5 cytatów na czwartą rocznicę

Rocznicę śmierci Terry’ego Pratchetta. Jednego z moich ulubionych pisarzy, wielkiego filozofa, ironisty i znawcy ludzkiej natury.

Błędna wymowa może mieć fatalne skutki. Pewien chciwy szeryf Yl-Abi został kiedyś przeklęty przez niewykształcone bóstwo i wszystko, czego dotknął, zmieniało się w Zołto, który okazał się niedużym krasnoludem z oddalonej o setki mil górskiej osady. Klątwa magicznie ściągała go do królestwa i kopiowała bezlitośnie. Jakieś dwa tysiące Zołtów później klątwa się wreszcie wyczerpała. Obecnie mieszkańcy Yl-Abi znani są z niezwykle niskiego wzrostu i skłonności do irytacji.

Wyprawa czarownic

Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć.

Pomniejsze bóstwa

Żyję już trochę na tym świecie i zauważyłam, że jak kto ma w sobie dar, by błyszczeć, to będzie błyszczeć nawet przez sześć warstw brudu, a ci, co błysku nie mają, błyszczeć nie będą, choćby ich nie wiem jak polerować.

Złodziej czasu

Trudno jest mieć wiarę, kiedy się przeczytało zbyt wiele książek, prawda?

Carpe Jugulum

Jeżeli ludzie próbują cię zabić, to znaczy, że robisz coś, jak należy.

Łups!

Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy. Czytajcie Pratchetta, warto!

Reklamy

Garść cytatów na drugą rocznicę i Back in black

Smutną rocznicę. Rocznicę śmierci Terry’ego Pratchetta. Którego warto czytać, bo był niezwykłym, mądrym, zabawnym i kreatywnym pisarzem, a do tego rozumiał ludzi, jak mało kto.

Ramptopy zimą to parę sążni śniegu i lasy zmienione w zbiór cienistych
tuneli pod zaspami. To leniwy wiatr, któremu nie chce się wiać dookoła
ludzi, więc dmucha przez nich na wylot. Pomysł, że zima może przynosić radość, nigdy nie przyszedł do głowy nikomu z mieszkańców Ramptopów,
którzy znają osiemnaście różnych określeń śniegu.*

*Niestety, żadne z nich nie nadaje się do druku.

Trzy wiedźmy

Był pulchnym młodym człowiekiem o cerze barwy czegoś, co żyje pod
kamieniem. Inni zawsze mu doradzali, żeby zrobił coś ze swoim życiem.
Zgadzał się z tym: chciałby z niego zrobić łóżko.

Panowie i damy

Szacunek społeczeństwa, myślała Angua. Tak, to wyrażenie Marchewy.
Właściwie to wyrażenie Vimesa, chociaż sir Samuel zwykle spluwał po
wymówieniu tych słów. Ale Marchewa w nie wierzył. To on zasugerował
Patrycjuszowi, by zatwardziałym przestępcom dać szansę pracy „dla dobra
społeczeństwa” przy odnawianiu domów osób starszych. Wprowadziło to
dodatkowy element grozy do zwykłych lęków starości, a wobec poziomu
przestępczości w Ankh-Morpork spowodowało, że przynajmniej jednej
staruszce w ciągu sześciu miesięcy tyle razy wytapetowano pokój, iż
teraz mogła do niego wchodzić tylko bokiem.

Na glinianych nogach


WSZYSTKO, CO ZASZŁO, POZOSTAJE ZASZŁE.
– Co to za filozofia?
JEDYNA, KTÓRA DZIAŁA.

Złodziej czasu

Byli co do jednego starcami. Ich zwykłe rozmowy składały się z litanii
skarg na bolące stopy, brzuchy i grzbiety. Poruszali się wolno. Ale
mieli pewien szczególny wygląd, szczególne spoj­rzenie.
Gdziekolwiek się znaleźli, mówiły ich oczy, już tutaj byli. Cokolwiek to
było, już to robili, często więcej niż raz. Tylko nigdy, ale to nigdy
nie kupiliby koszulki z nadrukiem. I wiedzieli, co to strach — to coś,
co przytrafia się innym.

