota Jesień, w którym emeryci mogli różnorodnie spędzać wolny czas, m.in. nauczyć się obsługi Internetu i nawiązywać za jego pośrednictwem korespondencyjne znajomości. Poza tym ofiary dzieliło w zasadzie wszystko, co było przyczyną ich wzajemnej antypatii. Połączyły je pośmiertnie rozbite lusterka na na piersiach i kolczyki wyrwane z uszu.
Nastia musi wyjaśnić, czy w rozpropagowanej przez miejscową gazetę teorii, zgodnie z którą zabójcą jest obłąkany potomek rodu Rumiancewów, dawnych właścicieli posiadłości zajmowanej przez klub Złota Jesień, tkwi ziarno prawdy. Klub to oczko w głowie miejscowego oligarchy, Andrieja Biegorskiego, zleceniodawcy agencji detektywistycznej Stasowa. Biegorski jest osobą skrajnie apodyktyczną, szybko jednak się przekona, że Nastia nie będzie tańczyła tak, jak on chciałby jej zagrać.
Życie po życiu to taki klasyczny kryminał w starym stylu, z zamkniętą pulą podejrzanych, wyizolowaną posiadłością i siecią wzajemnych powiązań między postaciami, typowych dla małego, prowincjonalnego miasteczka z zaimpregnowaną hierarchią społeczną. Działa to na korzyść intrygi, w ramach której Marinina po raz pierwszy od dość dawna pokazuje, że jeśli chce, potrafi skonstruować sensowną i wielowątkową zagadkę z niebanalnym, a jednak niewydumanym rozwiązaniem, nie uciekając się do wątpliwych chwytów, takich jak eugeniczne eksperymenty, czy wygodnych wytrychów w stylu wszechmocnych macek mafii. Oczywiście, jak zwykle, tworzy również galerię postaci o zróżnicowanych życiorysach, demonstrując przy okazji, jak rozmaicie przejście na emeryturę może wpłynąć na ludzki charakter. Dotyczy to także głównej bohaterki, która z trudem odnajduje się w nowej roli i uczy działać bez wsparcia autorytetu funkcjonariuszki stołecznego wydziału zabójstw.

Najmroczniejszy sekret to moja pierwsza powieść Alex Marwood, bo recenzje poprzednich sugerowały, że raczej nie przypadłyby mi one do gustu. W tym wypadku o sięgnięciu po książkę zdecydowała Facebookowa polecanka Wojciecha Chmielarza. I nie zawiodłam się, choć lektura była dla mnie dosyć paradoksalnym doświadczeniem. Głównie zapewne wzięło się to stąd, że wbrew marketingowej oprawie kryminał jest to jedynie przy okazji, a głównie powieść obyczajowa. W czym, rzecz jasna, nie ma nic złego, ale jednak zawartość rozmija się z oczekiwaniami. W każdym razie w centrum historii znajduje się zagadka zniknięcia dziecka sprzed dwunastu lat, a jej bohaterami są rodzina i przyjaciele Seana – dewelopera-psychopaty. Sean jest postacią skrajnie antypatyczną, zatem jego śmierć nie budzi wielkiego smutku nawet w jego dzieciach. I nic dziwnego – ciężko żałować faceta, który zmienia żony jak rękawiczki, bo jest zazdrosny, że zamiast koncentrować się wyłącznie na nim i pełnić rolę wdzięcznej bankietowej ozdoby, zaczynają poświęcać uwagę ich wspólnym dzieciom. Pogrzeb Seana, zmarłego w kompromitujących okolicznościach, staje się jednak okazją do spotkania jego rodzin z rożnych etapów życia. Milly, jego druga pod względem starszeństwa córka, wspomina przy tej okazji dzień zaginięcia swojej trzyletniej przyrodniej siostry Coco, tuż po 50. urodzinach Seana. Jak się okazuje, nie tylko ona powraca myślami do tych wydarzeń, a z mozaiki wspomnień całej grupy bohaterów Marwood komponuje przerażająco-fascynujący obraz, z którego w końcu wyłania się prawda o zniknięciu Coco, ale przede wszystkim ponura prawda o priorytetach ludzi przywykłych do przywilejów klasy wyższej. Składanie tej mozaiki w całość, dzięki przekonującym portretom psychologicznym bohaterów i wielości perspektyw narracyjnych, stale podtrzymuje zainteresowanie czytelnika, co jest o tyle paradoksalne, że z czysto formalnego punktu widzenia powieść przypomina polski film – w zasadzie niemal nic się w niej nie dzieje. Są jednak pozycje dowodzące, że akcja to nie wszystko, i ta się do nich zalicza.

