Zagadka kiełkującego krokusa (Middlesex, Jeffrey Eugenides)

Jak być może jeszcze nie wszystkim czytelnikom tego bloga wiadomo, mam niegroźnego hysia na punkcie prozy Jeffreya Eugenidesa. Zaczęło się w 2013 roku, od polecanki Padmy z Miasta książek, pod wpływem której sięgnęłam po Intrygę małżeńską. Historia trójki studentów unurzana w teorii literatury absolutnie mnie oczarowała. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że z całego dorobku autora jest to – przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach – książka najmniej niezwykła.

No właśnie – całego dorobku – to brzmi dumnie, jednak mowa jest o zaledwie trzech powieściach, zatem świadomie je sobie racjonowałam. Po niezwykle dojrzałym debiucie, jakim były Przekleństwa niewinności, historia serii samobójstw w rodzinie Lisbonów, stanowiąca w istocie zawoalowaną krytykę rozpadu społecznych więzi na amerykańskich przedmieściach (obecnie wznowiona przez Sonię Dragę, gorąco polecam!), nabrałam przekonania, że obcowanie z prozą Eugenidesa to rzadka i wartościowa przyjemność. Ostatnią (a chronologicznie środkową) powieść jego autorstwa oszczędzałam sobie przez ponad cztery lata. Na nic się jednak zdała moja wstrzemięźliwość, autor kolejnej książki (poza wydanym u nas niedawno zbiorem opowiadań Nowy dowód, który zostawiłam sobie na czarną godzinę i na otarcie łez) nadal nie napisał.

Mimo wszystko nie żałuję, bo Middlesex to historia tak niezwykła, że choć zamykamy dopiero pierwszy kwartał, ja mam już mocną kandydatkę do tytułu książki roku. Pewnie, można by się czepiać (i w innych okolicznościach pierwsza bym się przyczepiła, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości), że jest to rzecz z pełną premedytacją skrojona pod nagrody: opowieść snuta przez przedstawiciela trzeciego pokolenia imigrantów, przedstawiająca Amerykę w czasach wzlotów i upadków, a dodatkowo zawierająca obyczajowy skandal, który doprowadził do biologicznego fenomenu – odroczonej o dwa pokolenia kary za grzech przodków, jak niewątpliwie uważałaby babcia narratora, Desdemona.

Czego tu nie ma – saga rodzinna zakrojona na niemal stulecie, typowa, a jednocześnie absolutnie wyjątkowa (staram się uniknąć spoilerów, dlatego nie podam szczegółów) Bildungsroman, Detroit w czasach największej prosperity i najgłębszego kryzysu, życie i obyczaje greckiej diaspory w Ameryce, hazard, prohibicja, romanse. Świetnie dopracowane tło społeczno-obyczajowe, świadczące o wykonaniu gigantycznej pracy ze źródłami, którym jednak autor czytelnika nie przytłacza, a jedynie pozwala, by skrupulatnie wyselekcjonowane detale dodawały życia i autentyczności jedwabistej (jedwabniki są tu kluczowe zarówno w swej dosłownej postaci, jak i w symbolicznej sferze) materii jego opowieści. A nade wszystko pełnokrwiści bohaterowie, do których człowiek bez trudu się przywiązuje, dając się porwać nurtowi ich powikłanych przez geografię i historię biografii, trzyma za nich kciuki nawet wtedy, gdy błądzą i podejmują ewidentnie nietrafione decyzje. A dzieje się tak dlatego, że Eugenides każdemu z nich daje motywacje, z którymi absolutnie nie trzeba się zgadzać, ale bez trudu można je zrozumieć.

Wszystko to i jeszcze więcej opowie wam Cal Stephanides, przeprowadzając was dodatkowo swoją trudną, prywatną drogą do dramatycznego odkrycia, jakie kazało mu całkowicie przedefiniować swoją tożsamość. Zrobi to z wdziękiem, ukradkiem, tak długo, jak to tylko możliwe, nie wysuwając swojej osoby na pierwszy plan. Tym większą siłę rażenia będzie miała jego tajemnica, gdy w końcu ją wam wyjawi. Zaciekawieni?