Ostatni bohater

– Co teraz zrobimy?
KUPIMY CI JAKIEŚ NOWE UBRANIE.
– To było nowe jeszcze dzisiaj… to znaczy wczoraj.
NAPRAWDĘ?
– Tato mówił, że ten sklep znany jest z taniej odzieży. – Mort biegł, żeby nie zostać w tyle.
UBÓSTWO JEST ZATEM JESZCZE BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCE NIŻ SĄDZIŁEM.

Mort

[O karze śmierci przez powieszenie]
Naprawdę sądzi pan, że to przeciwdziała przestępczości, panie Trooper?
– W ogólności… trudno powiedzieć, jako że trudno znaleźć dowody
przestępstw niepopełnionych. – Kat jeszcze raz potrząsnął klapą. – Ale w
konkretach jest bardzo skuteczne.
– To znaczy?
– To znaczy, proszę pana, że jeszcze nikogo tu nie widziałem więcej niż raz.

Piekło pocztowe

Back in black to krótki, wzruszający film dokumentalny, rodzaj hołdu dla Pratchetta i jego dorobku, o fanach i dla fanów, pełen niezwykłej, pozytywnej energii. Serdecznie polecam. Rocznicowo i nie tylko.

Duch Strzeżenia Wiedźm (4)

Sanie pędziły po niebie. W dole przesuwały się ośnieżone pola.

– Hmmf – odparł Albert. Pociągnął nosem.

JAK NAZYWASZ TO WRAŻENIE CIEPŁA, KTÓRE CZUJESZ W ŚRODKU?

– Zgaga – burknął Albert.

CZYŻBYM WYCZUWAŁ NUTĘ NIEŚWIĄTECZNEGO ZRZĘDZENIA? – zapytał Śmierć. OJ, NIE BĘDZIE DLA CIEBIE CUKROWEJ ŚWINKI, ALBERCIE.

– Nie chcę żadnych prezentów, panie. – Albert westchnął. – Może tylko tego, żeby się obudzić i odkryć, że wszystko znów jest normalne. Przecież wiesz, że kiedy zaczynasz coś zmieniać, zawsze się to źle kończy.

ALE WIEDŹMIKOŁAJ MOŻE WPROWADZAĆ ZMIANY. NIEWIELKIE CUDA TU I TAM, I DUŻO WESOŁEGO HO, HO, HO. TO UCZY LUDZI RZECZYWISTEGO ZNACZENIA STRZEŻENIA WIEDŹM.

– Masz na myśli to znaczenie, panie, że świnie i bydło są pozarzynane, a przy odrobinie szczęścia dla wszystkich wystarczy jedzenia na zimę?

WIESZ, KIEDY MÓWIĘ O RZECZYWISTYM ZNACZENIU…

– O tym, że jakiemuś nieszczęsnemu biedakowi ucięli głowę w lesie, bo znalazł w obiedzie specjalną fasolę, więc teraz lato powróci?

NIE CAŁKIEM DOKŁADNIE TO, ALE…

– Ach, chodzi ci o to, panie, że zagonili na śmierć jakiegoś biednego zwierzaka, a potem strzelali z łuków do jabłoni, więc teraz cienie w końcu odejdą?

TO RZECZYWIŚCIE JEST JAKIEŚ ZNACZENIE, ALE…

– Aha, w takim razie chodzi ci o to, że rozpalali takie wielkie ognisko, żeby dać słońcu wskazówkę, bo powinno przestać się chować poniżej horyzontu i zabrać do normalnej pracy?

Śmierć milczał przez chwilę. Świnie przemknęły ponad pasmem wzgórz.

NIE POMAGASZ MI, ALBERCIE.

– To jedyne rzeczywiste znaczenia, o jakich wiem.

MYŚLĘ, ŻE MÓGŁBYŚ NAD TYM TROCHĘ POPRACOWAĆ.

– Tu chodzi o słońce, panie. Biały śnieg, czerwona krew i słońce. Zawsze tak było.

