Polecanka, odradzanka i coś pomiędzy (Zatruty ogród, Dziewięcioro nieznajomych, Śmierć nadeszła wczoraj)

Nie idzie mi ewidentnie czekanie na natchnienie do pisania (choć szczęśliwie z czytaniem nie mam problemów). Zatem – sprawdzonym już wielokrotnie sposobem na przełamanie – postanowiłam zaproponować krótszy tekst łączony.

zatruty_Zaczniemy na rozgrzewkę od czegoś pozytywnego. Zatruty ogród to druga, po Najmroczniejszym sekrecie, przeczytana przeze mnie powieść Alex Marwood. Jest taki, zajechany już poza granicę możliwości, marketingowy slogan – powieść, od której nie sposób się oderwać. Nieczęsto występuje w przyrodzie poza tylnookładkowymi blurbami. To jest jednak jeden z tych rzadkich przypadków.  Przyznam, że początkowo byłam podejrzliwa wobec tej historii. No bo dajcie spokój: masowe samobójstwo członków dziwacznej sekty, które dziwnym trafem przeżywa tylko jedna osoba? Poważnie? Jednak jakimś cudem Marwood udaje się – dzięki zmianie narratorek i grze planami czasowymi oraz naprawdę wiarygodnemu przedstawieniu sposobu myślenia osoby ukształtowanej przez zamkniętą społeczność sekty – zrobić z tego niebezpiecznego motywu samograj. Do zagadki tragedii w sekcie dołącza wielopokoleniowa historia pewnej rodziny, której zasady stały się zalążkiem całego dramatu. Ponownie – gdyby nie sprawność narracyjna i wiarygodność psychologiczna wszystkich postaci (i tych z sekty, i tych z zewnątrz) – Zatruty ogród nie oferowałby niczego fenomenalnego. Tu dostajemy jednak dowód, że choć fabuła jest ważna, to najważniejszy jest warsztat. Jeśli wierzysz w bohaterów i ich rozterki, przeżywasz wydarzenia wraz z nimi, to nie masz czasu ani ochoty patrzeć z boku i szukać ewentualnych niedoróbek. Tak jest z Zatrutym ogrodem – owszem, do wielu zdarzeń można by zgłaszać pretensje pod względem ich wiarygodności. Ale jako całość opowieść wciąga i nie puszcza do samego końca. Jeśli szukacie czegoś, co pozwoli wam zapomnieć na kilka godzin o codzienności, a wręcz całkowicie się z niej wyrwać, to będzie świetny wybór.

dziewiecioro-nieznajomychDla równowagi tytuł, na którym okrutnie się sparzyłam, czego w ogóle się nie spodziewałam. Dziewięcioro nieznajomych to także drugie moje spotkanie z Liane Moriarty. Pierwszym jednak nie były Wielkie kłamstewka (obejrzałam serial), ale bardzo ciekawa i sprawnie napisana powieść obyczajowa Moja wina, twoja wina (polecam z czystym sumieniem). Najnowsza powieść dowodzi, że autorka najwyraźniej padła ofiarą własnego sukcesu – wydawca weźmie od niej wszystko, bo wie, że dzięki sukcesowi serialu tytuł sygnowany jej nazwiskiem sprzeda się na pniu. Dlatego przestrzegam – nie inwestujcie w Dziewięcioro nieznajomych pieniędzy ani czasu, bo skończycie na mocnym minusie. Jest to sprawa przedziwna, że autorka tak biegła w opisywaniu typów ludzkich i interakcji między nimi zdołała stworzyć zgraję idealnie bezbarwnych, nudnych, plastikowych ludzi, a potem zamknęła ich w nietypowym spa na australijskim odludziu, nie umieszczając tam w zasadzie żadnej fabuły (o sensownej nawet nie wspominam, ale stężenie bzdur w wątłym jak moja cierpliwość około dwusetnej kartki łuku fabularnym doprawdy przekracza ludzkie pojęcie!). I mimo wszystko wyprodukowała o niczym ponad 500 stron. Jak by nie patrzeć, jest to jakieś osiągnięcie. Najbardziej nieludzkim elementem opisywanego doświadczenia czytelniczego była nadzieja. Że już za chwileczkę nastąpi zwrot akcji, niezwykła, zaskakująca wolta, która wszystko wynagrodzi i wyjaśni, pozwalając puścić w niepamięć dotychczasową udrękę zmagania się z mizerią miałkiej powieściowej materii. Nadzieja ta nie tylko okazała się płonna. Ona skonała, wijąc się w męczarniach, bo absurdalność finału wbiła jej nóż w plecy. Trzymajcie się z daleka i nie dziękujcie.