Kamieńska raz jeszcze

Długo się zastanawiałam, czy chce mi się w tym tygodniu produkować zwykły wpis i czy to w ogóle adekwatne, zważywszy na to, co się dzieje w kraju. Choćby taki drobiazg, że w zasadzie nie mamy legalnie uchwalonego budżetu na przyszły rok, a to chyba dopiero początek. Ale ostatecznie doszłam do wniosku, że ten blog nie jest, nigdy nie był i być nie powinien miejscem, w którym zajmuję się polityką. Tu jestem widzem i czytelnikiem. Tutaj odpoczywam. Także od tego cyrku, w jaki garstka totalnie oderwanych od realiów codziennego życia wieloletnich beneficjentów systemu zamieniła kraj, za nic sobie mając głos suwerena marznącego na masowych spontanicznych demonstracjach i przepisy prawa.
Stąd opiszę wam kolejny kryminał, bo wpisy serialowe jakoś nie cieszą się popularnością:) Nie wiem, czy mnie pewne schematy cyklu o Kamieńskiej zaczynają po prostu nużyć, czy zwyczajnie akurat jesteśmy w dolnej partii sinusoidy cyklu, który od początku był mocno nierówny. Dość, że to już trzecia z rzędu (po wyjątkowo słabym Styliście i sporo lepszej, choć z wydumanym wątkiem eksperymentów eugenicznych,  Iluzji grzechu) powieść o przygodach leniwej analityczki kryminalnej, która pozostawiła mnie dziwnie obojętną.
I tym razem naprawdę trudno mi powiedzieć, dlaczego w zasadzie tak się stało, bo w teorii Jasne oblicze śmierci należy do tych powieści Marininy, które lubię najbardziej. W intrydze nie ma żadnych paranaukowych elementów ani spisków sięgających służb specjalnych, politycznych elit i szczytów władzy. Wszystko kręci się wokół wątków obyczajowych, a opisywanie relacji międzyludzkich zawsze było mocną stroną autorki, podobnie jak oddawanie realiów codziennego życia mieszkańców Moskwy. Tutaj jednak nawet to słabuje. I już chyba wiem, dlaczego (warto jednak pisać notki na blogu!). Zarówno historia dwóch przyjaciółek, które wyjechały się razem dorobić w zagranicznym kurorcie, jak i zasadnicza dla fabuły opowieść o trzech nierozłącznych kamratach jeszcze z czasów studenckich (dwóm z nich lojalność wobec trzeciego rujnuje życie rodzinne) po prostu porażają sztucznością. Ci ludzie są kukiełkami, które zachowują się w określony sposób, bo taki jest wymóg fabuły, ale kompletnie się im nie wierzy. Ani czytelnika nie obchodzą. Koniec końców, wszystkie trybiki do siebie pasują, a niezwykła lojalność trzech muszkieterów okazuje się mieć mroczne korzenie w przeszłości, więc teoretycznie na poziomie konstrukcyjnym powieści niczego nie da się zarzucić, a i czyta się nie najgorzej, bo wielość wątków skutecznie podtrzymuje zainteresowanie. Ale gdy wszystko się skończy i na całość można spojrzeć z dystansu, widać te słabo maskowane sznurki władczyni marionetek i absurdalną wręcz liczbę czysto operetkowych zbiegów okoliczności, niezbędnych, by wydarzenia potoczyły się według planu. Jest to zatem, jak na możliwości Marininy, książka przeciętna. Widać zmęczenie materiału. Szkoda.

Lata z kryminałami c.d.

