Korespondencja o naturze zła (Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver)

kevinWpis w sumie bardziej na wczoraj, choć dzisiaj też mamy refleksyjny dzień.  Powieść przeczytałam jeszcze we wrześniu, ale nie czułam się na sile wtedy o niej sensownie napisać. Miałam potrzebę, by ją jakoś przemyśleć. Złudne przekonanie, że czas ostudzi wyjątkowo silną emocjonalną reakcję, jaką ta nietypowa proza we mnie wywołała. Że pozwoli wyjść poza najbardziej oczywiste banały i ogólniki, które niejako narzucają się same po dotarciu do ostatniej kropki.

A trzeba poza oczywistości wyjść, inaczej pisanie o tym tekście nie ma sensu. Bo w Musimy porozmawiać o Kevinie nie znajdziecie choćby promila banału. Forma, treść, konstrukcja postaci – wszystko jest precyzyjnie pomyślane. Tak, aby zaprzeczyć uzasadnionym oczekiwaniom odbiorcy i kruszyć wszelkie stereotypy. Żeby uwierać. Zmuszać do refleksji. Pokazywać, że bywają scenariusze, których nie da się kontrolować. Takie, które wbrew logice, przeczuciom, znakom – muszą się zrealizować.

Nikogo tu nie będziecie lubili. Nikomu nie będziecie kibicowali. Wszystkie znaczące osoby dramatu ponoszą odpowiedzialność za Czwartek. Nie mogę napisać, o co w tym wszystkim chodzi, bo jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu z 2011 roku, z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym, to zdradzenie najistotniejszych fabularnie wydarzeń ograbi go z możliwości pełnego przeżycia opowieści w sposób przewidziany przez autorkę.

A chronologia i trzymanie przez narratorkę kluczowych kart przy orderach niemalże do samego końca mają dla odbioru Musimy porozmawiać o Kevinie kluczowe znaczenie. Powieść stanowi zbiór listów, pisanych przez Evę, matkę tytułowego Kevina, do męża – Franklina. Szybko można się zorientować, że z tą epistolografią coś jest mocno nie w porządku – Eva pisze niemal codziennie, ale nie dostaje żadnych odpowiedzi. Niby wspomina o separacji, ale, umówmy się, nie jest to zbyt wiarygodne. Podskórnie czujemy niemal od początku, że zaszło tu coś o wiele gorszego. Czwartek (zawsze wielką literą) powraca jak posępny refren, choć w zasadzie jest puentą historii o czymś zupełnie innym.

Eva mimo bardzo trudnego dzieciństwa (wychowywała ją samotnie matka chora na agorafobię, czyli lęk przestrzeni) odniosła w życiu wielki sukces. Od podstaw zbudowała własną firmę, wydawnictwo przewodników turystycznych adresowanych do backpackerów – turystów chcących zwiedzać świat z plecakiem i dysponujących niewielkim budżetem. Miała kochającego męża, Amerykanina w każdym calu. Chciała go uszczęśliwić, a ponadto pozostawić coś po sobie. Dlatego w wieku 37 lat zdecydowała się – mimo licznych wcześniejszych wątpliwości – na macierzyństwo. I tak urodził się Kevin. Syn, który odrzucił ją już w pierwszych sekundach – nie chciał ssać piersi. Potem było tylko gorzej. Krzyczał całymi dniami, kiedy była z nim sama w domu. Wyrósł na postrach niań i przedszkolanek. Zaczął szkodzić wcześniej zgodnemu małżeństwu swoich rodziców, bo Franklin uważał, że Eva demonizuje problemy i po prostu sobie nie radzi. Przede wszystkim z najważniejszym zadaniem matki. Takim, które powinno się wykonywać bez wysiłku – z pokochaniem własnego syna.

