Bigos literacki

W końcu udało mi się nadgonić zaległości recenzenckie na tyle, by wykroić czas na przeczytanie czegoś z prywatnych zbiorów. Na pierwszy ogień poszedł 3 tom Miecza i kwiatów Marcina Mortki, bo byłam ciekawa finału.

I muszę przyznać, że mam z tą książką pewien problem. Czytało mi się ją chyba najlepiej ze wszystkich części, ale jednocześnie nastąpiło nagłe, gwałtowne przesunięcie konwencji w stronę metafizyczno-symboliczną, przez co nie do końca mi do poprzedniczek przystawała.
Ale gdy się oswoiłam, to popłynęłam z nurtem opowieści, a i patos jakoś mało mi przeszkadzał, choć zwykle jestem nań nadwrażliwa. Jakoś tak Autorowi udało się niektórymi scenami trafić prosto do mojego serca, z całkowitym pominięciem sceptycznego rozumu. Rezultat – oczy na "mokrym miejscu". Nie zdarza się często. Tak więc cykl, mimo słabszych momentów (najsłabszy chyba drugi tom), jako całość polecam.
Mimo to, nadal w moim prywatnym rankingu nie zagraża debiutanckiej Ostatniej sadze.

Następnie powróciłam do obowiązków i od razu trafiłam na rafę. A imię jej Trojka. Chapman dołącza do grupy autorów z Uczty Wyobraźni, z którymi mam zdecydowane "szumy komunikacyjne". Bogom opiekuńczym recenzentów dziękuję, że jest o niebo przystępniejszy i mniejszy objętościowo niż Harrison w Viriconium. Werdyktu jeszcze nie wydaję, bo jestem w 1/8, ale zdecydowanie nie mój typ literatury.

Później (a wszystko to wczoraj) trafił mnie jasny szlag po nieudanej probie instalacji nowozakupionego Wiedźmina 2 z powodu błędu danych CRC. Stwierdziłam, że w związku z tym nie mam zdrowia do dalszego mordowania się z Chapmanem i biorę wolny wieczór.

Sięgnęłam po 3 tom Stovera. Jako rozrywka Caine nie zawodzi nigdy.
Ale dzisiaj mamy nowy dzień i znów podejmę rękawicę. Poproszę o wsparcie:)