Jest miłość trudna (Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Jesmyn Ward)

spiewajKolejna z serii lektur o trudnych relacjach rodzinnych. I z tych, z pisaniem o których musiałam poczekać. Podczas czytania byłam nią wręcz zahipnotyzowana, ale pod koniec coś mi zaczęło zgrzytać. Ostatecznie wizja autorki pozostawiła mnie trochę rozdartą, bo choć zwykle nie przeszkadza mi element fantastyczny (często wręcz stanowi niebagatelną wartość dodaną), a tutaj wydawał się on, przynajmniej początkowo, zgrabnie zakomponowany, stanowiąc integralną część opowieści o historii rodziny i regionu, to w pewnym momencie Ward trochę pomieszała porządki i posunęła się odrobinę za daleko. Psując coś bardzo dobrego, zupełnie niepotrzebnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że to niezwykła, świetnie napisana (takoż przełożona na polski przez Jędrzeja Polaka, a język ma tu naprawdę niebagatelne znaczenie) i bardzo poruszająca historia o desperackim poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, na którą chciałabym mimo pewnych zastrzeżeń zwrócić waszą uwagę. Stabilizacji desperacko pragnie trzynastoletni Jojo, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i już dawno przestał liczyć na to, że otrzyma ją od swoich biologicznych rodziców, Leonie i Michaela. Tatką i Mamcią nazywa dziadków ze strony matki, którzy go wychowali. A sam czuje się odpowiedzialny za swoją młodszą siostrzyczkę, Kaylę, dla której stanowi centrum świata. Rutyna codzienności w pełni mu odpowiada, zostaje jednak zachwiana. Najpierw ciężką chorobą Mamci, a następnie zapowiadanym wyjściem z więzienia jego ojca, Michaela. Leonie w rzadkim przypływie uczuć rodzinnych decyduje, że wszyscy – także Jojo i Kayla – pojadą go odebrać z więzienia w Parchman.

Zmagania Leonie, która jest drugą, obok Jojo, narratorką powieści, także zostają opisane bardzo sugestywnie. W pierwszym odruchu (a także drugim i trzecim, mówiąc zupełnie szczerze) czytelnikowi łatwo ją potępić. Zasługuje na to: jest egoistką, osobą nieodpowiedzialną, zaniedbującą dzieci i skupioną wyłącznie na własnych potrzebach. Dodatkowo także narkomanką, co pcha ją do zachowań nieprzeciętnie ryzykownych. Ale Ward nie da nam komfortu zaszufladkowania Leonie, pokaże także przyczyny, dla których się taka stała – przede wszystkim tragiczną utratę starszego brata, Danego. Po tym zdarzeniu miłość Michaela (także niełatwa, bo międzyrasowa, nieakceptowana przez białych rodziców chłopaka) utrzymała dziewczynę przy życiu. Nie starczyło jej już jednak sił na miłość i troskę o kogoś innego, nawet własne dzieci, a pierwsza ciąża uniemożliwiła ukończenie edukacji. Jak to podsumowała jej własna matka w rozmowie z wnukiem:

nie wiem, czy to przeze mnie, czy przez coś, co Leonie ma w sobie. Ale brakuje jej instynktu macierzyńskiego. Wiedziałam o tym, odkąd się urodziłeś, odkąd poszliśmy we troje na zakupy i Leonie kupiła sobie coś do zjedzenia i zjadła to na twoich oczach, chociaż płakałeś z głodu. Od tamtej pory wiedziałam. […] Ona nigdy cię nie nakarmi.

Jest i trzecia warstwa tej historii, opowieść o Tatce. Wielkim, milczącym mężczyźnie, opoce rodziny, człowieku cichym i zasadniczym. Korzenie tej opowieści, którą Jojo poznawał przez całe życie w chaotycznych urywkach, tkwią w więzieniu Parchman, gdzie Tatko trafił, kiedy był niewiele starszy niż Jojo, i musiał pracować ponad siły, walcząc o przetrwanie na każdym kroku. Gdy wyszedł, za wszelką cenę starał się zapomnieć, ale pewne uczynki nie chcą pozostać pogrzebane.