smiercA na koniec stara znajoma, czyli Nastia Kamieńska, w kolejnej odsłonie swoich przygód z głównego cyklu kryminalnego Aleksandry Marininy (bo jest jeszcze cykl emerytalny). Tu pewna ciekawostka z kategorii realia polskiego rynku książki: otóż chronologicznie w ramach cyklu Śmierć nadeszła wczoraj stanowi tom 18. A wiecie, kiedy ukazał się u nas po raz pierwszy tom 17, czyli Męskie gry? W 2004 roku, 6 lat przed tomem pierwszym, czyli Kolacją z zabójcą. A fabuła najnowszego tomu, przynajmniej w wątku prywatnym bohaterki, ściśle wiąże się z wydarzeniami z Męskich gier. Przyjemnie, prawda? W każdym razie wątek główny jest niezależny i dotyczy, jak to często u Marininy bywa, wielce skomplikowanego planu tajemniczej organizacji dobroczynnej, w którego tryby wpadają m.in. pewien dziennikarz, deputowana i pisarka, a zarazem żona Stasowa, Tatiana Tomilina. Ta ostatnia postać jest ewidentnie wzorowana na samej autorce, przynajmniej w tym zakresie, że łączy pracę jako śledcza z pisaniem kryminałów pod pseudonimem. Ciekawie więc poczytać, jak Marinina widzi siebie, czy też własne alter ego. Oczywiście Tania jest mądrzejsza i bardziej dojrzała od Nastii, dzięki czemu udaje jej się storpedować wielopiętrowy plan, którego autorzy widzą otyłą literatkę w roli łatwej ofiary. Duża część intrygi bazuje właśnie na tej opozycji charakterów – Anastazja większość powieści spędza we własnej głowie, rozpamiętując w nieskończoność swoje zachowania i decyzje z Męskich gier, a przez swoją zaciętość doprowadza do pierwszego poważnego kryzysu w wieloletnim związku z Loszą Czistiakowem. Podobało mi się bardzo, że Loszka w końcu pokazał trochę pazura, zamiast biernie znosić niemożliwe fochy swojej arcytrudnej wybranki. Wyszło jej to na zdrowie. Intryga mocno wydumana, a i te psychologiczne rozdrapy Nastii irytujące, ale w sumie przeciętny poziom serii (czyli przyzwoity) został zachowany.

Trzy czytadła na pandemię (3 sekundy, Sejf i W labiryncie)

Jako mój wkład do akcji #zostańwdomu proponuję trzy tytuły, które bardzo trudno odłożyć. Przy ich lekturze czas mija niepostrzeżenie, a śledzenie akcji odrywa myśli od różnych rzeczy, na które (poza niewychodzeniem z domu bez potrzeby) i tak nie mamy żadnego realnego wpływu.

sejfPierwszy z nich to przeczytany przeze mnie jeszcze w styczniu Sejf Ryana Gattisa. Powieść nie ma już tak szaleńczej dynamiki jak Miasto gniewu, niemniej jest równie dobra, a jej odmienność wypada uznać za zaletę. Tym razem mamy tylko dwóch narratorów. Jeden to członek gangu narkotykowego współpracujący z policją na zlecenie swojego szefa. Szef nie wie, ze jego podwójny agent stał się potrójnym i planuje zacząć wraz z rodziną nowe życie dzięki programowi ochrony świadków. Drugim jest dawny ćpun, który od dłuższego czasu prowadzi praworządny żywot i nawet zdobył uczciwy fach – rozpruwa sejfy, ale legalnie, między innymi na zlecenie Agencji Antynarkotykowej (DEA). Kiedy jednak dowiaduje się, że jego dni są policzone, postanawia wykorzystać swoje umiejętności w dobrej sprawie – okraść dawnych kamratów, a zdobyte w ten sposób środki przekazać potrzebującym. Całkiem jak Robin Hood! Jak łatwo się domyślić, ścieżki obu narratorów w tych kluczowych dla nich momentach w końcu się przetną, a napięcie będzie można kroić nożem. Może i Miasto gniewu było lepsze, ale Sejfowi nie można nic poważnego zarzucić. Moja wewnętrzna maruda nie była do końca usatysfakcjonowana polskim tłumaczeniem. Poprzednią powieść autora Robert Sudół tłumaczył sam, tę – z (chyba) synem, Jakubem. Dysonans stylistyczny był jak na mój gust trochę zbyt duży.