Reklamy

Jak Frank czekał na Rosie (Tana French, Bez śladu)

Czekał do samego rana w umówionym dniu. W dniu, w którym  mieli się wyrwać z robotniczego Dublina, popłynąć do Londynu i zacząć wymarzone wspólne życie. Myślał, że chcą tego oboje. Ba, był tego pewnien jak niczego innego w życiu (oprócz swojej miłości do Rosie). Miał w końcu 19 lat. A jednak nie przyszła. Czy raczej – przyszła, ale nie po to, żeby z nim uciec. Zostawiła list, w którym dała do zrozumienia, że boi się związać z Frankiem swoją przyszłość. A Frank w zasadzie się nie zdziwił. Sam się siebie bał, znał swoje obciążenia i tendencje. Ale wiedział jedno – skoro już zdecydował się wyrwać, nie wróci do domu.

I nie wrócił. Choć pozostał w Dublinie, jego noga nie postała w dzielnicy, w której się wychował, przez ponad 20 lat. Oddalił się od ducha Faithful Place najbardziej jak to możliwe – wstępując do policji. I był w tym znakomity, wręcz się w fachu zatracił, trafił do prestiżowego wydziału tajnych operacji i choć sam już nie pracował pod przykrywką, to kierowal pracą innych, zapewniając im bezpieczeństwo. Wbrew pochodzeniu został kimś. Zawsze uważał, że to pracoholizm zniszczył jego małżeństwo. Prawda jednak była inna – Frank w głębi duszy cały czas czekał na swoją Rosie, mimo że nawet sam przed sobą się do tego nie przyznawał. Aż pewnego dnia zadzwoniła jego najmłodsza siostra Jackie, by przekazać, że robotnicy wykonujący prace w pustostanie na ich ulicy znaleźli w kominku walizkę. To była walizka Rosie, o czym Frank wiedział, zanim jeszcze ją zobaczył. Zatem jednak ukochana nie wyjechała bez niego.

Tana French w typowym dla siebie niespiesznym, rozlewnym stylu snuje opowieść będącą na najpłytszym poziomie interpretacyjnym robociarskim wariantem Romea i Julii. Mieszając współczesność z retrospekcjami, pokazuje czytelnikowi prywatne oblicze Franka Mackeya, chyba najciekawszej postaci, jaką stworzyła na kartach swojego cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Ale przede wszystkim Bez śladu (nie bez przyczyny oryginalnie zatytułowane właśnie Faithful Place) jest żywym, wielowarstwowym i autentycznym portretem robotniczej dublińskiej dzielnicy, z jej zasadami i rytuałami, niepisanymi prawami, które każdy zna od dzieciństwa i instynktownie im się podporządkowuje. Bo nikt nie chce wypaść poza grupowy nawias, zostać napiętnowany jako outsider, wyrzutek, zdrajca. Bycie swoim jest tutaj bezcenne. Dzielnicowy etos ma swoje jasne strony, jak bezwarunkowa lojalność tutejszych względem innych członków społeczności i solidarność przeciw obcym, zwłaszcza reprezentantom władzy. Ale ma i mroczny rewers – lojalność wynaturzoną, przejawiającą się ignorowaniem przemocy, alkoholizmu, zaniedbywania dzieci, które to sprawy traktowane są jako prywatna sprawa każdej rodziny.

Dwutorowa narracja (wtedy i teraz) umożliwia autorce pokazanie, jak potoczyły się losy grupki przyjaciół Franka z młodości. Wnioski nie są zbyt optymistyczne. Choć w młodości wszyscy wierzyli, że będą żyli inaczej niż ich rodzice, którymi pogardzali, większość z nich nie uciekła z klasowej pułapki, nawet jeśli opuścili dzielnicę w sensie topograficznym (co nie udało się niemalże nikomu). Sama Faithful Place przez bez mała ćwierć wieku nieco poszła z duchem czasu, ale jej konserwatywna istota pozostała niezmienna. Z wszystkimi zaletami i wadami takiego stanu rzeczy.

Bez śladu to oczywiście kryminał, jednak wątek zniknięcia Rosie jest tak ściśle związany z prywatnymi historiami mieszkańców dzielnicy, że w zasadzie zagadka wyjaśnia się niejako przy okazji (co w żadnym razie nie czyni jej mniej fascynującą – powiedziałabym nawet, że wręcz odwrotnie – przydaje całej sprawie dodatkowych wymiarów dramatyzmu).

Tana French ma unikalny talent do odmalowywania społeczności i emocji – a te dwa elementy dominują w omawianej powieści. Nie dziwota zatem, że jest to (przynajmniej w mojej ocenie) najlepszy utwór w jej pisarskim dorobku. A czytałam wszystkie poza nieprzetłumaczonym jeszcze na polski The Witch Elm. Chyba nie muszę dodawać, że polecam?