Shriver każe Evie opisywać wydarzenia z bezkompromisową wręcz szczerością (której przed Czwartkiem wyraźnie w jej komunikacji z mężem brakowało, co mogło być jedną z przyczyn dramatu). Ale ta szczerość, paradoksalnie, nie działa na korzyść kobiety. Jasne, Eva może się czuć pokrzywdzona tym, że mąż nie zauważa jej cierpień i bezrefleksyjnie bierze stronę syna. Że wybiera ignorowanie coraz bardziej niepokojących faktów.

Eva jednak najczęściej wybiera bierność. Łatwe wyjścia. Przemilczanie. Tłumienie obaw i złych przeczuć. Walkę z synem zamiast próby zrozumienia go. Chce za wszelką cenę ratować małżeństwo, mimo że od pewnego momentu wie, jak wysoka może się owa cena okazać w praktyce.

Niezwykła historia o wielu różnych, nieoczywistych obliczach zła. I takich samych obliczach miłości. Listowna rozmowa Evy z mężem o synu jest spóźniona, ale na lekturę tej znakomitej powieści, wydanej w oryginale w 2003 roku, na szczęście nie jest za późno. Nadróbcie koniecznie!

Serialowisko 2017 (4)

Czyli końcówka sezonu.

Better Call Saul – sezon 3 – zdecydowany faworyt zestawienia. O ile w poprzednim sezonie tempo rozwoju wydarzeń zaczynało mnie już irytować mimo całego przywiązania do bohaterów, to w tym wszystko było skalibrowane idealnie. Wszystkie wątki ruszyły, co więcej, w końcu doszło do przełomu w najważniejszym, dotyczącym relacji Jimmy’ego z bratem. Wprost nie mogę się doczekać dalszego ciągu. 8,5/10

Fargo – sezon 3 – mimo mocno niemrawego i nieproporcjonalnie rozbudowanego początku oraz dodatkowych dziwnych wstawek narracyjnych pod koniec sezon złapał tempo. Nieco paradoksalnie, w sumie głównie dzięki kreacjom aktorskim, sezon – przez większość odcinków rozlazły jak nieszczęście i słabszy od poprzedniego – wypadło ostatecznie ocenić lepiej. Wystarczy, że w finale nie było UFO. Za to główny Zły, czyli Varga, był absolutnie obrzydliwy. Te zęby, w połączeniu z dłubaniem w nich, sprawiały, że za każdym jego pojawieniem się na ekranie było mi niedobrze, co w sumie chyba świadczy o geniuszu Davida Thewlisa (i pomyśleć, że to poczciwy Lupin z Harry’ego Pottera!) oraz autorów castingu. 7/10

The Americans – sezon 5 – jestem wielką fanką tego serialu i cieszę się, że w końcu zaczął dostawać zasłużone od lat nagrody, ale ten sezon był mocno statyczny, i to także na polu relacji między bohaterami oraz ich wewnętrznej ewolucji, na czym wyraźnie koncentrował się scenariusz. Powstało wrażenie krążenia w kółko i międlenia tych samych problemów. Fajny wątek w ZSRR z Burowami, ale końcówka mocno przewidywalna. 7,5/10

American Gods – mimo niezłego otwarcia odcinki 2 i 3 okazały się pewnym rozczarowaniem. Na szczęście popisowy numer Fullera, czyli kobieta wracająca z martwych (żona Cienia, Laura), tchnął w opowieść życie. Bardzo podobał mi się odcinek w całości poświęcony Szalonemu Sweeneyowi, retrospekcje dotyczące relacji Cienia z żoną, no i finał – ciekawa interpretacja Wielkiejnocy, typowo Fullerowska wizualnie, a pod względem wymowy wierna duchowi powieści. Taki jest zresztą cały serial (wstawki o poszczególnych bogach, z cyklu Przybycie do Ameryki, w większości udane), choć podejrzewam, że mimo wszystko bardziej przypadnie do gustu fanom Fullera niż Gaimana. Gwiazdą na firmamencie castingu jest bezspornie Ian McShane, czyli niezapomniany Al z Deadwood, jako pan Wednesday. Anansi nie do końca mnie przekonał. Wg mnie warto zobaczyć i ciekawa jestem, jak się to rozwinie. Oby Fuller tradycyjnie dla siebie nie skręcił w krainę własnych fascynacji. 7/10

Sillicon Valley po raz pierwszy mnie nużyło. Zaczęło zjadać własny ogon i poza momentami (romans Danesha z hakerką!) nie jest już tak zabawne jak dawniej. Szkoda.

