Dobry Pratchett nie jest zły

Skończyłam wczoraj Making money  i choć nie jest to z pewnością powieść z takimi ambicjami jak Thud! czy Night watch, lżejsza nieco, to jednak pozostaje znakomita. Obok wątku głównego, cała masa prześmiesznych pobocznych, niezła szydera z prognoz ekonomicznych, że o podważeniu wartości i roli kruszcu w obrocie nie wspomnę:)

Największy ubaw miałam z postacią, której marzeniem życiowym było zostanie lordem Vetinarim, a jeden ze środków do tego celu stanowiło urządzenie umożliwiające odpowiednie podnoszenie brwi:))))

Jest i pierwszy wyemancypowany golem w historii, o dźwięcznym imieniu Gladys, który podkochuje się w Moiście. Jest nekromanta-erotoman, którego zapędów nie poskramia nawet fakt, że umarł dobre parę setek lat wcześniej.

Moist dostaje zadanie ratowania Ankh-Morporskiego banku i w tym celu zamierza wprowadzić papierowe pieniądze. Działa jako pełnomocnik bardzo nietypowego prezesa, który odziedziczył 51% udziałów. W tym samym czasie jego narzeczona, Adora Belle Dearheart, prowadzi tajemnicze wykopaliska na ziemi wydzierżawionej przez Fundusz Golemów od króla krasnoludów.

Niestety, Moist, oprócz tymczasowego osamotnienia, ma poważniejsze problemy – rodzina Lavishów, niezadowolona, że jej nestorka podstępnym zapisem testamentowym powierzyła władzę nad bankiem przybłędzie znikąd, dąży do zmiany tej sytuacji. Vetinari domaga się wielkiej pożyczki dla miasta i szybkich efektów reorganizacji, a główny kasjer, który do tej pory praktycznie sam prowadził bank, jest…ekscentryczny. I bardzo przywiązany do złota. Gildia Skrytobójców dostała zlecenie na Moista, opatrzone warunkiem zawieszającym, który może się ziścić w każdej chwili. A na dodatek, z powodu zdjęcia w azecie, Lipwig został rozpoznany przez jednego ze swoich wspólników z przeszłości, który postanowił go zaszantażować i zapewnić sobie tym prostym sposobem dostatnią emeryturę.

Zaś w podziemiach banku pracują szalony analityk ekonomiczny Hubert i nieodłączny Igor, tworząc model, którego dokładność nieco ich przerasta…

Powieść, mimo na oko podobnego schematu konstrukcyjnego, w żadnym razie nie jest wtórna w stosunku do Going postal, po pewnym zastanowieniu skłaniam się nawet do stwierdzenia, że jest lepsza od swojej poprzedniczki. Być może decyduje wysoka zwartość Vetinariego, ale chyba jednak nie tylko: całość wydaje się spójniejsza, lepiej przemyślana i bardziej naszpikowana drobnymi, ale genialnymi pomysłami na epizody.

A, byłabym zapomniała: mnóstwo szpil wbitych prawnikom, w tym genialne przypisy z wyszczególnionymi kwotami honorarium za niemal każde wypowiedziane przez nich zdanie:D Oraz nieśmiertelny pan Slant.

Krótko: polecam! I czekam na Raising taxes, nie tracąc nadziei, że powstanie.