Koń, labrador i emocjonalne przedszkole (Robert Galbraith, Lethal White)

Być może ktoś jeszcze pamięta, że poprzednią część z cyklu o detektywie z amputowaną nogą i jego sekretarce ze skomplikowaną przeszłością, czyli Żniwa zła, oceniłam najlepiej z trzech dotychczasowych, choć jednocześnie nie polemizowałam z powszechną opinią, że miała najsłabszą intrygę kryminalną. Bo było to faktem, gdyby Strike spojrzał na sprawę z odpowiedniego dystansu, rozwiązałby ją o wiele wcześniej.

Nic jednak (może poza analogicznym spadkiem poziomu pomiędzy czwartym a piątym tomem Harry’ego Pottera, którego pierwsze cztery tomy także ukazywały się rok po roku, a na Zakon Feniksa przyszło poczekać 3 lata – i okazał się przeładowany pustosłowiem) nie przygotowało mnie na katorgę, jaką była lektura w oryginale 660 stron Lethal White. Rzuciłam się na tom w dniu premiery i z miejsca wpadłam na to, za czym, mówiąc łagodnie, nie przepadam, ale czego po finale Żniw należało się spodziewać. Czyli dalszy ciąg ślubu Robin i Matthew. W rozwlekłym prologu nowożeńcy prawie że się rozstają, a detektywi przeżywają Znaczący Moment Na Schodach. Bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji, bo w końcu ślub kosztował masę pieniędzy i trzeba uszanować gości. Potem Robin już, już, ma się rozstać z mężem, ale akurat, jakże dogodnie, pada on w czasie podroży poślubnej ofiarą przypadkowej, acz groźnie wyglądającej infekcji. Tak mija rok – szczęśliwie poza kadrem, bo już w prologu odchodziło takie emocjonalne przedszkole, że czułam się prawie jak inżynier Mamoń na polskim filmie. Ale nie wyszłam (nie przerwałam lektury), która zajęła mi łącznie 19 dni. I żałuję poświęconego jej czasu. Mogłam w tym czasie, z trudem wygospodarowywanym, czytać zdecydowanie lepszą literaturę, nawet jeśli tylko rozrywkową. Na pewno tak bym się nie wynudziła i nie czuła się finalnie tak bardzo wystrychnięta na dudka.

Zaczyna się akcja (ha, ha, w tej książce do połowy praktycznie nic się nie dzieje, a i potem poza jednym trupem niewiele więcej) naprawdę ciekawie, gdyż do biura Cormorana wpada bez zapowiedzi bardzo pobudzony młodzieniec i zaczyna bełkotać coś bez ładu i składu o dzieciobójstwie sprzed lat, którego był świadkiem. Jest to, trzeba przyznać, intrygujące. Tajemniczy Billy, słysząc, że tymczasowa zastępczyni Robin wzywa policję, znika jednak jak kamfora i dużo wody upłynie, nim znowu go na kartach Zabójczej Bieli zobaczymy. A w tej mętnej wodzie politycznych spisków zatonie cały entuzjazm znudzonego czytelnika. Klientem agencji zostaje bowiem ostatecznie minister handlu, który jest szantażowany. A choć podejrzewa, przez kogo, nie chce wyjawić, czym. Chowa się za ogólnikami, mówiąc, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Ale być może istnieją zdjęcia, które zdolne są zakończyć polityczną karierę ministra. A to twardy zawodnik, podniósł się z wielu wizerunkowych ciosów – skandalicznego rozwodu oraz śmiertelnego wypadku, który jego syn, Rafael, spowodował pod wpływem alkoholu i narkotyków. Teraz jednak minister się boi. Robin, by znaleźć haki na  przeciwników i potencjalnych szantażystów klienta, zatrudnia się jako Venetia Hall w jego biurze w Izbie Gmin.

