Jestem już w domu. Jechaliśmy dzisiaj w nocy, oczywiście w strugach deszczu, który akurat musiał spaść. Myslałam, że a) nie zmieścimy wszystkiego do auta b) auto nie ruszy z miejsca. Na szczęście się udało. W życiu bym nie sądziła, że przez 3 lata, kiedy tam mieszkałam (kiedy to zlecialo, do czarta?), zgromadziłam tyle rzeczy. Zwłaszcza – książek. Rodzice prawie mnie zlinczowali, poznawszy rozmiary mojego krakowskiego księgozbioru. DISCLAIMER: księgozbiór legnicki jeszcze przed zwiezieniem krakowskiego przestał się mieścić na półkach.
To, co w związku z tym miało dziś miejsce przy trwającym pięć godzin rozpakowywaniu, czyli totalny remament, połączony z wynoszeniem ton książek z dzieciństwa/wczesnej młodości na banicję do szafy wnękowej w przedpokoju/ do piwnicy, pominę.
Po wyniesieniu kilku ton, tony przywiezione ułożyłam w podwójnych, a czasem potrójnych rzędach na "odzyskanych" półkach i..jakimś cudem wszystko się zmieściło. Ale ponieważ teraz ludzie stąd zaczną odnosić pożyczone, a pewnie jutro przyjdzie kolejna paczka z WP…i wszystko wróci do patologicznej normy:P
Teraz jestem martwa, wszystko mnie boli, ale mam dziwne poczucie satysfakcji, jakie daje zapanowanie nad pozornie nieokiełznanym żywiołem:)
Lucek urósł przez 2 miechy tak, ze niedługo będę musiała go nazywać Lucjan:P
P.S. Tak, zwiozłam cały dobytek, albowiem ostatecznie nie podpisałam umowy i nie mam mieszkania. Rodzice uznali, że nie pozwolą mi mieszkać w takiej norze. OK, meble były trochę stare, ale poza tym nie było najgorzej. Zwłaszcza w porównaniu z superkomfortowym na Basztowej, które oglądaliśmy wczoraj i miało butlę gazową w kuchni pod zlewem, a w łazience wannę i plastikową nakładkę na nią, imitujacą zlewozmywak. Kto placi czynsz, ma jednak decydujący głos:)