Upały szczęśliwie odpuściły w tym tygodniu, ale i tak pozostałam przy lżejszych lekturach. Nie wiem, co się ostatnio dzieje, ale chyba czytam troszkę szybciej niż przeciętnie. No to jedziemy z wrażeniami:)

Christer Mjaset To ty jesteś Bobbym Fischerem – powieść obyczajowa z mocno zakonspirowanym wątkiem kryminalnym. Wyprawa paczki przyjaciół w czasy dawno utraconej młodości przy okazji pogrzebu jednego z nich. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tej książki. Czyta się całkiem przyjemnie, ale w zasadzie to materiału starczyłoby raczej na dłuższe opowiadanie niż niedługą mimo wszystkich wtrętów i ozdobników powieść. Ponadto, chociaż zwykle nie mam tego rodzaju wymagań, braki fabularnej dynamiki mocno eksponują totalną przezroczystość wszystkich postaci, na czele z głównym bohaterem. Zdystansowana emocjonalnie narracja w formie beznamiętnego raportu z przywoływanych zdarzeń była zapewne celowym zabiegiem autora, ale w połączeniu z dwiema wskazanymi wyżej cechami utworu sprawiła, że mimo teoretycznego dramatyzmu losy postaci i rozwiązanie tajemnicy z przeszłości (które dość szybko można zacząć podejrzewać) były mi całkowicie obojętne. Nie jest to zła lektura, ale o wiele lepiej oceniam Białe kruki.

Samuel Bjørk Sezon niewinnych – jedno z dwóch odkryć kryminalnych ostatniego czasu, powieść, która wciągnęła mnie niemal równie mocno, co polecane niedawno W obcej skórze. Choć pod wieloma względami jej ustępuje, przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcyjną oryginalność, bo jednak seryjny morderca dzieci ścigany przez specjalną jednostkę z charyzmatycznym szefem (Holger) i wybitnie empatyczną śledczą w szponach nałogów, nękaną problemami z przeszłości (Mia) to mocno zużyty schemat. Niemniej są tu elementy świeże, zarówno w kreacji postaci (tu raczej w przypadku Holgera, który pod każdym względem odbiega od stereotypu policyjnego herosa, niż Mii, której kreacja niebezpiecznie balansuje na granicy karykatury, tymczasem jednak jej nie przekraczając). Ale za to jak to jest dobrze rozpisane! Suspens i dynamika, że po prostu palce lizać, co skutecznie przykrywa mniejsze i większe głupotki, przynajmniej do czasu zakończenia lektury. A jeśli tak twierdzi ktoś tak czepialski jak ja, to można wierzyć na słowo. Nesbo to to nie jest, ale jak na debiutanta rokuje naprawdę wyśmienicie i trafia na moja listę must read.

Aleksandra Marinina Egzekucja w dobrej wierze – czyli aktualna, bo pisana w 2015 roku, Kamieńska na emeryturze. Poza tym, że bohaterka ma 54 lata, nie pracuje już w policji i od czasu do czasu narzeka na zmęczenie wywołane wiekiem, nie da się tego zauważyć. A gwarantuje odpoczynek od wkurzających motywów przemiany z szarej myszki w boginię seksu, więc ja tam co do zasady jestem za. Jest to tom z gatunku gospodarczo-biznesowych, bo Nastia z Jurą Korotkowem lecą na Syberię, by szukać odpowiedniej działki pod pensjonat – nową inwestycję banku brata Kamieńskiej. Wpadają tym samym w sam środek lokalnych układów biznesowo-politycznych, zwalczające się stronnictwa forsują bowiem odmienny przebieg nowej magistrali, a infrastruktura to dla lokalizacji pensjonatu kluczowa kwestia. W dodatku zbliżają się wybory samorządowe, a ktoś ewidentnie ryje pod aktualnym merem. I jako broń wykorzystuje ekologię. Do tego lokalny koloryt, różnice między działaniem policji na prowincji i w stolicy, zróżnicowana galeria interesujących i wiarygodnych postaci oraz trupy – te w szafie, z przeszłości, i te jak najbardziej dosłowne. W sumie bardzo udane połączenie, choć fabularnie nie jest to najlepsze dokonanie autorki. Ale spokojnie środek stawki.

