Trzy różne refleksje o polskich filmach (Kler, 7 uczuć i Moje córki krowy)

Nadejszła wiekopomna chwila. Nie mam nowej książki do omówienia, bo nie zdążyłam skończyć lektury Epoki diamentu Neala Stephensona. No to w końcu długo odkładany wpis filmowy z polską nutką. Nad zbyt długo odwlekaną Zimną wojną nie będę się tu jednak pastwiła za głupotę scenariusza, bo z czasem po prostu mi się odechciało. Krytycy i tak wiedzą lepiej.
Trzymając się chronologii seansów, zacznę od obejrzanych w TVN, z reklamami (doceńcie poświęcenie!), Moich córek krów. Od premiery minęły 3 lata, a ja wciąż miałam w głowie powszechny zachwyt tym obrazem. Jaki on świeży, jaki nie-polski, pełen humoru, z lekkością mówiący o sprawach trudnych, jak choroba i śmierć najbliższych. A jednocześnie taki autentyczny w obrazowaniu trudnych relacji rodzinnych. Koncertowy aktorsko. Nawet do kina się wybierałam swego czasu, szczęśliwie nic z tego nie wyszło. Gdyż rzeczywistość zaskrzeczała dość okrutnie. Początek nudny. Środek nudny. A potem, zupełnie znienacka, film się urywa i wchodzą napisy końcowe. W międzyczasie Kulesza jest przerysowana, Muskała tak histeryczna, ze nie idzie wytrzymać, a Dziędziel gra to, co zwykle. Ludzie chorują, umierają, siostry Kulesza i Muskała na siebie wrzeszczą, ale w ich relacjach nie dochodzi do żadnego przełomu. Humoru też nie stwierdzono (chyba miały to być przekleństwa Dziędziela), a ta rewolucja w obrazowaniu relacji rodzinnych to prawdopodobnie scena, w której ojciec z córką palą jointa. Publika szaleje. Duże rozczarowanie, nie polecam dość stanowczo.
Kler nie był tak przerysowany, jak się po trailerze (niereprezentatywnym dla całości) i Drogówce obawiałam, ale za to niepotrzebnie przeładowany całą litanią grzechów KK. Gdyby scenarzysta nie władował do jednego wora wszystkich najgłośniejszych kościelnych afer ostatnich lat, gdyby oparł się pokusie uprawiania tak szeroko zakrojonej publicystki i z kilku wątków zrezygnował, efekt na pewno byłby lepszy. Ale mogło też być o wiele gorzej. Tutaj naprawdę dostajemy świetne aktorstwo, w którym przoduje Jacek Braciak, grający zresztą zdecydowanie najciekawszą postać. Smarzowski tradycyjnie dla siebie dał w finale alegoryczną, mocną i zupełnie bezsensowną scenę, nie oparł się też przynajmniej raz pokusie przekroczenia granicy dobrego smaku ku potencjalnej uciesze pewnej części publiki (wątek kasety z ekscesami Towarzysza Prosiaczka). Był tu potencjał na coś o wiele lepszego, ale mimo sformułowanych zastrzeżeń zobaczyć naprawdę warto – solidne 7/10.

