O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.

Reklamy

Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Często jest tak, że ktoś słowem złym/zabija tak, jak nożem (Jo Nesbo, Nóż)

nóżPrzydał mi się Czesław Niemen, a raczej fragment tekst utworu Dziwny jest ten świat, do oddania uczuć, które towarzyszyły lekturze dwunastej powieści z Harrym Holem. Niestety, mimo że dwukrotnie zarwałam z nią noc, a zarówno autora, jak i cykl bardzo lubię, nie jestem w stanie napisać, że była to powieść dobra. Złe przeczucia, które powstały po lekturze Macbetha, wprawdzie nie potwierdziły się w pełni, gdyż w dalszym ciągu norweski pisarz potrafi zbudować hipnotyzującą narrację i ostatecznie zaskoczyć czytelnika (jak i samego śledczego) osobą sprawcy zabójstwa. Niemniej, nie okazały się też całkowicie bezpodstawne.

Początek Noża jest wręcz dramatycznie kiepski. Nesbo w tandetnym, mocno melodramatycznym stylu po raz kolejny zabiera nas w myśli Harry’ego, wyrzuconego przez Rakel z domu i znajdującego się na dnie alkoholowego ciągu. Sielanka małżeńska, tak jak bohater się tego obawiał przy opisanej w Pragnieniu sprawie wampirysty, została gwałtownie przerwana. Dlaczego Rakel wyrzuciła męża? Harry doskonale wie, ale z czytelnikiem się tym nie podzieli, a przynajmniej nie przedwcześnie. Teoretycznie nie ma to zresztą żadnego znaczenia. W końcu rozstają się nie pierwszy raz i zapewne by do siebie w końcu wrócili. Gdyby nie pewne przeszkody natury obiektywnej, które pojawiają się wraz z rozwojem fabuły.

Hole jest w najnowszej odsłonie żałosny i sympatia czytelnika nie znajduje się po jego stronie. Wraz z Trulsem Berntsenem stanowią pośmiewisko Wydziału Zabójstw. Jednego zaprotegował nowy minister sprawiedliwości (tak, daleko Bellman zaszedł), drugiego z litości (i żeby nie zachlał się na śmierć) przyjęła z powrotem Katrine Bratt. Dostają same najprostsze sprawy. Jak odwrócić tę optykę? Oczywiście Hole musi ucierpieć bez własnej winy, za to w taki sposób, by otrzymał dostateczny bodziec do powrotu do prawdziwej pracy śledczej i oderwania się od butelki. A że upadek protagonisty jest głęboki, wstrząs musi być proporcjonalnie silny. I Nesbo nam to zapewnia (tu heroicznie unikam spoilera).

Niemniej, wiele więcej nie oferuje. Żeby nie było nieporozumień – są oczywiście liczne twisty, w zdecydowanej większości, w zasadzie poza ostatnim, przewidywalne, a niektóre tak tandetnie hollywoodzkie, że robi się przykro, gdy pisarz potwierdza przypuszczenia czytelnika i mimo wszystko postanawia się nimi posłużyć. Choćby wcześniej sugerował coś wręcz przeciwnego. O ile jednak punkty zwrotne w większości rozczarowują, to sprawność narracji wraz z pełną kontrolą nad wątkami pobocznymi sprawia, że docieranie do nich jest procesem bezbolesnym i wciągającym. Przy wszystkich swoich słabościach, rozwiązaniach życzeniowych, naciąganych czy tanich, fabuła Noża angażuje czytelnika, który niemal do samego końca nie traci nadziei, że będzie lepiej. Autor, jak to ma w zwyczaju, pokaże pod koniec chowanego w rękawie asa. I ogólny bilans wyjdzie na plus, a wszelkie potknięcia będzie można puścić w niepamięć.

Choć już pierwsza scena zapowiada, że w pewnym momencie będziemy mieli do czynienia ze spektakularną zagrywką w najgorszym stylu Pancernego serca, która dobitnie nam przypomni, że Harry, jak Indiana Jones (bo już niestety nie Han Solo), jest nieśmiertelny i nawet wybuch bomby atomowej przeżyje w lodówce.

Nie odgadłam tożsamości zabójcy, choć przesłanki były, bo nie chciałam uwierzyć w intrygę tak wydumaną i słabą. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść autora dojrzałego i po gigantycznym światowym sukcesie, należy moim zdaniem ocenić ją nawet surowiej niż pierwszego w cyklu, debiutanckiego Człowieka nietoperza. Bo wraz z sukcesem poprzeczka się podnosi. Im sukces większy, tym wyżej. A Nóż to ewidentnie spalona próba. Niezły kryminał dla przeciętnego autora, ale bardzo słaby, niepotrzebnie efekciarski popis mistrza gatunku. Wpadka. Czas poszukać osełki. Sugerowałabym nowego bohatera. Hole się skończył i wszystko wskazuje, że Nesbo o tym wie.

