Erasta ostatni występ (Borys Akunin, Nie żegnam się)

erastJak do tego doszło, nie wiem, ale znowu mam 9 tytułów w plecy (a licząc dwie jeszcze nienapisane recenzje przedpremierowe, Śpiewu potępionych Agnieszki Hałas i Pokuty Anny Kańtoch, to nawet 11). Niemniej, jakoś sobie z tym poradzimy, jeżeli nawet nie w najbliższym czasie, to stopniowo.

Dzisiaj natomiast garść wrażeń z ostatniego tomu cyklu powieści detektywistycznych Borysa Akunina, czyli Przygód Erasta Fandorina. Jest to seria szczególnie bliska mojemu sercu, nie tylko dlatego, że poświęciłam jej pracę magisterską. W ramach cyklu autor zrealizował znakomicie bardzo rzadki zamysł – każda powieść emulowała inny podgatunek kryminału. Poza tym nie da się ukryć, że bohater, którego dorastanie czytelnik mógł obserwować, był – przy całej swojej nieodzownej wyjątkowości – sympatyczny i niepozbawiony wad, wśród których prym wiodła swoista naiwność, zwłaszcza co do przedstawicielek płci teoretycznie słabszej.

No właśnie – Erast był sympatyczny i ludzki. Do czasu. Nie mam całkowitej pewności w tej kwestii, ale wydaje mi się, że według pierwotnego autorskiego zamysłu seria miała się skończyć na 11 tomie, czyli Diamentowej karocy, która ukazała się po rosyjsku w 2003 roku. I tak byłoby zdecydowanie lepiej, całość zakończyłaby się mocnym akordem i pozostawiłaby wyłącznie znakomite wspomnienia. Fani jednak domagali się dalszego ciągu, w efekcie czego w 2007 roku ukazał się zbiór opowiadań Nefrytowy różaniec, zawierający teksty o bardzo zróżnicowanym poziomie, a następnie dwie dosyć słabe, zwłaszcza na tle najlepszych odsłon cyklu, powieści, czyli Świat jest teatrem i Czarne miasto (polskie wydanie tej ostatniej miało miejsce w 2014 roku). W tych odsłonach próżno było szukać dawnego ulubieńca (i odnosi się to zarówno do bohatera, który przeżywał dramatyczny kryzys wieku średniego, jak i do pisarza, który przeżywał dramatyczny kryzys warsztatowy oraz najwyraźniej cierpiał na deficyt weny). Fandorin nie jest tu już osobą, którą znamy i kochamy, ale odpornym na upływ czasu pod względem fizycznym chochołem, który sam o sobie myśli jako o szlachetnym mężu. Istotą (tak jest, bo już nie człowiekiem z krwi i kości) posągową i antypatyczną, a jednocześnie nadal pod pewnymi względami po prostu zaślepioną naiwnością i żądzą, ale już nie w ten uroczy, młodzieńczy sposób, który tak chętnie mu się wybaczało. Teraz budzi głównie zażenowanie i bez żalu przyjęłam fakt, że – UWAGA, SPOILER – w finale Czarnego miasta zostaje w Baku postrzelony w głowę. Był to w zasadzie cios łaski, o czym dodatkowo upewniły mnie trzy opowiadania ze zbioru Planeta woda.

