Gdy narrator przesłania historię (Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy)

nie-przywitam-sie-z-panstwem-na-ulicy-szkic-o-doswiadczeniu-niepelnosprawnosci-w-iext54983497Pewnie powinnam po prostu darować sobie ten tekst, ale pocieszam się, że i tak mało kto go przeczyta. Poza tym w końcu po to mam tego bloga, żeby pisać, co myślę o swoich lekturach, nawet jeśli są to myśli emocjonalne, pozbawione niezbędnej dozy recenzenckiego dystansu, niewątpliwie w jakimś sensie przykre dla autorki Nie przywitam się z państwem na ulicy. Szkicu o doświadczeniu niepełnosprawności i być może świadczące o mojej ignorancji co do formy autoetnograficznej. Jest to jednak ryzyko, które jestem gotowa podjąć. Kupiłam książkę Marii Reimann po lekturze w zasadzie wyłącznie przychylnych recenzji w Internecie, przede wszystkim z ciekawości, czy będzie równie poruszająca, jak Żeby umarło przede mną Jacka Hołuba (którą gorąco polecam, choć nie byłam w stanie o niej napisać – jest to zbiór świadectw matek niepełnosprawnych dzieci, czysta, niczym nierozwodniona esencja prawdy o realiach opieki nad takimi dziećmi w naszym kraju).

W tym miejscu wyjaśnię, żeby nie było nieporozumień: nie jestem koneserką inspirational porn, czyli opowieści o dzielnych niepełnosprawnych, które mają dawać zdrowym kopa do działania. Jestem, o czym już kiedyś wspominałam, osobą niepełnosprawną od urodzenia, mam MPD, czyli mózgowe porażenie dziecięce (szczegóły, jeżeli was interesują, znajdziecie pod tagiem #I ty możesz naostrzyć siekierę). Uważam, że brakuje na naszym rynku rodzimych narracji o realiach życia z niepełnosprawnością i że są one bardzo potrzebne. Dlatego cieszę się, że Wydawnictwo Czarne dostrzegło i zaczęło wypełniać tę lukę, a gdy tego typu tytuły się pojawiają, sięgam po nie, żeby sprawdzić, jak autorzy widzą życie z niepełnosprawnością i – co chyba najważniejsze – jaki jego obraz przedstawiają swoim czytelnikom, jak rozkładają akcenty.

Książka Reimann jest tu podwójnie interesująca, bo sama autorka jest osobą niepełnosprawną, a konkretnie niedowidzącą od urodzenia. I znów: pewnie nie powinnam tego pisać, być może jest to twierdzenie krzywdzące, pozbawione faktycznych podstaw i wzięte z sufitu, ale: mam przeczucie, że po części stąd biorą się wyłącznie dobre recenzje Nie przywitam się z państwem na ulicy. Jestem w stanie wyobrazić sobie u osoby zdrowej nawet nieuświadomioną blokadę przed napisaniem czegokolwiek negatywnego o książce, której autorka w opowieść o życiu kobiet i dziewczynek z Zespołem Turnera wplata własną, bardzo osobistą historię  o życiu z poważną niepełnosprawnością. Napisać o takiej książce coś nieprzychylnego to zbrukać ten niezwykły akt prywatnej odwagi (piszę to bez ironii), narażając się na łatkę osoby nieczułej czy wręcz nieludzkiej.

U mnie tego rodzaju blokada nie występuje, po pierwsze dlatego, że nie mam serca, jak powszechnie wiadomo. Po drugie, uważam (podobnie zresztą jak Maria Reimann), że niepełnosprawnym, którzy robią cokolwiek profesjonalnie, nie przysługuje żadna taryfa ulgowa i finalny efekt ich działań powinien podlegać takim samym kryteriom oceny jak utwory osób zdrowych.

