Feliks Castor powraca, by zatańczyć z Asmodeuszem przy świetle księżyca

Czekałam, czekałam i się doczekałam:) Kolejny tom opowieści o perypetiach dostawcy usług duchowych, czyli Nazwanie bestii, nieco odbiega konstrukcyjnie od pozostałych. Było to jednak do przewidzenia, bo już w finale Krwi nie wody stało się jasne, że tym razem tematem będzie pościg za Asmodeuszem i próby powstrzymania go. Co w ogóle ciężko zrobić, nie wspominając już o tym, że Fix ma zachcianki i przy okazji życzy sobie nie uszkodzić Rafiego Ditko. A to już mission hyperimpossible.
Ale co tam, nie takie rzeczy się robiło na chrzcinach, weselach i pogrzebach. Zwłaszcza na pogrzebach.
Nie ma więc tym razem głównej tajemnicy, a podstawowy problem sprowadza się do znalezienia sposobu na unieszkodliwienie potężnego demona. Który to demon, uwolniwszy się, bynajmniej nie próżnuje. Realizuje własny plan, a on też marzy o uwolnieniu się od ludzkiego nosiciela, nie zaprząta sobie przy tym głowy utrzymaniem go przy życiu. Zegar tyka. Castor, przyparty do ściany, sprzymierza się z jednym ze swoich najgorszych wrogów.
Jest natomiast zagadka mniejsza w miejsce kryminalnej intrygi, a mianowicie przemiana sukkuba, Juliet Salazar. Są też zagadki całkiem drobne, jak natura przedziwnego bytu, nawiedzającego londyński klub fitness.
Oraz, będąca elementem większej całości, powolna przemiana równowagi świata na poziomie ezoterycznym. Umarli rosną w siłę. Egzorcyści szukają nowych sposobów na poszerzenie skuteczności swoich talentów (tego typu eksperyment podejmuje także Fix, z interesującymi rezultatami).
W mniejszej zagadce zieje niestety spora dziura logiczna i jest to główna przyczyna, dla której tom oceniam najniżej z całej serii, wciąż jednak jest to ocena wysoka -7,5/10, bo i poziom nie uległ znacznemu obniżeniu, opowieść jest wartko podana, ciekawa i klimatyczna. Nie zawiodłam się, choć zachwytu też nie doświadczyłam. Bardzo solidna rozrywka, kilka interesujących rozwiązań.