Antychryst udomowiony (Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen)

Tę pozycję odkładałam długo, ale
zapowiedź serialu BBC z Michaelem Sheenem i Davidem Tennantem w rolach anioła
Azirafala i demona Crowleya zmotywowała mnie do nadrobienia zaległości. Jako że
o polskim przekładzie krążą niezbyt dobre opinie, idąc za ciosem po Dresdenie,
ponownie sięgnęłam po wersję oryginalną. Parę słów o fabule: po narodzinach Antychrysta
dochodzi do pomyłki i chłopiec, zamiast wychowywać się wśród satanistów,
dorasta w niewielkim, idyllicznym brytyjskim miasteczku, które kocha z całego serca.
Gdy w jedenaste urodziny Adama pojawia się piekielny ogar, by stanąć u boku swego
pana i pomóc mu sprowadzić Apokalipsę, ze zdumieniem odkrywa, że oczekuje się
od niego raczej aportowania. Kiedy legiony Nieba i Piekła sposobią się do
ostatecznego starcia, ich ziemscy wysłannicy – Azirafal, dawny strażnik wrót Raju,
oraz Crowley, dawny Wąż, odkrywają, że przez sześć minionych tysiącleci przywiązali
się do świata i zdecydowanie woleliby, żeby nie stanął on w płomieniach.
Postanawiają sabotować Koniec Czasów. Tymczasem Czterej Jeźdźcy wsiadają na
dwudziestowieczny odpowiednik imponujących rumaków, czyli motocykle, i
wyruszają do siedziby Antychrysta, by wypełniło się to, co zostało
przepowiedziane. A jest jeszcze Anatema Device, potomkini Agnes Nutter, jedynej
prorokini w dziejach, która trafnie (choć bardzo enigmatycznie) przepowiedziała
całą przyszłość, nim spłonęła na stosie.

Brzmi dobrze, prawda? Niestety, z
wykonaniem jest troszeczkę gorzej. Początek wypada świetnie, podobnie jak końcowa
ćwiartka, natomiast w środek wkrada się sporo chaosu i tempo zdecydowanie
siada. Być może ma to pewien związek z faktem, że powieść pisały dwie osoby, w
dodatku przesyłając sobie pocztą dyskietki i konsultując się przez telefon (Dobry Omen powstawał pod koniec lat 80.).
Sam pomysł zamiany dzieci i zawiązania akcji był dziełem Gaimana, jak popchnąć
akcję dalej, wymyślił natomiast Pratchett. On też stworzył niedocenioną przez
jej współczesnych prorokinię Agnes Nutter i opisywał większą część perypetii
Adama i grupki jego przyjaciół, w rodzinnym miasteczku znanych jako Oni. Gaiman
prowadził motocyklistów Apokalipsy, a resztę napisali na przemian (Pratchett
nieznacznie więcej, on też zredagował całość). Nie bez znaczenia jest też
zapewne, że dla Gaimana był to pisarski debiut, a Pratchett miał wtedy na
koncie dopiero dwa pierwsze, najbardziej slapstickowe i w zasadzie
nieprzystające do reszty cyklu, tomy Świata Dysku, czyli Kolor magii i Blask
fantastyczny
. W dużym stopniu humor Dobrego Omenu jest podobny, co nie znaczy
bynajmniej, że brakuje w nim zabawnych scen – przeciwnie, jest ich cała masa,
może właśnie aż za dużo, przez co cierpi na tej ilości harmonijny rozwój
fabuły. Zapewne inaczej odbieram tę książkę, bo znam cały późniejszy, o ileż
dojrzalszy pod każdym względem, dorobek obu autorów. Jednak to, co
charakterystyczne dla stylu każdego z nich, jest w niej już obecne i sprawia,
że mimo pewnej sinusoidalności to wciąż bardzo przyjemna lektura. Zwłaszcza
relacja anioła i demona opisana jest znakomicie. Mimo masy gagów nie brakuje
też filozoficznej refleksji o wartościach fundamentalnych. Nienachalnej,
pogodnej, pozbawionej dydaktyzmu i wplecionej mimochodem, czyli takiej, którą
przyswaja się najlepiej. Gaiman, wypełniając ostatnią prośbę Pratchetta,
pracuje nad serialem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znajdzie się w nim
wszystko, co w tej książce najlepsze. Mimo pewnych zastrzeżeń bawiłam się przy
lekturze bardzo dobrze i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu.