Na każdym z planów jest to także opowieść o brutalnym rasizmie głębokiego Południa. Więzienne losy Tatki, śmierć Danego, konflikt między Michaelem a jego rodzicami: wszystko determinowane jest przez kolor skóry – oczywiście czarny. To on, a nie rodzinny dar słyszenia żywych i umarłych, jest podstawowym, choć niezawinionym przekleństwem wszystkich (z wyjątkiem Michaela) bohaterów opowieści. Niby z pokolenia na pokolenie czarnym żyje się w Missisipi coraz lepiej, a jednak nadal kolor może kosztować ich życie. W przenośni, obejmującej po prostu gorsze perspektywy, oraz zupełnie dosłownie.

Po przeczytaniu zajrzałam do blurba i zobaczyłam, że książkę polecają Margaret Atwood i Marlon James. Świetnie rozumiem, co ich w niej urzekło i dlaczego tę powieść nagrodzono National Book Award 2017, nawet jeśli autorka ostatecznie za bardzo ożywiła swoje duchy.

Przekonajcie się i wy.

Reklamy

Dekonstrukcja ideału (Arnon Grunberg, Tirza)

TirzaTak się jakoś ostatnio złożyło, że czytam sporo powieści, w których istotną rolę odgrywają relacje rodzinne.  Ale Tirza była spośród nich zdecydowanie najdziwniejszą i najtrudniejszą do oceny. Muszę przyznać, że bezpośrednio po zakończeniu lektury w moich czytelniczych odczuciach dominował zawód. Mniej więcej do połowy historia trzymała w napięciu i ciągłym niepokoju, dając poczucie obcowania z czymś niezwykłym. Później napięcie wyparowało, a gdy autor ostatecznie zdecydował się ujawnić zakamuflowany uprzednio zwrot akcji, okazał się on, mimo swojego makabrycznego charakteru, rozczarowująco przewidywalny. Zwyczajny do bólu. Miałam poczucie, że zostałam oszukana – złożono mi stertę obietnic (pieczołowicie i w rozbudowany sposób uwiarygodnionych), które ostatecznie nie zostały spełnione, rozpłynęły się w efektownym banale.

Ale potrzebowałam czasu, żeby ochłonąć (sam stopień mojego emocjonalnego zaangażowania w powieściowe zdarzenia i gwałtowność negatywnej reakcji na puentę potwierdzają, że nie była to proza typowa) i spojrzeć na fabułę z dystansu. Kiedy już to zrobiłam, ocena całości uległa pewnemu polepszeniu, zrozumiałam bowiem, że nie sama fabuła była w Tirzie najważniejsza. Najważniejszy był bohater, Jörgen Hofmeester, i jego osobisty dramat. Oto, w jakich okolicznościach autor przedstawia nam swojego bohatera:

Jörgen Hofmeester stoi w kuchni i kroi tuńczyka na przyjęcie. Lewą ręką przytrzymuje surową rybę. Trzyma nóż tak, jak nauczył się na kursie „Jak przyrządzić sushi i sashimi”, w którym brali udział z małżonką pięć lat temu. Nie za mocno przyciskać nóż, na tym polega sekret.