Dodatkowym walorem jest znakomite tłumaczenie Marii Olejniczak-Skarsgard. French pisze językiem wyjątkowo trudnym w przekladzie, sensualistycznym, pełnym przymiotników i imiesłowów powszechnie nieużywanych. Wiem coś o tym, bo próbowałam ją czytać w oryginale i dałam sobie spokój. Zwykle nie przeszkadza mi brak znajomości jednego czy drugiego wyrazu, radzę sobie na podstawie kontekstu. W tym przypadku braki odbierały mi całą przyjemność z lektury, która w dużym stopniu sprowadza się do delektowania się hipnotycznie snutą opowieścią. Polscy tłumacze radzą sobie z tym wyzwaniem rozmaicie, ale zawsze do tej pory wyczuwałam w pewnych sformułowaniach sztuczność, zdarzały się też ewidentne zgrzyty. W tej książce ich nie ma, tym głębszy pokłon należy się umiejętnościom tłumaczki.

Jeśli jeszcze nie czytaliście, szczerze wam zazdroszczę. Choć z perspektywy osoby czytającej poszczególne tomy w przypadkowej kolejności polecam jednak zachowanie chronologii.

Ostateczne starcie z Czerwonym Dworem (Jim Butcher, Changes)

Wczoraj był Dzień Blogera. Z tej okazji daruję wam i sobie zaległe recenzje tak zwanej literatury ambitnej, w tym reportaży (jakoś łatwiej i przyjemniej mi się czyta reportaże niż o nich pisze, ciekawe, dlaczego?). W zamian zrobię przyjemność, nie ukrywajmy, głównie sobie, opisując wrażenia z lektury kolejnego tomu jednego z moich ulubionych cykli powieściowych, czyli Akt Dresdena. A przy okazji popsioczę trochę na bezlitosne prawa rynku. Changes to 12 z 15 dotychczas napisanych tomów cyklu. Po ostatnim autor ma dłuższą przerwę, ale może to i lepiej, bo przez lata pisał regularnie, utrzymując naprawdę wysoki poziom. Wiem, że powtarzam to za każdym razem i pewnie jestem już nie tylko nudna, ale i brzmię jak fanatyczna katarynka, niemniej: nie ma drugiego cyklu, który byłby tak dobry tak długo. A przynajmniej ja takiego nie znam. Autor cały czas dokłada coś zarówno do świata przedstawionego, jak i do historii, konsekwentnie udowadniając, że kolejne tomy nie stanowią odcinania kuponów, ale realizację planu, który, przynajmniej w ogólnych zarysach, istniał od samego początku. Jeden jedyny raz, na etapie Drobnej przysługi, miałam wątpliwości w tym względzie, bo, powiedzmy sobie szczerze, choć bardzo dynamiczny, nie wniósł ten tom za wiele nowego. Potem jednak był znakomity Zdrajca (premiera polskiego przekładu 28 lipca 2017 r.), który zaostrzył mój apetyt na ciąg dalszy. Będąc na urlopie, doszłam do wniosku, że nie chce mi się dłużej czekać na polskiego wydawcę, czyli Wydawnictwo MAG, i zabrałam się za lekturę oryginału. Bo polski wydawca ma gdzieś czytelników tego cyklu, który zresztą ma na naszym rynku wybitnego pecha. Pierwszy tom, czyli Front burzowy, ukazał się u nas nakładem Wydawnictwa Amber już w 2004 roku, czyli cztery lata po premierze oryginału. Amber zrobił do cyklu jeszcze drugie podejście, wznawiając go w formacie kieszonkowym od 2006 r. Jednak, za sprawą tragicznego tłumaczenia, nawet ja odpadałam na etapie tomu trzeciego, choć udało im się wydać pięć (premiera Śmiertelnych masek w lipcu 2005 r., zaledwie dwa lata po oryginale). Naprawdę polubiłam bohatera i zaciekawił mnie świat, ale nie da się ukryć, że to, co najlepsze w tej serii, zaczyna się od czwartego tomu. Tłumaczenie trzeciego tak mnie zniechęciło, że za pierwszym podejściem dalej nie dotarłam. I wtedy weszło Wydawnictwo Mag, które w 2011 roku przejęło prawa do cyklu i wydało pierwszy tom w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Porównanie tych dwóch przekładów (z Maga i Amberu) świetnie pokazuje, jak bardzo można książkę skrzywdzić i że każdą krzywdę