Nic nie boli tak jak życie, czyli wspólny mianownik Moonlight i Manchester by the sea

W zeszły weekend obejrzałam w końcu dwa filmy, które najbardziej mnie intrygowały w Oscarowej stawce. Seanse okazały się mało weekendowe (oba w mocno minorowej tonacji), a jeden wywołał tzw. mieszane uczucia. Ale w obu przypadkach było warto.

Manchester by the sea to ten od mieszanych uczuć, a jednocześnie zdecydowanie bardziej przygnębiający. Powiedziałabym wręcz, że nie dla ludzi o słabych nerwach, czy nawet obniżonym nastroju. Niby obraz posługuje się schematami wytartymi do bólu (główny bohater, grany przez zdobywcę statuetki za najlepszą rolę męską Caseya Afflecka, po śmierci brata powraca do rodzinnego miasteczka, by zaopiekować się bratankiem), ale jednak zaskakuje na każdym kroku. Przede wszystkim poziomem autentyczności, po drugie puentą. Ale nie macie pojęcia, jak ci wszyscy szalenie realistyczni bohaterowie, z głównym na czele, działali mi na  nerwy. Nikt tam nie jest sympatyczny, nawet ten rudy nastoletni bratanek, którego przecież chcemy polubić, bo stracił ojca, jego matka zdecydowanie nie zostałaby nawet laureatką 365. miejsca w konkursie na Matkę Roku, a on, chyba jako jedyny, jest w miarę normalny. Ma jednak sporo za uszami. Wszyscy poza chłopakiem cierpią tak ostentacyjnie, że ma się ochotę po prostu na nich nawrzeszczeć, chociaż nie brzmi to dobrze. Ale naprawdę, ten film jest pod względem emocjonalnym jak chińska tortura wodna. Niekończący się festiwal cierpienia we wszystkich odcieniach czerni i heroicznych, choć podejmowanych bez większej nadziei na sukces, prób dalszego życia.
Achronologiczna narracja przez długi czas każe nam się zastanawiać, co takiego wydarzyło się w życiu Lee Chandlera, że jest emocjonalnym wrakiem, zalewającym regularnie zagadkowego robaka i prowokującym bójki w barach. Że tak mało zależy mu na życiu i najwyraźniej nieustannie próbuje się ukarać. Kiedy w końcu pada odpowiedź, jest jednocześnie prozaiczna i przerażająca. Jedno głupie niedopatrzenie obróciło w gruzy życie mnóstwa ludzi, i choć niektórzy radzą sobie z długoterminowymi konsekwencjami lepiej niż Lee, wszyscy są nieodwracalnie pokiereszowani. Najciekawsze jest chyba to, że los Lee może spotkać każdego. Być może dlatego tak trudno przejść obok tego filmu obojętnie, dlatego tak irytuje i trudno wyrzucić go z głowy. Po seansie oceniałam go gorzej niż Moonlight, ale im dłużej o nim myślę, tym wyraźniej widzę, że żadne inne zakończenie lepiej by tam nie pasowało. Ale dół jak stąd do nie widać i żadnej nadziei.

