Korespondencja o naturze zła (Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver)

kevinWpis w sumie bardziej na wczoraj, choć dzisiaj też mamy refleksyjny dzień.  Powieść przeczytałam jeszcze we wrześniu, ale nie czułam się na sile wtedy o niej sensownie napisać. Miałam potrzebę, by ją jakoś przemyśleć. Złudne przekonanie, że czas ostudzi wyjątkowo silną emocjonalną reakcję, jaką ta nietypowa proza we mnie wywołała. Że pozwoli wyjść poza najbardziej oczywiste banały i ogólniki, które niejako narzucają się same po dotarciu do ostatniej kropki.

A trzeba poza oczywistości wyjść, inaczej pisanie o tym tekście nie ma sensu. Bo w Musimy porozmawiać o Kevinie nie znajdziecie choćby promila banału. Forma, treść, konstrukcja postaci – wszystko jest precyzyjnie pomyślane. Tak, aby zaprzeczyć uzasadnionym oczekiwaniom odbiorcy i kruszyć wszelkie stereotypy. Żeby uwierać. Zmuszać do refleksji. Pokazywać, że bywają scenariusze, których nie da się kontrolować. Takie, które wbrew logice, przeczuciom, znakom – muszą się zrealizować.

Nikogo tu nie będziecie lubili. Nikomu nie będziecie kibicowali. Wszystkie znaczące osoby dramatu ponoszą odpowiedzialność za Czwartek. Nie mogę napisać, o co w tym wszystkim chodzi, bo jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu z 2011 roku, z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym, to zdradzenie najistotniejszych fabularnie wydarzeń ograbi go z możliwości pełnego przeżycia opowieści w sposób przewidziany przez autorkę.

A chronologia i trzymanie przez narratorkę kluczowych kart przy orderach niemalże do samego końca mają dla odbioru Musimy porozmawiać o Kevinie kluczowe znaczenie. Powieść stanowi zbiór listów, pisanych przez Evę, matkę tytułowego Kevina, do męża – Franklina. Szybko można się zorientować, że z tą epistolografią coś jest mocno nie w porządku – Eva pisze niemal codziennie, ale nie dostaje żadnych odpowiedzi. Niby wspomina o separacji, ale, umówmy się, nie jest to zbyt wiarygodne. Podskórnie czujemy niemal od początku, że zaszło tu coś o wiele gorszego. Czwartek (zawsze wielką literą) powraca jak posępny refren, choć w zasadzie jest puentą historii o czymś zupełnie innym.

Eva mimo bardzo trudnego dzieciństwa (wychowywała ją samotnie matka chora na agorafobię, czyli lęk przestrzeni) odniosła w życiu wielki sukces. Od podstaw zbudowała własną firmę, wydawnictwo przewodników turystycznych adresowanych do backpackerów – turystów chcących zwiedzać świat z plecakiem i dysponujących niewielkim budżetem. Miała kochającego męża, Amerykanina w każdym calu. Chciała go uszczęśliwić, a ponadto pozostawić coś po sobie. Dlatego w wieku 37 lat zdecydowała się – mimo licznych wcześniejszych wątpliwości – na macierzyństwo. I tak urodził się Kevin. Syn, który odrzucił ją już w pierwszych sekundach – nie chciał ssać piersi. Potem było tylko gorzej. Krzyczał całymi dniami, kiedy była z nim sama w domu. Wyrósł na postrach niań i przedszkolanek. Zaczął szkodzić wcześniej zgodnemu małżeństwu swoich rodziców, bo Franklin uważał, że Eva demonizuje problemy i po prostu sobie nie radzi. Przede wszystkim z najważniejszym zadaniem matki. Takim, które powinno się wykonywać bez wysiłku – z pokochaniem własnego syna.

Shriver każe Evie opisywać wydarzenia z bezkompromisową wręcz szczerością (której przed Czwartkiem wyraźnie w jej komunikacji z mężem brakowało, co mogło być jedną z przyczyn dramatu). Ale ta szczerość, paradoksalnie, nie działa na korzyść kobiety. Jasne, Eva może się czuć pokrzywdzona tym, że mąż nie zauważa jej cierpień i bezrefleksyjnie bierze stronę syna. Że wybiera ignorowanie coraz bardziej niepokojących faktów.