3 selundyW lutym, dzięki poleceniu Jane Doe, sięgnęłam po 3 sekundy autorstwa duetu, w skład którego wchodzą Anders Roslund i  Börge Hellström. I to był strzał w dziesiątkę. Opowieść o więziennej misji tajnego współpracownika policji, która mimo misternego planowania bardzo szybko i poważnie się skomplikowała, zapewniła mi wiele godzin emocjonującej rozrywki. I nie jest to w żadnym razie wytarty frazes – w tej powieści dzieje się tak dużo i tak szybko, a stawka jest tak wysoka, że naprawdę podczas czytania ma się wrażenie uczestnictwa w emocjonującej grze. Główny bohater, Piet Hoffman, walczy o przetrwanie. Funkcjonariusze instytucji państwa, które zawarły z nim układ i zleciły mu bardzo niebezpieczne zadanie, starają się uchronić przed kompromitacją w oczach opinii publicznej, jaką byłaby jego dekonspiracja. Jest to więc poza warstwą sensacyjną powieść z przesłaniem. Autorzy krytykują system, który pozwala policji oraz innym służbom, w imię poprawy statystyk wykrywalności, prowadzić zakonspirowane działania z wykorzystaniem tajnych współpracowników – przewerbowanych kryminalistów. W swojej drobiazgowo przemyślanej i uwzględniającej wiele aspektów pracy operacyjnej fabule wskazują na oczywiste słabości i niebezpieczeństwa generowane przez tego typu rozwiązania. Jest to zatem, obok niewątpliwych zalet czysto rozrywkowych, swego rodzaju intrygująca ciekawostka. Cykl z Pietem Hoffmanem ma dwie dalsze odsłony, 3 minuty (już na rynku) oraz 3 godziny, których polskie wydanie było planowane na marzec. Jest też film z Joelem Kinnamanem i Rosamund Pike, ale jeszcze nie oglądałam, więc się nie wypowiem, czy warto.

w labiryncieCałkiem niedawno natomiast dosłownie pochłonęłam dzięki rekomendacji Olgi Wróbel z Kurzojadów najnowszą powieść Donato Carrisiego, czyli W labiryncie. Autor Dziewczyny we mgle tym razem opowiada o zaginionej nastolatce, Samancie, która jednak odnajduje się po 15 latach, gdy wszyscy już zdążyli o niej zapomnieć. Tu również mamy dwa główne plany narracyjne. Na pierwszym Sam rozmawia z profilerem, opowiadając mu historię swojego uwięzienia w tytułowym labiryncie i zagadkowego uwolnienia. Na drugim towarzyszymy prywatnemu detektywowi, który 15 lat wcześniej przyjął od zdesperowanych rodziców zaginionej dziewczyny zlecenie na jej poszukiwanie, ale nie zrobił wiele poza zainkasowaniem pokaźnej należności. Teraz, gdy wie, że jego dni są policzone, chce wyrównać karmiczny dług i unieszkodliwić porywacza, by nie znalazł sobie następnej więźniarki. Mimo że intryga jest miejscami aż groteskowa, a kończy się dość bezsensownym twistem (mówiąc bardzo łagodnie), nie da się odmówić Włochowi umiejętności przebiegłego oplatania czytelnika siecią swoich pokrętnych narracyjnych pomysłów. Czyta się dzięki temu bardzo dobrze, nawet jeśli końcówka jest pewnym, pełnym konfuzji, zawodem. Uwaga: choć nic (łącznie z informacją wydawcy i zdecydowaną większością fabuły) na to nie wskazuje, powieść stanowi trzeci –  po ZaklinaczuHipotezie zła – tom cyklu z Milą Vasquez. Zostaliście ostrzeżeni.