Reklamy

Mogło być lepiej, a wyszło jak zawsze (Jak zawsze, Zygmunt Miłoszewski)

Ze sporym zdumieniem odkryłam najnowszą powieść Miłoszewskiego na liście pomocniczej dla elektorów Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego. A jako że 2017 był w polskiej fantastyce wyjątkowo ubogi (dwa tygodnie temu miałam 4 książki warte choćby rozważenia przy nominowaniu, przy czym wyłącznie co do Niepełni Anny Kańtoch miałam niezbite przekonanie, że na tę nominację zasługuje), postanowiłam, jak na dobrego elektora przystało, przed końcem głosowania nadrobić tę zaległość.
Pomysł na powieść jest niezbyt skomplikowany – para małżeńska z pięćdziesięcioletnim stażem, Ludwik i Grażyna, podczas prywatnych obchodów okrągłej rocznicy rozpoczęcia swojego związku cofają się w czasie do jego początku. Znów jest rok 1963, a oni dostają unikalną szansę – mogą ponownie przeżyć swoje życie, razem albo osobno. Jednak, choć bohaterowie mieszkają mniej więcej w tych samych miejscach w Warszawie, nie wszystkie okoliczności przyrody pozostały bez zmian. I modernistyczna architektura blokowiska Ludwika nie stanowi najważniejszej różnicy. Po kilku latach powojennych rządów komuniści zostali obaleni z pomocą Francji. Polską rządzi prezydent Eugeniusz Kwiatkowski i popierająca go liberalno-chłopska większość parlamentarna, a w Warszawie zamiast Pałacu Kultury stoi Wieża Przyjaźni. Grażyna pracuje jako nauczycielka zarządzania gospodarstwem domowym w państwowej szkole Kobiety Bez Granic, do której, w ramach wyrównywania szans na zostanie damą z międzynarodowego towarzystwa, dziewczęta przyjmowane są bez względu na pochodzenie. Ludwik jak był terapeutą, tak jest nim nadal. Jak miał żonę – naukowca (którą zostawił dla Grażyny), tak nadal ma. Jednak w nową rzeczywistość bohaterowie wchodzą z doświadczeniem przeżytych pięćdziesięciu lat. Ciekawie się patrzy, jak wpływa to na ich decyzje, choć – podobnie jak w piosence, od której wziął się tytuł – zarówno miłość, jak i historia w końcu wracają na stare tory.
Jako że jestem zdania, iż Zygmunt Miłoszewski pisał do tej pory dobre powieści, ale kryminały kiepskie, z bardzo naciąganymi fabułami, nie przeszkadza mi zmiana gatunkowej konwencji, do której sam autor ironicznie nawiązuje w rozmowie Ludwika z potencjalnym wydawcą polskiej wersji przygód Roberta Langdona i Harry’ego Pottera. Przyznam się wręcz do nadziei, że bez gatunkowego gorsetu pisarz stworzy w końcu coś pełnego. Niestety, powieść pozostawia ostatecznie spory niedosyt. Dobrze się to wszystko czyta, ciekawie odkrywa alternatywną, frankofilską Warszawę lat 60. i jest w Jak zawsze na wielu poziomach potencjał, który jednak na żadnym nie zostaje w pełni wykorzystany. Realia polityczne opisane są wyrywkowo i niemiłosiernie spłycone, więc choć pomysł wyjściowy jest intrygujący, to jednak zostaje zarżnięty poprzez proste przeniesienie pół wieku wstecz aktualnego narodowego sporu politycznego. Realia społeczne też zostają zaledwie liźnięte, a szkoda, bo nawet przy tak pobieżnym potraktowaniu pojawiają się ciekawe elementy. Prywatne sprawy bohaterów pozostają ostatecznie w zawieszeniu.
Powieść pisana jest ewidentnie pod rynek francuski i choć w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi chęć zdyskontowania odniesionego tam sukcesu, to jednak autor trochę zbyt negatywnie i stereotypowo przedstawia Polaków (jako prostych i poczciwych, a jednocześnie swarliwych i w sumie łatwych do omamienia konsumentów wódki i kapusty), a zdecydowanie zbyt łagodnie na tym tle obchodzi się z Francuzami, co do których uzasadnionych stereotypów również nie brakuje (choć owszem, wspomina ich niechęć do nauki języków obcych oraz poczucie wyższości, ale tak delikatnie, żeby na pewno się nie pogniewali). Rozumiem, że to jest satyra, a frankofilowi neoficie trudno zdjąć różowe okulary, ale nieciekawie taka dysproporcja wygląda i drażni. A skoro drażni nawet mnie, podzielającą autorską diagnozę naszego narodowego charakteru, to podejrzewam, że coś jest na rzeczy.   
Zaś chyba najbardziej mam Miłoszewskiemu za złe, że także warstwy fantastycznej nie zdecydował się domknąć. Przeniósł bohaterów w czasie i geopolitycznych realiach. Zasugerował, że jedna i druga rzeczywistość wzajemnie się przenikają. I na tym poprzestał. Tak że fantastyka też z tego żadna. Najlepiej broni się zatem warstwa psychologiczno-obyczajowa. Jak zawsze u tego autora.