NO WIĘC DOBRZE. WIEDŹMIKOŁAJ MOŻE NAUCZYĆ LUDZI NIERZECZYWISTEGO ZNACZENIA STRZEŻENIA WIEDŹM.

Albert splunął przez burtę sań.

– Tak? Czy świat nie byłby miły, gdyby każdy był miły, co?

ZNAM GORSZE OKRZYKI BOJOWE.

W zasadzie ja też znam gorsze okrzyki bojowe:) Oby w te święta udzielił Wam się optymizm Śmierci zamiast zdrowego realizmu Alberta. Wszystkiego dobrego!

W Crosby, w stanie Maine

W miasteczku najważniejsze są: kościół, ratusz i sklep spożywczy, choć sklepowi przydałoby się odmalowanie.

Do kościoła Olive Kitteridge chodzić nie chce (chyba że na koncert muzyki poważnej), w pewnym momencie stanowczo odmawia także chodzenia do sklepu.
W ogóle Olive chodzi własnymi drogami, co w takim niewielkim miasteczku jak Crosby nie jest dobrze widziane. Ludzie uważają ją za sekutnicę (którą jest), ale nikt nie powie jej tego prosto w oczy, bo w końcu była nauczycielką matematyki w miejscowej szkole średniej, a fakt, że przeszła już na emeryturę, nie pozbawia jej bynajmniej autorytetu, stanowiącego pochodną tej złowrogiej funkcji.
Nazwą ją raczej świętą osobą, co ją szczerze rozbawi, bo nie z dobroci serca, a z obawy przed codzienną samotnością niezłomnie pielęgnować będzie powalonego wylewem męża.
W toku opisanych w zbiorze opowiadań Elizabeth Strout wydarzeń mały wszechświat, w którym Olive niepodzielnie włada na początku tej historii, ulega stopniowemu rozpadowi. Niektóre wstrząsy udaje się zamortyzować, np. zauroczenie męża młodziutką farmaceutką. Jednak już nieoczekiwane małżeństwo syna, a co gorsza – jego wyprowadzka na drugi koniec kraju, porzucenie specjalnie wybudowanego przez rodziców domu, brak powrotu mimo rozpadu związku – zamortyzować się nie dają. To gorzej niż niewdzięczność, to zdrada.
Samotność leczy rany skuteczniej niż czas i Olive tak rozpaczliwie pragnie jakiejkolwiek relacji z synem, że z radością leci na jego wezwanie do Nowego Jorku, gotowa zaakceptować nawet jego dziwaczną nową żonę z dwójką dzieci z wcześniejszych związków i trzecim – jej wnukiem – w drodze. Desperacja także ma mimo wszystko swoje granice i Olive nie pozwoli się traktować, jakby była zdziecinniałą staruszką. Wraca do Crosby, gdzie może być sobą. W nagrodę dostaje końcowy promyczek nadziei, bez którego całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia.
Na marginesach tej smutnej, ale przejmująco realistycznej historii o toksycznych rodzinnych relacjach Strout – umieszczając Olive jedynie w tle – opowiada o innych nieprzystających do małomiasteczkowego szablonu szczęśliwej normalności jednostkach: córce prostytutki, utalentowanej pianistce, której matka nie pozwoliła się kształcić i która dożywa swoich dni, topiąc tremę w alkoholu i przygrywając ze słuchu do kotleta w miejscowym barze; nastolatce chorej na anoreksję; rodzicach, których syn okazał się mordercą i nie pomogła zainwestowana w jego wychowanie fortuna; dziewczynie, która chciała żyć z chłopakiem bez ślubu; porzuconej przez matkę córce fanatycznie religijnego pastora; żonie, która w dniu pogrzebu męża dowiaduje się o jego zdradzie. Te opowieści w zdecydowanej większości nie zmieściły się w genialnym serialu HBO na podstawie zbioru, a nadają historii Olive zupełnie inny wydźwięk. W porównaniu bowiem z ich protagonistami tytułowa bohaterka wygrała los na loterii życia. Mimo trudności dopasowała się, założyła rodzinę, była szanowaną członkinią społeczności. Cóż z tego, że tylko z wierzchu? Inni daliby się za ten substytut sukcesu pokroić.
Kwestia perspektywy i względności jest jednym z najciekawszych elementów tego zbioru, którego lekturę gorąco i bezwarunkowo polecam.