W tle rozpada się relacja Robin z Matthew, a także najnowszy związek Strike’a, który oczywiście ma nową, sympatyczną, zabawną partnerkę, Lorelei, właścicielkę sklepu z odzieżą. Ta, choć początkowo zgodziła się na związek bez zobowiązań, po niemal roku się zaangażowała. A żądanie czegoś więcej działa na Cormorana jak płachta na byka. Coraz mniej go lubię, szczerze mówiąc. A Rowling/Galbraith stracił/a chyba dryg do opisywania wątków obyczajowych, bo wychodzi jej w tej sferze irytująca dziecinada i nic ponadto. Wolanie kukułki miało obnażyć mroczne sekrety świata mody, Jedwabnik zaprosił nas za kulisy pracy wydawców, a Żniwa zła pozwoliły nam prześledzić dawne śledztwa Strike’a. Tym razem Galbraith chciał wziąć pod lupę zepsucie politykującej arystokracji, ale wyszło to słabiej niż średnio, głównie z powodu źle skomponowanej, rozwlekłej intrygi i ostatecznie rozczarowujących, podobnych kapiszonom rozwiązań. Wszystko się składa, ale jest wysilone, przerysowane, nieprawdziwe, nużące i kompletnie czytelnika nie obchodzi. Powiedzieć, że nie polecam, to mało. Trzymajcie się z daleka.

Reklamy

Third Strike, czyli Żniwa zła

Nowa powieść Rowling pod pseudonimem to podobnie paradoksalne doświadczenie czytelnicze jak Marsjanin, o którym wspominałam w poprzedniej notce. Kryminał to naprawdę słaby, gdy spojrzeć wyłącznie na intrygę, która jest mocno statyczna i powinna była rozstać rozwikłana przez byłego wojskowego śledczego o wiele szybciej, niż ma to miejsce w powieściowej rzeczywistości.
Jednocześnie to pierwsza część cyklu, przy czytaniu której nie miałam żadnych przestojów, chwil zwątpienia i odczucia, że natrafiam na dłużyzny. Mimo ewidentnej słabości na poziomie fabularnym Żniwa zła były z mojej perspektywy najbardziej wciągającą i angażującą emocjonalnie powieścią o Cormoranie i Robin.
Myślę, że jest to wypadkowa dwóch czynników – przede wszystkim niezaprzeczalnego talentu autorki, która ma niezwykły dar snucia opowieści i przedstawiania jej społeczno-obyczajowego tła, a także przemyśleń i emocji bohaterów, którzy zawsze są w jej historiach realistyczni, co ułatwia identyfikowanie się z nimi. Dzięki temu nawet wtedy, kiedy w zasadzie niewiele się dzieje, można tego niemal nie dostrzec.
Drugi klucz do sukcesu to wyprawa w enigmatyczną dotąd przeszłość Cormorana Strike’a i jego osobiste zaangażowanie w sprawę. Sprawca ma bowiem nadrzędny cel – chce się na detektywie zemścić, co staje się jasne już na samym początku, gdy do agencji dociera makabryczna przesyłka, zaadresowana na nazwisko Robin. Tym samym, chcąc rozwiązać zagadkę, Strike zmuszony jest przeprowadzić rachunek sumienia i stworzyć listę prawdopodobnych podejrzanych. Ostatecznie jest ich czterech, w tym ojczym bohatera, co daje pretekst do intymnych reminiscencji.
Wyjaśnia się też w końcu przyczyna, dla której Robin Ellacott, obecnie, po ukończonym kursie detektywistycznym, już nie sekretarka, a pełnoprawna współpracownica Strike’a, przerwała kiedyś studia psychologiczne. Żniwa zła to pierwsza w ramach cyklu okazja lepszego poznania dwójki bohaterów.
Ale jest w tej beczce miodu, obok wspomnianej na wstępie słabo poprowadzonej intrygi, jeszcze jedna wielka łycha dziegciu. Jeśli pamiętacie moją opinię o poprzednim tomie, łatwo się domyślicie, w czym rzecz:) Chodzi oczywiście o wzajemny pociąg bohaterów, już w zasadzie nieskrywany. W kontekście zbliżającego się ślubu Robin i Matthew problem urasta do wręcz niebotycznych rozmiarów, mają miejsce sceny zazdrości ze strony narzeczonego i rozmaite melodramatyczne kryzysy, których finał jest znany z góry. Mam takie przekonanie, że Gallbraith pozwoli się zejść swoim bohaterom dopiero w ostatnim tomie serii. A to jeszcze nie teraz, jako że nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka. Przedślubne hocki-klocki i pretekstowy nowy związek Strike’a z radiową prezenterką, przepiękną niczym nordycka bogini, niesamowicie mnie z tego względu wkurzały. Podobnie jak uporczywie nawracające wstawki narracyjne na temat "zakazanych myśli" każdego z protagonistów, dotyczących zawodowego partnera. A jak już mają w trasie nocować w motelu, to och, jakże niezręczna jest kwestia bukowania pokoi! Masakra:)
Jednak całość mimo wymienionych wad wsysa ze skarpetkami, więc kryminał może i słaby, ale rozrywka znakomita. Polecam!

