Gdzie Srebro nie może, tam żmija pośle (Agnieszka Hałas, Śpiew potępionych)

Spiew-potepionych-bn50621Szczerze przyznam, że na czwarty tom Teatru Węży czekałam zarazem z niecierpliwością fanki i obawą czytelniczki wielokrotnie ciężko zawiedzionej rozwojem ulubionego cyklu (hasło Sezon burz powinno mniej więcej wyjaśnić fanom rodzimej prozy fantastycznej, co mam na myśli). Jako że znakomite W mocy wichru wyczerpało główny wątek, poświęcony odzyskaniu przez Krzyczącego w Ciemności utraconych wspomnień i wyrównaniu przez niego rachunków z przeszłości, powstawało pytanie, o czym teraz opowie nam autorka.

Niepokój okazał się zupełnie bezpodstawny. Śpiew potępionych to kontynuacja idealna – całkowicie niezależna historia, a jednak w szerszej perspektywie spójna z poprzednimi tomami, prowadząca z nimi ciągły, subtelny dialog i dopełniająca je nawet na poziomie detali.

Tytułowe wyspy to częściowo alkaryjski protektorat, a częściowo kolonia. Miejscowe plemiona mają własne zwyczaje, strukturę polityczną i czarowników w miejsce srebrnych i czarnych magów. I właśnie od opisu nieznanej dotąd części świata przedstawionego uniwersum Zmroczy wypada mi zacząć pochwały. Agnieszka Hałas zdecydowała się bowiem w ramach nowego otwarcia na wyrwanie swojego żmija z jego mrocznej, chłodnej, podziemnej strefy komfortu, z bezpiecznych, w pełni kontrolowanych i świetnie mu (a zatem także czytelnikom dotychczasowych odsłon) znanych warunków. Brune trafia tym razem do miejsca skrajnie odmiennego, w dodatku w roli sojusznika Srebra, biegunowo odległej od jego dotychczasowego statusu. Ma więc krótkoterminowy glejt i – przynajmniej teoretycznie – dostęp do najbardziej zaawansowanych zdobyczy srebrnej magii. Jak do tego doszło? Bardzo prosto. Srebrni są przede wszystkim pragmatyczni, najważniejsza jest równowaga Zmroczy. A to na Wyspach Śpiewu demony z Doliny Śniedzi knują coś wyjątkowo spektakularnego. Kilkoro wcześniejszych wysłanników, którzy mieli wyjaśnić naturę owych knowań, zostało skutecznie wyeliminowanych. A że trwa szczególnie paskudne zachwianie, cel uświęca środki i warto posłać ka-ira, który z niejednych tarapatów już się wyślizgał. Jeśli i on nie podoła, szkoda będzie mała, a żal krótki.

Jak się Krzyczącemu podoba nowy układ i egzotyczna wycieczka?

Cholerny tropikalny raj.
Skwar. Duchota. Komary. Jakieś paskudztwa, które nie były komarami i też gryzły. Jaszczurki biegające po ścianach i suficie izdebki, w której nocował (pluskiew na szczęście nie było). Ryż i ryby podawane na sto sposobów. Wielkie owoce, śmierdzące jak pomiot Otchłani, które miejscowi uważali za specjał, więc handlowano nimi na każdym rogu. Monotonne śpiewy dobiegające od rana do nocy z pobliskiej świątyni (nazwa archipelagu nie wzięła się znikąd – tubylcy śpiewem czcili bogów, śpiewali też przy pracy oraz podczas odpoczynku).

O ile jednak bohater nie jest specjalnie zachwycony, to autorce ten eksperyment chyba przypadł do gustu, bo w budowę lokalnej, wyspiarskiej rzeczywistości włożyła ogrom pracy, uzyskując znakomity, wiarygodny i autentyczny rezultat. Nie jesteśmy w stereotypowych tropikach z pocztówki, nakreślonych powierzchownie i na odczepnego. Wyspy żyją, poznajemy ich codzienność, jak również historię, religię, magię, politykę, mieszkańcy nie są traktowani protekcjonalnie ani przedstawieni stereotypowo jako banda zacofanych dzikusów, a wszystko to przydaje się do rozwijania fabuły. Bo skoro już jesteśmy na wyspach, to czy może się obyć bez piratów? A gdzie piraci, tam, jak wiadomo, jako naturalna odpowiedź politycznego ekosystemu na ich działalność, pojawiają się statki kaperskie. Na pokładzie jednego z nich Brune napotka dawną bliską znajomą. Będzie więc dynamicznie, chwilami romantycznie, i gorąco – nie tylko z powodu temperatur.