Segregacja jako klucz do integracji (Paul Beatty, Sprzedawczyk)

Jak już wielokrotnie pisałam, do książek nagradzanych (w tym przypadku Man Booker Prize 2016) mam stosunek wybitnie nieufny. Jednak Sprzedawczyk spełnił z nawiązką moje oczekiwania, a po przeczytaniu blurba spodziewałam się po prostu interesującej lektury. Tymczasem – choć oczywiście jest to w sumie lekka, zabawna i mocno ironiczna historia – między kolejnymi żartami i perypetiami głównego bohatera przemyca refleksję o tym, czy segregacja faktycznie się w USA zakończyła. I daje odpowiedź łatwą do przewidzenia – zakończyła się formalnie, ale nie faktycznie, a żeby tę smutną prawdę obnażyć, trzeba spróbować ją przywrócić, choćby tylko na lokalną skalę. Skutki tego społecznego eksperymentu mogą okazać się zaskakujące.
Zaczyna się od wykreślenia miasta Dickens z mapy. Jak dowiadujemy się z przypisów tłumacza Piotra Tarczyńskiego, bez których powieść, naszpikowana odniesieniami do historii segregacji, byłaby bez wątpienia dla polskiego czytelnika o wiele mniej zrozumiała, Dickens jest fikcyjnym miejscem, ale pod wieloma względami stanowi odpowiednik Compton, miasta leżącego w samym środku hrabstwa Los Angeles, na południe od centrum miasta Los Angeles. W Compton, jak w Dickens, znajdują się tereny rolnicze i to Compton uznaje się za jedną ze stolic gangsterskiego rapu. Kiedyś zamieszkane w przeważającej większości przez czarnych, dziś Compton jest w 65% latynoskie, Afroamerykanie zaś stanowią tylko około jednej trzeciej mieszkańców.
Główny bohater, tytułowy Sprzedawczyk, jest z wykształcenia rolnikiem, hoduje zwierzęta, uprawia z sukcesami autorskie odmiany warzyw i owoców, w wolnych chwilach surfuje i popala marihuanę. Jest też – wbrew własnej woli – posiadaczem niewolnika, który był swego czasu dziecięcą gwiazdą filmową, ale to osobna ciekawa historia, po szczegóły której odsyłam do książki. Natomiast czynnikiem zasadniczym dla biografii protagonisty były nie jego własne życiowe wybory, ale fakt, na który nie miał wpływu. Był synem czarnego psychologa, który jako jedyny praktyk specjalizował się we własnej, autorskiej dziedzinie – psychologii wyzwolenia, a chodziło o wyzwolenie czarnej rasy.  Z syna, którego wychowywał samotnie, od jego najwcześniejszego dzieciństwa uczynił obiekt eksperymentów. Tym zatem bohater był, czarnym mieszkańcem Dickens i synem swojego ojca, który – mimo pokładanych w nim nadziei – okazał się dla rodzica wielkim rozczarowaniem.