12 cytatów na pierwszą rocznicę

Dzisiaj mija rok od śmierci Terry’ego Pratchetta. Z tej okazji postanowiłam wybrać kilka perełek, które – być może – skłonią kogoś do sięgnięcia po jego twórczość.

Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu
niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z
milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne
dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego
powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający
ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama
oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i
czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
– NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, że trzyma nagle puste naczynie. – JESTEM TYLKO JA.

Mort


Z Patrycjuszem zawsze tak wygląda, pomyślał z goryczą. Człowiek
przychodzi do niego z całkowicie uza­sadnioną skargą, a potem wycofuje
się tyłem, w ukłonach, z ulgą, że w ogóle może stąd wyjść. Trzeba oddać
Patrycjuszowi sprawiedliwość, stwierdził niechętnie. Bo jeśli nie, wyśle
ludzi, którzy sami ją wezmą.

– Przypominasz sobie?
Vimes próbował. Nie było to łatwe. Niejasno zdawał sobie spra­wę, że
pił, aby zapomnieć. Zadanie było trudne, ponieważ nie pa­miętał już, o
czym właściwie chce zapomnieć. Pod koniec pił już, żeby zapomnieć o
piciu.

Straż, straż!


Co z zasadą nie wtrącania się do polityki? – spytała Magrat wpatrzona w plecy Babci.
Niania ujęła dziewczynę pod rękę.
– Rzecz w tym, że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest
też inna zasada. Esme przestrzegała jej przez całe życie.
– Jak ona brzmi?
– Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre.

Trzy wiedźmy


Śmierć znalazł Zarazę w hospicjum w Llamedos. Zaraza lubił szpitale. Zawsze miał w nich coś do roboty.
W tej chwili próbował usunąć znad pękniętej umywalki tabliczkę "Umyj ręce!"

Złodziej czasu


Rozważmy żółwia i orla. Żółw jest stworzeniem żrącym na ziemi. Właściwie
nie jest moż­liwe życie bliżej gruntu, jeśli nie przebywa się pod nim.
Hory­zont żółwia sięga na kilka cali. Żółw porusza się z taką
prędkością, ja­ka wystarcza do polowania na sałatę. Przeżył, gdy cała
reszta ewolucji przemknęła obok, ponieważ – ogólnie rzecz biorąc – dla
nikogo nie stanowił zagrożenia, a zjadanie go sprawiało zbyt wiele
kłopotu.
A teraz weźmy orła. To istota, której światem jest powietrze i wy­sokie
szczyty, której horyzont sięga aż po krańce ziemi. Orzeł ma wzrok tak
ostry, że potrafi dostrzec maleńkie, piskliwe stworzonko przemykające o
pół mili od niego. Czysta siła, czysta władza… Błyska­wiczna
skrzydlata śmierć. Szpony i dziób takie, że przerobią na po­siłek
cokolwiek mniejszego od orła, a zapewnią mu przynajmniej szybką
przekąskę z czegokolwiek większego.
Mimo to orzeł potrafi godzinami siedzieć na urwisku i obser­wować
królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauważy ruchu. Wtedy skupia
spojrzenie, skupia, skupia na maleńkiej skorupie koły­szącej się wśród
suchych krzaków na pustyni. I zrywa się…
W chwilę później żółw odkrywa, że świat oddala się od niego. I widzi ten
świat po raz pierwszy – już nie z wysokości jednego cala nad gruntem,
ale z pięciuset stóp. I myśli: Jakimż wspaniałym przy­jacielem jest
orzeł.
I wtedy orzeł go puszcza.
Prawie zawsze żółw spada i ginie. Wszyscy wiedzą, dlaczego tak się
dzieje: grawitacja to nałóg, z którym trudno zerwać. Nikt nie wie,
dlaczego orzeł to robi. Owszem, żółwiem można sobie dobrze podjeść, ale
biorąc pod uwagę włożony w to wysiłek, praktycznie wszystkim innym można
lepiej. Po prostu orły uwielbiają dręczyć żółwie.
Oczywiście, orły nie zdają sobie sprawy z faktu, że uczestniczą w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.
Pewnego dnia żółw nauczy się latać.