Niby zwyczajne zdanie, normalna czynność, a jednak dla mnie już ta małżonka była podejrzana. Tu wprawdzie wypowiada się jeszcze narrator, ale szybko okazuje się, że Hofmeester nie myśli o swojej żonie inaczej niż właśnie per małżonka. To raczej nie jest typowe, jak zresztą większość rzeczy w jego małżeństwie. Choćby to, że małżonka trzy lata temu wypisała się z rodziny, pozostawiając ojcu wychowanie młodszej córki – jak to mówią, wyszła po pomidory i nie wróciła do tej pory. Z porzuceniem jednak bohater jakoś sobie poradził. Stanął na wysokości zadania, podtrzymał rutynę, bardzo dla niego istotną, i funkcjonowanie rodziny. Nawet kiedy małżonka (naprawdę po przeczytaniu tej powieści nie da się użyć innego słowa, zresztą, o ile się nie mylę, imię połowicy Hofmeestera w ogóle w tekście nie pada, i chyba nieprzypadkowo, bo to nawet nie osoba, jedynie piastun funkcji) na kilka dni przed imprezą maturalną Tirzy, młodszej córki, wraca do domu, nie tłumacząc nic nikomu, protagonista zachowuje zimną krew, opanowanie i kulturę. Słowem, nie jest łatwo go złamać czy choćby poruszyć.

Dla Jörgena bycie normalnym, szanowanym członkiem społeczeństwa, wzorowym ojcem rodziny, pracownikiem wydawnictwa, właścicielem domu pod dobrym amsterdamskim adresem – to wartości najważniejsze i fundamentalne. Już we wstępnej części powieści czytelnik nabiera jednak przekonania, że między postrzeganiem rzeczywistości przez bohatera a sferą faktyczną zieje ogromna przepaść. Innymi słowy, z Hofmeesterem, mimo wszystkich jego racjonalizacji, służących podbudowie samooceny, jest coś nie tak. Pozory i opowieści snute na własny użytek stanowią kotwicę, dzięki której utrzymuje się na powierzchni codzienności, a wyparcie – jego podstawowy mechanizm adaptacyjny. Grunberg stopniowo odbiera bohaterowi wszystkie składowe jego tożsamości, wszelkie zabezpieczenia. Zmusza go w końcu do stawienia czoła niełatwej prawdzie o własnej rodzinie i sobie samym. A to, jak można się domyślić, nie kończy się najlepiej.

Z perspektywy czasu uważam, że Tirza to powieść, którą powinno się przeczytać dwukrotnie. Bo dopiero kiedy zna się fabułę, można w pełni docenić wszystko, co dzieje się w tle. Cichy dramat jednostki, której świat powoli, ale nieodwołalnie się wali. Świat wprawdzie w dużej mierze fikcyjny, ale dla niej realny i wystarczający.

Nie najlepsza, ale zdecydowanie najciekawsza z trzech czytanych przeze mnie do tej pory pozycji od Wydawnictwa Pauza. Przekład – Małgorzata Diederen-Woźniak.

Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Tyle się tu wydarzyło, a zostały tylko kible (Łukasz Orbitowski, Kult)

kultNiby obiecywałam sobie po rozczarowującym Exodusie nie rzucać się na nową powieść Orbitowskiego, ale byłam jej zwyczajnie ciekawa. Czy poprzednia była tylko wypadkiem przy pracy?

Akcja marketingowa przed premierą Kultu eksponowała wątek objawień maryjnych na oławskich działkach, inspirowany życiorysem Kazimierza Domańskiego. Faktycznie jednak objawienia są tam tylko na doczepkę i przydarzają się niejako w tle. Jest to bowiem przede wszystkim opowieść o rodzinie, a właściwie o braciach – Zbyszku i Heńku, którego postać posiada pewne kluczowe elementy biografii oławskiego wizjonera, ale też w wielu istotnych punktach różni się od oryginału. Ten nieżyciowy, nierozgarnięty, a jednak wybrany do wielkości i niezwykłości młodszy brat pozostawał przez niemal całe życie pod opieką starszego, Zbyszka. I to właśnie Zbigniew Hausner opowiada Łukaszowi (w domyśle zapewne Orbitowskiemu) całą historię.

To rozwiązanie narracyjne jest kluczowe – słuchamy pewnej całości, niezakłóconej żadną ingerencją,  razem z nagrywającym monolog opowiadacza pisarzem (powieść podzielona jest na kolejne taśmy), co pozwala na swobodną, nieskrępowaną chronologią, a dyktowaną częstokroć przez emocje i skojarzenia narratora, dynamiczną i meandrującą konstrukcję opowieści. Oczywiście, uzyskanie takiego pseudo-swobodnego efektu wymagało zapewne mnóstwa pracy, a przede wszystkim stworzenia wiarygodnego gospodarza, którego czytelnik zechce cierpliwie i z przyjemnością słuchać przez niemal pięć setek stron.