Skoro to fantastyka, wody roją się od magicznych stworzeń, które, urażone, wymierzają srogie kary (generujące sporo humoru i jeden z najciekawszych wątków pobocznych w powieści). Obłaskawione odpowiednim podarkiem, mogą natomiast udzielić nieocenionej pomocy. Podwodne dominium undyn i powietrzna domena sylfów zostały wykreowane równie pieczołowicie, co Wyspy Śpiewu, przy czym Agnieszka Hałas po raz kolejny dowiodła, że jej niezwykła, malarska wyobraźnia ogarnia pełną paletę barw, a nie tylko mroki.

Mroku, oczywiście, nawet w tym nowym, barwnym, tropikalnym klimacie, nie zabraknie. Będzie zgniły, duszny i gorący, niczym omamy niesione przez febrę. W tej idyllicznej scenerii autorka zdecydowała się opowiedzieć najbardziej makabryczną z dotychczasowych historii. Śledztwo w sprawie planów Doliny Śniedzi zawiedzie żmija w bardzo niebezpieczne rewiry, a śledzenie jego perypetii wciągnie czytelnika jak bagno. Nie należy zapominać o potępionych, którzy w tytule nie pojawili się przez przypadek.

Roli przypadku w fabule powieści należy również poświęcić kilka słów, bo jest ona niebagatelna. Przy czym bynajmniej nie wygląda w ten sposób, że przypadki są zawsze korzystne dla protagonisty czy służą do łatania logicznych dziur w fabule. Przeciwnie, w uniwersum Zmroczy przypadek jest ślepy jak Temida, często głupi, a niemal bez wyjątku brzemienny w skutki. Nieprzekazana wiadomość, nieplanowane starcie, śmierć niewłaściwej osoby. Prawa Magii nie biorą pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących, działają jak dobrze naoliwiony mechanizm. I konsekwencję autorki w tym względzie uważam za jedną z największych zalet całego cyklu.

Sztafaż Śpiewu potępionych przywodzi nieodzowne skojarzenia z filmami z serii Piraci z Karaibów i uczciwie przyznam, że pod koniec lektury zaczynałam się trochę obawiać, czy Krzyczący nie stanie się dla cyklu takim samym obciążeniem, co dla filmów Jack Sparrow, bez którego czwarta część byłaby zdecydowanie lepsza, mimo że zaczynał jako serce i sens całego projektu, a pozostał jego znakiem rozpoznawczym do samego końca. W czym rzecz? Choć zawsze płaci sowitą cenę, a tym razem jest ona wręcz dramatycznie wysoka, tajemniczy ka-ira o pobliźnionej twarzy z każdych tarapatów wychodzi cało. Kiedyś ta jego moc ostatecznie uśmierci wszelką dramaturgię, ale zdecydowanie jeszcze nie tym razem.

Tym razem Brune wplątał się historię, która wciąga, intryguje, bawi i przeraża, dostarczając znakomitej rozrywki, ale również materiału do nieco głębszych i mniej wakacyjnych przemyśleń. Mam nadzieję, że kurtyna Teatru Węży pójdzie w górę jeszcze nie raz, bo po zakończeniu lektury najnowszej odsłony ręce same składają się do oklasków. Premiera już 18 czerwca.

Reklamy

Wznowienie Zabawek diabła

Dawno nie dręczyłam ludności Domenikiem Jordanem, a na tym blogu nawet jeszcze nigdy! Zatem najwyższy czas to zmienić, a czy może być lepsza sposobność niż ponowne (trzecie już) wydanie drugiego zbioru opowiadań z tym bohaterem? Dziś premiera, a Zabawki wydaje tym razem Powergraph. Z całkiem estetyczną okładką, co w przypadku tego cyklu, gdzie do tej pory bohatera portretowano jako zombie dręczone niestrawnością, stanowi przyjemne novum. Z tej okazji – żeby nie wyważać otwartych drzwi – pozwolę sobie przypomnieć swoją recenzję pierwszego wydania Zabawek diabła, która ukazała się na łamach Fahrenheita. Jako że przed zalinkowaniem ją sobie przeczytałam, zobowiązana jestem poczynić w tym momencie zastrzeżenie – jest to tekst analityczny, a zatem, niestety, zdradzający pewne istotne elementy treści utworów. Nie polecam z tego względu czytania go przed zapoznaniem się z samym zbiorem. Tytułem wolnej od spoilerów zachęty wrzucę tu tylko konkluzję recenzji, którą mimo upływu niemal 13 lat z całą stanowczością podtrzymuję:

Jako całość „Zabawki diabła” są daleko lepsze niż „Diabeł na wieży”. Pod każdym względem: stylistycznym, fabularnym, narracyjnym, konstrukcji postaci pierwszego i drugiego planu. A że już „Diabeł na wieży” był bardzo dobrym zbiorem, strach pomyśleć, jaki będzie następny.