Przechodząc po tym przydługim i zapewne nudnawym, ale w moim odczuciu koniecznym wstępie do meritum: Nie przywitam się z państwem na ulicy po przyłożeniu takich obiektywnych kryteriów moim zdaniem się nie broni. Zgodnie ze znalezioną przeze mnie definicją:

Autoetnografia (AE) – wywodzi się z tradycyjnej metody etnograficznej – jest połączeniem techniki badawczej z formami prezentacji związanymi z autobiografią jako gatunkiem. Rozwój AE w naukach społecznych w ostatnich dwóch dekadach przyniósł szereg różnorodnych ujęć i sposobów zastosowania. Łączy je wszystkie ulokowanie własnego doświadczenia i biografii badacza w centrum prowadzonych przez niego badań. W autobiograficznym procesie badacz staje się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem badania. W tradycyjnej etnografii korzysta z technik obserwacji uczestniczącej i wywiadu pogłębionego, przy pomocy których konstruuje opis etnograficzny (ethnographic narratives), jak i osobiste historie (personal stories), analizuje i interpretuje uzyskane dane. Natomiast w AE, sensu stricte, badacz konstruuje nie tyle portret „innego” (jednostki, grupy, kultury), co portret jaźni (self) w relacji do kultury.

Przyjmując ją za punkt odniesienia, Nie przywitam się z państwem na ulicy wypada uznać za miks etnografii i autoetnografii. Przy czym już sam tytuł wskazuje jednoznacznie, że opowieść badaczki o własnym doświadczeniu życia z niepełnosprawnością znajdzie się na pierwszym planie – i tak też się dzieje. Nie mam żadnego świadomego doświadczenia z tymi gatunkami, ale po tej lekturze mam głębokie przekonanie, że łączenie ich ze sobą nie jest dobrym pomysłem. Nie dowiecie się z tej książki za wiele o życiu chorych na Zespół Turnera (a osobiście tego przede wszystkim oczekiwałam), za to sporo o tym, co autorka sądzi na temat tych osób, ich rodziców oraz decyzji wychowawczych czy życiowych podejmowanych przez opisywane bohaterki i ich opiekunów. Bardzo dużo o jej odczuciach związanych z przeprowadzanymi wywiadami, uczestnictwem w koloniach dla osób z ZT (na litość, skoro sama autorka słusznie zauważa, że uczestniczki są w różnym wieku, w tym także dorosłe, to czy nie mogła zamiast o koloniach pisać o wyjeździe integracyjnym?). Poziom tych przemyśleń bywa niekiedy, łagodnie mówiąc, rozczarowujący. Organizatorki tłumaczą jej, dlaczego wspólne wyjazdy są dla osób z ZT tak ważne – tylko tam mogą pojechać i codziennie przyjmować hormon wzrostu, który musi być specjalnie przechowywany. W związku z tym nie mogą jeździć np. na wycieczki szkolne. A co na to autorka?

Według mnie konieczność robienia sobie codziennych zastrzyków z hormonu wzrostu wcale nie uniemożliwia uczestnictwa w szkolnych wycieczkach i zwyczajnych koloniach.

Po czym nie pojawia się żadne uzasadnienie tego twierdzenia. Dziś, kiedy są przenośne lodówki, być może faktycznie jest to łatwiejsze, choć nie wiem, jakich konkretnie warunków wymaga hormon wzrostu przy transporcie, by nie utracił swoich właściwości. Nie każdego mimo wszystko stać na przenośną lodówkę, trzeba w niej uzupełniać czynnik chłodzący, nie w każdym ośrodku są lodówki (nie tylko w pokojach, ale ogólnie dostępne). Ale po co się zastanawiać nad takimi czynnikami, będąc członkinią zespołu badawczego? Najłatwiej napisać, że to po prostu bzdura, wygodne alibi, z którego osoby chore na ZT korzystają, żeby nie brać udziału w odmiennych wyjazdach. Nie jest to napisane wprost, jednak zostaje zestawione z następującym prywatnym zwierzeniem:

Nigdy nie pojechałam na żaden turnus rehabilitacyjny Polskiego Związku Niewidomych, chociaż wiedziałam, że są organizowane. Moim rodzicom taki pomysł nie przyszedł chyba nawet do głowy. W szkole podstawowej jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki z moją klasą i na różne obozy wakacyjne. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że muszę przynieść specjalną zgodę od rodziców na wyjazd integracyjny organizowany na początku liceum. Mieliśmy jechać w góry, szkoła chciała mieć pisemne potwierdzenie od moich rodziców, że zgadzają się, żebym chodziła po Gorcach. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, dzisiaj wcale się nie dziwię.

