Życie i cała reszta (Łukasz Najder, Moja osoba. Eseje i przygody)

najderjpgJakoś trzeba zacząć. No to może przyznam, że lubiłam czytać redaktora inicjującego Najdera ze Zgierza, zanim stało się to modne w tak zwanych szerokich kręgach. Miło się czyta inteligentnych szyderców, którzy nie potrzebują maczety, by swobodnie poruszać się w gąszczu wszelkich kulturalnych kontekstów i odniesień. A jeszcze rzadszą przyjemność stanowi obcowanie z tekstem, którego autor wie, że język to coś więcej, niż tylko narzędzie. I umie postawić przecinek we właściwym miejscu.

Świetnie się zatem bawiłam przy Transmisjach i choć śledziłam publikacje autora w Dwutygodniku czy na łamach Pisma mniej więcej na bieżąco, od pierwszych zapowiedzi wiedziałam, że sięgnę po Moją osobę, która ukazała się 18 marca nakładem Wydawnictwa Czarnego. W skład zbioru wchodzi 14 tekstów, z których 7 było wcześniej publikowanych, choć ich obecne wersje zostały nieco uzupełnione. Dwa z nich macie pod wcześniejszymi linkami, inne łatwo znaleźć, jeśli chcecie się przekonać, czy styl zgierskiego nihilisty wam odpowiada. Przy okazji premiery Rafał Pikuła przeprowadził ciekawy wywiad z autorem, z którego można się m.in. dowiedzieć, że Moja osoba prawdopodobnie nie powstałaby, gdyby nie szeroki czytelniczy odzew na teksty pisane z tytułowej osobistej perspektywy. I coś w tym chyba musi być, bo zawartość wydawnictwa można wyraźnie podzielić właśnie na takie konfesje prywatne oraz przemyślenia społeczno-kulturalne.

Przy czym to teksty z pierwszej grupy: o ojcu, nerwicy lękowej (Mysz, esej zdecydowanie najbardziej intymny, a zarazem najlepszy, którego napisanie zapewne kosztowało wiele, a decyzja o jego publikacji musiała wymagać wielkiej odwagi), letnisku lat dziecinnych, epizodzie z korwinizmem oraz doświadczeniach ze śmiercią – u mnie rezonowały zdecydowanie najmocniej i uważam je za serce czy też literackie mięso zbioru. Choć pisane z indywidualnej perspektywy, poruszają tematy uniwersalne i tworzą dla czytelnika przestrzeń do wspólnego z autorem  przeżywania silnych emocji.

Grupa druga to już raczej zdystansowane analizy, niepozbawione pierwiastka osobistego, niewątpliwie ciekawe i stymulujące intelektualnie, ale jednak do konsumowania bardziej na zimno. Mamy tu między innymi rozważania o ciszy, Ikei jako świątyni współczesnego konsumpcjonizmu, o  dobrowolnej izolacji, czytelnictwie, pracy z domu czy prokastynacji. Z nowych tekstów chyba najciekawszy jest Ten człowieczek już więcej nie może, o białych mężczyznach doprowadzonych do kresu wytrzymałości przez zmieniającą się rzeczywistość, dzięki któremu obejrzałam wreszcie znakomity film Upadek z 1993 roku z Michaelem Douglasem i Robertem Duvallem w rolach zaskakująco podobnych protagonistów.

Niezależnie od indywidualnych preferencji każdy, kto lubi poczytać dobrze napisane, błyskotliwe teksty, znajdzie w Mojej osobie coś dla siebie. Jak to mawia sam autor: zalecam!

Krótko o króciakach: Nosowska i Wicha

Wiem, że zestawienie tych dwojga autorów w jednej notce może na pierwszy, a nawet i drugi rzut oka wydawać się obrazoburcze, bo łączy ich (oraz ich dzieła) wyłącznie okupowanie list bestsellerów. Ale również relatywnie niewielka objętość tekstów oraz fakt, że minęło już sporo czasu, odkąd je przeczytałam, zwłaszcza Wichę.
Z Rzeczami, których nie wyrzuciłem mam problem w pewnym sensie zbliżony co swego czasu z równie wychwalanymi przez krytykę Mikrotykami. Oddziałują bardzo silnie, ale głównie w trakcie lektury. Jest to zbiór intymnych esejów, związanych z przedmiotami, jakie zostały autorowi po zmarłej matce. Ich remanent prowokuje związane z właścicielką wspomnienia, a zbiór całościowo obrazuje słodko-gorzki smak żałoby. Okresu naznaczonego tęsknotą za tym, co nieodwołanie się skończyło wraz z odejściem najbliższej osoby. Poprzez tytułowe rzeczy autor kreśli realistyczny i poruszający portret matki, która jawi się jako osoba o silnym charakterze i jasno określonych priorytetach, mocno oddziałująca na swoje otoczenie w domu, w pracy, nawet w księgarni (była wielką miłośniczką książek). Uniwersalna płaszczyzna przeplata się tu zatem z indywidualną. A fragmenty bardzo udane należą raczej do tej uniwersalnej. Po kilkunastu tygodniach pamiętam głównie teksty poświęcone książkom (okładkom, kucharskim, Emmie Jane Austin). Gdy minie kilka miesięcy, raczej zostanie ze mną tylko Emma. Genialne były w tej książce poszczególne zdania (niestety, aktualnie już żadnego nie przytoczę, ale pamiętam własny zachwyt), ale jako całość, z wyżej powołanych względów, raczej nie jest to jakaś wybitna literatura. Niemniej, przeczytać na pewno warto.
A ja żem jej powiedziała to raczej bardziej wydawnictwo niż książka w pełnym tego słowa znaczeniu, ale przyjmijmy, że to zbiór felietonów wokalistki, wydanych na fali popularności jej autorskich filmików z Instagrama. I bujnie zilustrowanych. Tekst jest tu tak naprawdę dodatkiem. Niemniej, dla mnie, jako wiernej czytelniczki felietonów Kaśki publikowanych w Filipince oraz miłośniczki tekstów i piosenek jej autorstwa, była to tak czy siak lektura obowiązkowa. Dwie godzinki i po krzyku, ale przemyśleń mam całkiem sporo i w sumie dosyć niewesołych. Pewnie po prostu obie się zmieniłyśmy – ja już nie jestem smarkulą spijającą bezkrytycznie życiowe mądrości spływające spod pióra podziwianej gwiazdy. A Nosowska w tym zbiorze stara się czytelnika ze wszystkich sił przekonać, że przepracowała wszystkie swoje problemy i pogodziła się ze sobą i światem. Niestety, co i raz własnym twierdzeniom zadaje kłam, m.in. ziejąc jadem na inne kobiety (w szczególności te młodsze i chudsze, które postrzega jako suki czyhające na jej partnera). Ten dysonans pomiędzy deklaracjami autorki a faktycznym wydźwiękiem jej tekstów, które dobitnie potwierdzają, że wciąż ma problemy z samooceną, głównie w kontekście swojej figury i wieku, a jej główną strategią radzenia sobie z problemami jest ucieczka przed nimi, poważnie przeszkadzał mi w delektowaniu się fragmentami bardziej udanym: lekkimi, ironicznymi, mądrymi, celnymi. Bo i takie tam są. Żeby nie było nieporozumień. Tak że na lekturę decydujcie się z rozwagą.