da się naprawić. Niestety, jakkolwiek jestem wielką fanką talentu translatorskiego PWC, powierzenie mu tego akurat cyklu do tłumaczenia nie okazało się tak doskonałym wyborem, jak mi się pierwotnie wydawało (a zapewne wydawcy również). Nie wiem, jakie dokładnie były powody i czy odpowiadał za to wyłącznie tłumacz, ale przekład piątej części zaliczał sporą obsuwę (trzy pierwsze  ukazały się w ciągu roku, do października 2012, a czwarta w sierpniu 2013) i pojawił się dopiero w październiku 2015, po ponad dwóch latach przerwy, wraz z premierowym na polskim rynku tomem szóstym (przekładu dokonał już Wojciech Szypuła). Nie znam się, rzecz jasna, na biznesie wydawniczym, ale dosyć oczywiste wydaje mi się, że czytelnicy, którzy polubili cykl w poprzednim wydaniu, nie byli do tej pory zainteresowani wznowieniem. Cykl sprzedawał się poniżej oczekiwań i raczej upatrywałabym przyczyny w tej dwuletniej dziurze niż w czymkolwiek innym, ale co ja tam wiem. W porównaniu z paranormalami Cassandry Clare czy tomiszczami Brenta Weeksa to jest na pewno niszowe przedsięwzięcie, podobnie jak większość cykli wartych lektury. W każdym razie w 2016 roku wyszły trzy kolejne tomy, w 2017 roku dwa, a w 2018 nie będzie żadnego. Tymczasem Akta Dresdena są jak serial. Każdy tom czyta się kilka dni. Pokażcie mi człowieka, który będzie cierpliwie czekał na kolejny odcinek (nie sezon) serialu przez dwa lata. Nie znacie? No właśnie. Ja też już nim nie jestem, wyzbyłam się resztek poczucia winy względem wydawcy i zabrałam się za oryginał, bo mogłam.
Nie tylko nie żałuję, bo wbrew moim obawom nie miałam żadnych problemów językowych, również na poziomie znanych mi dotąd jedynie z tłumaczenia nazw własnych, ale i jestem bardzo zadowolona. Lektura uprzyjemniła mi urlop, pozwoliła przetrwać upały i ogólnopolski rekord ciepła, który akurat padł nad morzem (prawie 38 stopni). W warstwie językowej Butcher nie jest trudny, pisze dynamicznie, nawiązania do innych tekstów kultury też raczej udawało mi się identyfikować, tym razem dziwnym trafem były to głównie Gwiezdne Wojny. Changes znakomicie ilustrują przy tym mechanizm, o którym wspominałam na wstępie, gdyż główna oś fabularna stanowi bezpośrednią konsekwencję pojedynku z diukiem Ortegą z Czerwonego Dworu, który Harry stoczył w Śmiertelnych maskach (czyli 7 tomów wcześniej). Nie jest łatwo zabić wampira, zwłaszcza tak potężnego jak Paolo Ortega, i Dresdenowi się nie udało. Zrobił to jednak jego protektor, Ebenezar McCoy. Arianna Ortega, wdowa, odwlekała zemstę do czasu, gdy obok załatwienia prywatnych zaszłości mogła za jej sprawą wzmocnić swoją pozycję w hierarchii Czerwonego Dworu. Jednak posługując się jako zakładnikiem osobą najbliższą Dresdenowi, mówiąc bardzo łagodnie, nie postąpiła rozsądnie. Dla rodziny Harry gotowy jest prawie na wszystko, nawet na odrzucany konsekwentnie przez wiele lat układ z Mab. Jego własna moc nie wystarczy bowiem, by rzucić wyzwanie wierchuszce Czerwonego Dworu w samym sercu jej terytorium, czyli w Meksyku. Zarówno przygotowania, jak i samo starcie, tworzą pasjonującą całość, od której oderwać się podobnie trudno, jak np. od klasycznych przygód Indiany Jonesa. A dodatkowo autor do ostatniej chwili trzyma w rękawie kilka kart atutowych, po wyłożeniu których czytelnik musi zbierać szczękę z podłogi. Niby mimochodem stawia również bohatera w obliczu trudnych decyzji, każąc mu redefiniować w krańcowych okolicznościach rzekomo nienaruszalną hierarchię wartości. Słowem – kwintesencja rozrywkowej fantastyki, a dodatkowo coś więcej. Bardzo gorąco polecam. Cieszę się, że zostały mi jeszcze trzy tomy.