Eva jednak najczęściej wybiera bierność. Łatwe wyjścia. Przemilczanie. Tłumienie obaw i złych przeczuć. Walkę z synem zamiast próby zrozumienia go. Chce za wszelką cenę ratować małżeństwo, mimo że od pewnego momentu wie, jak wysoka może się owa cena okazać w praktyce.

Niezwykła historia o wielu różnych, nieoczywistych obliczach zła. I takich samych obliczach miłości. Listowna rozmowa Evy z mężem o synu jest spóźniona, ale na lekturę tej znakomitej powieści, wydanej w oryginale w 2003 roku, na szczęście nie jest za późno. Nadróbcie koniecznie!

Niepotrzebny powrót do Gileadu (Margaret Atwood, The Testaments)

thetestamentsWiem, że długo mnie nie było, ale mam dobre usprawiedliwienie, o czym opowiem kiedy indziej. Dziś natomiast, zamiast o wiele trudniejszej pozytywnej, będzie recenzja negatywna – na rozbieg po przerwie, bo czepiać się zawsze łatwiej.

Mówiąc bardziej poważnie, akurat ten tekst krytykuję z ciężkim sercem, bo Opowieść podręcznej, jakkolwiek przeczytałam ją relatywnie niedawno, wywarła na mnie olbrzymie i niezatarte wrażenie. Jeśliby Margaret Atwood miała dostać kiedyś Nobla, to myślę, że głównie za tę powieść. Wielką w pewnym sensie przez swój świadomy ascetyzm, czerpiącą siłę z ograniczonej perspektywy i niedopowiedzeń, z których najważniejsze i oddziałujące najsilniej stanowiło otwarte zakończenie. Epilog przynosił potwierdzenie, że Gilead ostatecznie upadł, ale żadnych informacji o dalszych losach Fredy/June, która wprowadzała nas w to fascynujące i przerażające uniwersum. Resztę trzeba było sobie wymyślić. Między innymi dzięki temu opowieść kobiety w czerwonej sukni i czapce z białymi skrzydłami zostawała z odbiorcą na długo.

A potem przyszedł serial, ze znakomitym pierwszym sezonem, wiernie opartym na książce, choć dopowiadającym co nieco. Niestety, zasłużony sukces produkcji skutkował jej przedłużeniem, zaś drugi, a w szczególności trzeci sezon, mimo ciekawych wątków pobocznych, w głównej osi fabularnej jedynie goniły własny ogon. Nie można było wypuścić June z Gileadu, bo historia by się skończyła, a na to scenarzyści nie chcieli pozwolić. W efekcie dostaliśmy sporo bezsensownych i irytujących wygibasów, natomiast logicznej i trzymającej w napięciu akcji było niewiele.

Myślę, że gdyby nie sukces serialu, The Testaments nigdy by nie powstały. Tak byłoby lepiej. Ale że mamy, co mamy, pora określić, co właściwie mam tytułowym świadectwom do zarzucenia. Atwood przedstawia trzy narracje: pamiętnik pisany w tajemnicy przez wysoką rangą funkcjonariuszkę Gileadu oraz dwa transkrypty zeznań świadków, najprawdopodobniej złożonych podczas procesu przeciwko władzom upadłej republiki. Narratorkami są kobiety, a właściwie jedna kobieta i dwie dziewczynki, bo choć pierwszy świadek jest formalnie dorosły, to nie osiągnął dojrzałości emocjonalnej, wychowując się w zamkniętym gileadzkim systemie, który nie dawał prawa do żadnych własnych decyzji, determinując najdrobniejsze nawet aspekty codzienności, i całkowicie eliminował podmiotowość żeńskich jednostek. Trzecia bohaterka jest najmłodsza i wychowała się poza Gileadem, a trafiła tam, zasadniczo, z tajną misją szpiegowską.