I to się udało na szóstkę, bo Zbyszek Hausner to prawdziwy, spójny facet: fryzjer z etosem zawodowym i prywatnym, szczęśliwy mąż i ojciec, dobry i opiekuńczy brat. Człowiek rozsądny, charakterny, lecz niepozbawiony poważnych wad (bez trudu godzi notoryczne skoki w bok z bezbrzeżnym oddaniem ognisku domowemu). Jednak świadomy swoich niedoskonałości i szczery, zdolny do bardzo krytycznej autorefleksji. A jednocześnie gawędziarz z dużym poczuciem humoru. Słowem, stworzony, by zagadywać – klientów, żonę, kolejne kochanki, pisarza, który zawędrował do Oławy, oraz rzesze jego czytelników. Dzięki swoim wadom, wątpliwościom, licznym skazom charakteru i ciemniejszym epizodom biografii Zbigniew Hausner zdobywa nasze zaufanie, a z czasem, gdy okazuje się to niezbędne, także zrozumienie i współczucie. Nim Kult stoi, a nie Heńkiem, płaczącą krwią figurą, krwawiącą monstrancją i całą plejadą innych działkowych cudów.

Ważną zaletą Kultu jest przedstawienie realiów społeczno-obyczajowych, istotnych nie tylko dla wyjaśnienia uwarunkowań działań bohaterów, ale także w kontekście objawień i późniejszej budowy sanktuarium, do których to zdarzeń musiała się ustosunkować zarówno władza świecka, jak i kościelna. Tu Orbitowski posługuje się  zręcznym wytrychem, bo wszystkie te potencjalnie nudne dla czytelnika rafy omija, a raczej sprytnie neutralizuje, dodając do obu płaszczyzn komponent osobisty. Rządzący miasteczkiem w imieniu partii Waldek oraz marzący o własnej parafii wikary Romek to u niego po prostu najbliżsi kumple Zbyszka Hausnera z dzieciństwa. Nie znaczy to jednak, że przez wzgląd na dawne sentymenty będą Heńka głaskać po główce, zdobnej w niewidzialną cierniową koronę. Ale takie ustawienie sytuacji pozwala autorowi w swojski i przystępny sposób opisać reakcje tronu i ołtarza na objawienia.

Jest zatem Kult powieścią autentyczną, angażującą i dobrze przemyślaną. Płyniemy z nurtem wartkiej gawędy Zbyszka, niejako mimo woli oddając się wraz z nim niełatwym refleksjom. A kończy się ciekawą, bo mało literacką, a typowo życiową puentą. Nie jest to najlepsze dokonanie Orbitowskiego (tę palmę wciąż dzierży u mnie Szczęśliwa ziemia), ale zaciera bez śladu absmak po Exodusie. Warto.

Sztokholm brzydki, trochę śmierdzi, a sprawiedliwość trzeba wymierzyć (Sztokholm 1793, Niklas Natt och Dag)

sztokholmJest to rzadki przypadek kryminału debiutanta, po który sama na pewno bym nie sięgnęła, a który przyjemnie zaskoczył mnie poziomem. Dlatego postanowiłam pominąć na razie zaległości kwietniowe i napisać wam o nim poza kolejnością. Tytuł polecał wprawdzie na Facebooku Wojciech Chmielarz, ale po tym, jak nie tak dawno boleśnie nacięłam się na inną jego rekomendację (Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka), to by mi nie wystarczyło. Pojawiły się jednak pozytywne opinie wybrednych użytkowników forum Zaginiona Biblioteka, a to już dostatecznie mnie zaintrygowało.

