Nemhauser po raz pierwszy

Granatowa krew zdała egzamin z wciągania. Dobry kryminał poznaję po tym, że trudno mi się od niego oderwać. Najwyraźniej ten jest taki. Wiele rzeczy mi się w nim podobało, a najbardziej pomysł na zbudowanie głównego bohatera, w opozycji do gatunkowego wzorca. Bez nałogów (nawet papierosy rzucił), ze szczęśliwym życiem rodzinnym, fajną żoną i dwójką synów-bliźniaków. Z hobby pozakomisariatowym w postaci gotowania. Jednocześnie Robert N. nie jest sztucznym konstruktem, daje się lubić. Może te loczki można było sobie darować:)
Intryga jest ciekawa, budowana nieśpiesznie, nieoczywista, rozbita na sporo wątków pobocznych, może tylko pod koniec ogólne dobre wrażenie nieco się psuje, bo zaczyna się kombinatoryka wyższego rzędu i rozwiązania nieco naciągane (coś jak Marinina w pierwszych tomach o Kamieńskiej). Trop biegnie w przeszłość, przeciwko czemu nie mam nic, ale te wątki współpracy z UB to tak trochę za dużo. Układ wczoraj i dziś:/
Modus operandi sprawcy – no, nie wymyśliłabym takiego raczej nigdy:) Punkty za oryginalność. Z butelkami już nieco gorzej, ale niech tam, uznajmy za ukłon w stronę konwencji.
O ile Nemhauser budowany jest schematom pod prąd, to reszta postaci, zwłaszcza na komisariacie, a w szczególności jego partner Marian, to ze schematem nie flirt, a gorący romans. Choć do realizmu w sumie temu schematowi też blisko, więc tego nie ma co się czepiać. A Maria i tak lubię.
Puenta jest taka, że Granatowa krew to jeden z najlepszych polskich kryminałów, jakie przeczytałam i choć mam swoje zastrzeżenia, to szczerze go polecam i z radością sięgnę po czekające na półce kolejne tomy.