Moonlight
to niby też oparta na schemacie, ale jednak pisana mu wbrew, historia o dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. W czarnej dzielnicy Miami problemem nie jest kolor skóry głównego bohatera – tu wszyscy są czarni, biedni jak myszy kościelne i chodzą do marnej publicznej szkoły, gdzie bardziej od nauki interesują ich bójki, a jedyną łatwo dostępną ścieżką kariery jest ta w handlu narkotykami, stanowiącym element codzienności. Chiron, niby taki sam jak wszyscy, jest jednak inny, i każdy oprócz niego wie o tym przed nim – zarówno uzależniona od narkotyków matka, jak i koledzy ze szkoły, którzy bezbłędnie, kierowani stadnym instynktem, wybierają go na swoją ofiarę. Nieco paradoksalnie, oparcie chłopiec znajduje w osobie, która bezpośrednio przyczyniła się do tego, że jego matka nie wywiązuje się ze swojej roli. Mentorem i opiekunem Chirona zostaje dość przypadkowo Juan, miejscowy diler (Mahershala Ali, znany dotąd głównie z seriali House of cards i Luke Cage, laureat Oscara za rolę drugoplanową, był z nim w zeszłym tygodniu ciekawy wywiad w Wysokich Obcasach). Film ma trójdzielną kompozycję, widzimy Chirona jako chłopca, nastolatka, który w końcu decyduje się odpowiedzieć swoim prześladowcom, a wreszcie dorosłego mężczyznę, który cały czas tłamsi istotną część swojej tożsamości. Tym razem, na szczęście, będzie coś w rodzaju happy endu, słodko-gorzkiego, ale dającego nieco nadziei na lepszą przyszłość dla bohatera. To taki kameralny film, że Oscar w najważniejszej kategorii był wielkim zaskoczeniem, ale według mnie jest zasłużony. Polecam.

Sfilmować niefilmowalne, czyli Nowy początek

Polecałam tu zbiór Teda Chianga Historia twojego życia 10 lat temu – do tej pory pamiętam fabuły wszystkich opowiadań, co samo w sobie świadczy o ich jakości. Tytułowy tekst, zanurzony w teorii lingwistyki tak bardzo, że chyba trudno o wyższy poziom, wydawał mi się nie najlepszy (tu konkurencja była naprawdę mocna), ale z pewnością był jednym z ciekawszych, zarówno tematycznie, jak i strukturalnie, no i naprawdę skłaniał do interesujących przemyśleń. Jak to często mówię w takich przypadkach – zostawał w głowie.
Niemniej jednego byłam zdecydowanie pewna – nie da się go zekranizować, problematyka prezentuje zbyt wysoki poziom abstrakcji i hermetyzmu, zresztą tekst czysto fabularnie jest mocno statyczny, a dodatkowy problem stanowi jego nieoczywista forma, wyjaśniająca się dopiero na poziomie puenty. Subtelność, która jest największą siłą Historii twojego życia, w połączeniu z powyższymi elementami była też jej największym wrogiem na poziomie jakiejkolwiek adaptacji.
Wróciwszy z wczorajszego seansu Nowego początku, muszę ze zdumieniem poinformować, że jednak się dało:) Udało się zachować przesłanie opowiadania, koncentrację na roli języka w zetknięciu dwóch skrajnie odmiennych cywilizacji i w sposobie postrzegania przez nie świata, oryginalność podejścia do – w teorii skrajnie wyświechtanej – problematyki Pierwszego Kontaktu. A także klimat tajemnicy i złożoną warstwę emocjonalną. Czyli, w zasadzie, wszystko to, co najbardziej istotne.
Co oczywiste, nie sposób było uniknąć zmian, bo jednak jakąś akcję należało widzowi zaoferować (cały wątek polityczno-zamieszkowy został dodany, zmieniono sposób komunikacji z siedmionogami na bardziej atrakcyjny wizualnie i zakończenie). Większość modyfikacji jest jednak do przyjęcia, łącznie z bardziej łopatologicznym wyłożeniem puenty, bo rzeczywiście nie dało się tego obejść, chociaż może aż tak wielka maczuga nie była potrzebna. Nie do przyjęcia i niepotrzebna jest dla mnie jednak zmiana w przyszłości głównej bohaterki. Nie wejdę w szczegóły, żeby uniknąć spoilerów, kto czytał i obejrzy, będzie wiedział, o co chodzi. Kto nie czytał, też będzie zadowolony – przetestowane wczoraj na żywym organizmie:) Wielkim pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie świetna kreacja Amy Adams – według mnie to może być najlepsza rola w jej dotychczasowym dorobku. Dla tych, co znają literacki pierwowzór, ocena jakieś 7,5/10. Nieznającym zapewne całość bardziej przypadnie do gustu. I pamiętajcie – to wcale nie jest film o lądowaniu Obcych. To wielka pochwała siły komunikacji. To, że nie gustujecie w SF, naprawdę nie przeszkodzi wam obejrzeć Nowego początku z zainteresowaniem.
P.S. No i czytajcie Chianga, przed filmem, po filmie, czy bez filmu – wszystko jedno – po raz kolejny jego zbiór opowiadań został wznowiony przy okazji premiery ekranizacji. Ten facet to GENIUSZ.