A tak ładnie żarło… (Samuel Bjørk, Chłopiec, który kochał sarny)

bambijpgW zasadzie sama jestem sobie winna, bo przecież po Sowie miałam tak serdecznie dosyć Mii Kruger i Holgera  Muncha, że obiecałam sobie solennie więcej się z nimi nie użerać. Plącząc się jednak wśród czarnopiątkowych promocji na e-booki, pewnie nadal pod wpływem przygnębienia po epickiej klęsce, jaką okazało się Przeznaczenie skrytobójcy, dokonałam tak zwanego zakupu impulsowego. Potrzebowałam szybkiej, niezbyt angażującej intelektualnie lektury na reset, a trzeci kryminał z cyklu norweskiego autora, którego marketingowcy zdecydowanie na wyrost okrzyknęli rywalem Jo Nesbo, w teorii idealnie spełniał te wymogi.

W praktyce również spełniał je idealnie, tak mniej więcej przez 2/3 objętości tekstu. Mia, jak na swoje możliwości, była zaledwie umiarkowanie irytująca, bo czysta po odwyku i niemal wolna od wizji swojej zmarłej siostry bliźniaczki, Sigrid. Holger zamiast użalaniem się nad rozpadem swojego małżeństwa zajął się robotą i nawet randkowaniem z nową lekarką sądową (a zatem po rozwodzie można mieć życie uczuciowe, kto by pomyślał!). No i oczywiście mieliśmy też zabójcę, tytułowego miłośnika saren. Człowieka posługującego się wyrafinowanym modus operandi, który na miejscu każdej zbrodni zostawiał enigmatyczne wiadomości dla śledczych. Mimo wyjątkowo niepokojącego prologu, który szybko wyparłam z pamięci, ogólnie zatem całość rokowała bardzo dobrze.

Niestety, choć ładnie żarło, bo dzięki krótkim rozdziałom i częstym zmianom perspektywy narracyjnej Bjørk sprawnie utrzymywał zainteresowanie odbiorcy, to ostatecznie zdechło, i to w wyjątkowo spektakularnych męczarniach. Że Mii po powrocie do pracy szybko zaczął się pogarszać stan zdrowia psychicznego i zatęskniła za znieczuleniem oferowanym przez tabletki i alkohol, nie będzie dla nikogo znającego poprzednie części wielkim zaskoczeniem. To jednak drobiazg w zasadzie pomijalny, podobnie jak doprowadzająca mnie do szaleństwa konfekcyjna mania autora. Gdybyście byli ciekawi, przejawia się ona w kompulsji, zmuszającej Bjørka do nadmieniania 5 razy w każdej scenie z udziałem bohaterów, że Mia nosi skórzaną kurtkę, a Holger budrysówkę. Aczkolwiek dopiero po trzech tomach zmotywowało mnie to do sprawdzenia, czym, do cholery, jest budrysówka (jeżeli jesteście takimi samymi ignorantami modowymi jak ja, informacje macie w linku powyżej).

Ale ja tu zdryfowałam na jakieś dywagacje o odzieży, a przecież nie z tym mam w Chłopcu, który kochał sarny największy problem. Problemem jest konstrukcja intrygi, czyli rzecz w kryminale podstawowa. Z tej części zadania Bjørk za każdym podejściem wywiązuje się, niestety, coraz słabiej, choć logika nakazywałaby zakładać, że z każdą kolejną powieścią powinno mu to iść lepiej. Już nawet nie chodzi o to, że najbardziej uważny czytelnik nie ma najmniejszej szansy wykryć tożsamości sprawcy (choć uważam, że danie czytelnikowi takiej szansy jest obowiązkiem każdego uczciwego autora kryminału). Policja również nie ma tu na to szans. Cała intryga jest adresowana do konkretnej osoby, a finał poprowadzony został kuriozalnie. W efekcie zamiast planowanego zapewne przez autora dramatyzmu mamy tragikomedię.

Nie polecam. W zasadzie energicznie odradzam.

Lato z kryminałem 2019 (1): Najwyższa sprawiedliwość, Błękit błyskawicy i Sprawiedliwy oprawca

najwCzyli kolejne odsłony cykli o Sebastianie Bergmanie, Jimmy’m (wydaje mi się, że tu powinien być apostrof, ale pewności nie mam) Perezie i Nasti Kamieńskiej. Było, cóż, rozmaicie.