Niemniej, jak się okazało, nie był to cios ostateczny. I tak dostaliśmy tom przewrotnie zatytułowany Nie żegnam się, w którym Akunin zamyka opowieść definitywnie, i całe szczęście, o czym poniżej. Rzecz jasna, nawet taki nadczłowiek jak Fandorin nie mógł po bezpośrednim postrzale w głowę po prostu wstać, otrzepać się i jakby nigdy nic ruszyć w pościg za kolejnym akuninem, czyli złoczyńcą. Zatem na wiernego Japończyka, Masahiro Shibatę, spadł obowiązek ponad czteroletniej opieki nad znajdującym się w śpiączce Erastem. Wierny wasal tracił już wprawdzie nadzieję, bo po wybuchu rewolucji co lepsi lekarze uznali, że rosyjskie powietrze zdecydowanie im nie służy, jednak w pociągu zmierzającym do Moskwy Fandorin pod wpływem niespodziewanego wstrząsu nieoczekiwanie się wybudził. I tu szczerze przyznam, że przez moment wydawało mi się, iż Akunin postanowił wykorzystać fizyczny uraz, by na koniec oddać czytelnikom bohatera z krwi i kości, którego niegdyś pokochali. Kaleki, zdany na łaskę swojego przyjaciela, zmuszony polegać ponownie wyłącznie na przymiotach umysłu, Erast mógłby być niczym Lincoln Rhyme z cyklu Deavera w czasach swojej (zresztą też wiele tomów temu bezpowrotnie utraconej) świetności. Nie za długo Fandorin jednak posiedział na swoim prototypowym wózku inwalidzkim i musiałam tym nadziejom smętnie pomachać na pożegnanie.

Poza wstępem mamy w powieści cztery części, czyli różnokolorowe prawdy, poświęcone ideologiom poszczególnych odłamów rewolucjonistów, z których najważniejsi to rzecz jasna biali, czyli zwolennicy systemu obalonego przez rewolucję, i czerwoni, czyli komuniści. Są jeszcze czarni, czyli anarchiści, i zieloni, czyli przywódcy milicji zaangażowanych w sprawy lokalnego chłopstwa. Wojna domowa w Rosji to okres bardzo interesujący, a Akunin decyduje się pokazać go m.in. z perspektywy walki między wywiadami, sporymi fragmentami w ogóle rezygnując z udziału Fandorina w opowieści. Wtedy jest zdecydowanie najciekawiej.

Najgorzej z kolei robi się, gdy pojawia się kolejna Jelizaweta na drodze Erasta, a żeby jeszcze mnie dobić, Akunin zdecydował się na autotematyczne nawiązanie do Gambitu tureckiego. W szczegóły nie wejdę, bo pisać hadko, ale jedyna pociecha, że nie było im dane pożyć długo i szczęśliwie.

W sumie powieść lepsza niż dwie poprzednie (o co, powiedzmy sobie szczerze, nietrudno), ale słabsza niż przeciętna dawnego cyklu. I to głównie Fandorin ciągnie ocenę w dół. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko dla fanów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, jak to się kończy. Reszcie serdecznie polecam zakończenie przygody na Diamentowej karocy.

O laniu wody, czyli Planeta Woda

Zacznijmy od tego, że mimo narastającego z najnowszymi tomami serii rozczarowania, na Erasta Fandorina chora jestem nieuleczalnie. Dlatego z wielką radością przyjęłam ukazanie się zbioru 3 opowiadań Borysa Akunina z udziałem tej postaci (choć niby Czarne miasto miało być ostatnią odsłoną cyklu). Jak to ostatnio pięknie napisały Kurzojady w kontekście Jeżycjady – ciągnie narkomankę do meliny:) Dostajemy trzy utwory, z czego tytułowy, najdłuższy (i najbardziej rozczarowujący) został przez autora sklasyfikowany jako kryminał technokratyczny. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, a szkoda, bo może byłabym lepiej przygotowana psychicznie na meandry intrygi. Zaczyna się dosyć ciekawie – Fandorin wraz z Masą szukają zatopionego skarbu, testując przy okazji prototyp łodzi podwodnej w pięknych okolicznościach przyrody karaibskich wysp (stacjonują na Arubie). Potem jednak pojawia się agent Scotland Yardu i przedstawia detektywowi – teoretycznie od dawna byłemu – propozycję nie do odrzucenia. Fandorin ma przeniknąć do prywatnego przedsiębiorstwa na wyspie Saint Constantin, by powstrzymać mordercę zwanego Liliowym Maniakiem, który na ofiary wybiera pacjentki zlokalizowanego na wyspie dziecięcego sanatorium przeciwgruźliczego. Na krzywdę dzieci szlachetny mąż nie może patrzeć biernie, ale zleceniodawca chce upiec na ogniu jego szlachetności także większą, własną pieczeń. Chcę uniknąć spoilerów, napiszę więc tylko tyle, że najbardziej atrakcyjnym elementem skrajnie niewiarygodnej, groteskowej intrygi jest groźny idealistyczny wariat, w istocie będący Napoleonem:) Który – jakże oryginalnie – chce władać światem i buduje podwodne technocentrum (sic!), mające mu przejęcie władzy umożliwić. Z góry jednak wiadomo, że tam, gdzie są Fandorin i Masa, taki plan nie może się udać. Kończą się Akuninowi wiarygodne pomysły na intrygi, a sf to zdecydowanie nie jego bajka, tyle powiem.