7 uczuć Marka Koterskiego to był dla mnie jako wielkiej fanki serii z Adasiem Miauczyńskim seans obowiązkowy, choć po pierwszym trailerze, z przaśnym dowcipem o teorii względności, zaczęłam mieć poważne wątpliwości. Drugi trailer poprawił sytuację i zaryzykowałam. Było średnio, niestety, choć wbrew moim obawom Michał Koterski w roli Adasia wypadł nadspodziewanie dobrze. Klamrę narracyjną stanowi seans psychoanalityczny, a scenariusz to długi akt oskarżenia wobec krzywdzicieli dzieci – rodziców, nauczycieli, szkolnych kolegów. Wygodnie jest przerzucić winę za wszystkie swoje grzeszki i niepowodzenia na zewnątrz, dostać rozgrzeszenie i poczuć się lepiej, ale mnie ta diagnoza nie przekonuje. Nie do końca. Wszyscy jesteśmy skądś, każdy ma jakiś bagaż doświadczeń i problemów, ale dorosłość powinna polegać między innymi na tym, żeby sobie z nimi radzić, a nie na tym, by wybierać ucieczkę ostateczną. Ubranie dorosłych aktorów w szkolne mundurki, kumulacja tragedii, końcowy monolog sprzątaczki – nie lubię, jak ktoś mnie wali łopatą po głowie. Wbrew intencjom, nie wzmacnia to przesłania, ale je ośmiesza i sprawia, że się przed nim odruchowo bronię. Nie jest to całkiem zły film, ale kolejny z potencjałem zmarnowanym przez scenarzystę – ewangelistę, który w pasji nauczania zabrnął zbyt daleko. Aktorsko za to prawdziwy koncert (o, tutaj Muskała jest genialna jako prymuska ze wsi!), a ogólnie rzecz daje do myślenia, więc czasu nie uważam za zmarnowany. 7/10, ale w tym plus 1 za sentyment dla serii, bo jest sporo nawiązań autotematycznych. Czyli jak ktoś ma alergię na Adasiowe neurozy, to najwyżej 6.
P.S. Polećcie jakieś dobre filmy, nie muszą być polskie.
Reklamy

Oldman i Day-Lewis, czyli Oscarowych seansów ciąg dalszy

Staram się trzymać postanowienia o krótkim opisywaniu oglądanych filmów. Dziś o Czasie mroku mogę powiedzieć, że zaskoczył mnie pozytywnie. Na geniusz Gary’ego Oldmana w roli Winstona Churchilla byłam przygotowana, choć chwilami troszkę szarżował. Ale – mimo że ewidentnie skrojony pod show jednego aktora – scenariusz przedstawia też szerszą opowieść, która wciąga i pozwala śledzić wypadki doskonale przecież znane z historii z autentycznym zainteresowaniem. Bezpardonowa walka frakcyjnych buldogów już nawet nie pod, a wprost na parlamentarnym dywanie, to tylko jeden z tych przygnębiająco wręcz ponadczasowych aspektów dodatkowych. Warto zatem poświęcić dwie godziny z małym haczykiem, nie tylko na koncert jednego znakomitego aktora.

Niestety nie jestem w stanie z czystym sumieniem powiedzieć tego samego o kolejnym ponaddwugodzinnym filmie ze znakomitym aktorem w roli głównej, czyli Nici widmo. W zasadzie powinnam się tego spodziewać, gdyż po Magnolii wiem, że filmy Paula Thomasa Andersona nie są dla mnie. Ale nie oparłam się pokusie podziwiania Daniela Day-Lewisa, którego niezaprzeczalna aktorska maestria nie jest jednak w stanie skompensować ewidentnych niedostatków scenariusza. Tym razem dostajemy może i potencjalnie ciekawą oniryczną baśń o utalentowanym krawcu opętanym pracą, cierpiącym ewidentnie na jakieś zaburzenie ze spektrum autyzmu, który z toksycznego związku z siostrą przechodzi w toksyczny – także dosłownie – związek z własną modelką. Ale jakie to jest niemiłosiernie rozwleczone, napuszone, pretensjonalne i nudne! Jaki ten Day-Lewis w swoich natręctwach wkurzający! Gdyby obciąć ze trzy kwadranse, coś by się dało z tej w sumie ciekawej historii uratować. W obecnej formie, która jest zainteresowana głównie samą sobą, widzowi zostają znużenie i irytacja. Odradzam, chyba że jesteście fanami tego reżysera.