Jeśli chodzi o Hjortha i Rosenfeldta, po tragicznym wręcz Oblanym teście podchodziłam do kolejnego tomu ich cyklu o bufonowatym psychologu z traumą jak pies do jeża. Ale był czerwiec, upał, a zaufana osoba stwierdziła, że dobrze się to czyta, więc uznałam, że dam im jeszcze jedną szansę. W końcu jeden z nich jest scenarzystą genialnego Mostu nad Sundem, a każdy może mieć słabszy moment!  Istotnie było sporo lepiej niż poprzednio, ale, powiedzmy sobie szczerze, zaliczenie poprzeczki leżącej na ziemi nie nastręcza trudności. A i tak autorom udało się w finałowej partii mocno o nią potknąć. W czym rzecz? Tym razem intryga koncentruje się na serii napaści na tle seksualnym na grupę kobiet, których nic nie łączy. Tak przynajmniej twierdzą i takie założenie początkowo przyjmują śledczy. Kiedy jednak napastnik powraca, by zgwałcić ofiary ponownie, ich prawdomówność co do braku powiązań zaczyna budzić poważne wątpliwości. Istotnie, łączy je mroczna tajemnica z przeszłości, która obecnie ściągnęła na nie specyficzną zemstę.

Co w teorii wygląda ciekawie i w jakimś sensie wpisuje się w wiecznie żywą w naszym kraju debatę pro life/pro choice, kończy się, niestety, groteskowym cliffhangerem, co do którego pozostaje mieć nadzieję, że autorzy nie pociągną wątku w zasugerowanym w finale bardzo dobitnie kierunku. Weszłabym w szczegóły, jakkolwiek są w wysokim stopniu żenujące, gdyby nie był to zarazem gigantyczny spoiler.

Ale poza głównym wątkiem mamy jeszcze prywatne dramy naszych bohaterów, czyli serial w odcinkach. Vanja cały czas ucieka przed Sebastianem, a ten nieustannie podejmuje próby odbudowania ich relacji. Ursula szuka prywatnego szczęścia, Billy, który zaczynał jako całkiem sympatyczny młodzieniec, coraz mocniej pogrąża się w psychoseksualnej dewiacji (czego cały tabun współpracujących z nim światowej klasy specjalistów dogodnie nie zauważa!). Jeden Torkel szczęście znalazł i wszystko wskazuje na to, że mimo starań Sebastiana chyba je zachowa.

Podsumowując, nie sądzę, żeby to mój gust tak radykalnie się zmienił w ciągu marnych paru lat przygody z tym cyklem. Jest znacznie słabiej niż w Grobie w górach czy Niemowie. Nie polecam, szkoda waszego czasu.

blekitNa Błękit błyskawicy Ann Cleeves czekałam z ciekawością, bo polubiłam regularne wycieczki na Szetlandy, nawet jeśli poprzednia Czerwień kości podobała mi się z trzech odsłon kwartetu najmniej. Niestety, tym razem nie jest lepiej, a nawet muszę ze smutkiem powiedzieć, że mam autorce mocno za złe tanie efekciarstwo, do jakiego posunęła się w finale. Byłby to może jeszcze krok w jakiś sposób zrozumiały, gdyby cykl na tym się zakończył. Ale w świetle faktu, że są jeszcze cztery części, bardzo taka decyzja rozczarowuje. I znów – nie mogę napisać, o jakie rozwiązanie konkretnie chodzi, bo byłby to niewybaczalny spoiler. Ale już nawet abstrahując od czysto subiektywnych czytelniczych skarg i zażaleń, także obiektywnie oceniana historia zabójstwa miejscowej celebrytki na rodzinnej wyspie Pereza, odciętej od świata przez warunki atmosferyczne, specjalnie porywająca nie jest. Przy czym nie oczekuję bynajmniej od kwartetu szetlandzkiego jakiejś niesamowitej dynamiki, bo to nie cykl tego typu. Niemniej, śledztwo, czy też pseudośledztwo, toczy się tym razem, nawet jak na jego dotychczasowe standardy, wyjątkowo opornie. A dodatkowe atrakcje w postaci bliższego przedstawienia Fair Isle i rodziny Jimmy’ego (który przybył przedstawić rodzicom narzeczoną) jakoś tego nie wyrównują. Mimo solidnie zrealizowanego wariantu tajemnicy zamkniętego pokoju całość oceniam zatem zaledwie przeciętnie. Z dodatkowym sporym subiektywnym minusem za finał.

