Trzeba czegoś więcej, czyli kilka uwag o serialu Wiedźmin – tym od Netfliksa

geraltNiby napisano o nim już wszystko, ale – jako że się nie znam – też się wypowiem. To jeszcze chwilowo wolny kraj. Zanim przejdziemy do rzeczy, dla porządku – uwagi wstępne. Czy jestem fanatyczną fanką książkowego wiedźmina, którego przygody czytałam osiem razy, w tym pięć razy w ciągu pierwszego roku od odkrycia? Ależ oczywiście. W konsekwencji grałam też we wszystkie wiedźmińskie gry komputerowe, choć gamerka ze mnie żadna. Czy w związku z tym miałam zawyżone i nierealne oczekiwania względem serialowej adaptacji? Tu was (być może) zaskoczę – nie. To umiarkowanie godne stoickiego mędrca zapewniła mi wieloletnia i trwała trauma, wywołana seansem polskiego serialu (zwanego powszechnie od nazwiska scenarzysty, Michała Szczerbica, na którego sempiternę miała znaleźć się kłonica – szczerialem). Nie wejdę w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do kultowych już streszczeń poszczególnych odcinków, popełnionych swego czasu przez Radka Teklaka. Tytułem podsumowania napiszę tylko, że może i zdaniem Geralta nie ma mniejszego zła, ale wiedźmin uważa tak wyłącznie dlatego, że nie oglądał polskiego serialu o swoich przygodach. Jaki by ten od Netfliksa nie był, zawsze mniejszym złem od naszego będzie.

Co powiedziawszy, przejdę do swoich wrażeń z ośmiu pierwszych odcinków (nie ostatnich, bo drugi sezon otrzymał zamówienie jeszcze przed premierą pierwszego, zdjęcia ruszą na początku przyszłego roku). Zabrzmi to może nieco paradoksalnie, ale pierwszy odcinek jest – obok ostatniego – najsłabszy w całym sezonie. I już nawet nie chodzi o tę trójdzielną narrację, w której każda z głównych postaci – Geralt, Yennefer i Ciri – dostaje swój prowadzony równolegle, na własnym planie czasowym, wątek. Taka była wizja scenarzystów, czy też showrunnerki, i mnie tam nic do tego. Czy ludzie nieznający książek, zwłaszcza jeśli oglądają nieuważnie, mogą przez to poczuć się zagubieni? Ależ oczywiście. Najwyraźniej jednak twórcy mieli to wliczone w koszty. Kto ogląda z minimalnym skupieniem, ten, moim zdaniem, się połapie. Odrębną kwestią jest, czy będzie mu się chciało oglądać dalej. Wątek cintryjski podany został, powiedzmy opłotkami, w wyjątkowo mało angażujący sposób. Eist jakoś tam wprawdzie nawiązuje do swoich oświadczyn, ale ogólnie za wiele dla widza  nieobeznanego z książkami z tych wszystkich menuetów i półsłówek nie wynika. W wątku Geralta natomiast mamy prawdziwą ciekawostkę przyrodniczą. Wzięto jedno z lepszych opowiadań, czyli Mniejsze zło, i pokazano wszystko, z wyjątkiem tridamskiego ultimatum, które, było nie było, jest sensem i sercem tego tekstu. I nawet naprawdę świetnie zrealizowana scena rzeźni na rynku tego nie wyrównuje. Już mniejsza o batystowe majtki i fakt, że cała historia Renfri stanowiła postmodernistyczny wariant baśni o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach (choć trochę szkoda, bo wystarczyłaby krótka retrospekcja lub dodatkowy, również niedługi, dialog między bohaterami, żeby tę warstwę zachować czy choćby zasygnalizować jej istnienie). Ale bez wątku tridamskiego dylemat wiedźmina zostaje bezlitośnie spłycony, a jego ostateczny wybór zyskuje zupełnie inny wymiar. Inaczej wyglądają ciskający kamieniami mieszkańcy Blaviken, gdy się wie, że rzucają je w mutanta, który ocalił ich od zguby. A inaczej, gdy rzucają je w faceta w naprawdę śmiesznej peruce (wiele mogę wybaczyć i wybaczam, ale że nie było budżetu na lepsze włosy dla Cavilla, uważam za niewybaczalne), który wparował na rynek i w zasadzie bez dania racji widowiskowo wyrżnął sporo ludzi (i nieludzi). Podobał mi się Stregobor, chyba bliższy w tej wersji swojemu literackiemu odpowiednikowi.