Pomniejsze bóstwa

Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów
miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów
kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie
pozwolić – całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie
przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około
dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je,
aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku
poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na
wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu
latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać
tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów – a nogi i tak stale
będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.

Zbrojni


– Czy to ten moment, kiedy całe moje życie przesuwa mi się przed oczami?
NIE TEN MOMENT BYŁ PRZED CHWILĄ.
– Kiedy?
TO MOMENT, rzekł Śmierć, POMIĘDZY PAŃSKIMI NARODZINAMI A PAŃSKIM ZGONEM.

Prawda

Gdzieś na świecie, jak podejrzewał, żył człowiek siedzący na drugim
końcu huśtawki, ktoś w rodzaju lustrzanego Rincewinda, którego życie
składało się z samych cudownych wydarzeń. Miał nadzieję, że spotka
kiedyś tego człowieka, najlepiej trzymając w ręku solidny kij.

Rincewind umiał wołać o litość w dziewiętnastu językach i po prostu
wrzeszczeć* [przyp.: To ważne. Niedoświadczeni podróżnicy mogą
przypuszczać, że „Aargh!” jest wyrażeniem uniwersalnym, jednak w beTrobi
oznacza to „Wielce radosne”, w Howondalandzie natomiast rozmaicie: albo
„Chciałbym zjeść twoją stopę”, albo „Twoja żona jest wielkim
hipopotamem”, albo też „Witam, myśli pan Fioletowy Kot”. Pewne plemię
zyskało przerażającą reputację okrutników tylko dlatego, że jeńcy
krzyczą – ich zdaniem – ”Szybko! Dolać wrzącego oleju!”.] w kolejnych
czterdziestu czterech.

Ciekawe czasy

Osoby mające skłonność do obojętnego okrucieństwa mawiają, że we wnętrzu
każdej grubej dziewczyny jest szczupła dziewczyna i mnóstwo czekolady.

Carpe Jugulum


Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy.

Nie piszę, bo czytam Cherezińską

— Czytałeś Cronicae et gesta ducum sive principum Polonorum? — krzyknął zdumiony Bolesław.
Mściwój się otrząsnął.
— Ty mnie obrażasz, książę? Ja nie jestem mnichem, żebym musiał czytać!

Niepotrzebnie się obawiałam po Grze w kości – pierwszą część nowego cyklu Elżbiety Cherezińskiej, czyli Koronę śniegu i krwi, czyta się świetnie i na pewno napiszę więcej, jak skończę. Ale jest długa, a weekend krótki, więc w tym tygodniu wpisu merytorycznego nie będzie.
I to jest chwila, w której właściwie się cieszę, że odłożyłam lekturę, bo już na mnie czeka część druga, co jest luksusem rzadkim, a w momencie, gdy książka się podoba (ba, więcej niż podoba) pożądanym.
P.S. Choć te żywe zwierzęta herbowe mnie irytują niemożebnie, przyznam szczerze.

Nie mam czasu

Bo czytam nowego Nesbo ❤

Na zachętę cytacik:

Zdolni ludzie mogą się nauczyć nawet pokory.

Jo Nesbo, Syn, Wydawnictwo Dolnośląskie 2014, tłumaczyła Iwona Zimnicka

Oraz, skoro już zaczęłam pisać, refleksja porównawcza. Panie Adler-Olsen, można napisać powieść ze z góry ujawnionym sprawcą, a mimo to przykuć do niej czytelnika tak, że nie będzie mógł się oderwać. Nesbo mógłby panu warsztatowo zacytować Kaczmarskiego: Między tobą a mną/zieje przepaść:))

P.S. Nie zwracajcie na mnie za bardzo uwagi, na punkcie Nesbo mam fioła:D