sprawPo dwóch zawodach wzięła i jeszcze się dobiła Marininą, powiecie w tym momencie. Aż tak źle nie było, bo sięgnęłam po Sprawiedliwego oprawcę, część głównego, a nie emerytalnego cyklu o przygodach pani major Kamieńskiej. Ale żebym trafiła fenomenalnie, tego też, niestety, powiedzieć nie mogę. Po pierwsze – dużo metamorfoz Anastazji, czego organicznie nie znoszę. Za to mało tła społeczno-obyczajowego (które w tym cyklu cenię najwyżej). Ponadto rozbudowana intryga polityczna z walkami służb (co mi zazwyczaj nie przeszkadza). Niestety, także wątek fantastyczny, wprawdzie nie tak tragiczny, jak to już w całkiem niedawnych częściach cyklu bywało, ale kluczowy i w sumie słabo wiarygodny (hipnoza jako narzędzie zbrodni). Mimo wszystko z trzech omawianych tytułów ten oceniam najlepiej, bo jednak w tle są jednostkowe biografie, a w tym Marinina jest dobra.

P.S. A teraz czytam sobie Ogniem i mieczem i jestem w czytelniczym raju!

P.S. 2 Blog ma od niedawna stronę na fejsbuku – można polubić, odnośnik na samym dole w prawej szpalcie. Pojawiają się tam treści dodatkowe, jak na razie głównie refleksje o serialach.

Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

Często jest tak, że ktoś słowem złym/zabija tak, jak nożem (Jo Nesbo, Nóż)

nóżPrzydał mi się Czesław Niemen, a raczej fragment tekst utworu Dziwny jest ten świat, do oddania uczuć, które towarzyszyły lekturze dwunastej powieści z Harrym Holem. Niestety, mimo że dwukrotnie zarwałam z nią noc, a zarówno autora, jak i cykl bardzo lubię, nie jestem w stanie napisać, że była to powieść dobra. Złe przeczucia, które powstały po lekturze Macbetha, wprawdzie nie potwierdziły się w pełni, gdyż w dalszym ciągu norweski pisarz potrafi zbudować hipnotyzującą narrację i ostatecznie zaskoczyć czytelnika (jak i samego śledczego) osobą sprawcy zabójstwa. Niemniej, nie okazały się też całkowicie bezpodstawne.

Początek Noża jest wręcz dramatycznie kiepski. Nesbo w tandetnym, mocno melodramatycznym stylu po raz kolejny zabiera nas w myśli Harry’ego, wyrzuconego przez Rakel z domu i znajdującego się na dnie alkoholowego ciągu. Sielanka małżeńska, tak jak bohater się tego obawiał przy opisanej w Pragnieniu sprawie wampirysty, została gwałtownie przerwana. Dlaczego Rakel wyrzuciła męża? Harry doskonale wie, ale z czytelnikiem się tym nie podzieli, a przynajmniej nie przedwcześnie. Teoretycznie nie ma to zresztą żadnego znaczenia. W końcu rozstają się nie pierwszy raz i zapewne by do siebie w końcu wrócili. Gdyby nie pewne przeszkody natury obiektywnej, które pojawiają się wraz z rozwojem fabuły.

Hole jest w najnowszej odsłonie żałosny i sympatia czytelnika nie znajduje się po jego stronie. Wraz z Trulsem Berntsenem stanowią pośmiewisko Wydziału Zabójstw. Jednego zaprotegował nowy minister sprawiedliwości (tak, daleko Bellman zaszedł), drugiego z litości (i żeby nie zachlał się na śmierć) przyjęła z powrotem Katrine Bratt. Dostają same najprostsze sprawy. Jak odwrócić tę optykę? Oczywiście Hole musi ucierpieć bez własnej winy, za to w taki sposób, by otrzymał dostateczny bodziec do powrotu do prawdziwej pracy śledczej i oderwania się od butelki. A że upadek protagonisty jest głęboki, wstrząs musi być proporcjonalnie silny. I Nesbo nam to zapewnia (tu heroicznie unikam spoilera).

