Czy tańczyłeś kiedyś z psychopatą przy dźwiękach Mahlera? (Bernard Minier, Noc)

W zeszłym tygodniu ostrzegałam przed najnowszymi przygodami komendanta Martina Servaza, dziś ostrzeżenie ponawiam w szerszej formie na łamach Fahrenheita. Chętnych zapraszam do lektury tekstu, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: Co tu się odbyło? Bo nie wypadało zatytułować recenzji WTF:D

Do not go gentle into that good night, czyli dlaczego oglądanie Interstellar mnie bolało

Żeby było jasne – poniższy wywód nie będzie recenzją najnowszego filmu Christophera Nolana Interstellar. Będzie moimi wrażeniami z seansu, na który udałam się dobrowolnie i z ochotą podczas długoweekendowego wyjazdu, bo Nolan to – obok Finchera – mój ulubiony współczesny reżyser. Nie będzie wolny od spoilerów, bo bez nich po prostu nie da się przekazać tego, co bym chciała. Nie daję gwarancji, że w ogóle uda mi się napisać coś sensownego. Nie jest to wyłącznie moja wina, powiedziałabym wręcz, że to w głównej mierze wina scenariusza (współautorstwa reżysera), który jest pełen takich bzdur, że czasami po prostu mózg staje i odmawia współpracy. Po tym przydługim wstępie przechodzimy do naszych baranów. Dla tych, którzy boją się spoilerów, wersja skrócona: nie idźcie, szkoda waszego czasu, zdrowia psychicznego i pieniędzy. Jeśli lubicie Nolana, to nie idźcie tym bardziej. Nie ma za co:)
Szczerze powiem, że już na etapie zwiastunów miałam złe przeczucia. Ale w końcu to facet od Prestiżu, Mrocznego rycerza, Incepcji. Człowiek, który zrobił Memento, nie da mi łzawej historyjki pod tytułem "amerykański farmer porzuca rodzinę, by ratować świat przed Apokalipsą i przy okazji zrealizować własne ambicje, ale spoko, obiecał, że wróci, to wróci".
Ekhm. Już w linkowanym zwiastunie mamy dialog wzmiankowanego farmera z przymusu (bo z powołania i wykształtu pilota i inżyniera) z soon to be porzuconą córką, w którym jej wyjaśnia, że wszystko, co może się zdarzyć, będzie miało miejsce.
Film jest wyjątkowo piękną wizualnie (bo to mu trzeba oddać)  katastrofą. Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są, z wyłączeniem jakichś 10 minut wymian zdań z robotami pokładowymi, a podkreślam – czas trwania całości to 170 minut. Normalnie myślałam, że trafiłam na polski serial. Nuda niesamowita jest. Brak jakiejkolwiek logiki w zachowaniach postaci – check.
Pewne rzeczy, które muszę napisać, wręcz nie chcą mi przejść przez klawiaturę, bo o ile jeszcze jestem w stanie uwierzyć w teorię grawitacji jako medium, to jak słyszę, że miłość może nas uratować i pozwolić nam wznieść się do gwiazd (nie w metaforycznym sensie, bynajmniej) – uszami mózg mi się wylewa.
A to jeszcze nie jest najgorsze. Typ przelatuje cało przez czarną dziurę (choć statek, zwracam uwagę, przeznaczony do podróży międzygwiezdnych, jest pono nieodporny na wysokie temperatury), by wylecieć… u siebie w domu za biblioteczką i nadawać Morsem komunikaty do własnej córki, najpierw zrzucając książki z półek, a następnie bawiąc się wskazówką od zegarka (co córka rozszyfrowuje w jakieś dwie sekundy). Potrzebujecie czegoś więcej?
Gość nie ginie po przekazaniu wiadomości, tylko znajdują go koło Saturna tuż przed niechybną śmiercią i jeszcze się wyrabia z dotrzymaniem złożonej córce obietnicy. Baloniki, pomniki ku czci, wszyscy świętujemy, Apokalipsa odroczona, kochajmy się, to może odlecimy jeszcze dalej.
Trzeba trafu, że przed seansem wspominaliśmy z osobami towarzyszącymi mi na projekcji Prometeusza. I chyba zauroczyliśmy, bo, jak babcię kocham, a robię to szczerze i głęboko, kiedy patrzyłam na zachowania członków ekspedycji podczas badania kolejnych planet pod kątem ich potencjalnej zdatności do kolonizacji, to miałam mocne skojarzenia. A to bynajmniej nie jest komplement. Przylatują na planetę zalaną wodą, po czym, ot tak, wysiadają i brodzą, jakby byli u siebie. Nie dostrzegając wielkiej fali, która może ich zabić, a jednak tylko zalewa im silniki. W efekcie wywołanego tym drobnego poślizgu wszyscy wielcy naukowcy z NASA starzeją się o jakieś 70 lat, a być może nawet więcej.
Nie, ja już dłużej nie mam siły, to zbyt bolesne.
Jest to bardzo imponujący wizualnie i bardzo zły pod każdym innym względem film. Naprawdę, jeśli chcecie czegokolwiek poza obrazkami, wybierzcie jakiś inny. Ja natomiast pozostałam z przykrą konstatacją, że już chyba na żadnym reżyserze nie można polegać. Za te – naprawdę ładne – obrazki i sympatyczne roboty dam 5/10, choć za długość bzdurnych i nudnych kawałków (+ 30 minut reklam) powinno być maksymalnie 4/10.