A następny zbiór ukaże się najprawdopodobniej jeszcze w tym roku i zawierał będzie (według wstępnych informacji uzyskanych od autorki) 6 opowiadań. Trzy z nich powstały i ukazały się w poprzednich latach, można zatem w pewnym stopniu przewidywać, jaki będzie charakter całości. Mowa o Portrecie rodziny w lustrze (ze zbioru Światy Dantego), Majstersztyku (udostępnionym w pakiecie Bookrage zdecydowanie dłuższym tekście) oraz osadzonej w egzotycznej scenerii Anatomii cudu, która ukazala się pierwotnie na łamach Nowej Fantastyki. Te trzy teksty w jednoznaczny sposób pokazują, że Anna Kańtoch w ciągu ostatnich 13 lat przeszła długą drogę jako pisarka, doskonaląc swój warsztat. Zainteresowała się też w o wiele większym stopniu formalną stroną swoich opowiadań, z którą zaczęła odważniej eksperymentować. Ale zarazem nie utraciła tego, co od początku było znakiem rozpoznawczym cyklu o Jordanie – umiejętności kreowania nastroju niepokojąco-intrygującej tajemnicy i fascynacji zagadkami z pogranicza fantastyki oraz kryminału, którą dzieli z nią jeden z jej pierwszych bohaterów.  Mam nadzieję, że zdołam kogoś zachęcić do wycieczki do Okcytanii i nawiązania znajomości z doktorem Jordanem. Sama na pewno wrócę do tych opowiadań, tak jak zrobiłam to z Diabłem na wieży przy okazji zeszłorocznego wznowienia.

Kilkanaście rzutów kostką i kawa na ławę, albo Co tam, panie, w Meekhanie? (Robert M. Wegner, Każde martwe marzenie)