Przykro, ale z faktami się nie dyskutuje.

Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Poprzeprowadzkowe porządki – styczeń 2019

kolacjaMiało to wyglądać zupełnie inaczej – to znaczy, że planowałam po prostu systematyczne recenzje przeczytanych pozycji. Ale gdy dzisiaj spojrzałam na listę czekających tytułów i zaczęłam wracać myślami do lektur ze stycznia, nieopisanych z powodu nagłego ogłoszenia o zamknięciu Bloxa, uświadomiłam sobie, że to nie zda egzaminu. Jeszcze moment i całkiem zapomnę, że w ogóle coś takiego czytałam. Zdecydowałam się na wyjście kompromisowe i napisanie paru treściwych zdań o każdym tytule.

Psy ras drobnych Olgi Hund były mocno reklamowane w prasie. Autorka pod pseudonimem i dosztukowanym na słowo honoru płaszczykiem fikcji opisała swoje przeżycia ze szpitala psychiatrycznego. Krytyka zachwycała się innowacyjnym realizmem tego opisu, bezkompromisową diagnozą stanu polskiej psychiatrii, która uprzedmiotawia pacjentki. Osobiście już w trakcie czytania miałam poczucie, że wiele z tej książki nie zapamiętam. Krótka opowieść, krótkie zdania, w zamierzeniu zapewne wzmacniające przekaz. Ponad dwa miesiące po spędzeniu z tą historią trzech popołudniowych godzin nie pamiętam z niej dokładnie niczego. Według mnie to typowa powieść autoterapeutyczna, która zapewne najmocniej trafi do osób mających za sobą zbliżone doświadczenia.

Kolacja Hermana Kocha bardzo mi się spodobała, niemalże od pierwszych stron budziła skojarzenia z Rzezią Polańskiego. Sposób, w jaki autor prowadzi narrację, umożliwia mu powolne odkrywanie kart. Na początku wiemy tylko, że dwóch braci wraz z żonami umówiło się w restauracji na tytułowy posiłek, a perspektywa ta nie zachwyca naszego narratora z powodów niesprecyzowanych. Z czasem okazuje się, że kolacja to jedynie pretekst do rozmowy o problemach związanych z zachowaniem dzieci. Te zaś są o wiele większego kalibru niż zwykłe wagary i popalanie trawki w krzakach. Do pewnego momentu szło to wszystko doskonale – autor zgrabnymi posunięciami dokładał kolejne małe elementy zgrozy, mizantropii i psychopatii do pozornie idyllicznego obrazu egzystencji dwóch rodzin z wyższej klasy średniej. Myśl, że dwie eleganckie i wyrafinowane pary obskakiwane przez kelnerów i dyskutujące o przystawkach mogą kryć w sobie tyle mrocznych, gwałtownych i sprzecznych emocji jest równie niepokojąca, co perwersyjnie fascynująca. Zauważyliście zapewne, że nie podaję żadnych szczegółów. A to dlatego, że uważam, iż ich samodzielne odkrywanie to kluczowy element czytelniczej frajdy w tym przypadku. Tym samym jednak pozbawiam się możliwości uzasadnienia, dlaczego ostatecznie nieco skorygowałam swoją początkowo entuzjastyczną ocenę. Trzymając się ogólników, powiem tylko tyle, że w pewnym momencie autor posunął się zdecydowanie za daleko w swojej chęci szokowania czytelnika i poprzez nieustanne podbijanie stawki pozbawił historię choćby pozorów realizmu. Mimo tych zastrzeżeń była to bardzo intrygująca lektura, wszystkie szczegóły pamiętam do teraz i prędko ich nie zapomnę.