Efekt pechowego strzału (Larry McMurtry, Na południe od Brazos)

Kolejna książka, o której nie wiem, jak napisać, żeby niepotrzebnie jej nie spłycić i tym samym nie skrzywdzić. Zarazem jednak prowadzenie tego bloga stałoby się pozbawione sensu, gdybym rzuciła recenzencki ręcznik przy powieści, która aktualnie jest moją najmocniejszą kandydatką do tytułu książki roku.
Można o niej napisać masę rzeczy, próbować przyłożyć mnóstwo etykietek i każda w jakimś stopniu będzie pasowała. Ale po ponad miesiącu przemyśleń dla mnie jest to przede wszystkim wielki traktat o roli przypadku. Bo gdyby Jake Spoon nie cieszył się niezasłużoną reputacją wielkiego rewolwerowca i przypadkowo nie sięgnął po broń, nie musiałby uciekać od karcianego stołu. Nie wróciłby po latach do swoich dawnych towarzyszy, byłych Strażników Pogranicza, Augustusa McCrae i Woodrowa Calla, aktualnie prowadzących Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Gdyby zaś Jake nie wrócił, jedyna kobieta „radząca sobie tyłkiem” (zakochałam się w tym wrażeniu i w całym genialnym przekładzie Michała Kłobukowskiego!) w Lonesome Dove nie zadurzyłaby się i nie uwierzyła, że jednak może pojechać do San Francisco. Wreszcie Kapelusznicy (jak od nazwy strumienia zwali się współwłaściciele przedsiębiorstwa), a w zasadzie przede wszystkim kapitan Call, nie zapaliliby się do pomysłu podróży ze stadem bydła do Montany, by jako jedni z pierwszych założyć w tej dziewiczej krainie wielkie ranczo.
Zaś za sprawą jednego niefortunnego strzału wszystko to (i wiele więcej, na przykład brzemienny w skutki pościg pewnego szeryfa za Jakiem) się wydarzyło, a Larry McMurtry miał sposobność skonstruować monumentalną opowieść. Pozornie miała ona stanowić hołd dla odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu, a w istocie posłużyła odarciu go z romantycznych mitów w sposób brutalny, systematyczny i do bólu konsekwentny. Bo nie ma niczego romantycznego w przypadkowym wjechaniu w gniazdo wodnych węży, w suszy ani w pladze szarańczy. A kiedy lepiej poznajemy bohaterów, mierzących się z rozmaitymi przeciwnościami długiej i skomplikowanej wyprawy, stopniowo tracimy do nich całą początkową sympatię, a nawet większość szacunku. Autor się o to postarał i za sprawą swojej fabuły, równie zaskakującej a zarazem banalnej jak życie, tak pokierował stosunkiem czytelnika do bohaterów, że – choć nie raz na 840 stronach dali oni pokaz swojej niezwykłej biegłości w kowbojskim rzemiośle – koniec końców okazali się godni nie podziwu, a wyłącznie niechętnego współczucia. Bo choć byli legendami pogranicza, jako ludzie zawiedli. Swoich podwładnych, swoich najbliższych i samych siebie. Nie potrafili rozstać się z własną legendą i wieść życia zwykłych śmiertelników. Call tak cenił swoją niezależność, że stłamsił w sobie jedyne uczucie, jakie kiedykolwiek odczuwał, bo nie chciał być niewolnikiem, choćby tylko własnych pragnień. Nawet przesympatyczny Augustus także okazał się ostatecznie – mimo wielu szlachetnych i spektakularnych gestów – przede wszystkim egoistą, skupionym jedynie na własnych potrzebach, a zwłaszcza pogoni za adrenaliną, której podporządkował wszystkie życiowe decyzje. Może i łudził się, że marzy o romantycznej miłości, ale na szczęście jako obiekt westchnień wybrał Klarę – kobietę rozsądną, umiejącą odpowiednio ocenić sytuację i nie zmarnować sobie życia w pogoni za ulotną mrzonką. Jest ona w Na południe od Brazos jedyną postacią, z którą czytelnik może do końca sympatyzować.
Mamy tu zatem antywestern, z wszystkimi typowymi dla gatunku wątkami, w tym romansowymi, ale mamy i pisany na jego marginesach dramat obyczajowy, który częstokroć okazuje się o wiele bardziej interesujący. Choć zaczyna się leniwie, z czasem porywa na unikalny emocjonalny rollercoaster. Tej przejażdżki nie będziecie żałowali, a gremium Nagrody Pulitzera się w tej kwestii ze mną zgadza.