Moja relacja z cyklem fantasy Opowieści z meekhańskiego pogranicza ma w sobie lekką nutkę masochizmu. Podobały mi się opowiadania (choć nie wszystkie w jednakowym stopniu), nie podobała pierwsza powieść, bardzo przypadła do gustu druga, a o trzeciej i najnowszej nadal nie do końca wiem, co myśleć. Ta notka ma być sposobem uporządkowania wrażeń, więc może się okazać nieco chaotyczna, za co z góry przepraszam. Postaram się jednak unikać spoilerów, na ile to będzie możliwe. Na Każde martwe marzenie czytelnicy czekali trzy lata, co, biorąc pod uwagę zakończenie Pamięci wszystkich słów, z pewnością podkręciło oczekiwania odnośnie do zawartości tych niemal 750 stron. Co znajdziemy w środku?
Dalsze losy szóstej kompanii szóstego pułku Górskiej Straży, portowego złodziejaszka Altsina (czy raczej nowego bytu, którym chłopak stał się po wyczerpującym starciu, zakończonym objęciem fragmentu duszy awenderi jednego z najpotężniejszych bóstw), issarskiej wojowniczki Deany i grupy uzdolnionych magicznie wyrzutków przygarniętych przez wielkiego imperialnego generała. Przy czym, co autor wyraźnie sygnalizował w zakończeniu poprzedniego tomu, poszczególne wątki połączą się. Zaś jako klamrę narracyjną porządkującą opowieść i dającą wgląd w całościową sytuację geopolityczną imperium Wegner proponuje przebitki na spotkania cesarza z szefami wywiadu wewnętrznego i zewnętrznego. Formalnie mucha nie siada, nic, tylko snuć porywającą opowieść, pod którą poprzednie odsłony pieczołowicie przygotowały grunt. Wszak na Południu aż się gotuje i starcie armii Białego Konoweryn ze zbuntowanymi niewolnikami wydaje się nie do uniknięcia (znakomita okazja do kolejnych epickich scen batalistycznych, w których autor czuje się jak ryba w wodzie, by przypomnieć choćby szturm na Martwy Kwiat). A na Północy zima nie chce odejść i nie bez przyczyny umierający drzewny bożek posłał tam Altsina, by wyjaśnił ów niepokojący fenomen.
Teoretycznie – uczta. Rzut oka na fabułę z perspektywy ostatniej strony również nie pozwala jej nic zarzucić. Jest spójna i potwierdza niezbicie, że Robert M. Wegner już od pierwszych tekstów ze swojego uniwersum miał precyzyjny plan całej historii i nie stracił nad nią kontroli nawet przez moment. Pozornie nieistotne drobiazgi z perspektywy opisywanych obecnie wydarzeń zyskują nowe znaczenie i wpisują się w kluczowe wątki fabularne. Ręce powinny same składać się do oklasków, bo taki stopień precyzji przy równie rozległym i detalicznym materiale, tworzonym wszak na przestrzeni wielu lat, zasługuje na  najwyższy szacunek.
A jednak – nie składają się. Bo przez zdecydowaną większość czasu nie ma w tym życia, które sprawiłoby, że historia mnie poniesie. Wątki – zwłaszcza Szóstek i Key’li (nie wspomniałam o niej wcześniej, bo jej po prostu nie znoszę, ale oczywiście przygody Wozackiej Męczenniczki po drugiej stronie Mroku okażą się mieć finalnie absolutnie kluczowe znaczenie) – rozwijają się przeraźliwie wolno i dodatkowo odrywają czytelnika od interesującego rozwoju konfliktu na Południu, bo narracja prowadzona jest naprzemiennie. Dopiero końcowa ćwiartka całości to dynamiczny rozwój wypadków, gdzie możemy przestać mieć poczucie, że obcujemy ze szczegółowo rozpisanym scenariuszem sesji RPG, i zacząć po prostu cieszyć się lekturą.
No właśnie, wrażenie sztuczności i mechanicznych działań postaci, niczym pionków przesuwających się na określone pole na planszy po rzucie kostką, przeszkadzało mi w wątkach Północnym i Mrocznym zdecydowanie najbardziej. Ale to opis wielkiej bitwy na Południu pozwolił mi zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Umiejętności warsztatowe Roberta M. Wegnera po prostu nie dorastają do jego wielkiej, szczegółowej i niewątpliwie imponującej koncepcji światotwórczo-fabularnej. Bez koncepcji nici z historii, ale bez odpowiedniego warsztatu nawet najlepsza historia nie stanie się naprawdę dobrą literaturą. Dalibyście opisać bitwę pod Pomwe Kayowi, Hobb albo Sapkowskiemu i gwarantuję wam, że w efekcie nawet przy najtańszych melodramatycznych zagrywkach taka cyniczka jak ja miałaby łzy w oczach, bo warsztat i sprawność stylistyczna tych autorów sprawiłyby, że – nawet widząc tani szkielet – mogłabym przymknąć na niego oko. Moje serce byłoby z każdym szeregowcem, bo nawet postaci epizodyczne miałyby w sobie życie. A efektowne rozwiązania nie byłyby efektowne tylko w teorii, ale naprawdę robiłyby wrażenie. Natomiast gdy Wegner, traktujący postaci zadaniowo, a wszystkie partie opisowe realizujący tym samym suchym, niezróżnicowanym stylem, przypominającym wojskowy raport, wyciąga w końcu z rękawa swoje asy, reakcja moja jako czytelnika to chłodne i pozbawione emocji przyjęcie faktów do wiadomości. Chciałabym czegoś więcej, ale ten autor nie może mi tego dać. Dlatego dominującym uczuciem po lekturze jest poczucie zmarnowanego potencjału genialnej historii.
Bo nawet swoją koncepcję fabularną Wegner ostatecznie w partiach finałowych po prostu wkłada w usta dwóch różnych postaci, które na koniec wygłaszają wykłady, żeby na pewno nie było wątpliwości, że wszyscy widzą i rozumieją, jak wszystko do siebie pasuje, do czego zmierza i że teraz trzeba klaskać.
Z przykrością odmawiam aplauzu.
P.S. Mam wrażenie, że spoilerów brak:)

O zwichrowanym egzemplarzu (Spektrum, Martyna Raduchowska)