James Runcie Sidney Chambers – Cień śmierci. Sześć opowiadań o księdzu z niewielkiej miejscowości w pobliżu Cambridge, który w pierwszej połowie lat 50. wspomaga miejscowego policjanta w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Cztery z nich zostały przeniesione na ekran w pierwszym sezonie polecanego tutaj przeze mnie swego czasu serialu Grantchester (tak się nazywa miasteczko, w którym ksiądz ma parafię). I dla osób, które zaczęły swoją znajomość z Sidneyem i Geordiem od serialu, książka będzie z tego względu pewnym rozczarowaniem. Bo fabularnie serial jest ekranizowanym opowiadaniom bardzo wierny, a stylistycznie historyjki są suche, wręcz napuszone (nie czytałam oryginału, więc nie wiem, na ile to kwestia stylu autora, a na ile wyborów tłumacza). O wiele bardziej autentyczni, żywi i budzący sympatię są zatem bohaterowie w swoich ekranowych wcieleniach niż na kartach opowiadań. W serialu lepsza jest również dramaturgia. Tylko dwa ostatnie opowiadania nie zostały (jeszcze) zekranizowane, ale suspensem to one nie powalają, co w zasadzie wyjaśnia motywy takiej decyzji twórców serialu. Niemniej, nawet znając większość fabuł, całość czyta się całkiem przyjemnie. Choć rekomenduję lekturę, a potem oglądanie serialu, który jest lepszy od literackiego pierwowzoru, co zdarza się bardzo rzadko.

Kryminalne zaległości

Byłam pod tak wielkim wrażeniem Flannagana, że wciął się w kolejkę i wyprzedził aż cztery inne, wcześniej przeczytane pozycje. Niniejszym nadrabiam zbiorczo wrażenia z trzech spośród nich, których jedyną cechą wspólną jest przynależność gatunkowa. Według jakości, a nie chronologii.

Jens Lapidus, Życie deluxe – czyli ostatnia odsłona Czarnej Trylogii Sztokholmskiej, moim zdaniem najlepsza. Nic nie poradzę, metoda pisarska autora pasuje mi jak mało która, polubiłam także bohaterów (tym razem wszystkich znamy z poprzednich części), a Szwed pisze tak zajmująco, że jestem w stanie wybaczyć mu większą dozę efekciarstwa niż innym (a tym razem w porównaniu do poprzednich części jest to ilość bardzo umiarkowana). I choć nawet rozwiązanie głównej zagadki, czyli tożsamości zleceniodawcy zabójcy, nie było dla mnie zaskoczeniem, w żadnym stopniu nie zmniejszyło to czytelniczej przyjemności. Mało która książka mająca 560 stron wydawała mi się tak krótka. Nie muszę dodawać, że entuzjastycznie polecam? 8,5/10

Aleksandra Marinina Iluzja grzechu – do cyklu o Kamieńskiej mam słabość nawet dla mnie samej niezrozumiałą. Bohaterka na ogół irytuje mnie niemożebnie, zwłaszcza jeśli z pomocą ciuchów i odrobiny makijażu przeistacza się z szarej myszy w seksbombę, albo jest zbyt leniwa, żeby wyjąć sobie z lodówki i podgrzać zupę, którą mąż dla niej ugotował przed swoim kilkudniowym wyjazdem… Intrygi bywają znakomite, a bywają tak marne, pretekstowe i rozwleczone, że aż przykro. Takim przypadkiem był tom poprzedni, czyli Stylista, a jednak nie oparłam się pokusie zakupu kontynuacji niemal natychmiast po premierze. No i w zasadzie było o wiele lepiej (w sumie nie jest to zbyt trudne do osiągnięcia), choć nieco mnie rozczarował motyw powrotu do eugenicznych eksperymentów. Jest to zatem tom przeciętny na tle serii, ale wciągający na tyle, by ocenić go na 7/10

Stefan Ahnhem Ofiara bez twarzy to debiutancka powieść, którą lepiej się ocenia podczas lektury niż po jej zakończeniu. Główną jej zaletę stanowi zręczna i naprawdę dynamicznie poprowadzona narracja, która sprawiła, że nawet z wysoką gorączką miałam potrzebę dowiedzenia się, co będzie dalej. Dzięki temu walorowi niemal do samego końca można przymknąć oko na rozmaitego sortu fabularne głupotki i spiętrzenia nieprawdopodobieństw. Pozwala on też przypuszczać, że autor może – po pohamowaniu entuzjazmu debiutanta, który nakazał mu w ramach jednej fabuły umieścić wszelkie efektowne pomysły, jakie tylko wpadły mu do głowy, bez oglądania się na prawdopodobieństwo – zostać naprawdę niezłym pisarzem. Dar zajmującego opowiadania to bowiem nie jest coś, czego można się nauc