Sądzę, że nie zdradzę żadnej wielkiej tajemnicy, kiedy napiszę, że autorką pamiętnika jest Ciotka Lydia, w którą w serialu wcieliła się fenomenalna Ann Dowd. Trzeci sezon serialu dopowiedział nam nieco więcej o jej biografii sprzed przewrotu, czego Atwood w najnowszej powieści zasadniczo się trzyma, choć dodaje sporo dodatkowych szczegółów. Dotyczą one jednak głównie okresu bezpośrednio po przewrocie oraz czasów, kiedy Ciotki – założycielki wspólnie opracowywały podstawy ideologiczne nowego państwowego systemu. Ta część historii jest ciekawa i napisana z nerwem, bo pokazuje autentyczny prywatny dramat kobiety ze społecznych nizin, która ciężką pracą wyszarpała sobie wysoki status, a teraz może go utracić z dnia na dzień. Nie chce się na to zgodzić, zatem przystępuje do zwycięzców.  Nakazuje jej to nie tyle ambicja, ile prymitywny instynkt przetrwania. Lydia ufa jednak wyłącznie sobie, nie internalizuje konserwatywnych norm nowego porządku, które bezpardonowo narzuca innym. W zasadzie to ich nienawidzi, tak samo jak Komendantów, na których cierpliwie zbiera haki, licząc, że nadejdzie dzień, kiedy będzie mogła je wykorzystać.

Pozostałe dwa świadectwa nie są już niestety tak ciekawe. Raczej rozczarowująco banalne i przewidywalne do bólu. Starsza dziewczyna nazywa się Agnes, co dla uważnego czytelnika i widza jest już wystarczającą wskazówką co do jej faktycznej tożsamości. To Hannah, starsza córka June, bohaterki Opowieści podręcznej, odebrana matce w chwili przewrotu. Opowiada o swoim dorastaniu w Gileadzie, trudnym po śmierci kobiety, którą uważała za matkę, i nastaniu w domu rządów niechętnej jej macochy, o niewytłumaczalnej niechęci do małżeństwa i o drodze ucieczki, jaką udało jej się znaleźć wewnątrz systemu, przy niewielkiej pomocy Ciotki Lydii. Jest – bez swojej winy, wszak dorastała w systemie, w którym indywidualność była niemal przestępstwem – postacią i narratorką skrajnie nieciekawą, naiwną i głupiutką. Można Agnes tylko pożałować, ale kibicować jej i zaangażować się autentycznie w jej losy już nie sposób.

UWAGA, SPOILERY Z SERIALU!

Zapoznając się z drugim zeznaniem, szybko wyzbyłam się wątpliwości co do tego, czy Atwood inkorporowała serialowe wypadki do swojego kanonu. Odpowiedź jest pozytywna, gdyż ta tajemnicza nastolatka, wychowywana w sekrecie w Kanadzie, której rodzice nigdy nie robili zdjęć, to mała Nicole, święty Graal gileadzkiej polityki zagranicznej z trzeciego sezonu i młodsza córka June, rzekomo spłodzona przez Freda Waterforda, a faktycznie przez jego kierowcę i agenta Oczu – Nicka. W finale drugiego sezonu serialu June oddała dziecko podręcznej, która zamiast niej uciekła z Gileadu. Sama została, chcąc uratować także Hannah, co najwyraźniej ostatecznie się nie udało (wspominałam wyżej o nielogicznych kiksach, mających przedłużyć serial za wszelką cenę). W dramatycznych okolicznościach, tuż po swoich szesnastych urodzinach, Nicole odkrywa swoją faktyczną tożsamość i niemal natychmiast zgadza się przeniknąć do Gileadu jako fałszywa konwertytka, w celu odebrania od źródła wywiadowczego opozycyjnej organizacji Mayday materiałów kompromitujących władze republiki. W tym celu przechodzi ekspresowe szkolenie szpiegowskie. Brzmi jak bardzo kiepska i pretekstowa powieść dla młodzieży z Mary Sue na pierwszym planie, prawda? I dokładnie takie jest. A to jest właśnie główna oś intrygi, jaką proponuje czytelnikom Margaret Atwood. Poczekaliśmy 35 lat i córki June obaliły Gilead. Co zostaje opisane na chybcika, pretekstowo i byle jak. No, hura.