Wymowa tego zestawienia jest (dla mnie) jednoznaczna – chore z ZT to lamerki, bo jeżdżą na dedykowane im turnusy, a powinno się to robić tak jak ja (i moim rodzice). Takiej zawoalowanej wyższości i kiepsko maskowanego pobłażania jest w narracji mnóstwo, a merytorycznych treści bardzo niewiele, co dla mnie jest kompletnie dyskwalifikujące w pozycji aspirującej do rangi pracy naukowej i dofinansowanej ze środków publicznych, a konkretnie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ze środków na badania statutowe Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą »Narodowy Program Rozwoju Humanistyki« w latach 2016–2019.

Prywatnie uważam (ale to już nie ma żadnego związku z recenzją), że rodzice autorki, z pewnością niezamierzenie, wyrządzili jej krzywdę, nie pozwalając, żeby choć częściowo zinternalizowała swoją niepełnosprawność jako element tożsamości. W rezultacie autoetnograficzna część historii nie jest o życiu z poważną w końcu niepełnosprawnością, ale o życiu wbrew niej. Prowadzi to do sytuacji absurdalnych, jak niżej opisana:

Idę przez Jastarnię, jest wrzesień 2018 roku, mam trzydzieści sześć lat, dziesięcioletniego syna i kilka tygodni temu wzięłam psa. Nie chciałam mieć psa, nie wydawał się dobrym pomysłem dla niedowidzącej osoby, ale uległam prośbom dziecka i właśnie jestem w nadmorskiej miejscowości z psem. W jednej ręce trzymam smycz, drugą prowadzę wypożyczony przed chwilą rower. Idę na stację kolejową, gdzie umówiłam się z przyjaciółmi. Jedziemy na wycieczkę. Jastarnia to małe miasteczko i wiem, że znalezienie stacji nie powinno być problemem, ale nigdy wcześniej tu nie byłam. Ulice są we wrześniu puste, więc nie mam kogo zapytać o drogę, a instrukcje, których udzieliła mi pani w wypożyczalni rowerów – jak zawsze do niczego. „Widzi pani tamten znak? To za tym znakiem w lewo. I potem zobaczy pani pocztę…”, a ja nie mam siły jej tłumaczyć, że nie widzę znaku i poczty też raczej nie zobaczę. Zresztą jak inaczej ma mi wytłumaczyć drogę? Kiwam więc tylko głową i czekam, aż skończy. Jest mi za trudno, myślę z żalem i złością, kogo ja próbuję oszukać?

Syn autorki ma 10 lat, mógłby skorzystać ze wskazówek, gdyby tylko mu je powtórzyła. Mógłby znaleźć drogę na Google Maps. Ale ona musi wszystko zrobić sama. W pierwszym odruchu byłam na nią zła, potem przyszła refleksja, że może inaczej nie potrafi, bo tak została wychowana. Mimo wszystko jest mi jej żal. Ale i nie popieram decyzji o wzięciu psa, żeby dziecko nie było poszkodowane. Poszkodowany może w efekcie zostać pies, bo sama autorka przyznaje, że kiedy z nim spaceruje, nie widzi, co zjada na ulicy. Może się otruć i zdechnąć w męczarniach. A wystarczyło po prostu poczekać parę lat, aż syn będzie dość duży, aby samodzielnie opanować zwierzę. Ale w optyce autorki taka decyzja byłaby niedopuszczalna. Wstrząsająca jest opisana przez nią scena:

„Przestań ciągle udawać!”, mój synek jest mały, ma pięć albo sześć lat. Ktoś powiedział: „zobaczcie, jaki fajny pies”, a ja odruchowo, chociaż nie widzę żadnego psa, odpowiedziałam: „aha, fajny!”. Nie może zrozumieć, czemu to robię. Wyjaśniam mu, że nie chcę robić wokół siebie afery, znowu komuś tłumaczyć, że źle widzę, że ostatecznie ten pies nie ma takiego wielkiego znaczenia, a wszystkim jest łatwiej. Nie przekonałam go. Pies ma znaczenie, a ja nie powinnam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.

Konieczność takiego udawania wydaje się absurdalna, ale jest przede wszystkim smutna i straszna. Taki stopień zaprzeczenia rzeczywistości nie jest normalny. Nawet małe dziecko to dostrzega, ale dorosła osoba pozostaje na to, nomen omen, ślepa. I w następnym akapicie:

Mój psychoterapeuta próbuje kilka razy porozmawiać ze mną o moim wzroku, sądzi chyba, że to może mieć znaczenie dla mojej tożsamości, że to ważna sprawa, której należałoby się przyjrzeć. Robię uniki, zmieniam temat, żartuję. Wydaje mi się, że trochę przesadza, mam inne, istotniejsze problemy. Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie jestem już taka pewna, które z nas miało rację. Bardzo lubiłam mojego psychoterapeutę, być może nie chciałam wtedy pozwolić, żeby patrzył na mnie jak na osobę niepełno-sprawną.