Rzecz jasna, całość kończy się wyjątkowo paskudnym cliffhangerem i oczekiwanie na ciąg dalszy będzie prawdziwą torturą – pisałam, kończąc w maju 2015 r. recenzję Czarnych świateł. Łez Mai. Poprzednie powieści autorki to była sympatyczna rozrywka ze zdecydowanie wyższej niż przeciętna półki, ale ten humanistycznie zorientowany cyberpunkowy kryminał niósł zupełnie nową jakość. Niedawno porządkowałam stare papierzyska i na dnie trafiłam na kopertę z recenzenckim, przedpremierowym wydrukiem Łez Mai. Od razu przypomniała mi się lektura, przewracanie tych luźnych kartek, jakby się paliło (a miałam akurat dość wysoką gorączkę), żeby tylko dowiedzieć się, co będzie dalej. I ten okropny cliffhanger na samym końcu. Ależ byłam wściekła, co nie zdarza mi się często i jednocześnie potwierdza, że książka, która wywołuje emocje tego kalibru, ma w sobie coś wyjątkowego.
Ponad trzy lata i pięć miesięcy tej tortury później (a dręczyłam autorkę o wieści o kontynuacji regularnie), doczekawszy się w końcu e-booka w Nexto, mogłam dorwać się do Spektrum. Niestety, proza życia nie pozwoliła mi poprzedzić lektury powtórką pierwszej części, ale że dobra pamięć to mój dar i przekleństwo, byłam przekonana, że wspomnienia wystarczą, a szczegóły wyostrzą się po drodze, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. Gdybym wiedziała, że tym razem, zamiast klasycznego dalszego ciągu, dostaniemy ponowny opis tych samych wypadków z perspektywy tytułowej bohaterki, androidki Mai, pewnie znalazłabym czas na przypomnienie sobie relacji Jareda. Wówczas, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, odebrałabym Spektrum pełniej, lepiej, inaczej.
Ale co się stało, to się nie odstanie. Skonsumowałam je solo. Jeśli jednak, tak jak ja, czytaliście pierwszy tom niedługo po premierze, szczerze polecam poprzedzić Spektrum powtórką. Nie oznacza to bynajmniej, że bez odświeżenia Łez kontynuacja się nie broni, a odbiorca jest pogubiony. Intryga kryminalna posuwa się wprawdzie naprzód zaledwie o milimetry i dopiero pod sam koniec, tak więc czeka nas kolejne kilka lat nerwówki w kwestii serii tajemniczych bestialskich zabójstw w New Horizon. Na tym froncie Spektrum okazuje się zatem rozczarowaniem, nie da się ukryć i nie zamierzam nawet
próbować. Ale kryminałów, nawet tych w fantastycznym sztafażu, mamy na pęczki. A czegoś takiego jak najnowsza powieść Martyny Raduchowskiej w naszej rodzimej fantastyce nie kojarzę. Bo jeśli Quinn nie mógł sobie w pierwszym tomie dać rady ze wszczepami i badał na nowo granice swojego ulepszonego człowieczeństwa, to teraz mamy do czynienia z sytuacją w zasadzie symetryczną. Maya, stworzona, by służyć, odkrywa u siebie całkiem nieoczekiwanie zalążki człowieczeństwa, które stopniowo się rozwijają, poważnie komplikując jej życie. Do tej pory była bezmyślną częścią roju. Nagle skazana jest na psychiczną i fizyczną odrębność, musi na nowo nauczyć się funkcjonować, na każdym kroku podejmując samodzielne decyzje. A dodatkowo ukrywać swoją emancypację przed światem zewnętrznym. Obserwowanie jej zmagań jest fascynujące. Jared był przekonany, ze zdolność Mai do kłamstwa jest dowodem jej zdrady i zażywania przez partnerkę reinforsyny, substancji pozwalającej androidom odczuwać ludzkie emocje. Miał rację i równocześnie był w błędzie, bo Maya wprawdzie zdradziła, ale leku nie przyjmowała.
Fabularnie Spektrum poza wcześniej opisanymi wydarzeniami pozwala czytelnikowi obserwować Bunt, powstawanie Muru, rozbudowę złowrogiego systemu inwigilacji Riot Shield i realia egzystencji buntowników w nowo powstałym Dark Horizon. Reinforsyniści po pierwszej euforii chętnie powróciliby do status quo (przynajmniej niektórzy), ale powrotu nie ma. Czas, który Quinn spędził w regeneracyjnej komie, Maya poświęciła na próby przetrwania i znalezienia własnego miejsca w Dark Horizon, wierząc jednocześnie, że uda jej się wrócić do domu. Przy czym jako dom, nieoczekiwanie dla siebie samej, rozumie mieszkanie swojego porucznika. Co z nimi dalej będzie? Pewnie kiedyś się dowiemy, oby nie trzeba było czekać zbyt długo.
Jest więc Spektrum lustrzanym odbiciem, a w pewnym stopniu intrygującym dopełnieniem Łez Mai. Kontynuacją rozważań o istocie i granicach człowieczeństwa. Może nie tak porywającą, jak część pierwsza, ale niewątpliwie co najmniej równie interesującą i świeżą. Bardziej wymagającą wobec odbiorcy. Akcent z czystej akcji przesunięty został na introspekcję, ale kto by nie chciał zajrzeć w myśli wyzwolonego androida? Można tam zaobserwować niesamowicie złożone procesy, zdolne w ostatecznym rozrachunku stawać w szranki z kryminalną zagadką.

