True crime? (Truman Capote, Z zimną krwią)

z zimnaCzyli Powieść, Która Zablokowała Bloga. Oglądałam oczywiście lata temu film o autorze i w pewnym sensie o powstawaniu tej książki, ze świetną kreacją Philipa Seymoura Hoffmana. Sama powieść w wydaniu kieszonkowym czekała na półce, aż zbiorę się na odwagę, chyba z osiem lat. Można się było spodziewać, że nie będzie to łatwa lektura, ale zaskoczyło mnie mimo wszystko, jak znakomita pod względem warsztatowym się okazała. Nie szafuję tym słowem, ale uważam ją za arcydzieło. Niewątpliwie nie jest kwestią przypadku, że powstawała przez 6 lat, a do dziś w gatunku true crime lepiej sprzedaje się wyłącznie Helter Skelter, poświęcona wyczynom Rodziny Mansona. Tu bowiem nie zbrodnia jest głównym atraktorem, ale jej szeroko pojęte tło. Ba, autora najbardziej ze wszystkiego ciekawią sami zabójcy – zarówno ich wzajemna relacja, jak i każdy z osobna. Bo dopiero analiza życiorysów sprawców oraz ich wzajemnej dynamiki pozwala zrozumieć, dlaczego właściwie rodzina Clutterów straciła życie w tak dramatycznych okolicznościach. I że zasadniczo bez powodu. Brak wyraźnego motywu to najsilniej rezonujący element Z zimną krwią. Capote opisał zbrodnię, której nie da się zracjonalizować, demonstrując, że przemoc może dotknąć absolutnie każdego. Nikt i nigdzie nie jest bezpieczny, skoro tak wspaniała, szanowana w lokalnej społeczności rodzina jak Clutterowie mogła zostać zaatakowana nocą we własnym domu i po prostu zamordowana.

Podejściem do opisania zagadkowego zabójstwa rodziny farmerów z miasteczka Holcomb w stanie Kansas Capote zdecydowanie wyprzedził swoje czasy. Po tym prawdopodobnie (i po instynkcie, który kazał mu jechać na miejsce i zbierać materiał, zanim jeszcze ujęto podejrzanych) można poznać geniusza. Gdyby żył dłużej, pewnie święciłby tryumfy w telewizji, jako scenarzysta podobnie pionierskich seriali. Gazety zatrzymywały się na bestialstwie czynu, wystarczyła im sensacja i groza. Capote zrozumiał, że warto pójść dalej. Wygrać kontrast pomiędzy ciszą i spokojem rolniczej enklawy (w tym celu w pierwszej części powieści opisał ostatni dzień życia ofiar) a nieokiełznanym, bezmyślnym żywiołem reprezentowanym przez Perry’ego i Dicka, którzy ten spokój bezpowrotnie zakłócili, bo sami nigdy go nie zaznali, a może nawet nie uświadamiali sobie, że powinni go szukać i potrzebować. Potem jest oczywiście śledztwo i sam proces, choć czwartą część uważam za najmniej interesującą.

Struktura i sam koncept to ważna składowa sukcesu, ale bez stylu nic by z tego nie wyszło. Czytałam w przekładzie Krzysztofa Filipa Rudolfa i język był niezwykle ważnym narzędziem budowania nastroju, szczególnie w pierwszej części powieści. Oszczędnie, precyzyjnie, malowana jest wiejska sielanka, o której czytelnik wie, że niebawem zostanie przerwana. W jakiś sposób jest w tym pisaniu obecne tytułowe zimno i wyrachowanie. Capote z premedytacją manipuluje emocjami odbiorcy. O skali jego talentu świadczy, że choć o tym wiedziałam, ta wiedza nie pozwoliła mi zachować dystansu. Miał mnie tam, gdzie chciał. Więcej, zdołał nawet doprowadzić do tego, że współczułam jednemu z zabójców. Drugi był zwykłym psychopatą, opisanym jednak z nadzwyczajną przenikliwością, zanim podobne analizy stały się modne.

Znam kontrowersje dotyczące manipulacji faktami i zwykłych zmyśleń, o jakie Capote był oskarżany.  Są mi obojętne. Dzięki niemu historia Clutterów będzie wiecznie żywą i przerażającą do szpiku kości przestrogą dla zbyt bezpiecznych w kokonie własnych złudzeń.

Unikalna rzecz.