Po tym wszystkim niechęć Reimann do wspomagania widzenia nie powinna być dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale jednak nie potrafię pojąć poniższego rozumowania:

Brzydkie okulary, które zamiast szkieł wstawione mają szkła powiększające. Czasem używam ich w domu, pod warunkiem że nikt mnie nie widzi. Dziwaczne plastikowe okulary do oglądania telewizji, z przymocowanymi w odległości dwóch centymetrów od szkieł dodatkowymi lupami, w których wygląda się tak idiotycznie, że prawie się z Maćkiem popłakaliśmy ze śmiechu i zrobiliśmy sobie serię zdjęć. Nigdy ich jednak nie zabrałam na żaden z meczów mistrzostw świata w piłce nożnej, na które umawiamy się z przyjaciółmi na mieście, chociaż być może mogłabym dzięki nim coś widzieć na telewizorze i nie musielibyśmy chodzić tylko tam, gdzie mecze pokazywane są na telebimach. Okulary słoneczne zwiększające kontrast. Kiedy w przychodni założyłam je na próbę i wyszłam na chwilę na dwór, poczułam się wspaniale, bo jednocześnie chronią przed słońcem i poprawiają jakość widzenia. Nie zdecydowałam się jednak ich kupić, wiedząc, że nie będę nosić okularów, które sprawią, że moja niepełnosprawność stanie się oczywista, widoczna. Za nic nie wyszłabym na miasto w specjalnych okularach osoby niedowidzącej. Lubię tylko małą, srebrną lornetkę o podwójnej ogniskowej (złożona pozwalała mi odczytywać nazwy ulic i numery na domach, rozłożona – czytać nawet drobny druk), bo jest ładna, zgrabna i fajna, i każdy chce przez nią popatrzeć.

Może przyjaciołom byłoby łatwiej, może MNIE byłoby łatwiej, bo lepiej bym widziała, ale świat zobaczyłby, że niedowidzę – nie ma mowy. Ten przedziwny egoizm i potrzeba maskowania się cechuje całość  Nie przywitam się z państwem na ulicy. Przede wszystkim on sprawia, że nie polecam tej pozycji, bo jest nie wiadomo o czym i powstała w zasadzie nie wiadomo po co. Skąd się bierze w zestawieniach najlepszych książek 2019, naprawdę nie pojmuję.

A tak ładnie żarło… (Samuel Bjørk, Chłopiec, który kochał sarny)

bambijpgW zasadzie sama jestem sobie winna, bo przecież po Sowie miałam tak serdecznie dosyć Mii Kruger i Holgera  Muncha, że obiecałam sobie solennie więcej się z nimi nie użerać. Plącząc się jednak wśród czarnopiątkowych promocji na e-booki, pewnie nadal pod wpływem przygnębienia po epickiej klęsce, jaką okazało się Przeznaczenie skrytobójcy, dokonałam tak zwanego zakupu impulsowego. Potrzebowałam szybkiej, niezbyt angażującej intelektualnie lektury na reset, a trzeci kryminał z cyklu norweskiego autora, którego marketingowcy zdecydowanie na wyrost okrzyknęli rywalem Jo Nesbo, w teorii idealnie spełniał te wymogi.

W praktyce również spełniał je idealnie, tak mniej więcej przez 2/3 objętości tekstu. Mia, jak na swoje możliwości, była zaledwie umiarkowanie irytująca, bo czysta po odwyku i niemal wolna od wizji swojej zmarłej siostry bliźniaczki, Sigrid. Holger zamiast użalaniem się nad rozpadem swojego małżeństwa zajął się robotą i nawet randkowaniem z nową lekarką sądową (a zatem po rozwodzie można mieć życie uczuciowe, kto by pomyślał!). No i oczywiście mieliśmy też zabójcę, tytułowego miłośnika saren. Człowieka posługującego się wyrafinowanym modus operandi, który na miejscu każdej zbrodni zostawiał enigmatyczne wiadomości dla śledczych. Mimo wyjątkowo niepokojącego prologu, który szybko wyparłam z pamięci, ogólnie zatem całość rokowała bardzo dobrze.