Autor zabiera nas do niezwykle realistycznie odmalowanej szwedzkiej stolicy u schyłku XVIII wieku. Co oznacza brud, smród i ubóstwo. Każde z tej trójcy malowniczo i realistycznie opisane. Detalicznie również. Jeśli należycie do czytelników zdegustowanych tym, że w powieściach historycznych panuje współczesna iście czystość i porządek, tym razem będziecie usatysfakcjonowani opisem miejskiej rzeczywistości. Bowiem tak to faktycznie mogło wyglądać. I pachnieć. Do tego w stolicy panuje chaos wywołany udanym zamachem na życie króla Gustawa III, co sprzyja rozmaitej maści kombinatorom oraz wichrzycielom, a u przestępców budzi poczucie całkowitej bezkarności. Dość powiedzieć, że kiedy z miejskiego jeziorka – ścieku zostają wyłowione makabrycznie okaleczone zwłoki, a w gruncie rzeczy ludzki kadłubek, będący już w zasadzie u schyłku urzędowania zwierzchnik policji zwraca się o pomoc w wyjaśnieniu sprawy do cierpiącego na zaawansowane suchoty prawnika Cecila Winge. Nikt inny poza tym żywym trupem, czas zgonu którego obstawia się w miejscowych gospodach, nie wydaje mu się bowiem godny zaufania, a nie da się przesądzić, że na jednej ofierze się skończy.

Śledczy jest więc, mówiąc łagodnie, specyficzny, a i jego asystent z przypadku pospolitością nie grzeszy. Mickel Cardel stracił na wojnie rękę, którą zastępuje mu drewniana proteza, oraz spokój ducha, którego pita bez umiaru gorzałka (mimo usilnych prób z jego strony) zastąpić mu nie może. W uznaniu wojennych zasług weteran ów dostał posadę pomocnika strażnika miejskiego, czyli w zasadzie hycla, którego zadaniem jest aresztowanie prostytutek i bezdomnych, wegetujących na ulicach stolicy. Obowiązków służbowych nie wykonuje, bo się nimi brzydzi, ale umundurowanie nosi i skromny żołd pobiera. Z tego powodu zostaje wezwany do wyłowienia z miejskiego ścieku wspomnianych wyżej makabrycznych szczątków, zaś charyzma konającego prawnika wywiera na nim tak wielkie wrażenie, że postanawia wraz z Cecilem Winge znaleźć mordercę.

Ale oprócz śledztwa i meandrów biografii dwójki protagonistów, z których każdy skrywa własne mroczne sekrety, autor oferuje czytelnikowi dwa równie ciekawe wątki, przedstawiane z perspektywy dwojga kolejnych bohaterów. Historia Anny Stiny daje wgląd w niewesoły (mówiąc bardzo łagodnie) los osieroconej młodej kobiety, która ośmieli się odmówić swojej ręki i wdzięków zainteresowanemu, lepiej od niej sytuowanemu młodzieńcowi. Samo oskarżenie o nierząd wystarczy, by została skazana na przymusową pracę w przędzalni, w ramach reedukacji i dla jej własnego dobra.

Z kolei historia Junkiera Blixa, opisana w jego listach do siostry, to typowa zapewne dla epoki i dojmująco  smutna opowieść o młodym, pochodzącym z prowincji człowieku z aspiracjami, który chciał skrócić sobie drogę do wyższych sfer, a skończył jako żywy towar, bo ktoś wykupił jego skrypty dłużne, a komuś innemu potrzebny był człowiek o umiejętnościach felczera.

Sama intryga kryminalna może zatem nie powala dynamizmem i złożonością (choć wątek ten sfinalizowany zostaje w satysfakcjonująco przewrotny sposób), ale Sztokholm 1793 ma w warstwie obyczajowej i historycznej mnóstwo do zaoferowania, a narracja jak na debiutanta jest sprawna, wartka, świetnie kontrolowana. Słowem, zdecydowanie warto. Tłumaczył Wojciech Łygaś, a wydała Sonia Draga.

