Walking the Line

Kolej Birmańska to była Kolej Śmierci, i nie ma w tej nazwie przesady. W latach 1942-1943 praktycznie gołymi rękami zbudowali ją japońscy jeńcy wojenni. Mówiono, że nawet z odpowiednimi narzędziami nie sposób tego zrobić w ciągu wielu lat. Za cenę ponad stu tysięcy ludzkich żyć (na kilometr trasy wychodzi w tej upiornej arytmetyce około 246 ofiar) wola cesarza została jednak urzeczywistniona. Wśród budowniczych byli też żołnierze australijscy, w tym – początkowo liczący tysiąc osób – oddział, którego dowództwo objął w pewnym momencie lekarz wojskowy Dorrigo Evans, główny bohater powieści Richarda Flannagana Ścieżki północy.To doświadczenie wywarło decydujący wpływ na całe jego życie i właśnie obrazy z obozu były tymi, które widział w  ostatnich chwilach przed śmiercią. Po powrocie z wojny życie nie miało już dla niego prawdziwego smaku. Wolność, o której marzył, przewegetował w stanie swoistej hibernacji, długo pielęgnując złudzenie, że powodem tego stanu jest utracona bezpowrotnie przedwojenna miłość i puste emocjonalnie małżeństwo z rozsądku. Próbował się rozbudzić licznymi miłostkami, które w założeniu miały chyba odnowić unikalne doznania z pierwszego romansu (ukochana była żoną jego wuja), ale pozostawiły go idealnie obojętnym.
Co niezwykłe, choć koszmar wojny i obozu jenieckiego jest w tej powieści bardzo istotny, jeszcze istotniejsza jest chyba mocno paradoksalna puenta życiorysu głównego bohatera. W ostatecznym rozrachunku okazuje się bowiem, że czas, jaki spędził na budowie Kolei Śmierci, pełen codziennych makabrycznych wyborów, był najlepszym okresem jego życia. Okoliczności zmusiły go do stania się o wiele lepszym człowiekiem, niż był w rzeczywistości, a potem już tylko odcinał kupony od chwały tego drugiego, obcego faceta, którym po wojnie być nieodwracalnie przestał. I za którym nieustannie tęsknił, podobnie jak za adrenaliną, jakiej na Linii dostarczały mu nieustanne, donkiszotowskie szarże na wiatraki. W porównaniu z tym ekstremum normalność była pozbawioną wyrazu, usypiającą rutyną.
Oczywiście, Ścieżki północy to nie tylko historia głównego bohatera. To niezwykła mozaika ludzkich losów, bo na wojenną i powojenną rzeczywistość patrzymy tutaj także oczami innych jeńców, ich nadzorców oraz ich bliskich. Cywilów, czyli tych, którzy tęsknili, czekali i radowali się z powrotu ocalonych, a opłakiwali umarłych, ale zarazem zostali od nich na zawsze oddzieleni nieprzebytym murem wojennego doświadczenia.
W sumie to niesamowicie przejmująca mozaika, jednocześnie przerażająca, zabawna, wzruszająca i smutna. Nawet w kilku krótkich scenkach autor potrafi powołać do życia niezwykle autentycznych i bardzo zindywidualizowanych bohaterów, w których losy nie sposób się nie zaangażować. Myślałam, że po lekturze Króla szczurów nic mnie już tutaj nie zaskoczy, ale byłam w ogromnym błędzie. Czytajcie koniecznie, znakomita.