Bardzo dużo słów o braku komunikacji (Jonathan Safran Foer, Oto jestem)

coverGłówną emocją, która towarzyszyła mi po zakończeniu lektury Oto jestem, była irytacja. Jako że – parafrazując klasyka – prawdziwego autora poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Foer miał znakomity pomysł i równie dobry początek. Ma też ponadprzeciętny  warsztat i przenikliwość niezbędną do trafnego diagnozowania oraz przekonującego opisywania relacji międzyludzkich. Ale zdecydowanie za bardzo lubi popisywać się własną erudycją i napchał do powieści tyle nic niewnoszących wątków pobocznych i dygresji w dygresjach, że pod masą słów niemal zginęło to, co miało (jak się wydaje) być tematem i największą siłą historii. Czyli opowieść o tym, jak różnorodne i daleko idące skutki może wywrzeć na życie rodzinne i związek brak umiejętności szczerej rozmowy o uczuciach i potrzebach.

Brzmi jak straszliwa klisza, przed którą sama bym uciekła z krzykiem, ale jak to jest przemyślane i napisane! Jacob i Julia są amerykańskimi Żydami, trzecim pokoleniem imigrantów. Religia to dla nich bardziej element dekoracyjny niż fundament codzienności, niemniej pewnych rytuałów przestrzegają. Ona jest architektką, on pisze scenariusze do popularnego programu telewizyjnego, a w wolnych chwilach tworzy w sekrecie własny serial, oparty na codzienności i historii rodziny. Są razem od 16 lat, mają trzech synów, właśnie zbliża się bar micwa najstarszego – Sama. I nagle, za sprawą jednego zdarzenia, oboje odkrywają, że ich miłość – niegdyś wielka, głęboka i szczera – ukradkiem gdzieś przepadła, a siła przyzwyczajenia i wspólne zobowiązania to za mało, by mogli zostać razem. Bo miejsce miłości zajęła niechęć, brak cierpliwości i poczucie narastającego osaczenia. A rodzina nie powinna być pułapką. Powieść pokazuje, jak stopniowo oboje dochodzą do tego wniosku, co nie jest procesem łatwym.

Niby normalne i dosyć logiczne, ale wcale nie tak proste i powszechne. Podobnie jak to, że Foer nikomu nie przypisuje winy, nie chodzi na wygodne skróty. Nie ma tu prawdziwej zdrady, chyba że weźmiemy pod uwagę zdradę zaufania, symbolizowanego przez chodzenie po domu w szabat z zamkniętymi oczami. Jest za to sukcesywnie rosnące oddalenie, aż dystans robi się zbyt duży, by dało się wrócić do utraconego punktu wyjścia. A tego grzechu bierności, zanim na aktywność zrobiło się za późno – tu autor nie pozostawia wątpliwości – dopuścili się oboje.

Niepotrzebnie rzecz została zabagniona wątkami politycznymi izraelskiej diaspory i historyczną traumą przodków Jacoba (co ciekawe, historia rodziny Julii zostaje całkowicie pominięta). Z kolei zbyt mało przestrzeni dostali synowie Blochów, a przecież oni też są członkami rodziny i doświadczają skutków mentalnej separacji rodziców.  Dodatkowym balastem jest styl Foera – ja naprawdę uwielbiam długie zdania, ale niekończące się litanie wyliczeń nawet mnie przytłoczyły.

Oto jestem to rzecz świeża, nieszablonowa, wciągająca i niestety trochę sabotowana przez samego autora, w efekcie czego nie wolna również od pewnych narracyjnych mielizn. Ale na pewno sięgnę po jego pozostałe powieści. Tłumaczył Krzysztof Cieślik, bohater ostatnich tygodni w związku z kuriozalnym, wycofanym pozwem Soni Dragi, a wydało Wydawnictwo  W.A.B.