Problem pojawił się, kiedy ojciec umarł, a miasto, przynajmniej w sensie administracyjnym, zniknęło. Bohater musiał odnaleźć własną tożsamość, a że nie był w stanie – mimo prób – zastąpić ojca na stanowisku Zaklinacza Czarnuchów, postanowił na początek przywrócić miasto Dickens jego osieroconym obywatelom. Po drodze do tego celu odkrył, kim jest, a przy okazji udowodnił w praktyce, że segregacja może stanowić dla czarnej społeczności spoiwo i – nieco paradoksalnie – pozytywny bodziec rozwojowy. Nie jest prawdą, że wszyscy są równi, mówi Beatty, i dlatego udawanie, że rasa nie ma znaczenia, mija się z celem. Można jednak spróbować nowego, pozytywnego podejścia, takiego, w którym czarna skóra nie jest równoznaczna z piętnem gorszych szans, ale stanowi przepustkę do elitarnego klubu, do którego biali nie mają wstępu.
Jest to myśl ciekawa i mimo wszystko optymistyczna, a stanowi puentę naprawdę zwariowanej historii, którą czyta się lekko i z rosnącym zainteresowaniem mimo sporej zawartości materiału do historiozoficznej refleksji. Został on bowiem wpleciony w fabułę z wyjątkową gracją i w zasadzie niepostrzeżenie się go przyswaja. Wielka w tym zasługa humoru, dobrze oddanego w przekładzie. Słowem, nie jest to może jakieś arcydzieło wywierające na odbiorcy niezatarte wrażenie, ale niewątpliwie powieść ciekawa i niebanalna, warta poświęconego jej czasu.
P. S. A także pierwsza, którą przeczytałam na nowym czytniku – Kindle Paperwhite 3.
P.S. 2 Tłumaczenie jest naprawdę brawurowe, a z pewnością nie było łatwe.

Rudolf Gąbczak powraca

Po jedenastu latach od premiery Tango ortodonto Joanna Fabicka postanowiła wrócić do swojego bohatera, imiennika Valentino. Powieść Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy była dla mnie całkowitą niespodzianką, ale też przyznam uczciwie, że sięgałam po nią z pewną obawą. Uwielbiam cztery poprzednie tomy cyklu i nie chciałam sobie popsuć wspomnień. Niepotrzebnie się niepokoiłam. Opowieść rozpoczyna się w listopadowy piątek trzynastego, 10 lat po tym, jak rozstaliśmy się z bohaterem i jego nieortodoksyjną rodzinką oraz znajomymi.

Stałem w przyciasnym prochowcu i zastanawiałem się, jak to się mogło stać, że świat, który znałem z lat młodości, tak szybko spróchniał? Wszystko wyblakło, rozmyło się, przepadło w niszczarce czasu: Anglicy grożą wystąpieniem z Unii Europejskiej, Turcy grożą wstąpieniem, a premierem Polski został mój dawny kumpel z młodości…
I tylko upiorny charakter matki przetrwał w niezmiennie dobrej kondycji. On i moje traumy, z którymi zmagam się od lat.