Trochę Dicka, trochę Matriksa, za dużo chaosu (Rafał Kosik, Różaniec)

Miałam nadzieję, że najnowsza powieść Rafała Kosika okaże się czarnym koniem fantastycznej rodzimej stawki 2017. Był to bowiem wyjątkowo marny rok, o czym świadczy choćby fakt, że ostatecznie na nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego załapali się autorzy spoza gatunkowego getta – Zygmunt Miłoszewski z Jak zawsze oraz Elżbieta Cherezińska z Płomienną koroną (na którą i ja zagłosowałam, bo choć wątek fantastyczny to żenada, sama powieść jest dobra).
Jest to moje pierwsze spotkanie z powieściową twórczością autora, a zarazem jego pierwsza powieść dla dorosłych po wieloletniej przerwie. Być może źle trafiłam, na pewno Różańcowi nie pomogło, że powstawał osiem lat. Jest bowiem dramatycznie nierówny i to niestety rzuca się w oczy. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością lepiej by też książce zrobiło, gdyby ukazała się w innym wydawnictwie, nienależącym do autora (ewentualnie, by w tej formie nie ukazywała się po prostu w ogóle).
Zdaję sobie sprawę, że brzmi to ostro, zwłaszcza w zestawieniu ze wszystkimi pochlebnymi opiniami, na które natknęłam się w okolicach premiery.  Ale nic na to nie poradzę, mimo że w pomyśle na wielu poziomach był potencjał, a powieść momentami czytało się z autentycznym zainteresowaniem, końcowy efekt przypomina sflaczały balon. Akcja rozgrywa się w nieokreślonym momencie przyszłości, bo ludzkość nie liczy już lat w sposób, do którego przywykliśmy. Po niesprecyzowanej katastrofie ekologicznej musieliśmy opuścić Ziemię i przenieść się do miast-pierścieni, orbitujących wokół Nie-Słońca. W Pierścieniu Warszawa mieszka Harpad, nasz główny bohater, który utrzymuje się z hakowania sztucznej inteligencji, monitorującej m.in. bezpieczeństwo populacji. Obniża mianowicie swoim klientom poziom PZ, czyli punktów Potencjalnego Zagrożenia, tak, by nie ulegli Eliminacji dla dobra ogółu. Próg punktowy, po którym to następuje, jest nieznany, wiadomo jednak, od kiedy należy mieć się na baczności. Gdy zbierzemy zbyt wysokie PZ, pojawiają się prowokatorzy, usiłujący nas przepchnąć przez granicę, zza której nie ma powrotu. I wtedy trzeba szukać kogoś takiego jak Harpad – kodera g.A.I.a. Umiejętności bohatera są przy tym na tyle unikalne, że zostaje on – z pomocą szantażu skierowanego przeciwko najbliższej osobie – wplątany w rozgrywkę polityczną. Pierścień Warszawa znajduje się bowiem w gorącym okresie przedwyborczym. I jakby tego wszystkiego było mało, w pewnym momencie wybucha Pierścień Monachium, co zostaje zatajone przed opinią publiczną. Rozwój wydarzeń zmusi protagonistę do wejścia głębiej i odkrycia prawdziwej natury rzeczywistości, gdyż, jak łatwo się domyślić, swych unikalnych umiejętności nie posiadł on po to, by bezproblemowo zarabiać na życie. Jego głównym przeciwnikiem okażą się nie zwaśnione ludzkie stronnictwa, ale sztuczna inteligencja, która miała im służyć.
Mamy więc koronny schemat SF, do tego nawiązania do absolutnych klasyków gatunku, takich jak Dick czy Ellison. Wypada zatem zapytać, dlaczego ten samograj nie działa? Przede wszystkim autor chciał napisać wszystko na raz: klasyczne SF, political fiction, powieść obyczajową, fantastykę socjologiczną i jeszcze dodać troszkę sensacji na dodatek. Po czym, gdy tylko dany wątek doprowadzał bohatera do niezbędnego fabularnie miejsca, Rafał Kosik bez żalu go porzucał. A sam bohater jest niestety zbyt bezbarwny, by jego losy porwały nas dostatecznie i pozwoliły przymknąć oko na fakt, że całe, teoretycznie bardzo istotne wątki fabularne, zawisają w próżni. Na przypadłość szkicowości cierpią zresztą wszyscy bohaterowie, być może dlatego, że językowo i stylistycznie proza Kosika jest po prostu słaba. Gdyby było tu coś innego, oryginalny koncept albo fabuła trzymająca się kupy, dałoby się przymknąć oko na to, że wszyscy mówią tak samo, a opisy ich motywacji czy przemyśleń są po prostu marne. Dobry jest opis świata, odsłaniany stopniowo (w tym także rzeczywistości społecznej), i on chyba autora najbardziej interesuje. Jako czytelnik poczułam się jednak oszukana, gdy w pewnym momencie, bez udzielenia jakichkolwiek wyjaśnień, nastąpiło cięcie i kamera zaczęła pokazywać coś zupełnie innego niż dotychczas, prowadząc do zakończenia, dogodnie zwalniającego autora z obowiązku udzielania konkretnych odpowiedzi. Nie polecam.

Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)

Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.

O dziwnym prezencie na trzydzieste urodziny wiedźmina Geralta (antologia Wiedźmin. Szpony i kły)

Mówili, że lepiej nie czytać antologii pokonkursowej, złożonej z jedenastu tekstów, które startowały (a cztery z nich zdobyły nawet nagrody) w konkursie na trzydziestą rocznicę publikacji opowiadania Wiedźmin na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka. A tymi, co mówili, byli fani nad fanami białowłosego zabójcy potworów, wieloletni aktywni forumowicze Wieży Błaznów. Nie posłuchałam. Miałam w zeszłym tygodniu słabsze popołudnie, zachciało mi się poprawy nastroju i lotu na skrzydłach nostalgii. I na dzień dobry dostałam po oczach zwycięskim opowiadaniem, Kresem cudów Piotra Jedlińskiego. Nie owijając w bawełnę, powiem, że było to wyjątkowo bolesne doświadczenie. Grand Prix to temu utworowi by się należało, ale w kategorii „Wydaje mi się, że umiem pisać jak Andrzej Sapkowski, tylko że jednak nawet w przybliżeniu nie”. Zresztą, żadne słowa nie oddadzą tego, do jakiego stopnia autor starał się poza granicę swoich – skromnych – możliwości imitować styl twórcy wiedźmina. Szczęśliwie, tekst jest dostępny w całości i może przemówić sam za siebie. Werdykt konkursowego jury po lekturze całego zbioru jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, gdyż jest to jedno ze słabszych opowiadań w zestawie. I bardzo dobrze, bo gdyby reszta utworów prezentowała niższy poziom niż niemiłosiernie wymęczony Kres cudów, nie byłoby sensu marnować czasu na lekturę Szponów i kłów.

