Stos zwłok albo obsada kona

Obrodziło nam denatami w finałach sezonów Sons of anarchy oraz Homeland, a także w półfinale Once upon a time. Niżej, z oczywistych powodów, spoilery.

[more]

W SoA padł trup z dawna przeze mnie wytęskniony, acz w dosyć idiotycznych okolicznościach. Był to jedyny pozytywny akcent tego, zdecydowanie najnudniejszego (co – zważywszy na ilość nudy w trzeciej serii – stanowi niebagatelne osiągnięcie) sezonu serialu Kurta Suttera.
Już Jax, piszący w sekwencji otwierającej epizod Sentymentalne, Głębokie Jak Jego Intelekt Bzdety na grobie Opiego (który, gdyby, podobnie jak widzowie, słyszał tekst z offu, pewnikiem by się w tym grobie przewracał), nie wróżył dobrze. Ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że Tarę załatwi naćpana Gemma, wbijając jej w tył głowy, wielokrotnie, dwuzębny rekwizyt kuchenny. I to kiedy? Gdy Heroiczny Jax oddał się do więzienia i wszystko tak ustawił, żeby jego rodzina mogła spędzić okres wyroku w błogim szczęściu. Gdyby wypadki nie potoczyły się tak kompletnie od czapy (telefon do Wayne’a w sprawie kartoteki i natychmiastowy przeskok Gemmy do odczapistycznej konkluzji), byłoby w tym nieco ujmującej ironii. Tak zostaje tylko zażenowanie i resztki najlepszej postaci serialu, czyli Królowej Matki, która tym samym została Królową Idiotek. Po drodze, jakieś dwa sezony za późno, pożegnaliśmy jej drugiego ślubnego, czyli Claya, zwanego przeze mnie Orangutanem. Naprawdę nie mam pojęcia, jak Sutter wyobraża sobie kolejny sezon. Prawdopodobnie, prawdziwie po szekspirowsku, wszyscy pozabijają wszystkich. W tym Jax matkę udusi. Inna sprawa, czy widz, nawet uzbrojony w FF, te kocopały przetrzyma.

Homeland
to przypadek wręcz odwrotny, gdyż chociaż raz (nie daruję przemiany Dextera w drwala) scenarzyści Showtime poszli logiczną drogą i w finale trzeciego sezonu odebrali życie wymęczonemu na wszelkie sposoby głównemu bohaterowi, czyli Brody’emu. Który zawisł był na dźwigu w Teheranie. Dwa sezony za późno (stoję na stanowisku, że Rudy powinien był wysadzić się, zgodnie z planem, w finale pierwszej serii, co zapewniłoby Homeland wysokie miejsce w serialowym rankingu wszech czasów), ale lepiej tak niż wcale. Z tym trupem jest inny problem – dano już zielone światło kolejnemu sezonowi, który zaprawdę nie mam pojęcia, o czym będzie. Zapowiadają się Przygody Stukniętej Samotnej Matki w Stambule.

Once upon a time
z kolei, a raczej tamtejszy denat, to klasyczne WTF. Z jednej strony, powinnam świętować, bo uśmiercenie postaci granej przez Roberta Carlyle’a pozbawia mnie jedynej przyczyny, dla której jeszcze znosiłam ten stek bzdur. Z drugiej – mieliśmy w tym beztroskim logicznie serialu już tyle cudownych wskrzeszeń, że jeśli Rumpelstiltskin, będący najjaśniejszym punktem tej produkcji od samego początku, faktycznie jest martwy, to ja jestem negatywem Cienia Piotrusia Pana. Nawet ci scenarzyści nie byliby aż tak głupi. Tak więc stawiam brylanty przeciwko pustym orzechom, że ten denat jeszcze nam ożyje.

A wy jak oceniacie wspomniane zgony? Może jakieś własne propozycje najgłupszego uśmiercenia serialowej postaci?

Reklamy

Orangutan walczy z płowowlosym pasierbem o przywództwo w stadzie

Czyli słów kilka o dwóch pierwszych sezonach Sons of anarchy. Gdyby ktoś tak przyszedł i powiedział "spodoba Ci się serial o bandzie motocyklowych samców alfa w skórzanych kamizelkach", to bym na niego spojrzała z powątpiewaniem, mówiąc delikatnie:> Po pierwszych czterech odcinkach reakcja byłaby mniej więcej taka sama. No, jeżdżą, strzelają, handlują bronią i generalnie są twardzi. Nuuuda.
Ale później się rozkręca. Nie jest to nic wielkiego, ot, solidna średniaweczka, z akcją przykuwającą uwagę i fajną muzyką. Postawić koło Rodziny Soprano czy The shield i robi się taaakie malutkie. Wybija się kreacja aktorska Królowej-Matki gangu, Gemmy Teller-Morrow, granej przez Peggy Budny (!) i to JAK! Jeden z większych szoków ever. Próbują wchodzić w jakąś głębszą psychologię, ale, poza wątkiem Gemmy, jest z tym średnio. Jak zobaczyłam, że Wiki podpowiada wątki Szekspirowskie (chyba Hamlet), to tak się uśmiałam, że, jakbym miała zajady, to by mi ze śmiechu popękały.
Wylatkowo daremny jest wątek płowowłosego Jaxa, który, będąc chlopakiem prostym jak drzewce dzidy, próbuje przejawiać inklinacje filozoficzne. Rzecz jasna, w chwilach wolnych od demonstracyjnego ociekania testosteronem:> To już wolę prostego, nieskomplikowanego, złego i brzydkiego niczym orangutan złowrogiego ojczyma, czyli Claya. jest spójniejszy.
Zatwistują sobie od czasu do czasu całkiem interesująco i zdecydowanie pooglądać można. Ale do czołówki serialowej jeszcze im daleko. Acz tendencja jest wyraźnie wzrostowa, tzn. drugi sezon lepszy od pierwszego.