Mamy tu wszystko, do czego przywykliśmy. Wspomniane traumy Rudolfa (w tym kilka nowych, jak nadwaga, łysienie i rozpad małżeństwa), sporo komentarzy odnoszących się do aktualnych wydarzeń społecznych i politycznych w kraju (czarne protesty, reforma edukacji, wycinka drzew – tylko zamiast Beaty Szydło premierem jest BB Blacha, co też generuje sporo komicznych sytuacji) i nowe wyskoki Gonzo, czyli bratanka Wiktora, który w międzyczasie został gotem o radykalnych lewicowych poglądach. Powracają także Elka, Ozi, Brukselka (jako okrutna prawie że była żona Rudolfa) i oczywiście matka Rudolfa, jedyna w swoim rodzaju terapeutka Krystyna Gąbczak. Jedynie Gawła Gąbczaka, ojca rodu, już nie zobaczymy, gdyż powieść rozpoczyna się jego pogrzebem. Dzięki czemu wdowa może zacząć szukać nowej miłości.
Rzeczą nową są rodzicielskie perypetie bohatera, którego rezolutna córeczka Bronia, lat 9, prowadzi przezabawny Dzienniczek uczuć. Ma wprawdzie poważne problemy z interpunkcją i ortografią (dlatego zlecono jej to ćwiczenie), ale głębią przemyśleń i trafnością obserwacji nie ustępuje ojcu, który swoje pamiętniki zaczął prowadzić znacznie później.
Pewnie, nie wszystko mi się w piątym tomie podobało, niektóre wątki publicystyczne (uchodźcy) były zbyt przerysowane, ale ogólnie lektura była jak powrót do domu. Połknęłam całość jednym tchem, wielokrotnie szczerze się śmiejąc, a kilkukrotnie wzruszając. Dostałam, co chciałam. Jeśli ktoś jeszcze nie zna tego znakomitego cyklu, serdecznie polecam wcześniejsze tomy. Na majówkę jak znalazł!

12 cytatów na pierwszą rocznicę

Dzisiaj mija rok od śmierci Terry’ego Pratchetta. Z tej okazji postanowiłam wybrać kilka perełek, które – być może – skłonią kogoś do sięgnięcia po jego twórczość.

Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu
niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z
milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne
dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego
powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający
ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama
oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i
czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.

– Nie ma sprawiedliwości.
Śmierć westchnął znowu.
– NIE, przyznał, wręczając kielich paziowi, który ze zdumieniem stwierdził, że trzyma nagle puste naczynie. – JESTEM TYLKO JA.

Mort


Z Patrycjuszem zawsze tak wygląda, pomyślał z goryczą. Człowiek
przychodzi do niego z całkowicie uza­sadnioną skargą, a potem wycofuje
się tyłem, w ukłonach, z ulgą, że w ogóle może stąd wyjść. Trzeba oddać
Patrycjuszowi sprawiedliwość, stwierdził niechętnie. Bo jeśli nie, wyśle
ludzi, którzy sami ją wezmą.

– Przypominasz sobie?
Vimes próbował. Nie było to łatwe. Niejasno zdawał sobie spra­wę, że
pił, aby zapomnieć. Zadanie było trudne, ponieważ nie pa­miętał już, o
czym właściwie chce zapomnieć. Pod koniec pił już, żeby zapomnieć o
piciu.

Straż, straż!


Co z zasadą nie wtrącania się do polityki? – spytała Magrat wpatrzona w plecy Babci.
Niania ujęła dziewczynę pod rękę.
– Rzecz w tym, że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest
też inna zasada. Esme przestrzegała jej przez całe życie.
– Jak ona brzmi?
– Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre.

Trzy wiedźmy


Śmierć znalazł Zarazę w hospicjum w Llamedos. Zaraza lubił szpitale. Zawsze miał w nich coś do roboty.
W tej chwili próbował usunąć znad pękniętej umywalki tabliczkę "Umyj ręce!"

