Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Reklamy

Raj bez Boga

Nie ma sensu porównywać najnowszej książki Mariusza Szczygła z GottlandemZrób sobie raj jest zupełnie inny, po prostu. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut. Ale jeśli ktoś liczy na Gottland 2, to się mocno przeliczy.
W temacie Czech poza jakimiś z gruntu podstawowymi hasłami czy faktami jestem ignorantką totalną i po lekturze Zrób sobie raj muszę dodać – niestety. Czechofilstwo autora jest tak autentyczne, że aż zaraźliwe. Taki ignorant jak ja może sobie dzięki tej książce odkryć Saudka, fotografa czeskiego, czy rzeźbiarza Davida Cernego, ale przede wszystkim dowiedzieć się – jak górnolotnie by to nie zabrzmiało – ciekawych i zaskakujących rzeczy o Czechach jako narodzie. I o tym, jak bardzo różnią się od Polaków.
Ta część rozważań na mnie prywatnie podziałała najmocniej. Bo, z jednej strony, nie cierpię powierzchownej, na pokaz religijności polskiej i dlatego w tym ostentacyjnym niemalże czeskim ateizmie jest dla mnie coś bardzo pociągającego. Z drugiej, opis człowieka, który ukrywa się ze swoją wiarą nawet przed najbliższymi osobami, bojąc się, że zostanie wyszydzony, wzięty za idiotę, ma w sobie coś przerażającego.
Albo brak pogrzebów. Sama stoję na stanowisku, że lepiej uczcić  pamięć zmarłego, wspominając go w miejscu, które lubił, albo robiąc coś, co jemu sprawiało przyjemność niż ścigać się w konkursie na nagrobek czy znicz. Ale takie wieloletnie nieodbieranie nawet urny z prochami matki? Brak jakiegokolwiek zamknięcia?
Zrób sobie raj jest takich kontrastów pełen. Bo – z jednej strony – czeskie umiłowanie tematów wesołych, humoru i dobrego samopoczucia to coś, co bezskutecznie postulował już Linda w Szczęśliwego Nowego Jorku (czy raczej Redliński w Szczurojorczykach), nawołując "Zróbcie coś z waszymi polskimi mordami". Coś, czego nam brakuje, bo my kochamy tragedie, widać to na każdym kroku, a od celebry smoleńskiej już mi po prostu słabo.
Ale czy ten czeski śmiech i ucieczka od smutku w życiu (i śmierci) też nie jest histeryczny, paniczny i na pokaz? Czesi to jakby drugi biegun Polaków pod wieloma istotnymi względami. Wniosek jednak nasuwa się taki, że ekstremizm w żadną stronę nie jest dobry.
Niezależnie od wszystkiego, Zrób sobie raj, zbiór wewnętrznie różnorodny formalnie i tematycznie, jest pozycją stymulującą i wartą uwagi. Polecam.

Ucieczka od fantastyki

Czasami człowiek musi/inaczej się udusi

Rzuciłam się wczoraj na wybór reportaży 20 lat nowej Polski, dokonany przez Mariusza Szczygła, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Czarne.
Na razie jest świetnie, wybór oczywiście subiektywny, pomysł na układ zbioru autorski (Szczygła), ale reportaże rozmaitych dziennikarzy. Z oceną się wstrzymam na razie, bo może jeszcze być rozmaicie, ale tymczasem wessało mnie całkowicie.

***
Dzisiaj ukazało się wznowienie Nostalgii anioła Alice Sebold (powieść polecam, mimo okropnej filmowej okładki). Przy okazji pozdrawiam serdecznie osobę, która lata temu pożyczyła mój egzemplarz pierwszego wydania i "zapomniała" go zwrócić. Niestety nie pamiętam, kto to był:P
Filmu jestem ciekawa, acz ze względu na sposób prowadzenia narracji mam do idei ekranizacji umiarkowanie sceptyczne nastawienie.