Samotny żagiel
, czyli kryminał nostalgiczny, to powrót Fandorna do Rosji. Bohater chce wyjaśnić zagadkę mordu na przeoryszy prowincjonalnego monasteru, znanej czytelnikom serii z Dekoratora jako niedoszła miłość jego życia. Gdy Fandorin sam wymierzył sprawiedliwość zabójcy, ona wybrała Boga. Teraz padła ofiarą makabrycznego mordu. To trochę zagadka zamkniętego pokoju, z uwagi na nietypową lokalizację monasteru i zamknięty krąg podejrzanych. Sama intryga jest więc lepsza, przy tej okazji wychodzi jednak z Fandorina paskudny seksista. Spotykając wyzwoloną i niezależną kobietę, lekarkę Annuszkinę, nie może jej znieść.

Dawniej takich kobiet chyba nie było na Rusi. Były nihilistki i ofiarne pracownice ziemstw; wśród jednych i drugich zdarzały się kobiety o męskim typie osobowości, nawet wyglądem przypominające mężczyzn, ale podobnych do doktor Annuszkiny Erast Pietrowicz jeszcze nie widywał. Ludmiła Sokratowna nie próbowała udawać mężczyzny, pozostawała absolutną, stuprocentową kobietą – a przy tym nie było w niej za grosz kobiecości. Jakaś brytyjska sufrażystka, z gatunku tych, co palą portrety króla i przykuwają się do ogrodzenia pałacu Buckingham. Sympatyczne rosyjskie imię w ogóle nie harmonizowało ze zdecydowanie nierosyjskimi manierami. Nie sposób wyobrazić sobie Rusłana, który pokochałby taką Ludmiłę.

Kobiety, które nie chcą zachowywać się jak kobiety, można traktować jak mężczyzn.

Kobieta jest jak wąż dusiciel, zdolna kochać tylko króliki (..).

Tego typu myślenie u światłego i postępowego człowieka jest przykre, choć zapewne typowe dla epoki. W każdym razie już mi Erasta nie żal, że – lecząc kryzys wieku średniego – związał się z puściuteńką aktoreczką, bo była fizycznie podobna do jego pierwszej żony:)

Od tejże aktoreczki ucieka w trzecim opowiadaniu (kryminale zaiste absurdalnym Dokąd płyniemy?) i to wprost z pociągu, co dowodzi wyjątkowej desperacji. Rusza w pogoń za niejakim Cukiereczkiem, psychopatycznym przestępcą z obsesją na punkcie czystości, który obrabował pociąg (jak się z czasem okaże, na zlecenie knujących komunistów, w tym Lenina i Stalina). Pogoń prowadzi Erasta do Krakowa, a nawet na gzyms Grand Hotelu na Sławkowskiej (na studiach przez trzy lata mieszkałam tuż obok!:) Fandorin daje się złapanemu przestępcy zrobić w konia jak ostatni kretyn, po czym ponownie musi go szukać, i tak spędza sylwestrowy wieczór w jednym lokalu z knującymi komunistami. Dosyć dziwaczna, choć ładnie ornamentowana historia, znów kompletnie niespójna z tym, co o Fandorinie wiemy z poprzednich odsłon.