Serialowisko 2018 (1), odsłona ekspresowa

Szybciutko, żeby choć trochę się odgruzować:
ACS: Versace: IMHO lepsza odsłona od mocno przereklamowanej pierwszej serii z OJ Simpsonem. Pod każdym względem, scenariuszowym (pisał Tom Rob Smith, autor Ofiary 44) i aktorstwa. 8/10, zdecydowanie polecam, nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, bo nie jest reprezentatywny dla tej odsłony antologii.
Dom z papieru – ciekawy pomysł, fajny początek, ale już w drugiej połowie pierwszego sezonu zaczęło się robić głupawo, a drugi pobił pod tym względem wszelkie rekordy. 6/10 to i tak naciągane. Ale piosenka super.
Terror – serial, w który jako fanka powieści kompletnie nie wierzyłam, przyjemnie mnie zaskoczył. Dobry, nie jego wina, że przemyśleń bohaterów nie da się zekranizować. 7/10

3% – ciekawa brazylijska antyutopia o merytokracji  przyszłości – tylko tytułowy odsetek populacji, wyłaniany w procedurze zwanej Procesem, może mieszkać na Wyspie. Reszta ludzkości gnieździ się w slumsach. Każdy ma tylko jedną szansę, w wieku 20 lat, na odmianę swojego losu. Troszeczkę słabsza końcówka drugiego sezonu, szczególnie sam finał, ale ogólnie bardzo świeża i ciekawa rzecz – 7/10.

Safe zaczął się dość ciekawie, ma dobrą obsadę (m.in. Michael C. Hall i Marc Warren), ale fakt, że stworzył go Harlan Coben, powinien był stanowić dla mnie dostateczne ostrzeżenie. Cóż, finałowe odpowiedzi były straszliwie głupiutkie i naciągane. 5/10

Killing Eve – tylko osiem odcinków, BBC America, powrót Sandry Oh znanej z Chirurgów do telewizji i luźna adaptacja serii opowiadań.  Rozgrywka między topową morderczynią na zlecenie a ścigającą ją agentką MI6. Przypadło mi to mocno do gustu, bo pod wieloma względami odbiega na korzyść od typowych procedurali. Wprawdzie nic więcej ponad niezobowiązującą rozrywkę, ale na upały jak znalazł. 6/10

The Americans – finałowy sezon godnie zamknął całą historię o parze sowieckich agentów zakonspirowanych w czasach zimnej wojny w USA jako właściciele biura podróży i domku na przedmieściach. Gorąco polecam całość, 8/10, a pierwsze 3 sezony nawet 9/10.

The Good Fight  – moim zdaniem drugi sezon nawet lepszy od pierwszego, bo ma ciekawszy wątek główny (seryjne zabójstwa prawników, ale także krucjata scenarzystów przeciwko aktualnej obsadzie Białego Domu i jak zawsze genialne sprawy odcinka), aktualnie chyba nic lepszego już poza kablówkami nie zostało – 8.5/10

Young Sheldon – spin off TBBT o dzieciństwie dr. Coopera, bardzo przyjemne zaskoczenie mimo negatywnego nastawienia z mojej strony. W ocenie zgadzam się ze Zwierzem popkulturalnym7,5/10

Patrick Melrose – już po jednym odcinku wiem, że choć jest to nieco mniej męczące i nudne niż wersja książkowa, to nawet Benedict Cumberbatch nie jest w stanie zrobić z tego materiału czegoś, co da się oglądać bez bólu. Choć gra znakomicie.



Wojna bez zwycięzców (Don Winslow, Z psich pazurów)