Jeden z nas. Opowieść o Norwegii Åsne Seierstad to próba odpowiedzi na pytanie, jak doszło do masakry na wyspie Utøya 22 lipca 2011 r. W tym celu autorka przedstawia nam życiorys Andersa Breivika, jak również biografie kilku spośród jego ofiar. Nie szuka przy tym taniej sensacji, prezentuje chłodne, pogłębione, w zasadzie socjologiczne podejście. Przykład bardzo rzetelnie wykonanej dziennikarskiej pracy, przy czym wręcz obsesyjnie unika się tu wartościowania w jakąkolwiek stronę. Szczegółowe przedstawienie wszystkich faktów wraz z niezbędnymi kontekstami (acz w żadnym razie nie jest to nudny i suchy raport) ma zainspirować czytelnika do samodzielnych przemyśleń i własnych ocen. Jest tu jeszcze jeden, nie wiem, czy nie najważniejszy, choć cichy bohater – państwowy system.  Tytuł nie jest przypadkowy, między wierszami można tu odczytać akt oskarżenia wobec Norwegii, państwa, które nie zdało egzaminu w sytuacji kryzysowej, ale przede wszystkim codziennie nie zauważa elementarnych potrzeb wielu jednostek, z których każda potencjalnie może się zradykalizować.

Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka to pierwszy tom cyklu Ukryta sieć, po który sięgnęłam na podstawie rekomendacji Wojciecha Chmielarza. Sama nie mam najlepszych wspomnień z jedynego jak dotąd kontaktu z twórczością autora. Nagrodzona Wielkim Kalibrem powieść Czytanie z kości wszystko miała na miejscu, jednak fabułę przewidywalną do bólu, co dyskwalifikowało ją jako kryminał. Pierwsza po wieloletniej przerwie publikacja reklamowana była jako thriller technologiczny, co powinno wzbudzić moją czujność. Zaufałam jednak Chmielarzowi, że nie poleciłby byle czego. I do połowy byłam święcie przekonana, ze to jest to – pierwszy porządny współczesny polski thriller. Bohaterką jest dziennikarka plotkarskiego portalu, która przypadkiem trafia na ślad wielkiej międzynarodowej afery. Póki fabuła nie ruszy z kopyta, wszystko idzie jak z płatka. Jest zarazem ironicznie i realistycznie, opisy warszawskiej rzeczywistości ociekają akceptowalną dozą cynizmu, gorzki humor ładnie się komponuje z redakcyjnym krajobrazem. A potem autor wrzuca piąty bieg i na dobre rozstaje się z logiką, łącząc klimaty z Milenium i Szklanej pułapki. O dobrych kilka mostów za daleko, niestety. A miało być tak pięknie.

Kilkanaście rzutów kostką i kawa na ławę, albo Co tam, panie, w Meekhanie? (Robert M. Wegner, Każde martwe marzenie)