Strike i Spirnger (obaj po raz drugi)

Czyli szybko uzupełnię zaległości lekturowe:)

Jedwabnik podobał mi się bardziej niż Wołanie kukułki. Z uwagi na osadzenie intrygi w światku wydawniczym również, ale zdecydowanie nie tylko. Tempo rozwoju fabuły było tym razem o wiele równiejsze, pierwsza powieść miała zdecydowanie za długą i zbyt powolną ekspozycję. Tutaj, mimo pozostania w formacie zdecydowanie klasycznej opowieści kryminalnej, nie odczuwa się znużenia w żadnym momencie. I Strike ma fajnego przyrodniego brata:) Jedyne zastrzeżenie, jakie mogłabym zgłosić, dotyczy kierunku, w którym zmierzają relacje St(r)ike’a i Robin. Ja naprawdę rozumiem – marketingowy potencjał romantycznego napięcia – ale nie mogę się pozbyć przeczucia, że dla serii (bo raczej będzie kontynuacja?) byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby sekretarka aspirująca do roli detektywa pogodziła się ze swoim nudnym i frajerskim Matthew. Zdecydowanie polecam.

13 pięter Filipa Springera, książka napisana z wykorzystaniem stypendium z Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego, to bardzo spójna (wręcz przygnębiająco spójna, gdy spojrzymy na całościową wymowę) i dogłębnie przemyślana realizacja teoretycznie niezbyt porywającego zamysłu. Autor postanowił bowiem opisać problemy mieszkaniowe Polaków, skupiając się na zagadnieniu: co z tymi, których nie stać na zakup mieszkania? Genezę przerażającej rynkowej i bytowej niszy, w którą ta zdecydowana większość polskiego społeczeństwa wpada, Springer znalazł już po Pierwszej Wojnie Światowej. Około 40% 13 pięter to rozważania dotyczące bezdomności i warunków życia robotników w dwudziestoleciu międzywojennym. Warszawskich robotników, bo istotne miejsce w wywodzie zajmuje historia powstania i działań Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Czyta się to momentami jak horror (masowe samobójstwa eksmitowanych i zagrożonych eksmisją, tragiczne warunki w noclegowniach dla bezdomnych, osiedla robotniczych bieda-domów, z których sporo było zwykłymi norami w ziemi). A potem przychodzą pełni zapału idealiści, twórcy WSM. I walczą z wiatrakami, bez większych sukcesów, jeśli chodzi o skalę społecznego zapotrzebowania. Jednocześnie rząd umożliwia praktycznie bezkosztową budowę luksusowych kamienic. A potem wybucha wojna.
Część książki poświęcona współczesności zatytułowana została Wielkie kłamstwo. I tam spotkamy ludzi mieszkających nielegalnie w lokalach przeznaczonych do prowadzenia działalności gospodarczych, problemowych lokatorów eksmitowanych do kontenerów, rodzinę mieszkającą w garażu, bo zanim zaczęli budować dom, materiały budowlane radykalnie podrożały. Autor pisze też o bezwzględnych czyścicielach kamienic, przedstawiając wszystkie etapy ich metodycznego procederu wykurzania lokatorów. O frankowiczach i o deweloperach (bankrutujących oraz prosperujących). O bankowcach zachwalających kredyty hipoteczne i swego czasu zawyżających kredytobiorcom zdolność kredytową. O gniazdownikach i przyczynach, dla których nie mogą się wyprowadzić od rodziców, choćby chcieli, szczególnie jeśli są singlami (niskie zarobki, niepewność zatrudnienia, wysokie ceny najmu). Ale i o takich, którzy radują się mieszkaniem wynajętym, bo nie muszą go dzielić z teściami. O tym, że rynek najmu to rynek wynajmujących, którzy za skandaliczne warunki żądają zawyżonych cen, nie oferując w zamian najemcom pewności zakwaterowania. I o pułapce, jaką może stać się wspólne zobowiązanie kredytowe na 30 lat, kiedy dwoje ludzi przestaje łączyć cokolwiek, a żadne nie może spłacić drugiego. Logiczne staje się w kontekście powyższych problemów pytanie, dlaczego państwo nie finansuje tanich mieszkań na wynajem, odcięło finansowanie TBSom, które od 6 lat niczego nie budują, a za to robi kolejne prezenty deweloperom, w stylu programu Mieszkanie dla Młodych, który, w odróżnieniu od Rodziny na Swoim, obejmuje już wyłącznie rynek pierwotny. Dlaczego? Nikt nie potrafił reporterowi przekonująco odpowiedzieć. A kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, o co chodzi:)
Świetna książka, dojrzalsza i moim zdaniem jeszcze ciekawsza od Wanny z kolumnadą. Warto, choć nie jest to lektura łatwa ani optymistyczna.