To wojna, której nie da się wygrać, dopóki narkotyki będą nielegalne. Ale na początku tej opowieści, obejmującej 29 lat, od roku 1975 do roku 2004, Art Keller, młody funkcjonariusz raczkującej DEA (Drug Enforcement Administration, amerykańskiej Agencji Antynarkotykowej), utworzonej przez prezydenta Nixona 1 lipca 1973 roku, jeszcze o tym nie wie.
Wie, że nawet właśni koledzy nie chcą go na meksykańskiej placówce, do której trafił. Jest trędowaty, bo zielony, został zwerbowany z CIA. Zna się na wojnie (był w Wietnamie, w oddziałach specjalnych), ale nie na wojnie narkotykowej.
A jeśli trzeba by scharakteryzować Arta jednym przymiotnikiem, to byłby to uparty. Nie mogąc inaczej wkupić się w łaski swoich, nawiązuje kontakt z miejscowym funkcjonariuszem policji, Miguelem Barrerą. Dzięki uzyskanym od niego informacjom DEA organizuje Operację Kondor, niszcząc meksykańskie pola maku (wówczas głównym towarem przemycanym przez granicę meksykańsko-amerykańską jest opium). Keller nie wie jednak najważniejszego – jego sukces był pozorny, a tak naprawdę był sukcesem jego informatora, który wykorzystał DEA do wyeliminowania konkurencji i założył własny, nowy kartel. Kartel z Guadalajary. Który szybko przerzucił się na nowy towar – kokainę z Kolumbii.
Na próby naprawienia tego błędu naiwnego żółtodzioba Keller poświęci następne ćwierć wieku, raz odnosząc pewne sukcesy, innym razem znaczące porażki. Kartel też będzie raz na wozie, raz pod wozem, przejdzie wewnętrzną wojnę o przywództwo i przekształcenia modelu operacyjnego. A dzięki talentowi narracyjnemu Dona Winslowa czytelnik może obserwować zarówno osobistą rozgrywkę Arta z Barrerami, jak i meksykańską trampolinę (mechanizm przemytu kokainy z Kolumbii, przez Meksyk do USA) w działaniu po obu stronach granicy. Połączenie perspektywy prywatnej bohaterów z szerokim rzutem na całość przemytniczego mechanizmu pozwala uzyskać unikalny, niesamowicie angażujący efekt. Powieść jest bardzo filmowa, między innymi dzięki dynamicznym zmianom perspektyw narracyjnych i planów akcji, a także zaburzeniom chronologii, ale najważniejsze wątki są oparte na prawdziwych wydarzeniach, a bohaterowie – choć noszą inne nazwiska – poza detalami mają życiorysy realnie istniejących postaci. Tak jest, prawie wszystko w tej kipiącej akcją, wciągającej, pełnej grozy, pieniędzy i krwi historii zdarzyło się naprawdę.
Kto oglądał serial Narcos, wie, co się działo w Kolumbii, będącej źródłem przemycanej kokainy. Kto czytał znakomitą Ameksykę Eda Vulliamy’ego, jest w stanie sobie powierzchownie wyobrazić, jak wygląda wojna narkotykowa na samej granicy. Kto nie oglądał ani nie czytał, a interesuje go ta problematyka, temu zdecydowanie polecam obie pozycje. Powieść Winslowa oferuje kolejny istotny element tej układanki, a poza ponurą refleksją o bezsensie osobistej zemsty i wojny z narkotykami w amerykańskim wydaniu, także niesamowicie wciągającą rozrywkę. Z psich pazurów jest monumentalne, liczy ponad 600 stron, a pochłonęłam je w ciągu tygodnia, w międzyczasie normalnie chodząc do pracy. Bo poza wszystkim innym to opowieść o jednostkach, ich marzeniach, ambicjach, dążeniach, planach i winach. O próbach odkupienia grzechów. Wszak tytuł nieprzypadkowo pochodzi z Księgi Psalmów (w ramach ciekawostki, różne wersje tłumaczenia tego fragmentu można zobaczyć tutaj). Lekturę wydatnie uprzyjemniał znakomity przekład, za który wyrazy uznania należą się Piotrowi Chojnackiemu (znanemu też jako Zacofany w lekturze) i Katarzynie Bażyńskiej – Chojnackiej. Szkoda, że tak świetna powieść wyszła w tak niszowym wydawnictwie jak Vizja Press & IT i obecnie, po 11 latach, jest bardzo trudno dostępna (sama szukałam prawie 2 lata). Ale poszukajcie, gwarantuję, że warto. Za polecenie tytułu i zwrócenie uwagi na autora dziękuję Jane Doe.