W odcinku drugim mamy bezlitośnie skondensowany Kraniec świata, należący do moich ulubionych opowiadań, w związku z czym prywatnie było mi z tego powodu przykro. Obiektywnie rozumiem wyrzucenie wątku Lille i księgi (pewnie drogie efekty, z pewnością trudno przetłumaczalny humor oraz brak czasu ekranowego). Wprawdzie w efekcie powstaje dziwna sytuacja: Filavandrel puszcza wolno Jaskra i Geralta, w zasadzie nie wiadomo, czemu. Ale da się to jakoś przeżyć. Jest niezła chemia między wiedźminem i bardem, ciekawy wątek PR Geralta, ładna scena chóralnego śpiewu w karczmie. Nieco rozczarowują od strony technicznej diaboł i elfy, ale widać budżet poszedł na coś innego. Komu się nie podoba, niechaj wspomni naszego Filavandrela. I nasze elfy. Poza tym zaczyna się rozwijać wątek przeszłości Yennefer i tutaj powiem od razu, że według mnie uzupełnienie biografii tej postaci było decyzją znakomitą, potrzebną i (z wyjątkiem Sodden, o czym dalej) dobrze zrealizowaną, ze szczególnym uwzględnieniem wątku relacji między Janeczką a Istreddem, choć Tissaia też nieźle wypada. I nawet węgorze w Aretuzie, dobrze ilustrujące, że nie wszyscy mają potencjał, by zostać mistrzami mocy, ładnie tam pasują. Anya Chalotra jest świetną Yen mimo wszelkich moich wcześniejszych zastrzeżeń czy wątpliwości. Jest wręcz za dobra, bo blednie przy niej cała reszta obsady, z Geraltem włącznie. Choć prywatnie wolę ją sprzed przemiany.

Odcinek ze strzygą, oparty na opowiadaniu Wiedźmin, należy do najlepszych (a jak teraz o tym myślę, to chyba po prostu JEST najlepszy). Choć i tutaj nie brakuje zmian względem literackiego pierwowzoru, udaje się zachować ducha opowiadania. Niepotrzebnie postarzono Foltesta, również niepotrzebnie – na użytek widza nieobeznanego z oryginałem i żeby było bardziej schematycznie – kazano Ostritowi odprawiać dosłowne czarnomagiczne rytuały. Triss jest absolutnie beznadziejna, i nie chodzi mi tu bynajmniej o aspekt wizualny, tylko o to, że gra jak za karę, a między nią a wiedźminem nie ma śladu chemii. Świetna jest za to sekwencja łącząca walkę ze strzygą z przeistoczeniem Yen (poza tym wygrzebywaniem macicy, na litość, choć, z drugiej strony, ciężko by było pokazać na ekranie atrofię jajników wywołaną magią – mogli się skupić na samym garbie, a o utracie płodności przecież magik powiedział).

Dalej mamy epizod inspirowany w wątku wiedźmina kluczowym opowiadaniem Kwestia ceny. I tu zacznę od tego, co mi się nie podobało. A przede wszystkim nie podobała mi się Calanthe i to nie tylko w tym odcinku, ale w ogóle w wizji twórców serialu. Aktorka sama w sobie jest świetna, ale to, co jej dają do grania, rozjeżdża się z moją wizją tej postaci. Podbili jej sukowatość i niezależność, pozbawiając ją jednocześnie charyzmy i autorytetu. Poza tym zrobili z niej gatunkistkę, a przypomnę, w opowiadaniu Miecz przeznaczenia smarkata Ciri mówi Pani Brokilonu, że nie boi się driad, bo jej babka (Calanthe czyli) mówi, że powinno być więcej takich lasów jak Brokilon. Naprawdę nie byłoby wielkim problemem zachować trik z przestawieniem zegara i fałszywą północą na uczcie zaręczynowej Pavetty. Trik, który doskonale pokazywał, jak finezyjnie Calanthe potrafi realizować swoje cele. Zamiast tego Jeżowi zdzierają hełm na chama, a sekwencja z Pavettą latającą z ukochanym pod sufitem tak jawnie nawiązuje do Shreka, że aż się robi przykro. Poza tym jednak udaje się zachować najważniejszą zawartość opowiadania, więc w zasadzie drzeć szat nie ma o co. Może z wyjątkiem faktu, że te zdarzenia powinny być pokazane na początku wątku cintryjskiego. Wtedy miałby on coś na kształt rąk i nóg. Macie rację, jeśli sądzicie, że nie bez przyczyny konsekwentnie pomijam milczeniem perypetie księżniczki Cirilli.