Poprzeprowadzkowe porządki – marzec 2019

smierciBlox wczoraj zakończył żywot. Ustawiłam przekierowanie tutaj, może jeszcze ktoś trafi. Całość poprzedniego bloga mam w statycznej kopii, wykonanej przy pomocy A1 Website Download i zmagazynowanej dla bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, więc w jakimś wąskim sensie komentarze również przetrwały.

Wracając do naszych baranów, czyli nieopisanych lektur z marca (i jednej spadkowiczki z  lutego), będzie to dość eklektyczne gatunkowo zestawienie, bo: kryminał, powieść SF, kryminał z wątkiem SF oraz szeroko zachwalana powieść obyczajowa byłego fantasty.

Czerwień kości Ann Cleeves, czyli trzeci tom cyklu szetlandzkiego, podobała mi się chyba najmniej z dotychczasowych odsłon, choć bez wyraźnie sprecyzowanego powodu. Teoretycznie jest tu bowiem wszystko, za co polubiłam poprzednie tomy. Kolejna wyspiarska zamknięta społeczność, dobrze skomponowana intryga z istotnym wątkiem rodzinnym znanego nam już i nieco powolnego funkcjonariusza Sonny’ego, wykopaliska archeologiczne oraz ciekawe nawiązanie do roli wyspiarzy w II WŚ. Rozwiązanie zagadki jest zarazem oczywiste i zaskakujące, czyli dokładnie takie, jakie powinno być w porządnym kryminale. Ale czasem po prostu coś nie zagra na linii książka – czytelnik, i to był dokładnie taki przypadek. Całość chyba tłumaczono w pośpiechu i nie najlepiej zredagowano/poddano niezbyt starannej korekcie, bo choć czytało się płynnie, przyjemność zaburzały literówki, językowe niezręczności i stylistyczne zgrzyty. Jimmy Perez tym razem odstępuje koledze z jednostki pierwsze skrzypce i tak się tylko snuje w tle, choć ostatecznie to on znajduje rozwiązanie. Po przemyśleniu – mimo spójności intrygi jest w niej tym razem wyczuwalna teatralność, element sztuczności. I chyba to mi najbardziej zawadzało. Choć oczywiście sięgnę po następną część.