Ponadto nie podobało mi się sentymentalne zakończenie drugiego opowiadania, psujące dawno i skutecznie zamknięty – w niebanalny sposób – wątek romantycznej relacji kliszą tandetną i niemiłosierną. I chyba o to mam do Akunina największy żal. O ile czytając drugie i trzecie opowiadanie bawiłam się – mimo zastrzeżeń – nie najgorzej, o tyle pierwsze i najdłuższe to totalne nieporozumienie.

Normal
0
21

Czarne miasto, czyli ostatni weekend z Erastem Pietrowiczem

Właśnie zaraz się zacznie:) Trudno mi wyobrazić sobie lepsze "zaoczne" celebrowanie trwających właśnie Targów Książki w Krakowie niż pochłanianie ostatniego tomu cyklu Akunina. Czytnik już naładowany, a teraz jeszcze tylko spełnię swoja recenzencką powinność (co trochę mi zajmie, bo Echopraksja Wattsa to powieść, którą układam sobie w głowie już trzeci dzień) i oddalam się w kierunku czytelniczej orgii. Co tam, że poprzedni tom, czyli Świat jest teatrem, mocno mnie rozczarował. Wierzę, że Akunin godnie zakończy swój sztandarowy projekt.
Kiedy ostatnio baliście się otworzyć książkę jednego ze swoich ulubieńców i jaka to była?

Fandorinie, Fandorinie:(

Co ty wyprawiasz po pięćdziesiątce? Czekałam na trzynasty tom serii od wielu lat, a jednak Świat jest teatrem, w którym pięćdziesięciopięcioletni Erast pada po raz kolejny ofiarą strzały Amora, na czym poważnie cierpią jego zdolności śledcze (i fabuła powieści), był raczej rozczarowaniem.
W eterycznej aktoreczce (w dodatku egzaltowanej i pustej) z powodu rocznicy śmierci Lizetki i jednego scenicznego gestu? Seriously, mister F.? Po tylu sensownych kobietach, któreś odtrącił był? Kryzys wieku średniego, ani chybi.
Rozwiązanie zagadki prościutkie, a nasz detektyw ma takie klapki na oczach, że aż wstyd człeka ogarnia.
Napisane bardzo solidnie, ale to Akuninowska norma, więc za nią pochwały nie przysługują. Plusiki za Michaiła Erastowicza (największy), Sterna (średni) i Sienię (malutki). 7/10
Polecam raczej pozostałe tomy serii, by być precyzyjnym, od Lewiatana wzwyż. Tam znajdziemy ten błysk geniuszu (Śmierć Achillesa, Dekorator, Radca stanu), którego w Świat jest teatrem zdecydowanie zabrakło. I nawet moje uwielbienie dla postaci Fandorina tego braku zrekompensować nie jest w stanie.

Rozbiór rózańca na paciorki pierwsze

Zostało mi co prawda jeszcze jedno opowiadanie, ale najwyżej notkę wyedytuję. Słów kilka o tekstachze zbioru Borysa Akunina Nefrytowy różaniec.

Jigumo – Zaczęło się, jak już wspominałam, nie najlepiej. Epizod z okresu japońskiego, historia o morderczym demonie, któremu tak naprawdę na imię macierzyńska miłość. Bo matka kocha swoje dziecko, nawet jeśli jest ono kalekie. Zaś każdy facet to świnia, a świnię można zaszlachtować bezkarnie. Dlatego szlachetny i sprawiedliwy Erast Fandorin (wyjątek od powyższej reguły) puszcza wolno zabójcę przyjaciela. Tekst nielogiczny z punktu widzenia konstrukcji postaci, ogólnie idiotyczny i ckliwy. I jeszcze ta karliczka. Hej, hej, hej, inni mają jeszcze gorzej:/ Zero zalet, same wady, na czele z natrętną i pokrętną ideologizacją. Nieco szkliwa straciłam na zgrzytanie zębami. Jakieś 2/10.