Zaginiona dziewczyna – wersja filmowa

Obejrzałam. I po raz kolejny potwierdził się fakt, że niektóre książki do ekranizowania nadają się słabo, a co najmniej – nie wszystko da się przenieść na ekran. Seans niebawem po lekturze boleśnie obnaża wszystkie słabe punkty tej ekranizacji, której nie pomógł ani wysoki stopień fabularnej zgodności z oryginałem (tak z 85%), ani świetny reżyser, ani autorka powieści jako autorka scenariusza.
Już recenzując powieść, sygnalizowałam, że fabularnie szału nie ma. Najmocniejszą stroną tekstu był wgląd w myśli bohaterów, ich oceny partnera, innych osób, otoczenia, przemian społecznych. Poza tym dosyć przewidywalną fabułę ratowała konstrukcja z naprzemienną narracją, retardacja, dzięki której powstawało napięcie.
W filmie tego oczywiście nie ma, a zastąpić takich elementów naprawdę nie było czym. Wszystkie wypadki są o wiele bardziej skondensowane, poszczególne elementy intrygi wychodzą na jaw w innym porządku (znacznie szybciej, powstaje wręcz momentami wrażenie pewnego chaosu, osoba nieznająca powieści może nie nadążyć), a to, co musiało zostać wycięte, stanowiło dla mnie największą wartość pierwowzoru. Zmiany, choć nieliczne, bardzo źle wpływają na odbiór całości (zwłaszcza sposób uwolnienia się Amy w książce wypadał o wiele lepiej, w filmie dość groteskowo).
Ben Aflfeck kompletnie nie pasował do mojego wyobrażonego wizerunku Nicka Dunna, bardzo mi przykro. Miał być czarującym chłopcem z Missouri, a jest klocem drewna. Serio, nie wiem, co ta studentka w nim widziała. Z Amy nieco lepiej, z Margo i matką Amy bardzo dobrze (i znów – znaczna redukcja roli rodziców Amy jest zrozumiałą koniecznością, ale w konsekwencji korzenie psychopatii tej uroczej dziewczyny dla widza nieznającego książki pozostaną tajemnicą, by nie powiedzieć wręcz, że jej zachowanie wyda mu się z rzyci wzięte).
7/10, ogląda się dobrze, nie dłuży się (a to w końcu 150 minut), ale w konfrontacji z książką wypada znacznie gorzej (jakieś 5/10) – zdecydowanie polecam lekturę.

Pod niezbyt mocnym aniołem

W końcu obejrzałam kolejnego Smarzowskiego. Z książki Pilcha, czytanej jeszcze w liceum, miałam przebłyski mieszanych wrażeń. Krótka kontrola na Biblionetce ujawniła, że wrażenia musiały być jednakowoż bardziej jednoznaczne. Z czterech czytanych pozycji autora (poza wzmiankowaną: Miasto utrapienia, Bezpowrotnie utracona leworęczność, Pociąg do życia wiecznego – pierwszą zdecydowanie polecam, pozostałe można sobie darować) Anioła oceniłam najniżej, bo na 2.0. Podobał mi się chyba głównie język, plus niektóre przepięknie trafne obserwacje.