Let’s jump a shark! Or ten at once!

Czasem tak to jest, że uczciwość intelektualna nakazuje odszczekać swoje wcześniejsze opinie. Nie czuję się tak do końca winna, że polecałam w czerwcu zeszłego roku pierwszy sezon serialowego Hannibala. Bo w końcu polecałam z zastrzeżeniami. Ale po obejrzeniu wczoraj finału drugiego sezonu zdecydowanie chcę tę polecankę odwołać. Nikt nigdy za moją sprawą drugiego sezonu tego serialu oglądać nie będzie:) Ja, żeby była jasność, też już więcej tej produkcji Fullera oglądać nie będę. Uczciwie ostrzegam, poniżej znajdzie się pewna ilość spoilerów.
W drugim sezonie Hannibala irytowało mnie sporo rzeczy: nachalne psychologiczne paralele między bohaterami, swobodny, w najlepszym razie, stosunek do logiki,  robienie z rzekomo inteligentnych protagonistów kompletnych idiotów. Do pewnego momentu byłam w stanie sama siebie przekonać, że to wymóg przyjętej konwencji. Jak już jednak kiedyś stwierdziłam gdzie indziej, istnieją granice akceptowalności predefiniowanego przegięcia. I tak sporo, z sympatii do bohaterów i aktorów, zniosłam. Żywego ptaka wylatującego z ciała podczas sekcji zwłok. Człowieka, Który Pragnął Zostać Prehistorycznym Niedźwiedziem (acz wtedy, czyli jakieś 4 tygodnie temu, zaczęłam się powoli mentalnie pakować).
Tak się jednak, fortunnie czy nie, złożyło, że po wyżej wspomnianym pretendencie do skórzanego wdzianka scenariusz przewidywał wprowadzenie rodzeństwa Vergerów. Uważam ich (głównie Margot) za jedne z najciekawszych postaci literackiego pierwowzoru. Ciekawiło mnie, jak zostanie poprowadzony wątek okaleczenia Masona (którego, nota bene, gra Michael Pitt, czyli Jimmy Darmody z Zakazanego imperium – moim zdaniem świetnie). Mimo idiotycznego motywu z ciążą Margot, stanowiącego jedynie skromne preludium do rodzinnych czy pararodzinnych niespodzianek finałowych, wątek Vergerów był jasnym punktem drugiego sezonu. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi wychodzi, że jedynym. Uśpił moją czujność, choć przecież walka Hannibala z Jackiem Crawfordem z ostatniego odcinka została widzom pokazana już na początku pierwszego epizodu. Ale co tam walka z Crawfordem! Mamy tu zmartwychwstania, zwierzenia i masowy mord. Oraz zero logiki, która najwyraźniej jest na wakacjach i nie musiała na to patrzeć, więc trochę jej zazdroszczę. Normalnie latynoski tasiemiec. Jedyny sensowny komentarz, jaki mi się nasunął, brzmiał: WTF? Jeśli to nie był jeden z najwyżej punktowanych skoków przez rekina w historii telewizji, to musiała to być utracona u źródła cnota cycatej córki młynarza.
P.S. Gdybyście chcieli bardzo dobrego serialu, który w tym roku, także w drugim sezonie emisji, zaliczył wielki skok jakościowy na plus, takiej antytezy Hannibala, serdecznie polecam waszej uwadze The Americans – znakomity, z każdym odcinkiem lepszy, aż do świetnego finału. Aż się chce czekać na kontynuację. 

Pierścionek z niebieskim oczkiem i o, laboga, moja noga, czyli jak zrujnować dobry serial

Na wstępie OSTRZEŻENIE: osoby, które nie widziały trzecich sezonów Luthera i The Killing, a ewentualnie miałyby na to kiedyś w niesprecyzowanej przyszłości ochotę (choć szczerze odradzam) – nie powinny czytać dalszej części niniejszego wpisu, bowiem będzie ona zawierała spoilery.