Złodziej czasu


Rozważmy żółwia i orla. Żółw jest stworzeniem żrącym na ziemi. Właściwie
nie jest moż­liwe życie bliżej gruntu, jeśli nie przebywa się pod nim.
Hory­zont żółwia sięga na kilka cali. Żółw porusza się z taką
prędkością, ja­ka wystarcza do polowania na sałatę. Przeżył, gdy cała
reszta ewolucji przemknęła obok, ponieważ – ogólnie rzecz biorąc – dla
nikogo nie stanowił zagrożenia, a zjadanie go sprawiało zbyt wiele
kłopotu.
A teraz weźmy orła. To istota, której światem jest powietrze i wy­sokie
szczyty, której horyzont sięga aż po krańce ziemi. Orzeł ma wzrok tak
ostry, że potrafi dostrzec maleńkie, piskliwe stworzonko przemykające o
pół mili od niego. Czysta siła, czysta władza… Błyska­wiczna
skrzydlata śmierć. Szpony i dziób takie, że przerobią na po­siłek
cokolwiek mniejszego od orła, a zapewnią mu przynajmniej szybką
przekąskę z czegokolwiek większego.
Mimo to orzeł potrafi godzinami siedzieć na urwisku i obser­wować
królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauważy ruchu. Wtedy skupia
spojrzenie, skupia, skupia na maleńkiej skorupie koły­szącej się wśród
suchych krzaków na pustyni. I zrywa się…
W chwilę później żółw odkrywa, że świat oddala się od niego. I widzi ten
świat po raz pierwszy – już nie z wysokości jednego cala nad gruntem,
ale z pięciuset stóp. I myśli: Jakimż wspaniałym przy­jacielem jest
orzeł.
I wtedy orzeł go puszcza.
Prawie zawsze żółw spada i ginie. Wszyscy wiedzą, dlaczego tak się
dzieje: grawitacja to nałóg, z którym trudno zerwać. Nikt nie wie,
dlaczego orzeł to robi. Owszem, żółwiem można sobie dobrze podjeść, ale
biorąc pod uwagę włożony w to wysiłek, praktycznie wszystkim innym można
lepiej. Po prostu orły uwielbiają dręczyć żółwie.
Oczywiście, orły nie zdają sobie sprawy z faktu, że uczestniczą w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.
Pewnego dnia żółw nauczy się latać.

Pomniejsze bóstwa

Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów
miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów
kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie
pozwolić – całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie
przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około
dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je,
aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku
poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na
wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu
latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać
tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów – a nogi i tak stale
będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.

Zbrojni


– Czy to ten moment, kiedy całe moje życie przesuwa mi się przed oczami?
NIE TEN MOMENT BYŁ PRZED CHWILĄ.
– Kiedy?
TO MOMENT, rzekł Śmierć, POMIĘDZY PAŃSKIMI NARODZINAMI A PAŃSKIM ZGONEM.

Prawda

Gdzieś na świecie, jak podejrzewał, żył człowiek siedzący na drugim
końcu huśtawki, ktoś w rodzaju lustrzanego Rincewinda, którego życie
składało się z samych cudownych wydarzeń. Miał nadzieję, że spotka
kiedyś tego człowieka, najlepiej trzymając w ręku solidny kij.

Rincewind umiał wołać o litość w dziewiętnastu językach i po prostu
wrzeszczeć* [przyp.: To ważne. Niedoświadczeni podróżnicy mogą
przypuszczać, że „Aargh!” jest wyrażeniem uniwersalnym, jednak w beTrobi
oznacza to „Wielce radosne”, w Howondalandzie natomiast rozmaicie: albo
„Chciałbym zjeść twoją stopę”, albo „Twoja żona jest wielkim
hipopotamem”, albo też „Witam, myśli pan Fioletowy Kot”. Pewne plemię
zyskało przerażającą reputację okrutników tylko dlatego, że jeńcy
krzyczą – ich zdaniem – ”Szybko! Dolać wrzącego oleju!”.] w kolejnych
czterdziestu czterech.

Ciekawe czasy

Osoby mające skłonność do obojętnego okrucieństwa mawiają, że we wnętrzu
każdej grubej dziewczyny jest szczupła dziewczyna i mnóstwo czekolady.

Carpe Jugulum


Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy.