Niestety, choć ładnie żarło, bo dzięki krótkim rozdziałom i częstym zmianom perspektywy narracyjnej Bjørk sprawnie utrzymywał zainteresowanie odbiorcy, to ostatecznie zdechło, i to w wyjątkowo spektakularnych męczarniach. Że Mii po powrocie do pracy szybko zaczął się pogarszać stan zdrowia psychicznego i zatęskniła za znieczuleniem oferowanym przez tabletki i alkohol, nie będzie dla nikogo znającego poprzednie części wielkim zaskoczeniem. To jednak drobiazg w zasadzie pomijalny, podobnie jak doprowadzająca mnie do szaleństwa konfekcyjna mania autora. Gdybyście byli ciekawi, przejawia się ona w kompulsji, zmuszającej Bjørka do nadmieniania 5 razy w każdej scenie z udziałem bohaterów, że Mia nosi skórzaną kurtkę, a Holger budrysówkę. Aczkolwiek dopiero po trzech tomach zmotywowało mnie to do sprawdzenia, czym, do cholery, jest budrysówka (jeżeli jesteście takimi samymi ignorantami modowymi jak ja, informacje macie w linku powyżej).

Ale ja tu zdryfowałam na jakieś dywagacje o odzieży, a przecież nie z tym mam w Chłopcu, który kochał sarny największy problem. Problemem jest konstrukcja intrygi, czyli rzecz w kryminale podstawowa. Z tej części zadania Bjørk za każdym podejściem wywiązuje się, niestety, coraz słabiej, choć logika nakazywałaby zakładać, że z każdą kolejną powieścią powinno mu to iść lepiej. Już nawet nie chodzi o to, że najbardziej uważny czytelnik nie ma najmniejszej szansy wykryć tożsamości sprawcy (choć uważam, że danie czytelnikowi takiej szansy jest obowiązkiem każdego uczciwego autora kryminału). Policja również nie ma tu na to szans. Cała intryga jest adresowana do konkretnej osoby, a finał poprowadzony został kuriozalnie. W efekcie zamiast planowanego zapewne przez autora dramatyzmu mamy tragikomedię.

Nie polecam. W zasadzie energicznie odradzam.

I tylko Błazna i Bastarda żal (Robin Hobb, Przeznaczenie skrytobójcy)

bastard2jpgZawsze smutno, kiedy jedna z ulubionych autorek zawodzi. Kiedy zawodzi w zakończeniu cyklu tworzonego przez ponad dwadzieścia lat, smutek przestaje już być adekwatnym określeniem. Do niewielu tekstów mam silnie emocjonalny stosunek, do niewielu bohaterów przywiązuję się tak, jakby istnieli naprawdę. Ale jeśli już którymś z tego elitarnego grona dzieje się krzywda w postaci całkowitej i nieuzasadnionej przemiany osobowości, mój wewnętrzny Wierny Czytelnik domaga się krwi.

I słuchajcie, totalnie nie chodzi o to, że Robin Hobb poprowadziła swoją opowieść inaczej, niż ja bym sobie życzyła. Umówmy się na wstępie, że nie jesteśmy w literackim przedszkolu. Patrząc jednak całościowo na trylogię Bastard i Błazen, w której – nawet jak na dotychczasowe standardy autorki – akcja rozwijała się bardzo niespiesznie, nie dało się uniknąć nie tylko pewnych, ale wręcz gigantycznych oczekiwań względem fabuły ostatniej odsłony. Wszystko miało się wyjaśnić, w szczególności mroczne proroctwa o Światoburcy i Wilku z Zachodu. Akcją i napięciem to te strony powinny wręcz – nareszcie – ociekać. A tymczasem 2/3 opasłego tomu to ciągłe ucieczki i ponowne pojmania Pszczoły oraz długa i monotonna podróż żywostatkiem reszty kompanii. Aż się chce zacytować Rejs i refleksje Mamonia o chęci wyjścia z kina. No ale brniemy przez wzajemne fochy i udręki bohaterów, bo przecież w końcu dotrą oni do Gniazda Zła i wymierzą sprawiedliwość. I będzie epicko. Bastard chwyci za miecz, Błazen pomści swoje krzywdy, Pszczoła się do nich przyłączy, a smoki przylecą na nędzne resztki.