[more]

Zacznijmy od rozczarowania bardziej bolesnego, bo niespodziewanego. Trzeci sezon The Killing był dla mnie jednym wielkim, pozytywnym zaskoczeniem. Po rozlazłym jak flaki z olejem sezonie pierwszym (rozciągnięcie sprawy Rosie Larsen na dwie serie zdecydowanie nie było dobrym pomysłem) i nieco lepszym drugim, trzeci miał w sobie coś. Połączenie sprawy z przeszłości Linden, przez którą rudowłosa neurotyczka swego czasu wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, z wątkiem seryjnego mordercy polującego na uciekające z domów i żyjące na ulicach nastolatki stwarzało duże pole do popisu. Napięcie było stopniowane umiejętnie, śledztwo rozwijało się systematycznie i bez przestojów. No, podobało mi się. Wręcz wyczekiwałam kolejnych odcinków. Kiedy jednak okazało się, że kto miał zadyndać, zadyndał, kogo innego zapuszkowali, a do końca sezonu pozostały jeszcze dwa epizody (wyemitowane łącznie w ostatnią niedzielę) – zaczęłam mieć złe przeczucia. Jak się okazało, słuszne, choć za słabe.
Kiedy w początkach pierwszego finałowego odcinka Linden odnowiła romans ze swoim szefem i nawet się szczerze uśmiechnęła, właściwie już wiedziałam, co mam o tym sądzić, ale rozum jeszcze nie chciał się z przeczuciem pogodzić. Bowiem dla Sarah L. szczęście, ani nawet mała stabilizacja, nie są przewidziane. Ale pomyślałam sobie: nie, to by było żenujące. I z uporem godnym lepszej sprawy postanowiłam się łudzić. Gdy w miarę rozwoju akcji okazało się, że seryjniakiem jest policjant, łudzić się było już niemal nie sposób. Ale ja mężna jestem. Starałam się. I wtedy: bum. Dostałam po oczach pierścionkiem z niebieskim oczkiem. I teraz uwaga: policjant na eksponowanym stanowisku, przebiegły seryjny morderca, który przez wiele lat zabił dziesiątki ofiar, z czego wielu zwłok nie udało się nawet odnaleźć, robi coś niesamowitego. Jedyny dowód, który na obecnym etapie mógłby wskazywać na jakiekolwiek jego powiązania ze sprawą, brakujące trofeum w postaci pierścionka z niebieskim oczkiem: a) wyrzuca do rzeki b) wrzuca do pieca c) daje w prezencie swojej piętnastoletniej córce. Możecie zgadywać.  No właśnie. Już pomijam, że Linden potem daje się wziąć pod włos jak szczeniara, ona, wielka fanka sprawiedliwości, i po głupim tekście: Kochałaś mnie… – umożliwia panu zabójcy definitywne zejście ze sceny, pociągając za spust. Ciszej nad tą trumną.

Z Lutherem jest nawet weselej, ale też mniej zaskakująco, bo jest to, niestety, typowy przykład serii, która powinna się skończyć na (genialnym) pierwszym sezonie. Na tyle bowiem scenarzyści mieli pomysł. A na fali sukcesu zaczęli klecić dodatkowe koncepcje, które, niestety, nie trzymają się kupy. Po bzdurnym i chaotycznym sezonie drugim do oglądania trzeciego skłoniła mnie wyłącznie żywiona po The Wire sympatia dla Idrisa Elby, odtwarzającego DCI Luthera. Oraz pogłoski, że to ostatni sezon. W takim razie, pomyślałam sobie, może scenarzyści staną na wysokości zadania. Ekhm. Badguy z dwóch pierwszych odcinków był całkiem w porządku, zaś badguy z odcinka trzeciego miło skojarzył mi się ideologicznie z negatywnym bohaterem wychwalanego nie tak dawno Mostu nad Sundem. Jednak od samego początku za Lutherem snuła się dwójka dziwnych gliniarzy z wydziału wewnętrznego, którzy koniecznie chcieli go o coś oskarżyć i konstruowali teorię, że John jest seryjnym mordercą (! – tak, wiem, wiedzą wszyscy – poza scenarzystami, najwyraźniej). Bo ludzie wokół niego mają zwyczaj umierać. Taka mniej więcej jest logika tego śledztwa.
Kiedy więc w finale odcinka trzeciego w bezsensowny sposób zginął Justin, partner (zawodowy) Luthera, to ja już właściwie wiedziałam, co przyniesie nam odcinek czwarty. Justin był bowiem ostatnim (poza pracą), co trzymało Luthera po stronie wymiaru sprawiedliwości. Oraz w miejscu zamieszkania. Łącząc fakt zgonu J. z faktem progresu bezsensownego dochodzenia wydziału wewnętrznego i zapowiadanym powrotem Alice, przed rozpoczęciem seansu finałowego (na czołówce, ostatniej dobrej rzeczy w tej produkcji) wyprorokowałam, co następuje:
– na dobry początek odcinka Luther zostanie aresztowany pod zarzutem zabicia Justina (nie szkodzi, że Justin praktycznie zabił się sam, bez broni ruszając w pogoń za seryjniakiem, który też go zastrzelił);
– Alice umożliwi Lutherowi ucieczkę (aresztowanie to koniec jego policyjnej kariery);
– razem odjadą w stronę zachodzącego słońca.