Spadająca Kukułka

Ukazanie się drugiej powieści z Cormoranem S. na polskim rynku zmobilizowało mnie do tego, by wreszcie przeczytać zakupione w marcu Wołanie kukułki. Joanne K. Rowling, a raczej jej alter ego, czyli Robert Gallbraith, dobrze się odnalazł w konwencji kryminału, choć zaproponował własne podejście do klasycznych dla gatunku motywów i rozwiązań. Podejście, które pewnie nie każdemu przypadnie do gustu, bo skupienie na warstwie społecznej spragnionym dynamicznej intrygi może się wydać niepotrzebnym przewlekaniem, któremu daleko do pożądanego suspensu.
Szczerze mówiąc, choć ja akurat przeciwko takiemu rozłożeniu akcentów nic nie mam, to zarazem uważam, że lekkie odchudzenie z pewnością by powieści nie zaszkodziło, a nawet mogłoby jej pomóc.
Niemniej, osadzona  londyńskich wyższych sferach, wśród modelek, projektantów, producentów firmowych i knujących prawników historia rzekomego samobójstwa Luli Landry, które bada były wojskowy, syn z nieprawego łoża gwiazdy rocka, pozbawiony części nogi Cormoran Strike, mimo swej ostentacyjnej, typowej dla noiru niespieszności ma w sobie coś hipnotyzującego. I choć rozkręca się bardzo wolno, to tak około dwusetnej z przeszło pięciuset stron "chwyta" i nie wypuszcza do samego końca. Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby czytelnik z nieco odmiennymi oczekiwaniami wobec kryminalnej intrygi "odpadł" przed tym punktem.
Choć Cormoran wydaje się chodzącą kliszą, to jednak jest autentyczny i łatwo się z nim empatyzuje. Samo rozwiązanie zagadki śmierci Landry po zakończeniu lektury może sprawiać wrażenie oczywistego, ale seria zręcznych zmyłek, przynajmniej w moim przypadku, zaowocowała finalnym efektem autentycznego zaskoczenia.
Dobra, choć nie do końca typowa i niepozbawiona wad (przede wszystkim nieco przegadana) powieść. Nie żałuję poświęconego jej czasu.
Teraz Do zobaczenia w zaświatach albo Oficer i szpieg🙂