Wielkie rozczarowanie (The Florida Project)

Na ten seans skusiłam się po lekturze bardzo pochlebnych recenzji, spodziewając się czegoś niebanalnego. I w takim (bezowocnym) oczekiwaniu spędziłam prawie dwie godziny, by ostatecznie zostać zaskoczoną pojawieniem się napisów końcowych.
Film jest banalny, smutny i nużący. Być może świetnie oddaje odczucia znudzonych upalnymi wakacjami dzieciaków, mieszkających w motelu na obrzeżach Disneylandu. W przedsionku świata, do którego nigdy nie będą miały dostępu.  A także odczucia ich rodziców, którzy walczą z każdym kolejnym dniem, a głównym celem ich egzystencji jest nazbieranie na tygodniowy czynsz za skromne motelowe pokoje. Ale to za mało, żeby można było powiedzieć, że The Florida Project wnosi cokolwiek do przemiędlonej już na tysiąc sposobów opowieści o tym, że miłość do dziecka nie wystarczy, by zapewnić mu szczęśliwe życie. Widz nie ma żadnej motywacji, by kibicować matce głównej dziecięcej bohaterki. Halley nie pracuje ani pracy nie szuka, spędza całe dni w piżamie, a utrzymuje się ze sprzedaży podróbek i testerów perfum na dziedzińcach lepszych hoteli oraz zwykłego żebractwa. Ponieważ ma już na koncie konflikty z prawem, nie może zostać ponownie aresztowana. Kiedy zatem ochrona ją przegania, grożąc wezwaniem policji, kobieta decyduje zarabiać na czynsz własnym ciałem. Finał jest łatwy do przewidzenia, ale nic z niego nie wynika. To znaczy – nic poza tym, że pewnego rodzaju wybory życiowe mają określone, oczywiste konsekwencje.
Na każdym poziomie ten film mnie zawiódł. Nie polecam i nie pojmuję Oscarowej nominacji.

Gdy wielki talent nie wystarczy (I, Tonya)

Filmowy 2018 zaczęłam bardzo dobrze. Po znakomitych Trzech billboardach trafiłam na kolejny wartościowy i poruszający kawałek kina. Biografia łyżwiarki figurowej Tonyi Harding (znakomita i słusznie nominowana do Oscara Margot Robbie), która jako pierwsza Amerykanka (i druga kobieta) w historii wykonała potrójnego Axla, to bardzo smutna opowieść, zarówno w wątku sportowym, jak i prywatnym.
Tonya urodziła się z darem do łyżew, pierwsze zawody wygrała, zanim skończyła 5 lat. Ale dopóki nie pokonała wszystkich rywalek sprawnością, wykonując nieosiągalny dla innych skok, zawsze przegrywała, bo obcinano jej punkty za prezencję. Pochodziła z biednej rodziny, ojciec wcześnie zostawił matkę (absolutnie przerażającego babsztyla, który nie okazywał jedynaczce ani odrobiny uczucia – kolejna świetna kreacja, tym razem w wykonaniu Allison Janney), kiepsko zarabiającą i wiecznie rozczarowaną córką kelnerkę. Spragniona miłości Tonya wyszła za swojego pierwszego chłopaka, mimo że bił ją już przed ślubem (matka zdołała ją wcześniej przekonać, że na bicie zasługuje). Brak pieniędzy przekładał się na brak eleganckich strojów – sama je sobie szyła – a osobowość zawodniczki, prosta, butna i arogancka, w zestawieniu z jej bynajmniej nie filigranową posturą, także nie wpisywała się w oczekiwania jurorów. Tonya wszystko robiła nie tak, łącznie z wyborem podkładu muzycznego. Chciała na lodzie być sobą, a to nie było dopuszczalne. Kto chciał zwyciężać i reprezentować USA na świecie, musiał mieścić się w szablonie, który wymagał między innymi pochodzenia ze szczęśliwej amerykańskiej rodziny.
Kiedy zaś nikt już nie mógł zaprzeczyć, że Tonya naprawdę jest najlepsza, zaplątała się w swoje korzenie i straciła szansę na olimpijski tryumf. Straciła nawet więcej, wtedy pewnie uważała, że sens życia. Jak do tego doszło? Przekonajcie się sami, oglądając ten bardzo ciekawy film, zrealizowany w konwencji paradokumentu (wywiady z bohaterką i jej byłym mężem oraz jej matką, przeplatane retrospekcjami z ich życia). Na końcu można zobaczyć fragmenty prawdziwych dokumentów i tym bardziej docenić casting oraz charakteryzację. Aktorzy są bardzo podobni do odtwarzanych przez siebie postaci, a wszelkie detale idealnie oddają klimat przełomu lat 80. i 90. (te swetry, mój boże, to trzeba zobaczyć!). Ta opowieść to zaprzeczenie amerykańskiego mitu Od pucybuta do milionera i twardy dowód, że gdy gwiazda przyjdzie na świat w nieodpowiedniej rodzinie, nie  będzie miała szans, choćby była najlepsza na świecie. Gorąco polecam!