Opowieść wigilijna

W tym roku postanowiłam odstąpić od zacnej tradycji katowania czytelników Wiedźmikołajem (którego sama oczywiście zamierzam dzisiaj czytać, bo odkąd go poznałam, żadna inna rzecz tak bardzo nie wprowadza mnie w atmosferę świąt). W zamian proponuję opowiadanie Tomasza Pacyńskiego, w którym w zasadzie wszystko odbiega od schematu i czytelniczych oczekiwań. Gdybyście polubili bohaterów tego tekstu, odnajdziecie ich w opowiadaniach ze zbiorów Linia ognia oraz Szatański interes. Drugi z nich można wygrać w fahrenheitowym konkursie, który trwa do 2 stycznia 2015 roku. Coby nie było, że na święta bez prezentów:)

Życzę wam wszystkiego dobrego – zdrowia, spokoju, odpoczynku i oczywiście wspaniałych książek pod choinką:)

Transmisje ze Zgierza i okolic

Miało być o Springerze i jego wannie z kolumnadą, ale ponieważ możliwość nabycia pozycji autorstwa Łukasza Najdera, którą chciałabym wam zarekomendować, jest ściśle ograniczona w czasie i skończy się dokładnie za dziewięć dni, będzie o Transmisjach.
To pierwszy znany mi przykład nowego nurtu, który można by nazwać literaturą statusową, bo (chyba) wszystkie krótkie impresje na temat otaczającej rzeczywistości i zamieszkujących ją osobników zostały wcześniej opublikowane na profilu autora na Facebooku. Pewności nie mam, bo prowadziłam życie pozafejsowe do niedawna. A potem oczywiście zapisałam się do grona śledzących profil autora, stąd część tekstów znałam wcześniej.
Nie zmniejsza to bynajmniej ich siły rażenia. Autor ma dobre ucho do dialogów, wyostrzony zmysł obserwacji i celny, lapidarny styl, perfekcyjnie dostosowany do opisu całej galerii typów ludzkich, jakie można spotkać na osiedlu czy w autobusie linii 46.
Oraz, rzecz jasna, ironiczne poczucie humoru – pod tym względem nadajemy na bardzo podobnych falach, więc jego transmisja trafia wprost do zgryźliwego rdzenia mojego jestestwa. Ale co ja wam będę opisywała, skoro wszystkie teksty są publicznie dostępne, pozwalam sobie – w celu zachęcenia  do całości – wrzucić jeden podrozdzialik poniżej:

