Przeładowany nośnik idei (Anna Dziewit – Meller, Od jednego Lucypera)

Ciekawiła mnie ta książka, przewijała się w różnych zestawieniach i polecankach, a że potrzebowałam oddechu po dwóch kolosach, czyli Niespokojnej krwi Gallbraitha i Odrodzonym królestwie Cherezińskiej, postanowiłam dać jej szansę. Bez żadnych oczekiwań i założeń.

Przyznać trzeba, że jest napisana bardzo wartko i w intrygujący sposób. Autorka sprawnie przeplata historie kilku generacji kobiet ze śląskiego rodu Solików, dorzuca akurat tyle, ile trzeba, historycznego i obyczajowego tła, każdy rozdział zamyka przywołaniem adekwatnego i odpowiednio wymownego wycinka z archiwaliów, a nad całością rozsnuwa nimb ponurej tajemnicy. Wciągnęła mnie ta herstoria z Górnego Śląska.

A jednak będę się czepiała. A w zasadzie właśnie dlatego będę się czepiała. Mogło to być coś naprawdę dobrego, świeżego, mięsistego i niewątpliwie ważnego – głos kobiecy, regionalny, historyczny. Perspektywa, której nam zdecydowanie brakuje, jednocześnie podana w przystępny dla szerszego odbiorcy sposób.

Z powodu nieprawdopodobnej kumulacji nieszczęść w biografiach poszczególnych bohaterek Od jednego Lucypera staje się jednak w pewnym trudno uchwytnym, choć niemożliwym do przeoczenia, momencie parodią nawet nie tyle własną, co słusznych i chwalebnych zamierzeń autorki. Przestajemy bowiem wierzyć, że mógł istnieć taki ród, na który tyle plag rozmaitego autoramentu spadło, ród kobiet przeklętych, z których żadna szczęścia czy choćby ulgi doznać nie mogła. Historia wyrywa się z ram realizmu, w których z takim pietyzmem ją osadzono, protagonistki stają się groteskowymi manekinami i tracą współczucie odbiorcy. A w ramach ukoronowania tej wielogłosowej tragedii, może podskórnie wyczuwając, że opowieść jej się wymknęła, autorka proponuje kompletnie nieprzystający do reszty fabuły, ekspresowy i skrajnie niewiarygodny happy end.

Lektura pozostawiła mnie zatem z poczuciem wielkiego zawodu i jeszcze większej irytacji. Nie cierpię zmarnowanego potencjału.