Moja relacja z cyklem fantasy Opowieści z meekhańskiego pogranicza ma w sobie lekką nutkę masochizmu. Podobały mi się opowiadania (choć nie wszystkie w jednakowym stopniu), nie podobała pierwsza powieść, bardzo przypadła do gustu druga, a o trzeciej i najnowszej nadal nie do końca wiem, co myśleć. Ta notka ma być sposobem uporządkowania wrażeń, więc może się okazać nieco chaotyczna, za co z góry przepraszam. Postaram się jednak unikać spoilerów, na ile to będzie możliwe. Na Każde martwe marzenie czytelnicy czekali trzy lata, co, biorąc pod uwagę zakończenie Pamięci wszystkich słów, z pewnością podkręciło oczekiwania odnośnie do zawartości tych niemal 750 stron. Co znajdziemy w środku?
Dalsze losy szóstej kompanii szóstego pułku Górskiej Straży, portowego złodziejaszka Altsina (czy raczej nowego bytu, którym chłopak stał się po wyczerpującym starciu, zakończonym objęciem fragmentu duszy awenderi jednego z najpotężniejszych bóstw), issarskiej wojowniczki Deany i grupy uzdolnionych magicznie wyrzutków przygarniętych przez wielkiego imperialnego generała. Przy czym, co autor wyraźnie sygnalizował w zakończeniu poprzedniego tomu, poszczególne wątki połączą się. Zaś jako klamrę narracyjną porządkującą opowieść i dającą wgląd w całościową sytuację geopolityczną imperium Wegner proponuje przebitki na spotkania cesarza z szefami wywiadu wewnętrznego i zewnętrznego. Formalnie mucha nie siada, nic, tylko snuć porywającą opowieść, pod którą poprzednie odsłony pieczołowicie przygotowały grunt. Wszak na Południu aż się gotuje i starcie armii Białego Konoweryn ze zbuntowanymi niewolnikami wydaje się nie do uniknięcia (znakomita okazja do kolejnych epickich scen batalistycznych, w których autor czuje się jak ryba w wodzie, by przypomnieć choćby szturm na Martwy Kwiat). A na Północy zima nie chce odejść i nie bez przyczyny umierający drzewny bożek posłał tam Altsina, by wyjaśnił ów niepokojący fenomen.
Teoretycznie – uczta. Rzut oka na fabułę z perspektywy ostatniej strony również nie pozwala jej nic zarzucić. Jest spójna i potwierdza niezbicie, że Robert M. Wegner już od pierwszych tekstów ze swojego uniwersum miał precyzyjny plan całej historii i nie stracił nad nią kontroli nawet przez moment. Pozornie nieistotne drobiazgi z perspektywy opisywanych obecnie wydarzeń zyskują nowe znaczenie i wpisują się w kluczowe wątki fabularne. Ręce powinny same składać się do oklasków, bo taki stopień precyzji przy równie rozległym i detalicznym materiale, tworzonym wszak na przestrzeni wielu lat, zasługuje na  najwyższy szacunek.
A jednak – nie składają się. Bo przez zdecydowaną większość czasu nie ma w tym życia, które sprawiłoby, że historia mnie poniesie. Wątki – zwłaszcza Szóstek i Key’li (nie wspomniałam o niej wcześniej, bo jej po prostu nie znoszę, ale oczywiście przygody Wozackiej Męczenniczki po drugiej stronie Mroku okażą się mieć finalnie absolutnie kluczowe znaczenie) – rozwijają się przeraźliwie wolno i dodatkowo odrywają czytelnika od interesującego rozwoju konfliktu na Południu, bo narracja prowadzona jest naprzemiennie. Dopiero końcowa ćwiartka całości to dynamiczny rozwój wypadków, gdzie możemy przestać mieć poczucie, że obcujemy ze szczegółowo rozpisanym scenariuszem sesji RPG, i zacząć po prostu cieszyć się lekturą.
No właśnie, wrażenie sztuczności i mechanicznych działań postaci, niczym pionków przesuwających się na określone pole na planszy po rzucie kostką, przeszkadzało mi w wątkach Północnym i Mrocznym zdecydowanie najbardziej. Ale to opis wielkiej bitwy na Południu pozwolił mi zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Umiejętności warsztatowe Roberta M. Wegnera po prostu nie dorastają do jego wielkiej, szczegółowej i niewątpliwie imponującej koncepcji światotwórczo-fabularnej. Bez koncepcji nici z historii, ale bez odpowiedniego warsztatu nawet najlepsza historia nie stanie się naprawdę dobrą literaturą. Dalibyście opisać bitwę pod Pomwe Kayowi, Hobb albo Sapkowskiemu i gwarantuję wam, że w efekcie nawet przy najtańszych melodramatycznych zagrywkach taka cyniczka jak ja miałaby łzy w oczach, bo warsztat i sprawność stylistyczna tych autorów sprawiłyby, że – nawet widząc tani szkielet – mogłabym przymknąć na niego oko. Moje serce byłoby z każdym szeregowcem, bo nawet postaci epizodyczne miałyby w sobie życie. A efektowne rozwiązania nie byłyby efektowne tylko w teorii, ale naprawdę robiłyby wrażenie. Natomiast gdy Wegner, traktujący postaci zadaniowo, a wszystkie partie opisowe realizujący tym samym suchym, niezróżnicowanym stylem, przypominającym wojskowy raport, wyciąga w końcu z rękawa swoje asy, reakcja moja jako czytelnika to chłodne i pozbawione emocji przyjęcie faktów do wiadomości. Chciałabym czegoś więcej, ale ten autor nie może mi tego dać. Dlatego dominującym uczuciem po lekturze jest poczucie zmarnowanego potencjału genialnej historii.
Bo nawet swoją koncepcję fabularną Wegner ostatecznie w partiach finałowych po prostu wkłada w usta dwóch różnych postaci, które na koniec wygłaszają wykłady, żeby na pewno nie było wątpliwości, że wszyscy widzą i rozumieją, jak wszystko do siebie pasuje, do czego zmierza i że teraz trzeba klaskać.
Z przykrością odmawiam aplauzu.
P.S. Mam wrażenie, że spoilerów brak:)

Koń, labrador i emocjonalne przedszkole (Robert Galbraith, Lethal White)

Być może ktoś jeszcze pamięta, że poprzednią część z cyklu o detektywie z amputowaną nogą i jego sekretarce ze skomplikowaną przeszłością, czyli Żniwa zła, oceniłam najlepiej z trzech dotychczasowych, choć jednocześnie nie polemizowałam z powszechną opinią, że miała najsłabszą intrygę kryminalną. Bo było to faktem, gdyby Strike spojrzał na sprawę z odpowiedniego dystansu, rozwiązałby ją o wiele wcześniej.