Traktat o dresach
Jeśli wejrzysz w głąb dresa, dres wejrzy i w ciebie, ręczę. Więcej nawet. Mocniej. Dostanie się do twojego życia, zacznie się w nim krzątać. Ani się obejrzysz, a będziecie używali tych samych żywiołów i leksyki, ognia, zapojki, powietrza i gleby. Zatem — nie wywołuj dresa z miasta, bo dres przyjdzie i cię zje. To po drugie. Tego drugiego wcześniej nie znałem, tak.
Sobota, przedwczoraj. Przeprowadzka mamy. Czekam z bratem pod klatką na ekipę siłaczy, o której wiem tyle, że ma ich być sześciu. Czekając, pakujemy do jego auta co kruchsze fanty, szyby, kryształy etc. Czekając i pakując, rozmawiamy. Są to dialogi raczej luźne — pytania i puenty sytych białasów w słoneczne weekendowe przedpołudnie. Niewymuszona ironia, ostentacyjna blaza. Ledwie jednak zdążyłem rzucić, że, ej, ciekawe, kiedy pojawią się chłopaki, a cień wokół mnie zaległ. To byli oni. Chłopaki, szósteczka. Na wypadek, gdybym wciąż żywił jakieś obiekcje i dociekał, to ten, który wyglądał na ich führera (miał okulary) wyjaśnił mi z marszu.
— To my jesteśmy „chłopaki”.
Spojrzałem. Obkurczyło mi się serce. Pół tuzina dresów. Ale jakich! Nie żadne tam dresy, ale wręcz dresy dresy, elita, stuprocentowe dresiwo i nie znajdziesz takiego, co powie, że nie. Dresy piękne, dorodne, jakby dopiero co odlane z formy w dalekiej fabryce dresów, modele prestiżowe — nowoczesność wkomponowana idealnie w klasykę, moc i szyk i powiew dresowej belle epoque.
Wszyscy młodzi, zdrowi, rydze same. Ubrani podobnie, co nie znaczy wcale, że identycznie. Ciemne spodnie dresowe ze ściągaczami, czerń i granat, obuwie sportowe, z którego pięły się białe skarpety, bluzy z kapturem i bez, na niektórych z nich połyskiwały wygięte w łuk ni to namiary, ni to godła, DALLAS, na przykład. Oczywiście łysi (lub co najwyżej omszali), oczywiście z nonszalanckim podejściem do higieny szkliwa, wytatuowani, oczywiście, głównie emblematyka Widzewa Łódź i sprawy prywatne, napuchłe twarze osesków z łagodnym wytrzeszczem, imiona najważniejszych kobiet. Oczywiście.
Nic złego na nich nie powiem. Zero, nada. Punktualni, sprawni, uprzejmi, małomówni i silni. Zwłaszcza to ostatnie mi zaimponowało. Niby nie były to postury strongmenów, a jednak kiedy we dwóch dźwigali kilkudziesięciokilogramowe witryny czy szafę — dźwigali i z czułością sapera nieśli cztery piętra w dół — to aż mi coś w mózgu przeskakiwało. Trudno — powiedzmy sobie to szczerze. My po tej całej humanistyce może i wiemy, kto zacz Agamben i Žižek, ale przy nich to jesteśmy szmatą, zamokłym motkiem wełny przy stali i marmurze. Przynajmniej ja.
Rzecz jasna, nie obyło się i bez drobnych incydentów. Nie przesadzajmy — każdy jest tylko człowiekiem, istotą słabą i wydaną na pastwę żrących oskom i demonów. Również i oni nie byli od nich wolni. Przez co po trzech-czterech godzinach akcji dyscyplina wyraźnie siadła. Zagrały im telefony, podochodziły smsy, rozpoczęły się ustawki na dobre popołudnie w gronie najbliższych i zarobionych. Znikali też pojedynczo lub w parach za winklem i wracali szczęśliwsi niż wypadało. Jeden nabawił się wprost trwałego urazu twarzoczaszki — robił minę za miną, stał się miną, mimem. Uśmiechniętym na stałe mimem.
W pokoju z książkami trzymali oni swoje ciuchy i napoje. Na przerwie śniadaniowej zagadała do nich moja mama, opowiedziała o mojej pracy, pasjach. Opowiedziała o tym, jak czytam i piszę, bywa, że do świtu. To jej stary numer — nie mam na to wpływu. Przybrałem tylko stosowną do tych wyznań pozę i grymas. Zafrasowany, skromny twórca, który grubo po północy wsłuchuje się w obroty kosmosu i pod niebem — niebem ciemny, polskim — zawilgoconym jeszcze od dopiero co wyklutych zodiaków, dobiera słowa, formułuje myśli, płodzi bohaterów. Akurat dojadali. Dojedli, załapali po łyku napoju energetycznego i ten w okularach wyraził się zwięźle.
— No. My też robimy nocki.
Wyszli gęsiego, w milczeniu.

Jeśli po przeczytaniu tego, co powyżej, nie chcecie więcej, to Transmisje do was nie trafią. Jeśli chcecie więcej, musicie wejść na stronę Bookrage i zapłacić za cały pakiet Miejskie legendy więcej niż aktualna średnia (27,91), bo – niestety – Najder jest w zawartości bonusowej. W pakiecie podstawowym (płacisz, ile chcesz, i dostajesz cztery e-booki) za to mistrz Teklak, którego wielbię od lat, więc tak czy owak – warto.
Jeden i drugi należą do moich ulubionych autorów średnio młodszego pokolenia i serdecznie polecam waszej uwadze ich twórczość. Nie idzie się od niej oderwać.