Ostatni bastion sprzeciwu wobec bezradności (Trzy billboardy za Ebbing, Missouri)

Spróbuję się wziąć na sposób i pisać choćby krótkie notki o filmach bezpośrednio po seansach. Wtedy może tak świetne obrazy jak Trzy billboardy nie przepadną w mrokach zapomnienia. Jeślibyście mieli zobaczyć w tym roku tylko jeden film, to gdyby to był ten, nie będziecie żałowali. Choć klasyfikowanie go jako komedii (nawet czarnej) uważam za gigantyczne nieporozumienie. Według mnie to  dramat wagi ciężkiej.
Tytuł może się wydawać dziwny, ale w zasadzie właśnie o billboardy w tym filmie chodzi. Mildred Hayes (w tej Oscarowej roli absolutnie niesamowita Frances McDormand), matka zgwałconej i zamordowanej dziewczyny, nie może się pogodzić z tym, że nie znaleziono sprawcy, a śledztwo utknęło w miejscu. Nie ma świadków, DNA nie należy do żadnego notowanego mężczyzny, stróże prawa, którym przewodzi chory na raka trzustki w terminalnym stadium komendant Willoughby (świetny Woody Harrelson), nie mają żadnego punktu zaczepienia. Wściekła Mildred wynajmuje zatem na rok przestrzeń reklamową opisaną w tytule i zamieszcza na niej kilka motywujących słów pod adresem komendanta. Uruchamia to lawinę rozmaitych zdarzeń. Przede wszystkim współczująca jej do tej pory społeczność miasteczka uważa, że swoim czynem przekroczyła akceptowalne granice żałobnego rozgoryczenia. W końcu komendant to porządny chłop, który zrobił, co mógł, a Mildred nie daje mu umrzeć w spokoju.
Gniew społeczności kieruje się również przeciwko właścicielowi agencji reklamowej, który billboardy udostępnił, i przybiera mocno agresywne formy. Jednak żadne z nich nie chce się cofnąć. Cierpi na tym również pozostała przy życiu rodzina Mildred – syn prześladowany w szkole, a nawet były mąż brutal, umawiający się aktualnie z głupiutką (matko, jaka ona jest głupia – taką głupotę naprawdę ciężko zagrać i zachować powagę, tym większe brawa dla Samary Weaving) dziewiętnastolatką.
Naprawdę warto zobaczyć, jak to się rozwinie, gdyż obok historii matki walczącej o sprawiedliwość są tu i inne – ciekawe i niebanalne – wątki. W innym filmie, w innym ujęciu, wyszłaby z tego natłoku ludzkich problemów łzawa melodramatyczna papka. Ale tutaj, dzięki wyważonemu scenariuszowi, sporej dozie czarnego humoru i genialnie dobranej obsadzie, wszystko komponuje się idealnie. Polecam!

Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim

By rozruszać nieco zakurzoną – jak okazało się podczas podsumowań minionego roku – sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.