Poza częścią Ciotki Lydii, która zdecydowanie ma momenty (i tylko tyle) każące wspominać Opowieść podręcznej, The Testaments stanowią zatem zawód pod każdym możliwym względem. Przynoszą sporo odpowiedzi, ale więcej nimi psują, niż dodają. Kładą się głębokim cieniem  na znakomitej historii, na której otwarcie żerują. I mimo to zostały nagrodzone Bookerem, co jeszcze raz potwierdza, że nagrodowym gremiom nie powinno się ufać.

Nie polecam. Powiem więcej – stanowczo odradzam, jeśli chcecie zachować znakomite wspomnienia po lekturze Opowieści podręcznej w nietkniętym stanie.

Opowieść ze świata pomiędzy (George Saunders, Lincoln w Bardo)

Była to dla mnie jedna z najbardziej oczekiwanych lektur w tym roku, tym bardziej że tłumaczył Michał Kłobukowski, po genialnym Na południe od Brazos mój tłumacz roku, a może i dziesięciolecia. Opowiadania Saundersa ze zbioru Dziesiąty grudnia może nie wszystkie zachwyciły mnie jednakowo, ale niewątpliwie wzmogły apetyt na powieść jego autorstwa, bo jedno było pewne – nie będzie to rzecz banalna.

I nie jest. Pierwsza pułapka kryje się już na poziomie tytułu, bo Lincoln to nie imię, tylko nazwisko, a Bardo to nie miejscowość, tylko, hm, wymiar pomiędzy bytem a niebytem. Tekst ma formę zbliżoną, także graficznie, do dramatu. Słuchamy kolejnych rezydentów tajemniczego Bardo (pochodzących z różnych warstw społecznych, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w języku ich wypowiedzi), których z codziennej rutyny wyrywa przybycie nowego – małego chłopca, Williego Lincolna (tak jest, syna amerykańskiego prezydenta Abrahama, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Trwa wojna secesyjna, jest luty 1862 roku. Dla czytelnika, początkowo nieco oszołomionego, bo monolog pierwszej postaci rozpoczyna się bez żadnego wstępu, dość szybko staje się oczywiste, że Bardo to nie żadne sanatorium, tylko cmentarz. Bohaterowie zaś są duchami, które utknęły między wymiarami, bo wyparły fakt własnego zgonu. A wyparcie doprowadziły do takiej perfekcji, że stworzyły nawet alternatywny słownik, w którym trumny to szpitalne skrzynie, a ich własne rozkładające się szczątki to szpitalna larwa. Dla polskiego czytelnika, zaznajomionego z Dziadami, nie jest to koncept rewolucyjny, podobnie jak spowiedzi kolejnych dusz, którymi wypełniony został tekst. Po wszystkich zachwytach w mediach społecznościowych spodziewałam się jednak czegoś więcej niż ambitniejszej formalnie krzyżówki sztandarowego dzieła polskiego romantyzmu z Księgą cmentarną Gaimana. Osią fabuły jest proces dojrzewania tytułowego bohatera do prawdy o własnym zgonie i odejścia. Przy okazji ukazana zostaje żałoba ojca, który wyrzuca sobie zbytnie uleganie zachciankom ulubionego synka. Gdyby Willie nie jeździł na kucyku mimo kiepskiej pogody, może by nie zachorował? W rzeczywistości jedenastolatek zmarł najprawdopodobniej na tyfus, na który w tym samym czasie zachorował także jego starszy brat, Tad. Wplatając w tekst przychylne i nieprzychylne prezydentowi świadectwa jego współczesnych, Saunders zarazem zgrabnie pokazuje, jak utrata najbliższej osoby pozwala Lincolnowi na zrozumienie dramatu rodzin poległych. Prezydent postanawia nie zmarnować tylu zgonów i złamanych serc – za wszelką cenę będzie jednoczył kraj. Momentami Saunders posuwa się w swojej postmodernistycznej grze nieco za daleko. Końcowe partie utworu sugerują, że ewolucja poglądów Lincolna na kwestię niewolnictwa wynikała z opętania go przez ducha czarnoskórego służącego.

Czyta się to znakomicie, lekko i w zasadzie jednym tchem, ale – poza genialnym przekładem – nic tu nie budzi jakiegoś wyjątkowego zachwytu i raczej nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Sądzę, że gdyby nie dobór czasu akcji i bohaterów, Man Booker Prize nie zostałby temu tytułowi przyznany. Typowy przypadek nagrody za amerykańskość. Skąd te wszystkie krzyki o arcydziele, jako żywo, nie pojmuję. Ale ciekawa i ponadprzeciętna rzecz.