Przebudzenie Lewiatana Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywa się pisarski tandem – Daniel Abraham oraz Ty Franck) to początek długo odkładanej przygody z cyklem SF Ekspansja. I kolejny, niestety, przypadek, w którym fatalna jakość niepoprawionego rzetelnie przez korektę i redakcję tłumaczenia skutecznie zatruła mi radość czytania. Pomna krążących w sieci przestróg (oraz z obawy, że kosmiczna terminologia w oryginale mnie przerośnie), wzięłam się za edycję Wydawnictwa MAG, w tłumaczeniu Marka Pawelca. Śmiechom i żartom nie było końca. Zaczęłam nawet cykl na Instagramie #polskizTheExpanse, ale cierpliwości starczyło mi na 2 posty, bo musiałabym pół książki zamieścić. Niemniej, oto uwiecznione przykłady: 1.Będąc częściowo ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej. 2. – My… – zaczął Lopez, gdy urwał mu klakson oznajmiający alarm. A co do samej powieści, o ile fabuła jest naprawdę interesująca (w miarę bez spoilerów, przesyłka od obcej cywilizacji, która ma zostać wykorzystana w galaktycznej rozgrywce politycznej, dość spektakularnie wyrywa się spod kontroli), to postaci i język jej nie pomagają I to jest gigantyczny eufemizm. Co do języka, częściowo może to być po prostu kwestia tłumaczenia, choć podejrzewam, ze w oryginale też jest nieskomplikowany i niezróżnicowany stylistycznie. Co do fabuły, rozwija się bardzo wolno i chyba nie każdy będzie na tyle zaintrygowany zagadkami, by przetrwać ten rozbudowany, niemrawy początek. Gdyż bohaterowie są, niestety, z drewna. Jakby żywcem wzięci z jakiegoś podręcznika podstaw pisania, rozdział: Życie w kosmosie przyszłości. Szkicowani grubą kreską, z życiem wewnętrznym ameb i takimiż przemyśleniami (no, może Miller ma jakiś potencjał, choć jest męczący z tym swoim zakochaniem w dziewczynie, której nawet na oczy nie widział). Natomiast Holden to taki Pinokio (męski odpowiednik Mary Sue, chodzący idealistyczny idiota), że z trudem go znosiłam. I teraz nie do końca wiem, co robić. Jestem ciekawa, jak się to wszystko dalej potoczy. Nudnego wprowadzenia już nie będzie, ale bohaterowie raczej nie przejdą jakichś radykalnych metamorfoz, o stylu nie wspominając. Czy kolejne tomy są lepsze? Będę zobowiązana za podpowiedź.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuarta Turtona to powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem rekomendacji Marcina Zwierzchowskiego. Intrygujący był już sam blurb, obiecujący  obcowanie ze spłodzonym na pokwasowym tripie dzieckiem Christie i Pratchetta. Początek powieści, pełen niewiadomych, z gęstą atmosferą zagrożenia, w której czytelnik błądzi po omacku wraz z doktorem Sebastianem Bellem, zdaje się spełniać te obietnice. Im jednak dalej w las, to znaczy w kolejne z ośmiu wcieleń, jakie ma do dyspozycji Aiden Bishop, by dzień po dniu, powracając w pętli czasowej rodem z Dnia świstaka do zrujnowanej rezydencji na odludziu, składać w całość zagadkę tożsamości zabójcy córki gospodarzy, tym zachwyt mniejszy. Wydaje się, że przede wszystkim debiutującemu pisarzowi nie starczyło umiejętności warsztatowych, by udźwignąć własny, bardzo ciekawy, złożony i skomplikowany pomysł. O ile początkowo odkrywanie wraz z bohaterem zasad gry, ograniczeń kolejnych wcieleń i wskazówek prowadzących do rozwiązania kryminalnej zagadki jest naprawdę ekscytujące, to gdy przychodzi do wyłożenia wszystkich kart, intryga okazuje się spiętrzeniem melodramatycznych absurdów. Sama zaś mechanika pętli czasowej ma dość przewidywalną dla średnio oczytanego czytelnika SF genezę i coś w tym rodzaju podejrzewałam od samego początku. Niemniej, jak na debiut, to niewątpliwie udana powieść. Choć zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie oferuje, warto poświęcić jej czas.

Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam, i wiem, że do następnej nie będę się spieszyć. Po lekturze dominującym wrażeniem było, że najbardziej adekwatny tytuł brzmiałby Nic z tego nie wynika. To mozaika obyczajowych historii. Olga miała karierę, teraz realizuje hobby w piekarni. Igor miał brata, który nie wrócił z turnieju w Japonii. Grabił w ramach terapii liście w ogródku rodziców Olgi, no i się w niej zakochał. A w tej miłości nic nie było proste. Marzena miała męża, ale go straciła na skutek tragicznego wypadku i została sama z synem, Klemensem, cierpiącym na ciężką postać autyzmu. Jakoś te wątki się przecinają. Ale po co? Wszystko to są oczywiście zgrabnie opisane, życiowe historie, ale trochę jak z rubryki Listy do redakcji w piśmie kobiecym.  Osobne, ładnie dopracowane koraliki, które nie przynależą do tego samego sznurka, a z ich przelotnego zderzenia nic nie wynika. Zabrakło puenty, jakiejkolwiek, nieco mniej banalnej niż Życie bywa trudne na wiele sposobów. Czyta się płynnie i równie szybko zapomina, a niektóre rekwizyty ogrywane przez autora (balony, fontanny, japońskie drzeworyty) są nieznośnie pretensjonalne. Nie wiem, skąd zachwyty.