Nic jednak (może poza analogicznym spadkiem poziomu pomiędzy czwartym a piątym tomem Harry’ego Pottera, którego pierwsze cztery tomy także ukazywały się rok po roku, a na Zakon Feniksa przyszło poczekać 3 lata – i okazał się przeładowany pustosłowiem) nie przygotowało mnie na katorgę, jaką była lektura w oryginale 660 stron Lethal White. Rzuciłam się na tom w dniu premiery i z miejsca wpadłam na to, za czym, mówiąc łagodnie, nie przepadam, ale czego po finale Żniw należało się spodziewać. Czyli dalszy ciąg ślubu Robin i Matthew. W rozwlekłym prologu nowożeńcy prawie że się rozstają, a detektywi przeżywają Znaczący Moment Na Schodach. Bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji, bo w końcu ślub kosztował masę pieniędzy i trzeba uszanować gości. Potem Robin już, już, ma się rozstać z mężem, ale akurat, jakże dogodnie, pada on w czasie podroży poślubnej ofiarą przypadkowej, acz groźnie wyglądającej infekcji. Tak mija rok – szczęśliwie poza kadrem, bo już w prologu odchodziło takie emocjonalne przedszkole, że czułam się prawie jak inżynier Mamoń na polskim filmie. Ale nie wyszłam (nie przerwałam lektury), która zajęła mi łącznie 19 dni. I żałuję poświęconego jej czasu. Mogłam w tym czasie, z trudem wygospodarowywanym, czytać zdecydowanie lepszą literaturę, nawet jeśli tylko rozrywkową. Na pewno tak bym się nie wynudziła i nie czuła się finalnie tak bardzo wystrychnięta na dudka.

Zaczyna się akcja (ha, ha, w tej książce do połowy praktycznie nic się nie dzieje, a i potem poza jednym trupem niewiele więcej) naprawdę ciekawie, gdyż do biura Cormorana wpada bez zapowiedzi bardzo pobudzony młodzieniec i zaczyna bełkotać coś bez ładu i składu o dzieciobójstwie sprzed lat, którego był świadkiem. Jest to, trzeba przyznać, intrygujące. Tajemniczy Billy, słysząc, że tymczasowa zastępczyni Robin wzywa policję, znika jednak jak kamfora i dużo wody upłynie, nim znowu go na kartach Zabójczej Bieli zobaczymy. A w tej mętnej wodzie politycznych spisków zatonie cały entuzjazm znudzonego czytelnika. Klientem agencji zostaje bowiem ostatecznie minister handlu, który jest szantażowany. A choć podejrzewa, przez kogo, nie chce wyjawić, czym. Chowa się za ogólnikami, mówiąc, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Ale być może istnieją zdjęcia, które zdolne są zakończyć polityczną karierę ministra. A to twardy zawodnik, podniósł się z wielu wizerunkowych ciosów – skandalicznego rozwodu oraz śmiertelnego wypadku, który jego syn, Rafael, spowodował pod wpływem alkoholu i narkotyków. Teraz jednak minister się boi. Robin, by znaleźć haki na  przeciwników i potencjalnych szantażystów klienta, zatrudnia się jako Venetia Hall w jego biurze w Izbie Gmin.

W tle rozpada się relacja Robin z Matthew, a także najnowszy związek Strike’a, który oczywiście ma nową, sympatyczną, zabawną partnerkę, Lorelei, właścicielkę sklepu z odzieżą. Ta, choć początkowo zgodziła się na związek bez zobowiązań, po niemal roku się zaangażowała. A żądanie czegoś więcej działa na Cormorana jak płachta na byka. Coraz mniej go lubię, szczerze mówiąc. A Rowling/Galbraith stracił/a chyba dryg do opisywania wątków obyczajowych, bo wychodzi jej w tej sferze irytująca dziecinada i nic ponadto. Wolanie kukułki miało obnażyć mroczne sekrety świata mody, Jedwabnik zaprosił nas za kulisy pracy wydawców, a Żniwa zła pozwoliły nam prześledzić dawne śledztwa Strike’a. Tym razem Galbraith chciał wziąć pod lupę zepsucie politykującej arystokracji, ale wyszło to słabiej niż średnio, głównie z powodu źle skomponowanej, rozwlekłej intrygi i ostatecznie rozczarowujących, podobnych kapiszonom rozwiązań. Wszystko się składa, ale jest wysilone, przerysowane, nieprawdziwe, nużące i kompletnie czytelnika nie obchodzi. Powiedzieć, że nie polecam, to mało. Trzymajcie się z daleka.