P.S. Jednak muszę wam pokazać chociaż fragment tego tłumaczenia, bo inaczej się uduszę!

Panicz Bristol pragnął mię, paniczowie Fellowes i Delway takosz, wieczorami siadywali wokuł mnie na trawie, a w oczach płonęło im najżarliwsze, najtkliwsze Pragnienie. Siedziałam na wiklinowym fotelu, we fioletowo-czerwonej sukjence, pośród krengu żarliwyh, tkliwyh, pełnyh podziwu spojżeń aż do nocy, kiedy to ten czy ów hłopiec na wznak się kładł, mówionc: Ależ gwiazdy, a ja pszytwierdzałam: O, tak, jak pięknie dziś wyglądają, a wyobrażałam sobie (wyznam), że leże obok niego, inni zaś hłopcy widzonc, jak patsze na leżoncego, też sobie wyobrażali, że kładą się obok mnie.

Fszystko to było bardzo

A potem Matka słała po mnie Annie.

Za fcześnie odeszłam. Z tego balu, z tego

Świetlista obietnica takih nocy jednej za drugą aż po wybór, który byłby właściwy, i stałaby się Miłość, a z Miłości stałoby się dziecko i o nic więcej nie prosze

Tak bardzo hciałam pszytulić Dziecię kohane.

Wiem doskonale, żem nie taka piękna jak niegdyś. I z biegiem czasu, wyznam, poznałam pewne słowa, wcześniej mi nie znane.

Jeb huj guwno piździć zwyobracać cwelić

I poznałam myślą pewne niepszystojne rewiry, gdzie takie sprawy

Pułmroczne niepszespieczne lachociążne konty w załułkah

Pokohałam je

Tensknie za niemi. I takam gniewna.

Nie zaznałam nic. A nic.

Za fcześnie odeszłam

Żeby zaznać

Zaledwie czternaście.

Lat pszeżytyh

Prosze zajść jeszcze kiedy paniczu miło było poznać

Ale jebię twyh staryh pszyjaciuł (wiencej ich tu nie sprowadzaj), co pszyłażą się gapić i mię wydrwiwać, i każą mi powtażać – nie, to hybione słowo – spotworniać, spotważać to, co robie. Hociasz sami robią kubek w kubek to samo. Nieprawdasz? A za to, co robie, jeśli tylko wytrwam, bez wontpienia nagrodą będzie z dawna wymażony powrót do

Zielonej trawy, spojrzeń tkliwych

To opowieść prostej dziewczyny, co widać nawet w ortografii (zapewne w oryginale było podobnie, korci, żeby sprawdzić).

To ja, to dla ciebie gra twoje radio (Anthony Doerr, Światło, którego nie widać)