Tylko że nie. Kulminacja jest tak sztuczna i niesatysfakcjonująca, że aż się zaczęłam zastanawiać, czy Hobb nie podzleciła ostatniego tomu jakiemuś ghost writerowi, bo jest on wręcz wymęczony. Postaci tracą niezależność i charakter. Są jak marionetki, które robią dokładnie to, co powinny, żeby autorka mogła sobie rozpisać bardzo irytujące twisty i swoje wymarzone zakończenie. Sam finał nie byłby zły, gdyby nie wszystko, co go poprzedziło. Autorka zadbała, żeby czytelnik znielubił bohaterów, którzy zawsze byli największą siłą tej historii. Wykonała to zadanie tak skrupulatnie, że gdy w finałowych partiach jeden z protagonistów kona w nieludzkich męczarniach, jedyną myślą towarzyszącą czytelnikowi jest kończ, waść, mnie i sobie męczarni oszczędź. Nie tak to miało wyglądać, bardzo eufemistycznie rzecz ujmując.

Po zakończeniu lektury sama nie mogłam uwierzyć we własne odczucia i ocenę całości. Udałam się na Goodreads, gdzie pośród generalnie przychylnych recenzji odnalazłam też opinie podobne do mojej, a nawet od niej surowsze. Dzięki czemu poczułam się zarazem lepiej i gorzej. Z ciężkim sercem muszę podpisać się pod konkluzją jednej z czytelniczek, że lepiej przygodę z cyklem zakończyć na finale trylogii Zlotoskórego i zachować bardzo dobre wspomnienia o świecie i postaciach.

Lato z kryminałem 2019 (1): Najwyższa sprawiedliwość, Błękit błyskawicy i Sprawiedliwy oprawca

najwCzyli kolejne odsłony cykli o Sebastianie Bergmanie, Jimmy’m (wydaje mi się, że tu powinien być apostrof, ale pewności nie mam) Perezie i Nasti Kamieńskiej. Było, cóż, rozmaicie.

Jeśli chodzi o Hjortha i Rosenfeldta, po tragicznym wręcz Oblanym teście podchodziłam do kolejnego tomu ich cyklu o bufonowatym psychologu z traumą jak pies do jeża. Ale był czerwiec, upał, a zaufana osoba stwierdziła, że dobrze się to czyta, więc uznałam, że dam im jeszcze jedną szansę. W końcu jeden z nich jest scenarzystą genialnego Mostu nad Sundem, a każdy może mieć słabszy moment!  Istotnie było sporo lepiej niż poprzednio, ale, powiedzmy sobie szczerze, zaliczenie poprzeczki leżącej na ziemi nie nastręcza trudności. A i tak autorom udało się w finałowej partii mocno o nią potknąć. W czym rzecz? Tym razem intryga koncentruje się na serii napaści na tle seksualnym na grupę kobiet, których nic nie łączy. Tak przynajmniej twierdzą i takie założenie początkowo przyjmują śledczy. Kiedy jednak napastnik powraca, by zgwałcić ofiary ponownie, ich prawdomówność co do braku powiązań zaczyna budzić poważne wątpliwości. Istotnie, łączy je mroczna tajemnica z przeszłości, która obecnie ściągnęła na nie specyficzną zemstę.

Co w teorii wygląda ciekawie i w jakimś sensie wpisuje się w wiecznie żywą w naszym kraju debatę pro life/pro choice, kończy się, niestety, groteskowym cliffhangerem, co do którego pozostaje mieć nadzieję, że autorzy nie pociągną wątku w zasugerowanym w finale bardzo dobitnie kierunku. Weszłabym w szczegóły, jakkolwiek są w wysokim stopniu żenujące, gdyby nie był to zarazem gigantyczny spoiler.

Ale poza głównym wątkiem mamy jeszcze prywatne dramy naszych bohaterów, czyli serial w odcinkach. Vanja cały czas ucieka przed Sebastianem, a ten nieustannie podejmuje próby odbudowania ich relacji. Ursula szuka prywatnego szczęścia, Billy, który zaczynał jako całkiem sympatyczny młodzieniec, coraz mocniej pogrąża się w psychoseksualnej dewiacji (czego cały tabun współpracujących z nim światowej klasy specjalistów dogodnie nie zauważa!). Jeden Torkel szczęście znalazł i wszystko wskazuje na to, że mimo starań Sebastiana chyba je zachowa.