Hrabia w hotelu (Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie)

Powieść Amora Towlesa rozpoczyna się fragmentem wiersza, który uratował życie jej głównemu bohaterowi. Gdyby nie autorstwo prorewolucyjnego Gdzie on teraz jest? z 1913 roku, hrabia Aleksander Iljicz Rostow w roku 1922 zostałby przez Komisję Nadzwyczajną Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych bez żadnej wątpliwości skazany na śmierć za przynależność klasową. Ponieważ jednak wiersz napisał, skazano go na areszt domowy w moskiewskim Hotelu Metropol. Krok za próg – kula w łeb. Musiał oczywiście opuścić zajmowany od 1918 luksusowy apartament 317 i zadowolić się skromną klitką na poddaszu. Władza pewnie myślała, że trzydziestotrzyletni w chwili wydania wyroku Rostow nie wytrzyma w zamknięciu zbyt długo i problem sam się rozwiąże. Ale wytrzymał kolejne trzydzieści dwa lata. I o tym – w zasadzie – jest ta monumentalna powieść.
Już słyszę te jęki zawodu – co można robić w hotelu przez ponad trzydzieści lat, by czytelnik nie umarł z nudów, czytając ich opis? Z pewnością nie jest to pozycja dla zwolenników dynamicznej akcji. Podzielona na pięć części, z których każda stanowi pewien etap wewnętrznej ewolucji Rostowa, powieść – zdaniem samego autora – przypomina diament leżący na boku. U podstawy jest on najszerszy, gdyż w początkowym okresie aresztu bohater eksploruje Metropol i odkrywa, że w tych czterech ścianach kryje się cały wielki świat, ukryty przed oczyma przelotnych bywalców. Po zbadaniu infrastruktury hrabia nawiązuje bliższe stosunki, które z czasem nabierają charakteru głębokiej przyjaźni, z pracownikami obsługi. Wykorzystując wrodzone predyspozycje do rozsadzania gości przy stole, zostaje kierownikiem sali w prestiżowej restauracji Bojarska. Nowa władza, z którą kolejne państwa stopniowo nawiązują stosunki dyplomatyczne, widząc, że nigdzie się ona nie wybiera, także postanawia wykorzystać obycie towarzyskie i znajomość języków obcych Rostowa, który musi szkolić jej wysokiego funkcjonariusza. To jedna warstwa. Najbardziej powierzchowna.
Ale są i inne. Pod względem psychologicznym Rostow musi zaakceptować nową sytuację, a następnie się do niej dostosować, co nie przychodzi mu łatwo, choć dla postronnych przywdziewa maskę stoika, tytułowego dżentelmena, niezachwianego wobec przeciwności losu. Nie potrafi uciec przed wspominaniem przeszłości, którą zresztą systematycznie przypominają mu wizyty przyjaciela z lat studenckich, obecnie gorliwego zwolennika zwycięskich bolszewików. Wspominki jednak nie wystarczą, nowemu życiu, poza codzienną rutyną, trzeba nadać jakiś sens. I tu przewrotny los zdaje się sprzyjać hrabiemu, gdyż stawia na jego drodze dziewczynkę i kobietę, które wydatnie mu w tym pomogą.
Jest to opowieść nie tylko o starym, które, chcąc nie chcąc, ustępuje nowemu, starając się ocalić jak najwięcej własnych wartości i zrozumieć, jakie wady dawnej epoki przyczyniły się do tryumfu rewolucji. To także pisana mimochodem i na marginesach kronika historii ZSRR (braki w hotelowej kuchni skądś się biorą, a porządek dziobania w partii podlega stałym zmianom, dostrzegalnym przy ustalaniu, kto gdzie będzie siedział na przyjęciach w prywatnej sali restauracji Bojarska). A przede wszystkim subtelna, pełna ciepła, humoru i wzruszeń historia o przyjaźni, miłości i przywiązaniu, które sprawiają, że cztery ściany domowego aresztu wystarczą za cały wielki i szczęśliwy świat. Do czasu, gdy w imię miłości trzeba będzie podjąć wielkie ryzyko i opuścić bezpieczne schronienie w Metropolu. Ku temu momentowi leżący na boku diament, jakim jest narracyjna struktura tej historii, systematycznie się zawęża.
Diamentowa metafora Towlesa, którą wyczytałam w wywiadzie dotyczącym powieści, dostępnym na jego stronie internetowej (po angielsku), idealnie pasuje do moich odczuć w trakcie lektury – Dżentelmen w Moskwie zaskoczył mnie i oczarował na podobieństwo fasetowanego diamentu,  tym bardziej że w ogóle nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. A dostałam prawdziwą literacką ucztę, wykwintną i zróżnicowaną jak menu restauracji Bojarska w Metropolu. Takie książki trafiają się rzadko, ale to dobrze, bo można je bardziej docenić. Nie przegapcie!