Normal
0
21

zyć na warsztatach kreatywnych – ma się to albo nie. Tymczasem jednak Ahnhem dobrym pisarzem nie jest, zmarnował w sposób karygodny znakomity wątek przemocy w szkole, swoją skłonnością do efekciarstwa ostatecznie rozłożył intrygę, a poza tym zdołał stworzyć jednego z najbardziej antypatycznych bohaterów, z jakim kiedykolwiek miałam nieprzyjemność. Fabian Risk to ohydny, egoistyczny dupek, dla którego rodzina jest niczym więcej jak zawadą w pracy. Na miejscu jego żony, zamiast się za nim przeprowadzać na prowincję w płonnej nadziei ratowania małżeństwa, uciekałabym, gdzie pieprz rośnie, korzystając z jego perfidnej zdrady. Że już nie wspomnę o tym, iż na tejże prowincji jakimś cudem pracują fachowcy światowego formatu z kryminalistyki i wszelkich innych dziedzin. Jednocześnie fakt, że facet, który w połowie życia zniknął z powierzchni ziemi, po prostu kupił sobie nową tożsamość, wyobraźnię tej wielkoformatowej ekipy przerasta. Przekombinowana. 6/10

Męskie gry, czyli ostatnia Kamieńska

Nie że ostatnia w ogóle, ale ostatni z dotąd wydanych w naszym pięknym kraju tomów cyklu kryminalnego o perypetiach Nasti (czy to się na pewno pisze przez jedno i? Zawsze, jak taki zapis widzę, mój wewnętrzny Nazgul Ortografii odczuwa dziwny dyskomfort…) Kamieńskiej, która chyba już właściwie powinna się nazywać Czistiakowa (bo wszak wyszła za swojego osobistego kucharza Loszkę) – ale nie bądźmy drobiazgowi. Może została przy panieńskim. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, ale tom okołoślubny (Śmierć i trochę miłości) jest jednym z najlepszych w cyklu.
Pozwalam sobie na takie dygresje, bo w końcu mamy Dzień Patrona Epileptyków i Psychicznie Chorych.

W tym tomie zresztą Loszki nie ma, bo wyjeżdża na cykl wykładów do Ameryki, żeby zarobić na remont mieszkania (akcja powieści rozgrywa się w roku 1995, co daje do myślenia w kwestii zaległości wydawniczych – co prawda nie wiem, czy Marinina jeszcze ciągnie serię, ale jeśli, to w obecnym tempie jednego tytułu na rok nigdy jej W.A.B. nie dogoni…). Co, oczywiście, oznacza, że małżonka żywi się czerstwym chlebem, o ile w ogóle zmusi się do jedzenia. Dzięki temu może się w pewnym momencie wbić w – niegdyś za ciasne, ale za to modne – spodnie. I jeszcze jej luz zostaje. A nie jedzenie Kamieńskiej w głowie, bo w pracy dramat na dramacie (w odmianie tragicznej, oczywiście).

Wszystko zło bierze początek od odejścia Gordiejewa, zwanego Pączkiem. Pączek idzie w generały, coby na emeryturę przejść w perspektywicznym finansowo stopniu. Jego miejsce na Pietrowce zajmuje niejaki Mielnik. którego nasza bohaterka nie lubi, bo nie jest Pączkiem. A z upływem czasu nie lubi go tylko coraz to silniej, bo narzuca Mielnik podwładnym o wiele bardziej rygorystyczny styl pracy, co z miejsca czyni go w oczach funkcjonariuszy Paniskiem.
A tu jeszcze, złośliwie, ktoś udusił siedem osób. Stosując takie samo, jałowe kryminalistycznie, modus operandi. Nastia, Korotkow i Misza Docenko pracują nad sprawą, ale za każdym zakrętem pakują się w ślepe zaułki.
Ponadto kontynuowany jest po raz kolejny – zapoczątkowany w tomie Gra na cudzym boisku – wątek znajomości Kamieńskiej z mafijnym potentatem Denisowem. Tym razem gangster z Miasta udziela pani major cennej dla śledztwa w sprawie dusiciela, ale zarazem mocno enigmatycznej informacji. Podążając po tej nitce do kłębka, Kamieńska nie raz pożałuje danego znajomemu słowa…