Niemniej, wiele więcej nie oferuje. Żeby nie było nieporozumień – są oczywiście liczne twisty, w zdecydowanej większości, w zasadzie poza ostatnim, przewidywalne, a niektóre tak tandetnie hollywoodzkie, że robi się przykro, gdy pisarz potwierdza przypuszczenia czytelnika i mimo wszystko postanawia się nimi posłużyć. Choćby wcześniej sugerował coś wręcz przeciwnego. O ile jednak punkty zwrotne w większości rozczarowują, to sprawność narracji wraz z pełną kontrolą nad wątkami pobocznymi sprawia, że docieranie do nich jest procesem bezbolesnym i wciągającym. Przy wszystkich swoich słabościach, rozwiązaniach życzeniowych, naciąganych czy tanich, fabuła Noża angażuje czytelnika, który niemal do samego końca nie traci nadziei, że będzie lepiej. Autor, jak to ma w zwyczaju, pokaże pod koniec chowanego w rękawie asa. I ogólny bilans wyjdzie na plus, a wszelkie potknięcia będzie można puścić w niepamięć.

Choć już pierwsza scena zapowiada, że w pewnym momencie będziemy mieli do czynienia ze spektakularną zagrywką w najgorszym stylu Pancernego serca, która dobitnie nam przypomni, że Harry, jak Indiana Jones (bo już niestety nie Han Solo), jest nieśmiertelny i nawet wybuch bomby atomowej przeżyje w lodówce.

Nie odgadłam tożsamości zabójcy, choć przesłanki były, bo nie chciałam uwierzyć w intrygę tak wydumaną i słabą. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść autora dojrzałego i po gigantycznym światowym sukcesie, należy moim zdaniem ocenić ją nawet surowiej niż pierwszego w cyklu, debiutanckiego Człowieka nietoperza. Bo wraz z sukcesem poprzeczka się podnosi. Im sukces większy, tym wyżej. A Nóż to ewidentnie spalona próba. Niezły kryminał dla przeciętnego autora, ale bardzo słaby, niepotrzebnie efekciarski popis mistrza gatunku. Wpadka. Czas poszukać osełki. Sugerowałabym nowego bohatera. Hole się skończył i wszystko wskazuje, że Nesbo o tym wie.

Przykro, ale z faktami się nie dyskutuje.

Erasta ostatni występ (Borys Akunin, Nie żegnam się)

erastJak do tego doszło, nie wiem, ale znowu mam 9 tytułów w plecy (a licząc dwie jeszcze nienapisane recenzje przedpremierowe, Śpiewu potępionych Agnieszki Hałas i Pokuty Anny Kańtoch, to nawet 11). Niemniej, jakoś sobie z tym poradzimy, jeżeli nawet nie w najbliższym czasie, to stopniowo.

Dzisiaj natomiast garść wrażeń z ostatniego tomu cyklu powieści detektywistycznych Borysa Akunina, czyli Przygód Erasta Fandorina. Jest to seria szczególnie bliska mojemu sercu, nie tylko dlatego, że poświęciłam jej pracę magisterską. W ramach cyklu autor zrealizował znakomicie bardzo rzadki zamysł – każda powieść emulowała inny podgatunek kryminału. Poza tym nie da się ukryć, że bohater, którego dorastanie czytelnik mógł obserwować, był – przy całej swojej nieodzownej wyjątkowości – sympatyczny i niepozbawiony wad, wśród których prym wiodła swoista naiwność, zwłaszcza co do przedstawicielek płci teoretycznie słabszej.