Wiem co nieco o wiedźmińskich fanfikach. Latami czytałam te publikowane na stronie Andrzej Sapkowski Zone. Stąd nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma przeszkód, by amatorski tekst fana był koncepcyjnie i warsztatowo bardzo dobry, a jednocześnie spełniał formalne wymogi opowiadania, to jest miał fabułę trzymającą się kupy i takąż strukturę narracyjną. Niestety, dalece nie o wszystkich tekstach z tego zbioru można to powiedzieć. W zasadzie według mnie tak postawione warunki spełniają cztery utwory znajdujące się w końcowej części antologii, z czego dwa napisali fachowcy, mający już na koncie publikacje książkowe. Tym większe brawa należą się amatorom, czyli Przemysławowi Gulowi za Lekcję samotności (która według mnie powinna wygrać te zawody, ale przynajmniej dostała wyróżnienie szefa działu prozy polskiej NF, Michała Cetnarowskiego) oraz Tomaszowi Zliczewskiemu za Nie będzie śladu. Obaj autorzy stworzyli ponadto historie autentycznie angażujące i oddające ducha prozy Andrzeja Sapkowskiego – gorzki cynizm i brak złudzeń co do prawdziwej natury ludzi, potworów i porządku tego świata. Co do utworów profesjonalistów, opowiadanie Andrzeja W. Sawickiego (który w konkursie startował incognito jako Dorota Chłosta) o dalszych losach elfki Toruviel z Doliny Kwiatów niestety mi się nie spodobało. Za gruba kreska, mocno groteskowi antagoniści i za dużo sentymentalizmu. Natomiast tekst tytułowy, czyli Szpony i kły Jacka Wróbla, jest naprawdę wart uwagi. Tak się powinno podejmować dialog z tekstem oryginalnym, czyli w tym przypadku z legendarnym opowiadaniem Wiedźmin, od którego wszystko się zaczęło. Autor przedstawia opisane tam wypadki z perspektywy strzygi, a raczej królewny Addy. Łatwo powiedzieć, trudniej ciekawie i przekonująco zrobić. Jackowi Wróblowi to się udało. Dał królewnie przekonujący głos i ciekawą historię nie-życia, na oryginalnym opowiadaniu opierając się tylko o tyle, o ile było to absolutnie konieczne.

A że jest to sztuka trudna, najlepiej świadczy tekst Barbary Szeląg Bez wzajemności. Odwrócony pod względem wymowy prequel Trochę poświęcenia, ze starszą siostrą Essi Daven w roli głównej i groteskowym Jaskrem na przystawkę, oraz Małą syrenką bez szczęśliwego Disnejowskiego zakończenia w tle. Drętwe stylistycznie, warsztat bardzo marny, może gdyby na tych dwóch niwach było lepiej, całość nie byłaby tak przeraźliwie sztuczna, a autorka miałaby jakiekolwiek szanse zrealizować swoje ambitne zamierzenie. Największą ciekawostką, czy raczej kuriozum, w tym kontekście jawi się fakt, że ten tekst również zdobył konkursowe wyróżnienie, przyznane przez Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego NF. Przecież samo zestawienie z genialnym Trochę poświęcenia boleśnie obnaża mizerię Bez wzajemności. Żeby pisać o uczuciach, trzeba najpierw umieć pisać, bo do tego niezbędna jest subtelność.

Z pozostałych utworów bardzo podobała mi się Skala powinności Katarzyny Gielicz – zaskoczyła mnie na plus po poprzedzającej ją mizerii, bo była ładnie i z wyczuciem napisana, ASowa w wymowie, o Coenie i jego towarzyszce poznanej na szlaku. Co z tego, że trochę zbyt rwana i stanowiąca raczej ciąg obrazków niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia? Co z tego, że miejscami zbyt sentymentalna, a u samych swych podstaw ma wątpliwe założenie, że wiedźmin zgarnąłby z traktu pierwszą lepszą dziewuchę i narażał ją przy robocie tylko po to, żeby mieć towarzystwo? Przekonująco oddana relacja między bohaterami jest siłą tego tekstu.

Coś dobrego mogłoby jeszcze wyjść z Ironii losu Sobiesława Kolanowskiego, bo pomysł jest ciekawy i ma potencjał – potwór daje wiedźminowi zlecenie na innego potwora. Ale warsztat woła o pomstę do nieba, tekst powinien zostać mocno skrócony, za dużo przerzucania się niby błyskotliwymi puentami, kawa zbyt dosłownie wyłożona na ławę. Niestety, redaktora antologia – podobnie jak Sezon burz – nie miała. I pozostawały w niej w rezultacie kwiatki w takim stylu: Szybka zarówno na łapach – dzięki lwiemu tułowiowi – jak i w przestworzach dzięki silnym, nietoperzym skrzydłom. Śmiertelnie niebezpieczna. Jad z jej podobnego do skorpionowego ogona zabijał w ciągu kilku sekund – o ile wcześniej bestia nie rozszarpała swych ofiar wyposażonymi ją przez Naturę solidnymi kłami czy pazurami. To opis mantikory.

Reszta tekstów jest milczeniem, choć chciałoby się rzucić kilka obelżywych słów o stanowiącej festiwal żenady Balladzie o Kwiatuszku  Michała Smyka (indywidualne wyróżnienie szefa działu zagranicznego NF, Marcina Zwierzchowskiego – bez komentarza). Ale leżącego kopać się nie godzi. Sami zdecydujcie, czy czytać.