Męskie gry powieścią, z której oceną mam niejaki problem. Podoba mi się, że pokazują ludzkie oblicze głównej bohaterki, która zachowuje się na ich kartach silnie emocjonalnie, a niekiedy po prostu dziecinnie. Dobrym ruchem jest odsunięcie Gordiejewa i wytrącenie wywiadowców z komfortowego schematu działań. Ponadto Marinina jak zwykle zgrabnie splata – pozornie początkowo kompletnie niepowiązane – wątki, z których każdy jest psychologicznie interesujący, a występujące w nich postaci, w teorii drugoplanowe, mają swoją wiarygodność i indywidualność. O niektórych elementach irytujących wspominałam wyżej. Ale nie znalazło także tym razem mojego uznania Ostateczne Rozwiązanie, pozbawione finezji, choć nie logiki. Niemniej, aż do finału intryga jest autentycznie zajmująca, co każe uznać Męskie gry za dobry kryminał.
Ostatni problem to ten, że tom, choć wydany w 2004 roku, jest szesnasty w serii, a nie ma do dziś polskiej wersji tomów 11-15. Przyjdzie je zatem czytać achronologicznie, kiedy w końcu się ukażą. No i minus dla wydawcy – e-book dostępny wyłącznie w wersji e-pub, po chałupniczej konwersji do mobi w niektórych miejscach tekst się rozłazi. Choć fakt, w niewielu.

Teatr węży – akt drugi i lekturowa teoria względności

Pośród cieni  Agnieszki Hałas, czyli drugi tom cyklu powieściowego o Krzyczącym w Ciemności, było trzecią w ostatnim czasie powieścią, którą połknęłam właściwie w ciągu doby. Chcę napisać na jej temat coś więcej i opublikować gdzieś recenzję, tymczasem więc stwierdzę tylko tyle, że dostrzegam znaczny progres w stosunku do tomu pierwszego, czyli Dwóch kart, wydanych przez niestety nieistniejące już lubelskie wydawnictwo Ifryt. Co oznacza, że zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Znającym postać Krzyczącego cyklu zresztą zapewne polecać nie trzeba. Nieznającym, a lubiącym niejednoznaczne moralnie postaci z mroczną tajemnicą, zdecydowanie natomiast rekomenduję zawarcie z nim znajomości. Tak elegancki styl snucia opowieści rzadko się przy tym trafia nie tylko w fantastyce, ale w ogóle w literaturze.

Drugą pochłoniętą pozycją, na którą chciałabym zwrócić waszą uwagę, jest Wurt Jeffa Noona. Więcej pod linkiem, naprawdę warto, wyjątkowa rzecz.

Trzecia rzecz to Obraz pośmiertny Marininy, czyli kolejny tom przygód Kamieńskiej. I to, niestety, pierwsza od dłuższego czasu wyraźnie słabsza pozycja w cyklu. Co w pochłanianiu jednak mi nie przeszkodziło, bo historia wciąż ciekawa i sprawnie zaserwowana.
I w tym miejscu przechodzimy do rozważań o lekturowej teorii względności. Otóż po Wurcie, a przed Hałas, podjęłam próbę wywiązania się z recenzenckiego obowiązku. I po prostu nie dałam rady. Przeczytawszy 30 stron ze szczotki, która najwyraźniej nie zaznała korekty, bo postaciom żeńskim nagminnie przypisywane tam były męskie końcówki fleksyjne, uznałam, że kontrast pomiędzy znakomitym Wurtem a rzeczoną pozycją, którą wzięłam na siebie dobrowolnie, dając autorowi piątą szansę (jak widać, pogłoski o moim okrucieństwie są mocno przesadzone), po prostu mnie przerasta. Przeczytanie choćby tylko jednej jeszcze strony po prostu nie wchodziło w rachubę.

Z powyższego wynika dla mnie jedno – pozycje pochłonięte, oceniane całościowo, reprezentują rozmaity poziom, dzieli je także przynależność gatunkowa. W moim prywatnym równaniu opisującym szybkość lektury zmienna odpowiadająca sprawności stylistycznej autora ma wartość kluczową. Ponieważ teraz zamierzam się zmusić do przebrnięcia przez obowiązek, jak na wzorowego recenzenta przystało, szybkość zapewne znacząco spadnie. A co dla was jest najważniejsze?