No właśnie – Erast był sympatyczny i ludzki. Do czasu. Nie mam całkowitej pewności w tej kwestii, ale wydaje mi się, że według pierwotnego autorskiego zamysłu seria miała się skończyć na 11 tomie, czyli Diamentowej karocy, która ukazała się po rosyjsku w 2003 roku. I tak byłoby zdecydowanie lepiej, całość zakończyłaby się mocnym akordem i pozostawiłaby wyłącznie znakomite wspomnienia. Fani jednak domagali się dalszego ciągu, w efekcie czego w 2007 roku ukazał się zbiór opowiadań Nefrytowy różaniec, zawierający teksty o bardzo zróżnicowanym poziomie, a następnie dwie dosyć słabe, zwłaszcza na tle najlepszych odsłon cyklu, powieści, czyli Świat jest teatrem i Czarne miasto (polskie wydanie tej ostatniej miało miejsce w 2014 roku). W tych odsłonach próżno było szukać dawnego ulubieńca (i odnosi się to zarówno do bohatera, który przeżywał dramatyczny kryzys wieku średniego, jak i do pisarza, który przeżywał dramatyczny kryzys warsztatowy oraz najwyraźniej cierpiał na deficyt weny). Fandorin nie jest tu już osobą, którą znamy i kochamy, ale odpornym na upływ czasu pod względem fizycznym chochołem, który sam o sobie myśli jako o szlachetnym mężu. Istotą (tak jest, bo już nie człowiekiem z krwi i kości) posągową i antypatyczną, a jednocześnie nadal pod pewnymi względami po prostu zaślepioną naiwnością i żądzą, ale już nie w ten uroczy, młodzieńczy sposób, który tak chętnie mu się wybaczało. Teraz budzi głównie zażenowanie i bez żalu przyjęłam fakt, że – UWAGA, SPOILER – w finale Czarnego miasta zostaje w Baku postrzelony w głowę. Był to w zasadzie cios łaski, o czym dodatkowo upewniły mnie trzy opowiadania ze zbioru Planeta woda.

Niemniej, jak się okazało, nie był to cios ostateczny. I tak dostaliśmy tom przewrotnie zatytułowany Nie żegnam się, w którym Akunin zamyka opowieść definitywnie, i całe szczęście, o czym poniżej. Rzecz jasna, nawet taki nadczłowiek jak Fandorin nie mógł po bezpośrednim postrzale w głowę po prostu wstać, otrzepać się i jakby nigdy nic ruszyć w pościg za kolejnym akuninem, czyli złoczyńcą. Zatem na wiernego Japończyka, Masahiro Shibatę, spadł obowiązek ponad czteroletniej opieki nad znajdującym się w śpiączce Erastem. Wierny wasal tracił już wprawdzie nadzieję, bo po wybuchu rewolucji co lepsi lekarze uznali, że rosyjskie powietrze zdecydowanie im nie służy, jednak w pociągu zmierzającym do Moskwy Fandorin pod wpływem niespodziewanego wstrząsu nieoczekiwanie się wybudził. I tu szczerze przyznam, że przez moment wydawało mi się, iż Akunin postanowił wykorzystać fizyczny uraz, by na koniec oddać czytelnikom bohatera z krwi i kości, którego niegdyś pokochali. Kaleki, zdany na łaskę swojego przyjaciela, zmuszony polegać ponownie wyłącznie na przymiotach umysłu, Erast mógłby być niczym Lincoln Rhyme z cyklu Deavera w czasach swojej (zresztą też wiele tomów temu bezpowrotnie utraconej) świetności. Nie za długo Fandorin jednak posiedział na swoim prototypowym wózku inwalidzkim i musiałam tym nadziejom smętnie pomachać na pożegnanie.

Poza wstępem mamy w powieści cztery części, czyli różnokolorowe prawdy, poświęcone ideologiom poszczególnych odłamów rewolucjonistów, z których najważniejsi to rzecz jasna biali, czyli zwolennicy systemu obalonego przez rewolucję, i czerwoni, czyli komuniści. Są jeszcze czarni, czyli anarchiści, i zieloni, czyli przywódcy milicji zaangażowanych w sprawy lokalnego chłopstwa. Wojna domowa w Rosji to okres bardzo interesujący, a Akunin decyduje się pokazać go m.in. z perspektywy walki między wywiadami, sporymi fragmentami w ogóle rezygnując z udziału Fandorina w opowieści. Wtedy jest zdecydowanie najciekawiej.

Najgorzej z kolei robi się, gdy pojawia się kolejna Jelizaweta na drodze Erasta, a żeby jeszcze mnie dobić, Akunin zdecydował się na autotematyczne nawiązanie do Gambitu tureckiego. W szczegóły nie wejdę, bo pisać hadko, ale jedyna pociecha, że nie było im dane pożyć długo i szczęśliwie.

W sumie powieść lepsza niż dwie poprzednie (o co, powiedzmy sobie szczerze, nietrudno), ale słabsza niż przeciętna dawnego cyklu. I to głównie Fandorin ciągnie ocenę w dół. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko dla fanów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, jak to się kończy. Reszcie serdecznie polecam zakończenie przygody na Diamentowej karocy.