Table talk z 1882
Pierwsze zdania tego tekstu narobiły mi nadziei na dodatkowe szczegóły historii ze Śmierci Achillesa (która moim zdaniem należy do najlepszych odsłon cyklu o Fandorinie). nadzieja, oczywiście, okazała się płonna. Historia będąca przedmiotem zakładu znudzonej szlachty jest klasyczna, ale przez to niezbyt porywająca – dla detektywa formatu Erasta P. to pestka:) Nie podzieliłam zaskoczenia jego współbiesiadników rozwiązaniem zagadki siostrzanej zazdrości starych panien (jakże dogodnie – bliźniaczek). Dorysowany pieprzyk, seriously? 5/10

Z życia wiórów
czyli śledztwo incognito w fabryce otrutego oligarchy. Pierwszy naprawdę dobry, interesujący tekst w zbiorze. Ciekawy pomysł, zaskakująca puenta, zamknięty krąg podejrzanych w stylu Agathy Christie. I udana postać petersburskiego śledczego, którego dawne umiejętności przyćmiła indukowana zaszczytami pewność siebie – Zosima. Panienka malarka mnie irytowała niemożebnie, ale ja już po prostu tak mam. 7,5/10

Nefrytowy różaniec czyli opowiadanie tytułowe, perfidnie żerujące na ciekawości czytelnika cyklu:) Historia zielonych paciorków, którymi Fandorin na pewnym etapie kariery zaczyna wspomagać swój proces dedukcyjny, w cyklu nie została wyjaśniona. Wyjaśnienie zaserwowane obecnie osobiście uważam za niesatysfakcjonujące – na wierzchu nikt nie szuka to znowu za łatwy score dla takiego profesjonalisty. A rzekoma mistyczność różańca? Zdolność ocalania życia wlaściciela? Trzy razy długowieczność plus jeden? Od czasów Pelagii i Czerwonego koguta mam alergię na tego typu klimaty w wykonaniu Akunina – i tym razem nie wyszło. 6/10

Skarpeja Baskakowów czyli wariacja Doyle’owska. Na wejściu punkty za uczynienie bohaterem i narratorem asystenta – Tulipanowa. Mimo jednak, że trup ściele się gęsto, to nastroju jakoś nie ma, a i rozwiązanie dziwaczne. Wejście (przebierankowe) Erasta na finał – niezręczne, jak wytrych. Czyta się nieźle, ale zakończenie zaniża ocenę całości. 6,5/10

Nefrytowy rózaniec, czyli come back Erasta Pietrowicza F.!

Nefrytowy różaniec

Jak głosi strona wydawnictwa, zbiór opowiadań, wypełniających
"białe plamy" cyklu, dzisiaj trafia do sprzedaży:D:D:D (Choć Merlin sieje jakiś defetyzm, ze dopiero od siódmego…) Jak wyrobię dzisiejsza normę memoire’ową, przejdę się do Hetmańskiej, skontrolować, czy już mają:D Prawie 700 stron, rany – i pomyśleć, że szukałam lekarstwa na blok czytelniczy:))

Przy okazji, dla osób zainteresowanych cyklem, mam drugą świetną wiadomość – Świat Książki wznawia trzy pierwsze tomy przygód Erasta, na co, biorąc pod uwagę ceny osiągane przez pierwsze wydania na Allegro, najwyższy czas.

Azazel

Gambit turecki

Lewiatan

Ja zamierzam sobie wreszcie skompletować, bo to trzeba mieć na własność. Jak Trylogię, Sagę o wiedźminie i Muszkieterów. WARTO. Kryminały absolutnie genialne, a każdy jeden inny.
Już, obetrę pianę i wracam do mojego kącika:)

EDIT 8.10.09:Pierwszą moją czynnością po przyjeździe do L. był zakup Akunina:))