Piąta odsłona to kluczowe dla relacji Geralta i Yen opowiadanie Ostatnie życzenie. Znów zabrakło dolarów na dżinna z prawdziwego zdarzenia, co w serialu fantasy musi budzić niejakie zdumienie. Ale niech tam. Poza tym jest nieźle, pomijając bezsens wiedźmina łowiącego geniusza jako antidotum na bezsenność. Nawet kuriozalna orgia w domu Beau Berranta nie jest w stanie przyćmić faktu, że między Cavillem i Chalotrą iskrzy, a ten pierwszy może wreszcie trochę pograć z bardziej wymagającym partnerem niż koń. Poza tym nie brakuje dosłownych cytatów z opowiadania, w tym jednego z moich ulubionych, o pieniądzu otwierającym wszelkie drzwi. Wcześniej o tym wprawdzie nie wspomniałam, ale na przestrzeni całego sezonu wyraźnie widać, że scenariusz pisał (bądź nadzorował jego powstawanie) ktoś autentycznie lubiący i znający opowiadania, bo co i raz można się natknąć na nawiązania do uroczych drobiazgów i dosłowne cytaty. To miłe.

Natomiast to, co zrobiono w szóstym odcinku z Granicą możliwości, już nie było zbyt miłe, mówiąc bardzo eufemistycznie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś podobnego, ale – nasz Borch był lepszy:) Mój Borch w każdym razie nie był starym dziadem i nie chodził w zbroi, która sama w sobie stanowiła spoiler. Nie potępiam w czambuł wszystkich wprowadzonych zmian, część z nich świetnie rozumiem i popieram, ale całkowite wycięcie z rozmów Borcha i Geralta wątków, nazwijmy to, ekologicznych, zabija sens całego opowiadania. Podobnie bezsensowne i niepotrzebne było zrobienie z Eycka idioty (zabicie Eycka to już w ogóle dziwactwo – kto to niby zrobił – Borch?). Brak sceny na moście to również brak ważnego przełomu w relacjach Geralta z Yen (Już nie wisimy. Przestało mi zależeć). Nie był to mocny moment serialu, zmarnowano mnóstwo potencjału.

Dwa ostatnie odcinki to próba wyjścia z pułapki, w którą scenarzyści sami się wpakowali, podejmując dwie decyzje: o trójdzielnej narracji oraz o postarzeniu Lwiątka z Cintry. O ile ta pierwsza decyzja daje się obronić, choć jej realizacja, zwłaszcza w wątku Lwiątka, pozostawia sporo do życzenia, to już druga pociąga za sobą daleko idące konsekwencje, z których części nie da się w żaden sposób zniwelować. Przede wszystkim chodzi o to, że w finale, gdy Geralt i Ciri spotykają się pod chatą Jurgi, wbrew tytułowi opowiadania Coś więcej, nie łączy ich nic więcej poza Prawem Niespodzianki. Gdy tymczasem siła rażenia tej sceny opierała się bynajmniej nie na fakcie, że Dziecko Niespodzianka spotyka swojego wiedźmina, którego zna tylko z imienia. Ciri, rezolutna smarkula z Cintry, już w wieku dziesięciu lat na tyle sprytna, by ukrywać swoją tożsamość przed białowłosym, który ocalił ją przed wijem w Brokilonie, była zarazem świadoma wagi przeznaczenia. Już wtedy chciała z nim odjechać. Ale wiedźmin, który przywiązał się do dziewczynki, opowiedział jej bajkę o lisie i kocie, walczył w jej obronie – odesłał ją do Cintry, bo nie wierzył w przeznaczenie. Tymczasem, gdy po latach ponownie powołał się na Prawo Niespodzianki, otrzymał tę samą zapłatę, co w Cintrze, ale wtedy już łączyło go z Cirillą coś więcej niż ślepe przeznaczenie. Co nam z tego pięknego, przewrotnego, wzruszającego wątku zostaje w serialu? Otóż nic. Wiedźmin i Ciri są sobie całkowicie obcy.