Podsumowując, nie sądzę, żeby to mój gust tak radykalnie się zmienił w ciągu marnych paru lat przygody z tym cyklem. Jest znacznie słabiej niż w Grobie w górach czy Niemowie. Nie polecam, szkoda waszego czasu.

blekitNa Błękit błyskawicy Ann Cleeves czekałam z ciekawością, bo polubiłam regularne wycieczki na Szetlandy, nawet jeśli poprzednia Czerwień kości podobała mi się z trzech odsłon kwartetu najmniej. Niestety, tym razem nie jest lepiej, a nawet muszę ze smutkiem powiedzieć, że mam autorce mocno za złe tanie efekciarstwo, do jakiego posunęła się w finale. Byłby to może jeszcze krok w jakiś sposób zrozumiały, gdyby cykl na tym się zakończył. Ale w świetle faktu, że są jeszcze cztery części, bardzo taka decyzja rozczarowuje. I znów – nie mogę napisać, o jakie rozwiązanie konkretnie chodzi, bo byłby to niewybaczalny spoiler. Ale już nawet abstrahując od czysto subiektywnych czytelniczych skarg i zażaleń, także obiektywnie oceniana historia zabójstwa miejscowej celebrytki na rodzinnej wyspie Pereza, odciętej od świata przez warunki atmosferyczne, specjalnie porywająca nie jest. Przy czym nie oczekuję bynajmniej od kwartetu szetlandzkiego jakiejś niesamowitej dynamiki, bo to nie cykl tego typu. Niemniej, śledztwo, czy też pseudośledztwo, toczy się tym razem, nawet jak na jego dotychczasowe standardy, wyjątkowo opornie. A dodatkowe atrakcje w postaci bliższego przedstawienia Fair Isle i rodziny Jimmy’ego (który przybył przedstawić rodzicom narzeczoną) jakoś tego nie wyrównują. Mimo solidnie zrealizowanego wariantu tajemnicy zamkniętego pokoju całość oceniam zatem zaledwie przeciętnie. Z dodatkowym sporym subiektywnym minusem za finał.

sprawPo dwóch zawodach wzięła i jeszcze się dobiła Marininą, powiecie w tym momencie. Aż tak źle nie było, bo sięgnęłam po Sprawiedliwego oprawcę, część głównego, a nie emerytalnego cyklu o przygodach pani major Kamieńskiej. Ale żebym trafiła fenomenalnie, tego też, niestety, powiedzieć nie mogę. Po pierwsze – dużo metamorfoz Anastazji, czego organicznie nie znoszę. Za to mało tła społeczno-obyczajowego (które w tym cyklu cenię najwyżej). Ponadto rozbudowana intryga polityczna z walkami służb (co mi zazwyczaj nie przeszkadza). Niestety, także wątek fantastyczny, wprawdzie nie tak tragiczny, jak to już w całkiem niedawnych częściach cyklu bywało, ale kluczowy i w sumie słabo wiarygodny (hipnoza jako narzędzie zbrodni). Mimo wszystko z trzech omawianych tytułów ten oceniam najlepiej, bo jednak w tle są jednostkowe biografie, a w tym Marinina jest dobra.

P.S. A teraz czytam sobie Ogniem i mieczem i jestem w czytelniczym raju!

P.S. 2 Blog ma od niedawna stronę na fejsbuku – można polubić, odnośnik na samym dole w prawej szpalcie. Pojawiają się tam treści dodatkowe, jak na razie głównie refleksje o serialach.

O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.

Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Często jest tak, że ktoś słowem złym/zabija tak, jak nożem (Jo Nesbo, Nóż)

nóżPrzydał mi się Czesław Niemen, a raczej fragment tekst utworu Dziwny jest ten świat, do oddania uczuć, które towarzyszyły lekturze dwunastej powieści z Harrym Holem. Niestety, mimo że dwukrotnie zarwałam z nią noc, a zarówno autora, jak i cykl bardzo lubię, nie jestem w stanie napisać, że była to powieść dobra. Złe przeczucia, które powstały po lekturze Macbetha, wprawdzie nie potwierdziły się w pełni, gdyż w dalszym ciągu norweski pisarz potrafi zbudować hipnotyzującą narrację i ostatecznie zaskoczyć czytelnika (jak i samego śledczego) osobą sprawcy zabójstwa. Niemniej, nie okazały się też całkowicie bezpodstawne.