Dziś przeskoczę siedem innych oczekujących tytułów i spróbuję na gorąco spisać wrażenia z achronologicznej, mozaikowej historii o przypadku, pasji, ciekawości i falach radiowych. A także o walce z przeciwnościami sieroctwa i inwalidztwa. No i oczywiście o wojnie. Wojna nie da o sobie zapomnieć, bo już w pierwszych scenach Światła, rozgrywających się w sierpniu 1944, alianci bombardują Saint-Malo w Bretanii. W jednej z ocalałych kamienic kuli się ze strachu niewidoma szesnastoletnia Marie-Laure LeBlanc, córka ślusarza zatrudnionego przed wybuchem wojny w paryskim Muzeum Historii Naturalnej. W piwnicy innego miejskiego budynku dwa lata starszy niemiecki specjalista od triangulacji, szeregowiec Werner Pfennig, zastanawia się, na jak długo wystarczy jeszcze jemu i koledze z oddziału tlenu pod gruzami.
A potem autor cofa czas o dziesięć lat, by z licznymi przeskokami w przód i wstecz pokazać nam, kim są i skąd się wzięli w Saint-Malo bohaterowie.
Dziesięć lat wcześniej oboje są jeszcze dziećmi, Marie-Laure nadal widzi, choć już bardzo słabo, a Werner opiekuje się młodszą siostrą Juttą, z którą mieszka w domu dziecka w górniczej osadzie Zollverein w pobliżu Essen. W miasteczku panuje głód i bezrobocie, jajko jest cenniejsze od złota i równie rzadkie. Ale chłopak nie o tym myśli. Fascynują go biologiczne i fizyczne tajemnice świata, z byle jakich materiałów konstruuje według własnego pomysłu rozmaite urządzenia, a swój sekretny zeszyt zapełnia problemami do rozwiązania i projektami do zrealizowania w przyszłości. Gdy naprawia znaleziony na śmietniku radioodbiornik i przypadkowo trafia na poświęconą fascynującym go tematom francuską audycję (zna język dzięki kierowniczce sierocińca, która jest Francuzką), jest najszczęśliwszym dzieckiem w Niemczech. Martwi się tylko, że po ukończeniu 15 roku życia będzie musiał iść do pracy w kopalni, w której zginął jego ojciec. Przed tą perspektywą pragnie uciec za wszelką cenę. Gdyby tylko wiedział, jak wysoka się ona okaże…
Tymczasem Marie-Laure po pierwszym załamaniu związanym z utratą wzroku dzięki łagodności i uporowi ojca na nowo oswaja świat i codzienność. Najchętniej jednak w ogóle nie opuszczałaby bezpiecznej, rozpoznanej okolicy między swoim domem a muzeum. Z rozkoszą trzymałaby się nowo wypracowanej rutyny. Niestety, z nastaniem wojny musi wraz z ojcem opuścić Paryż i od nowa uczyć się wszystkiego w Saint-Malo, zamknięta tygodniami w kamienicy stryjecznego dziadka, bo wychodzenie na zewnątrz byłoby niebezpieczne.
Doerr poza zabawami chronologią i zmianami perspektywy narracyjnej (oprócz Wernera i Marie – Laure przez opowieść poprowadzą nas także inni bohaterowie, choć ta dwójka dominuje) dla podtrzymania tempa stosuje bardzo krótkie podrozdziały, dorzuca też do biograficznego miksu, osadzonego na tle wydarzeń świetnie znanych z historii, niezwykłą legendę o przeklętym kamieniu znanym jako Morze Ognia. Wszystko wychodzi mu bardzo zgrabnie, zwłaszcza dyskretne stopniowanie grozy związanej ze zbliżającą się wojną i radykalizowaniem się nazistów oraz specyficzny (bo jedna bohaterka nie widzi, a Werner, choć przebywa na froncie i umożliwia eliminowanie punktów oporu, pełni funkcję raczej techniczną niż ściśle bojową) obraz trwających już działań wojennych.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym kilkakrotnie, zwłaszcza pod koniec, nie zazgrzytała zębami na tani melodramatyzm niektórych rozwiązań. Tu szczerze pragnęłabym uniknąć spoilerów, więc tylko napiszę, że romans instant totalnie mnie nie przekonał i był w moim odczuciu zupełnie zbędny, podobnie jak końcowy opis wydarzeń z roku 1974 i 2014. Czasem lepiej postawić na niedomówienie niż dosłownie wszystko wyjaśniać. Niemniej, nie da się ukryć, że dałam się porwać tej historii jak Marie-Laure przygodom Kapitana Nemo. Pulitzer 2015 zasłużony, bo nie sądziłam, że da się jeszcze napisać o II WŚ coś świeżego.

