Bilans czytelniczy 2019

paragraf-22-w-iext53065487Przeczytanych: 63. Cóż mogę powiedzieć – za to przeczytałam dużo grubych książek. Sporo czasu wolnego poświęcałam też w tym roku na naukę. Najbardziej owocne czytelniczo były czerwiec i lipiec, kiedy to przeczytałam 7 książek. Najlepsza średnia jakość lektur przypadła natomiast na luty: 3 z 6 przeczytanych tytułów oceniłam na 5! Zagranicznych: 40. Polskich: 23. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 8 reportaży, 13 pozycji fantastycznych, 19 kryminałów, 5 thrillerów, 17 powieści obyczajowych, a reszta to różne takie trudne do jednoznacznego skategoryzowania pozycje, jak choćby Najlepiej w życiu ma twój kot Szymborskiej i Filipowicza. Na ten rok przypadło zamknięcie Bloxa i przeprowadzka na WordPressa (lepiej późno niż wcale). W związku z tym, a także z dużymi zmianami w moim życiu zawodowym (porzuciłam etat i po zdaniu egzaminu zawodowego otworzyłam własną kancelarię radcy prawnego), opisywanie szło mi sporo gorzej od czytania. Lista nieopisanych lektur liczy 19 tytułów. Chyba po raz pierwszy w historii tego bloga nie opisałam m.in. książki roku. Wstyd, ale to akurat nie przydarzyło mi się z braku czasu, a z braku odpowiedniego aparatu krytycznego. Nie czułam się na siłach, żeby napisać o Paragrafie 22 coś nowego. Sierpień upłynął mi na Bohunaliach, czyli intensywnych dyskusjach o Ogniem i mieczem, zwieńczonych ponowną, analityczną lekturą powieści. Była oczywiście w planach notka, ale życie zweryfikowało te plany negatywnie. Może w tym roku przy Potopie się uda? Zapomniałam o 14 rocznicy założenia bloga, która przypadła w listopadzie, ale już w lipcu w prezencie urodzinowym założyłam staruszkowi profil na Facebooku. Przeniosłam tam krótkie notki filmowo-serialowe, więc jak ktoś ciekaw, to zapraszam do obserwowania.

NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Joseph Heller Paragraf 22 – znakomita, absurdalna powieść antywojenna, jedyna tegoroczna 5.5 (szóstek nie było). W zasadzie sprowadzenie do powieści antywojennej to dla Paragrafu 22 wielka i niezasłużona krzywda. Jest to bowiem manifest antykapitalistyczny, antybiurokratyczny i w szerszym ujęciu po prostu antysystemowy. Na jakimś poziomie przezabawny, ale gdy się zrobi pół kroku w tył, to po prostu dramatyczny, bo opisuje zmagania jednostki z góry skazanej na porażkę. Co nie przeszkadza chichotać, gdy Major Major Major Major opisuje, jak jego rodzina wzbogaciła się na nieuprawianiu lucerny. I po tym można poznać geniusz w stanie czystym. Czytałam pod serial, ale po 1 odcinku dałam sobie spokój. Tego się nie da zekranizować.

Aż sześć z tegorocznych pozycji oceniłam na 5.0 w Biblionetkowej skali. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była zatem wyższa niż w 2018 (wtedy była jedna „piątka”).  Siedmiokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.034 razy.

2) Lionel Shriver Musimy porozmawiać o Kevinie – to jedna z tegorocznych 5.0. Opisana w niemałym trudzie, więc nie będę się powtarzać i odeślę do zalinkowanego tekstu.

3) Jeffrey Eugenides Middlesex – do maja byłam przekonana, że książkę roku przeczytałam w marcu. W październiku niezwykła opowieść potomka greckiej diaspory musiała ustąpić drugiego miejsca na podium historii skomplikowanego macierzyństwa. Ale nie wątpcie, że warto się z nią zapoznać. Ten autor pisze rzadko (jak dotąd trzy powieści i zbiór opowiadań), ale znakomicie.

NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku z braku recenzenckich zabrakło i jakiegoś prawdziwie epickiego gniota. Niemniej, zawsze coś się znajdzie.

1) Ann Cleeves, Martwa woda to jedyne 2.5 i najniższa ocena roku. W sumie nawet nie bardzo jest się o czym rozpisywać. Autorce ewidentnie kończą się pomysły, a lubianego przez czytelników cyklu szetlandzkiego porzucać jej się nie opłaca. I wychodzi takie nie wiadomo co.