Początek Noża jest wręcz dramatycznie kiepski. Nesbo w tandetnym, mocno melodramatycznym stylu po raz kolejny zabiera nas w myśli Harry’ego, wyrzuconego przez Rakel z domu i znajdującego się na dnie alkoholowego ciągu. Sielanka małżeńska, tak jak bohater się tego obawiał przy opisanej w Pragnieniu sprawie wampirysty, została gwałtownie przerwana. Dlaczego Rakel wyrzuciła męża? Harry doskonale wie, ale z czytelnikiem się tym nie podzieli, a przynajmniej nie przedwcześnie. Teoretycznie nie ma to zresztą żadnego znaczenia. W końcu rozstają się nie pierwszy raz i zapewne by do siebie w końcu wrócili. Gdyby nie pewne przeszkody natury obiektywnej, które pojawiają się wraz z rozwojem fabuły.

Hole jest w najnowszej odsłonie żałosny i sympatia czytelnika nie znajduje się po jego stronie. Wraz z Trulsem Berntsenem stanowią pośmiewisko Wydziału Zabójstw. Jednego zaprotegował nowy minister sprawiedliwości (tak, daleko Bellman zaszedł), drugiego z litości (i żeby nie zachlał się na śmierć) przyjęła z powrotem Katrine Bratt. Dostają same najprostsze sprawy. Jak odwrócić tę optykę? Oczywiście Hole musi ucierpieć bez własnej winy, za to w taki sposób, by otrzymał dostateczny bodziec do powrotu do prawdziwej pracy śledczej i oderwania się od butelki. A że upadek protagonisty jest głęboki, wstrząs musi być proporcjonalnie silny. I Nesbo nam to zapewnia (tu heroicznie unikam spoilera).

Niemniej, wiele więcej nie oferuje. Żeby nie było nieporozumień – są oczywiście liczne twisty, w zdecydowanej większości, w zasadzie poza ostatnim, przewidywalne, a niektóre tak tandetnie hollywoodzkie, że robi się przykro, gdy pisarz potwierdza przypuszczenia czytelnika i mimo wszystko postanawia się nimi posłużyć. Choćby wcześniej sugerował coś wręcz przeciwnego. O ile jednak punkty zwrotne w większości rozczarowują, to sprawność narracji wraz z pełną kontrolą nad wątkami pobocznymi sprawia, że docieranie do nich jest procesem bezbolesnym i wciągającym. Przy wszystkich swoich słabościach, rozwiązaniach życzeniowych, naciąganych czy tanich, fabuła Noża angażuje czytelnika, który niemal do samego końca nie traci nadziei, że będzie lepiej. Autor, jak to ma w zwyczaju, pokaże pod koniec chowanego w rękawie asa. I ogólny bilans wyjdzie na plus, a wszelkie potknięcia będzie można puścić w niepamięć.

Choć już pierwsza scena zapowiada, że w pewnym momencie będziemy mieli do czynienia ze spektakularną zagrywką w najgorszym stylu Pancernego serca, która dobitnie nam przypomni, że Harry, jak Indiana Jones (bo już niestety nie Han Solo), jest nieśmiertelny i nawet wybuch bomby atomowej przeżyje w lodówce.

Nie odgadłam tożsamości zabójcy, choć przesłanki były, bo nie chciałam uwierzyć w intrygę tak wydumaną i słabą. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść autora dojrzałego i po gigantycznym światowym sukcesie, należy moim zdaniem ocenić ją nawet surowiej niż pierwszego w cyklu, debiutanckiego Człowieka nietoperza. Bo wraz z sukcesem poprzeczka się podnosi. Im sukces większy, tym wyżej. A Nóż to ewidentnie spalona próba. Niezły kryminał dla przeciętnego autora, ale bardzo słaby, niepotrzebnie efekciarski popis mistrza gatunku. Wpadka. Czas poszukać osełki. Sugerowałabym nowego bohatera. Hole się skończył i wszystko wskazuje, że Nesbo o tym wie.

Przykro, ale z faktami się nie dyskutuje.