Krótko o króciakach: Nosowska i Wicha

Wiem, że zestawienie tych dwojga autorów w jednej notce może na pierwszy, a nawet i drugi rzut oka wydawać się obrazoburcze, bo łączy ich (oraz ich dzieła) wyłącznie okupowanie list bestsellerów. Ale również relatywnie niewielka objętość tekstów oraz fakt, że minęło już sporo czasu, odkąd je przeczytałam, zwłaszcza Wichę.
Z Rzeczami, których nie wyrzuciłem mam problem w pewnym sensie zbliżony co swego czasu z równie wychwalanymi przez krytykę Mikrotykami. Oddziałują bardzo silnie, ale głównie w trakcie lektury. Jest to zbiór intymnych esejów, związanych z przedmiotami, jakie zostały autorowi po zmarłej matce. Ich remanent prowokuje związane z właścicielką wspomnienia, a zbiór całościowo obrazuje słodko-gorzki smak żałoby. Okresu naznaczonego tęsknotą za tym, co nieodwołanie się skończyło wraz z odejściem najbliższej osoby. Poprzez tytułowe rzeczy autor kreśli realistyczny i poruszający portret matki, która jawi się jako osoba o silnym charakterze i jasno określonych priorytetach, mocno oddziałująca na swoje otoczenie w domu, w pracy, nawet w księgarni (była wielką miłośniczką książek). Uniwersalna płaszczyzna przeplata się tu zatem z indywidualną. A fragmenty bardzo udane należą raczej do tej uniwersalnej. Po kilkunastu tygodniach pamiętam głównie teksty poświęcone książkom (okładkom, kucharskim, Emmie Jane Austin). Gdy minie kilka miesięcy, raczej zostanie ze mną tylko Emma. Genialne były w tej książce poszczególne zdania (niestety, aktualnie już żadnego nie przytoczę, ale pamiętam własny zachwyt), ale jako całość, z wyżej powołanych względów, raczej nie jest to jakaś wybitna literatura. Niemniej, przeczytać na pewno warto.
A ja żem jej powiedziała to raczej bardziej wydawnictwo niż książka w pełnym tego słowa znaczeniu, ale przyjmijmy, że to zbiór felietonów wokalistki, wydanych na fali popularności jej autorskich filmików z Instagrama. I bujnie zilustrowanych. Tekst jest tu tak naprawdę dodatkiem. Niemniej, dla mnie, jako wiernej czytelniczki felietonów Kaśki publikowanych w Filipince oraz miłośniczki tekstów i piosenek jej autorstwa, była to tak czy siak lektura obowiązkowa. Dwie godzinki i po krzyku, ale przemyśleń mam całkiem sporo i w sumie dosyć niewesołych. Pewnie po prostu obie się zmieniłyśmy – ja już nie jestem smarkulą spijającą bezkrytycznie życiowe mądrości spływające spod pióra podziwianej gwiazdy. A Nosowska w tym zbiorze stara się czytelnika ze wszystkich sił przekonać, że przepracowała wszystkie swoje problemy i pogodziła się ze sobą i światem. Niestety, co i raz własnym twierdzeniom zadaje kłam, m.in. ziejąc jadem na inne kobiety (w szczególności te młodsze i chudsze, które postrzega jako suki czyhające na jej partnera). Ten dysonans pomiędzy deklaracjami autorki a faktycznym wydźwiękiem jej tekstów, które dobitnie potwierdzają, że wciąż ma problemy z samooceną, głównie w kontekście swojej figury i wieku, a jej główną strategią radzenia sobie z problemami jest ucieczka przed nimi, poważnie przeszkadzał mi w delektowaniu się fragmentami bardziej udanym: lekkimi, ironicznymi, mądrymi, celnymi. Bo i takie tam są. Żeby nie było nieporozumień. Tak że na lekturę decydujcie się z rozwagą.

Literacka błyskotka (Paweł Sołtys, Mikrotyki)

