Czwarty rok z czytnikiem – z trzymiesięcznym pooślizgiem

W zasadzie poślizg nie wynikł z zapominalstwa, a z tego, że w listopadzie uznałam robienie kolejnego wpisu z tego cyklu za bezsensowne. Powód był banalnie prosty – między 14 listopada 2015 a 14 listopada 2016 przeczytałam 6 książek papierowych. Były to:

1. Rada mniejszości Kate Griffin, czyli czwarty tom przygód londyńskiego czarnoksiężnika Matthew Swifta (w grudniu 2015);
2. Dziewięciu książąt Amberu Rogera Zelaznego (w grudniu 2015);
3. Crimen Józefa Hena (w lutym 2016);
4. Obudź się i śnij Iana R. MacLeoda (w maju 2016);
5.Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie Jessiki Knoll (w maju 2016);
6. Ostre cięcia Joego Abercrombiego (w lipcu 2016).

Dwie spośród nich to książki pożyczone, trzy – otrzymane do recenzji, a tylko jedna (MacLeod) pochodziła z moich własnych, wciąż niemałych, półkowych zasobów.

Do dnia dzisiejszego liczba ta uległa zwiększeniu o 0,5 (dwa tomy nowego czterotomowego wydania Przygód dobrego wojaka Szwejka czasu wojny światowej).

Nie kupuję już papierowych książek (Pratchett już nic nie napisze, więc najbliższy wyjątek od tej reguły przypadnie zapewne na kolejną powieść Jo Nesbo), niemal niczego nie recenzuję (poza kolejnymi tomami Akt Dresdena, ale zanim przyjdzie recenzencki papierowy egzemplarz, dawno mam przeczytaną wersję elektroniczną), w prezencie też dostaję głównie e-booki, bo sama o to proszę. Niedawno kupiłam dwie papierowe książki (Nocny film oraz Dom z liści), by podarować je w prezencie. Ponieważ Nocny film otrzymał entuzjastyczną recenzję od obdarowanej, kilka dni temu kupiłam sobie w promocyjnej cenie e-booka. I nie chodzi tylko o to, że w domu skończyło się miejsce na książki (choć to prawda, bo nawet na najnowszej półce nad monitorem leżą w stosach, na które czasem patrzę z lekką obawą, czy półka wytrzyma). Po prostu na czytniku lektura jest o wiele większą przyjemnością, przyzwyczaiłam się do możliwości powiększania czcionki, a przede wszystkim do jego małego ciężaru. Oraz, nie da się ukryć, zdecydowana większość książek, także z dotychczasowego papierowego księgozbioru, to pozycje jednorazowe, do których więcej nie wrócę.  Nie ma sensu, żeby zajmowały miejsce i pokrywały się kurzem na półkach.

Nie dalej jak przedwczoraj, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, natknęłam się na brak wersji elektronicznej przy próbie zakupu Najlepiej w życiu ma twój kot – zbioru listów Szymborskiej i Filipowicza. Ale nie pojawił się przymus kupienia wersji papierowej. Raczej refleksja o wciąż rosnącej liście must read i o tym, że mogę spokojnie poczekać, aż będzie e-book.

Chyba się starzeję:)

P.S. Ten wpis to typowa zapchajdziura. Od zeszłego piątku walczę z przeziębieniem najgorszego sortu, tj. takim, które wykańcza, ale nie kwalifikuje się na L4 (brak gorączki). Dlatego nie byłam w stanie oddać w ten weekend sprawiedliwości Opowieści podręcznej Atwood ani napisać nic merytorycznego.

P.S.2 Tradycyjnie zapytam: ktoś zaczął niedawno przygodę z e-czytelnictwem lub kontynuuje ją od jakiegoś czasu? Jaki czytnik? Jakieś wrażenia i refleksje? Czy tylko u mnie ekspansja e-booków jest tak dynamiczna i wynika z mojego wygodnictwa, czy może to powszechniejsze zjawisko?