2) Wojciech Chmielarz Rana – tu było troszeczkę lepiej, ale bolało o wiele bardziej. Druga powieść pisarza wydana w Marginesach jest po prostu kuriozalnym, koturnowym nie wiadomo do końca czym. Pisałam recenzję przedpremierową, która z uwagi na bardzo negatywny wydźwięk nie została opublikowana w zlecającym ją serwisie. Wrzucam fragment:

Niemniej, faktem pozostaje, że gdyby świat wyglądał tak, jak jego wycinek wzięty w Ranie pod autorską lupę, samobójstwo stałoby się bardzo popularne. Powiedzieć, że nie ma tu dobrych ludzi, to nic nie powiedzieć. Nie ma zwykłych, normalnych, przeciętnych. Tołstoj pisał, że każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. A Chmielarz, który swoją uwagę w najnowszej powieści właśnie na takich rodzinach skupia, nie tylko tezę rosyjskiego prozaika potwierdza, ale wręcz ją modyfikuje – u niego szczęśliwych rodzin po prostu nie ma. Niewinnych ludzi też nie ma, i dotyczy to nawet dzieciaków. Przy czym, żeby była jasność – nie twierdzę, że którykolwiek z przedstawionych w powieści rodzinnych czy indywidualnych problemów jest nierealny, czy choćby wyolbrzymiony. Nierealna, a w efekcie wręcz groteskowa staje się ich kumulacja zaprezentowana w ramach fabuły. W rezultacie dostajemy noir, który poprzez stężenie przedstawionych patologii staje się swoją własną parodią. Rozumiem, że każdy miał być tutaj winny i nieszczęśliwy zarazem. Ale przeczuwam, że mimo wszystko nie o taki efekt przytłoczenia czytelnika złem autorowi chodziło.

Mamy w Ranie pięć rodzin, dosłownie kilkunastu istotnych bohaterów i cały przekrój problemów społecznych (alkoholizm, seksoholizm, zaniedbanie wychowawcze, ciąża nastolatki, samobójstwo, myśli samobójcze, zdrada małżeńska, rozwód, utrata dziecka, utrata rodzica, mobbing – a to tylko początek wyliczanki, w której nie zabraknie miejsca także dla afery reprywatyzacyjnej!), a wszystko łączy prywatna szkoła dla elity na warszawskim Mokotowie. Mimo najlepszych intencji autora, w które nie wątpię ani przez moment, mnogość wątków, jakie poruszył w tak kameralnie zakreślonych ramach, doprowadziła do tego, że powieść przypomina scenariusz dydaktycznego przedstawienia o niebezpieczeństwach narkomanii, które musieliśmy swego czasu oglądać w szkole. Miał uwrażliwiać, a w efekcie sprowadzał problem do absurdu i ułatwiał jego bagatelizowanie.

3) Martyna Raduchowska Fałszywy Pieśniarz – cykl o Idzie Brzezińskiej, szamance od umarlaków, bardzo lubię. Trzecią część kupiłam jeszcze w przedsprzedaży i od razu zaczęłam czytać. Niestety, mimo szybkiej i bezproblemowej lektury było to spore rozczarowanie. Fabuły starczyłoby tym razem na dłuższe opowiadanie, zabrakło mi tu oddechu, który w tym cyklu ceniłam zdecydowanie najbardziej.

NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Stuart Turton Siedem śmierci Evelyn Hardcastle – bardzo ambitny koncepcyjnie debiut, świetna lektura mimo nie do końca dźwigniętej przez autora końcówki.

NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

Mogłabym tu wstawić Nesbo z Nożem, Osińską z Fluffem, French z przynudzającym Wiedźmim drzewem, a nawet zachwalanego powszechnie Macieja Marcisza i jego Taśmy rodzinne. Ale nic mnie tak nie zaskoczyło, jak zaledwie poprawność The Testaments Margaret Atwood. Trzymajcie się z daleka!

 ODKRYCIE ROKU

Ben Fountain urzekł mnie jego Długi marsz w połowie meczu.

 ULUBIONY NOWY BOHATER

Jojo ze Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie Jesmyn Ward – starszy brat, co się zowie.

 KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Robin Hobb Przeznaczenie Skrytobójcy –  ta powieść to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie i zarazem dowód, że można pisać świetny cykl przez dwadzieścia lat i mimo wszystko zarżnąć bohaterów, pisząc o jeden tom za dużo.