Jeszcze tydzień temu, w trakcie lektury, byłam przekonana, że wyląduje tu pean pochwalny na cześć zbioru niedługich historii z życia zwykłych mieszkańców warszawskiego osiedla Stegny. Czytając, byłam nimi bowiem po prostu urzeczona. Aż musiałam sprawdzić, kim autor jest z wykształcenia, i wcale się nie zdziwiłam, że rusycystą. To musiała być filologia, ktoś z takim wyczuciem języka, oczytany, płynnie operujący kontekstami, myślący niezwykle plastycznymi obrazami, inne studia wybrałby pewnie wyłącznie z czystego pragmatyzmu. A ten kompletnie mi do Pablopavo nie pasował. Muzyk debiutujący zbiorem krótkich opowiadań, w jakimś stopniu chyba autobiograficznych, bo pewne motywy i osoby zbyt często przewijają się w tle, ma do swoich bohaterów, jak sam powiedział w wywiadzie dla Wyborczej, stosunek miłosno-liryczny. Stąd pewnie tytuł całości, nawiązujący do erotyków, gdyż autora-narratora fascynuje przede wszystkim żywot zwykłych ludzi. To ich egzystencję stara się uchwycić w swoich migawkowych, niezwykle sugestywnych opowiadaniach. Jak wyjaśnia: Nie piszę o zamożnej wyższej klasie średniej, bo po prostu nie bardzo mnie to interesuje. To wynika w dużej mierze z mojego trybu życia. Nie mam samochodu. Jeżdżę autobusami albo przemieszczam się na piechotę. Komunikacja miejska siłą rzeczy sprawia, że jestem blisko tak zwanego "zwykłego życia miasta". Z samochodu mało co widać – jedziesz zamknięty, słuchasz muzyki, a wieczorami spotykasz się na piwo z grupą przyjaciół, w której ciągle się obracasz. Nie widzisz wtedy świata na zewnątrz. Ja żyję troszeczkę inaczej. Stąd się biorą pomysły na piosenki i opowiadania – z tego, co widzę. Wsiadam na przykład w autobus na Targówek, jadę do ostatniego przystanku, a potem szwendam się po dzielnicy, zaglądam, słucham, patrzę. Gdybym był bardzo zamożnym człowiekiem i poruszałbym się dobrym samochodem między siłownią, korporacją a prywatnym przedszkolem, widziałbym znacznie mniej.
I rzeczywiście, ma to bezpośrednie odbicie w tekstach. Dworzec, autobus, klatka schodowa, knajpa, ulica – stąd, poza własną, bliskich i znajomych biografią, Sołtys czerpie inspirację. Językowo jest mistrzem, potrafi w całym tekście błyskotliwie ogrywać jedną i tę samą metaforę, a kiedy indziej jednym zdaniem trafia w emocjonalne sedno. Tylko że ta magia jest krótkotrwała, działa wyłącznie w trakcie czytania. Opowiadania są sensualistyczne, niezwykle autentyczne, wyraziste, żywe. Jakby się oglądało krótkie filmy. To robi wrażenie. Ale ono nie wytrzymuje nawet bardzo krótkiej próby czasu. Minęło siedem dni, a ja – poza pojedynczymi motywami i bohaterami, krótkimi przebłyskami oraz opisanymi wyżej ogólnymi bardzo pozytywnymi wrażeniami – nie pamiętam z Mikrotyków nic. Poza ogólną wymową całości, że w życiu piękne są tylko chwile, a w większości jest ono jednak do niczego. Niezbyt to odkrywcze, nie da się ukryć. Choć od prawdy nie odbiega. W każdym razie – warto dla ulotnych chwil zachwytu podczas czytania, ale wielka ani ponadczasowa literatura to nie jest. Choć, bardzo uczciwie, nie zdradza nawet takich ambicji.

O nagrodach książkowych

Dziś z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich wpis nagrodowy.

Po pierwsze, nagrodę Kryminalnej Piły dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej 2016 zdobyła Łaska Anny Kańtoch, według mnie jak najbardziej zasłużenie. Fotorelację z wręczenia nagrody można zobaczyć tutaj.

Z dobrych wiadomości, 14 czerwca, nakładem Wydawnictwa Czarne, ukaże się kolejna (wg mnie jeszcze bardziej udana) powieść kryminalna tej autorki, zatytułowana Wiara. Tu zapowiedź. O samej książce więcej napiszę w okolicach premiery. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Łaski, to doskonała okazja, żeby nadrobić zaległość, tym bardziej że e-booka można teraz nabyć w promocyjnej cenie (jeszcze przez 4 dni).

Po drugie, ogłoszono nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego za 2016 rok. Jak łatwo zauważyć, Puste niebo Radosława Raka oraz Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego miały ogromną przewagę nad resztą stawki. Obu powieści nie udało mi się skończyć, przy czym Piskorskiego skończyć mam szczery zamiar. Z moich nominacji przeszła tylko jedna, ale za to ta najważniejsza – Olga i osty Agnieszki Hałas, którą nieustannie polecam waszej uwadze. Bo naprawdę warto.

A co wy byście polecili przy czytelniczym święcie?