Wszystko się zgadza, aczkolwiek nie przewidziałam, że:
– Luthera oskarży się oprócz tego o usiłowanie zabójstwa jego aktualnej dziewczyny, bo dał jej klucze do swojego mieszkania i kazał na siebie tam poczekać, a seryjniak ją tam znalazł;
– John Luther będzie biegał przez całą końcową część odcinka z przestrzeloną nogą, nic sobie nie robiąc z bólu i krwawienia;
– seryjniak przestraszy się kamery, zamiast zastrzelić Luthera, Alice i kamerę sobie zabrać;
– miliona pomniejszych bzdur, które już częściowo wyparłam, a reszty nawet nie chce mi się wypisywać.
Wyższość produkcji brytyjskich nad amerykańskimi, jak widać, nie zawsze się potwierdza:)

Dmuchawiec się w grobie przewraca:/

Ale chyba dobrze, że nie dożył wydarzeń opisanych w McDusi, bo by musiał, biedak, umrzeć z zażenowania. Jedyne, co było w tej książce fajne, to jego dary "zza grobu".
A poza tym tak:
– totalna masakra Idy (skąd u niej nagle ta mania higieniczna, ja się pytam? i od kiedy jest chamska i wyprana z empatii?);
– totalna masakra Laury (ta, te zwierzęce, bezrozumne pomruki Adamm w dowolnych momentach… ech, Tygrysie, gdzieżeś ty?);
– wszyscy naokoło są źli, tylko Borejkowie to jedyna enklawa cnót, świętości i prokreacji;
– Gaba odkrywa,  ze ESD było mitem;
– wszyscy gadają jakimś drętwym językiem, kompletnie już oderwanym od realiów;
– wyjaśniło się, co dolega Pyziakowi, że śmiał porzucić Gabriellę – otóż niezdolność kochania (swoją drogą, nigdy tak bardzo nie zgadzałam się z Juliuszem w jego ocenie Borejkowszczyzny);
– i w ogóle to Grzegorz to taka jej nagroda pocieszenia, wierny psiak, ale nie kocha go tak samo, jak ongiś podłego Pyziaka.

Mogłabym tak godzinami (poczynając od idiotyzmu koronnego – skoro są ferie świąteczne, to czemu Magda nie wsiadła do samolotu i nie polecała do Paryża, do rodziny, tylko spędza je z obcymi ludźmi? Odpowiedzi: żeby zadurzyć się w miągwie – nie uznaję.), ale mi zwyczajnie szkoda niedzielnego wieczoru. I słów.

Wiedziałam, że nie należało sobie robić krzywdy i tego czytać, ale skusiła mnie analiza na Niezatapialnej Armadzie. Znaczy, chciałam sobie wyrobić opinię o tekście przed zapoznaniem się z analizą. A teraz to już wszystkiego mi się odechciało:P Tak umierają legendy…
To mój ostatni kontakt z "nową" Jeżycjadą.

Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć

The Following dostało zamówienie na drugi sezon:O Bez kitu, chyba zacznę tu prowadzić cotygodniową lożę szyderców  scenariuszowych, którą tymczasem urządzam tylko na użytek najbliższej rodziny. Albowiem tymczasem oglądam, bo jest tak głupie, że aż śmieszne.

Z lepszych wieści – ósmy sezon Dextera będzie ostatnim, co oficjalnie potwierdzono, mocno mnie przy okazji zaskakując, bo to w końcu Showtime.

No i jest już pierwszy zwiastun nowego sezonu Mad men.

A i tak najbardziej wyglądam finałowej odsłony Breaking bad.

Gdyby głupota mogła unosić…

…to scenarzyści The Following by latali jak gołębie. Od drugiego odcinka z klinicznym zainteresowaniem obserwuję równię pochyłą, po której osuwa się fabuła tego serialu. To fascynujące, ale bohaterowie najwyraźniej licytują się na głupotę. Przebijają bardzo ostro. Marku Aureliuszu, co ty tam robisz?

Dzięki bogom, wróciło Southland.