Zachowałam z lektury odczucie, że jest to książka, właśnie ze względu na rolę języka, do zekranizowania niemożliwa. Smarzowski jakiś sposób znalazł. Od tego on jest reżyserem, a ja tylko prostą czytelniczką i widzem, żeby umiał trafić tam, gdzie ja nie widzę drogi. Gdzieś doszedł. Nie trzymał się powieści wiernopoddańczo, skupił się na zachowaniu przesłania. Nieco je chyba przekształcił, oczywiście po swojemu, znaczy – w tę bardziej pesymistyczną stronę. Czy, jak kto woli, realistyczną do bólu. Zamiast pulsu Pilchowskiej frazy narracyjne pętle. Jest to jakieś rozwiązanie, jednak nadmiernie w mojej ocenie eksploatowane. W pewnym momencie przestaje robić wrażenie, a zaczyna męczyć. Nie wykluczam, że taka miała być intencja – postawić widza w centrum tego zaklętego kręgu bez wyjścia, niech też zacznie się dusić.
Ale chyba nie tędy droga, efekt w moim przypadku odwrotny do zamierzonego. Zniechęcenie, znudzenie. Byłby to o wiele lepszy film, gdyby był o 20 minut krótszy. Ale jak na film niemożliwy, to nawet całkiem niezły – 6/10. Na pewno nie najlepszy na koncie reżysera.
P.S.Tak jakoś nie opuszczało mnie wrażenie deja vu przy kolejnych wizytach Jerzego w filmowym tytułowym barze. No i co się okazuje? Było to ponoć Cafe szafe na Felicjanek, w mojej ostatniej krakowskiej okolicy:)

Virgin Suicides – wersja filmowa

Na fali wrażeń po lekturze obejrzałam ekranizację, reżyserski debiut Sophii Coppoli z 1999 roku. Przyznam szczerze, że podchodziłam do seansu z niezbyt optymistycznym nastawieniem, gdyż wydawało mi się, że jest to jedna z powieści, których po prostu sensownie sfilmować się nie da. Zbyt dużą rolę odgrywają tu emocje, uczucia, przemyślenia, swoista chemia między postaciami.
Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że da się to zrobić, na poziomie scenariusza pozostając bardzo blisko literackiego pierwowzoru, a warstwę "niefilmowalną" w dużym stopniu można przekazać za pośrednictwem zdjęć i znakomicie dobranej ścieżki dźwiękowej. Duże znaczenie ma też naprawdę dobry casting, w roli najaktywniejszej z sióstr Lisbon, czyli Lux, oglądać możemy np. Kirsten Dunst, a w roli Mary A.J. Cook, znaną zapewne niektórym czytelnikom jako J.J. z Criminal minds.
Jednocześnie jednak, przy wszystkich swoich zaletach, film o wiele bardziej jednoznacznie rozkłada akcenty i w zasadzie pomija najistotniejszy dla mnie aspekt powieści, o którym pisałam poprzednio, całość winy za tragedię sióstr Lisbon składając na barkach rodziców dziewczyn, a w zasadzie – głównie matki. Nie ma w tym nic dziwnego, taka reżyserska wizja (czy raczej wizja scenarzysty, ale na jedno wychodzi, bo w tym wypadku to ta sama osoba), a po części zapewne także zwykła konieczność, gdyż Eugenides swój akt oskarżenia pod adresem lokalnej społeczności spisał naprawdę subtelnie, operując środkami zarezerwowanymi wyłącznie dla prozy.
Dlatego też inaczej zapewne patrzyłabym na film,  nie znając powieści. Jako dzieło niezależne mogłabym ocenić go wyżej. Jako ekranizację oceniam go dobrze i uważam, że wart jest zobaczenia, ale jest uboższy w znaczenia niż jego literacki pierwowzór. Polecana kolejność: książka, film.