Garść cytatów na drugą rocznicę i Back in black

Smutną rocznicę. Rocznicę śmierci Terry’ego Pratchetta. Którego warto czytać, bo był niezwykłym, mądrym, zabawnym i kreatywnym pisarzem, a do tego rozumiał ludzi, jak mało kto.

Ramptopy zimą to parę sążni śniegu i lasy zmienione w zbiór cienistych
tuneli pod zaspami. To leniwy wiatr, któremu nie chce się wiać dookoła
ludzi, więc dmucha przez nich na wylot. Pomysł, że zima może przynosić radość, nigdy nie przyszedł do głowy nikomu z mieszkańców Ramptopów,
którzy znają osiemnaście różnych określeń śniegu.*

*Niestety, żadne z nich nie nadaje się do druku.

Trzy wiedźmy

Był pulchnym młodym człowiekiem o cerze barwy czegoś, co żyje pod
kamieniem. Inni zawsze mu doradzali, żeby zrobił coś ze swoim życiem.
Zgadzał się z tym: chciałby z niego zrobić łóżko.

Panowie i damy

Szacunek społeczeństwa, myślała Angua. Tak, to wyrażenie Marchewy.
Właściwie to wyrażenie Vimesa, chociaż sir Samuel zwykle spluwał po
wymówieniu tych słów. Ale Marchewa w nie wierzył. To on zasugerował
Patrycjuszowi, by zatwardziałym przestępcom dać szansę pracy „dla dobra
społeczeństwa” przy odnawianiu domów osób starszych. Wprowadziło to
dodatkowy element grozy do zwykłych lęków starości, a wobec poziomu
przestępczości w Ankh-Morpork spowodowało, że przynajmniej jednej
staruszce w ciągu sześciu miesięcy tyle razy wytapetowano pokój, iż
teraz mogła do niego wchodzić tylko bokiem.

Na glinianych nogach


WSZYSTKO, CO ZASZŁO, POZOSTAJE ZASZŁE.
– Co to za filozofia?
JEDYNA, KTÓRA DZIAŁA.

Złodziej czasu

Byli co do jednego starcami. Ich zwykłe rozmowy składały się z litanii
skarg na bolące stopy, brzuchy i grzbiety. Poruszali się wolno. Ale
mieli pewien szczególny wygląd, szczególne spoj­rzenie.
Gdziekolwiek się znaleźli, mówiły ich oczy, już tutaj byli. Cokolwiek to
było, już to robili, często więcej niż raz. Tylko nigdy, ale to nigdy
nie kupiliby koszulki z nadrukiem. I wiedzieli, co to strach — to coś,
co przytrafia się innym.

Ostatni bohater

– Co teraz zrobimy?
KUPIMY CI JAKIEŚ NOWE UBRANIE.
– To było nowe jeszcze dzisiaj… to znaczy wczoraj.
NAPRAWDĘ?
– Tato mówił, że ten sklep znany jest z taniej odzieży. – Mort biegł, żeby nie zostać w tyle.
UBÓSTWO JEST ZATEM JESZCZE BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCE NIŻ SĄDZIŁEM.

Mort

[O karze śmierci przez powieszenie]
Naprawdę sądzi pan, że to przeciwdziała przestępczości, panie Trooper?
– W ogólności… trudno powiedzieć, jako że trudno znaleźć dowody
przestępstw niepopełnionych. – Kat jeszcze raz potrząsnął klapą. – Ale w
konkretach jest bardzo skuteczne.
– To znaczy?
– To znaczy, proszę pana, że jeszcze nikogo tu nie widziałem więcej niż raz.

Piekło pocztowe

Back in black to krótki, wzruszający film dokumentalny, rodzaj hołdu dla Pratchetta i jego dorobku, o fanach i dla fanów, pełen niezwykłej, pozytywnej energii. Serdecznie polecam. Rocznicowo i nie tylko.