To jest nawet gorsze niż Yennefer wygrywająca jednoosobowo bitwę pod Sodden – co jest bardzo złe. Bo ona miała być zdolna, ale nie wszechmocna, a powstrzymanie Nilfgaardu pod Sodden było zbiorowym tryumfem zjednoczonych czarodziejów, który większość z nich przypłaciła życiem. Gorsze niż stary Cahir-fanatyk w randze generała (chętnie popatrzę, jak się z tego będą wygrzebywać). Gorsze niż Nilfgaardczycy jako motywowani religijnie najeźdźcy, uprawiający czarnomagiczne rytuały. Bardzo złe, mówiąc krótko, i ściągające ocenę całości mocno w dół.

Tyle ode mnie.

Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu (J.D. Barker, Piąta ofiara, The Sixth Wicked Child)

piątaPrzy poprzedniej pozycji potrzebowałam czasu na przemyślenie z uwagi na dużą ilość istotnych treści, a przy tych dwóch – czasu na zastanowienie, czy w ogóle warto o nich pisać. Ale jednak się zdecydowałam, bo to w pewnym sensie ciekawy przypadek. Trylogia zabójcy Czwartej Małpy (#4MK) to do pewnego momentu czytadło idealne. Dlaczego tylko do pewnego momentu? Podejrzewam, bo pewności mieć nie mogę, że rzecz nie była od początku planowana jako cykl, ale skala sukcesu pierwszego tomu skłoniła autora do dopisania dalszego ciągu, do którego zakończenie Czwartej małpy uchylało furtkę.

W którym miejscu to widać? Najmocniej chyba w samej Piątej ofierze, gdzie mamy całą serię zabójstw bardzo wyrafinowanych pod względem modus operandi. Intuicyjnie zatem oczekujemy, że ta forma będzie miała nie tylko jakieś, ale wręcz kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju intrygi. Nic bardziej mylnego, forma zbrodni była tylko atrakcją dla złaknionego udziwnień odbiorcy, autor w ostatecznym rozrachunku przeszedł nad nią po prostu do porządku dziennego. Miał dużo innych rzeczy do opisania i sporo takich powiewających wątków zostawił po prostu w próżni, licząc na to, że czytelnik, zaabsorbowany szybkim rozwojem akcji, nie zwróci na pominięte kwestie większej uwagi.

O ile jednak przez jakiś czas ta sztuczka się udaje, czemu sprzyjają krótkie rozdziały, duża ilość dynamicznych wątków i częste zmiany perspektywy narracyjnej, przez co napięcie stale utrzymywane jest na wysokim poziomie, to niestety czar pryska, gdy w finałowym The Sixth Wicked Child przychodzi do wyłożenia kart.

the sixth_

Bo zamiast obiecywanych asów autor trzyma tylko blotki, choć blefował całkiem wprawnie. Ale takie protekcjonalne stwierdzenia to sobie mogę serwować z perspektywy finału całej serii. Przyznam uczciwie, że pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po skończeniu Piątej ofiary (która, co chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, kończy się paskudnym cliffhangerem), było zaopatrzenie się w The Sixth Wicked Child i niezwłoczne podjęcie lektury. Nazywanie drugiego tomu nieudanym byłoby w związku z tym dwulicowe. Jednocześnie Piątej ofiary nie da się ocenić w oderwaniu od The Sixth Wicked Child, bo to po prostu jedna historia, podzielona na dwie części. Z których druga nie spełnia obietnic, mówiąc bardzo łagodnie. Zamiast rozwiązań równie finezyjnych jak sposób działania jego nieuchwytnego zabójcy Barker proponuje wielokrotnie używane w książkach i filmach, skuteczne, lecz zarazem wyświechtane wytrychy (genialnego kreta, np.). Nawet pomysły ciekawe, jak fałszywe wspomnienia, finalnie pali, w pogoni za filmowym efekciarstwem.

Trylogia #4MK to zatem klasyczny przykład cyklu, który czyta się dobrze, póki człowiek nie skończy i nie spojrzy na całość z perspektywy.  Wtedy wychodzą dziury, niedoróbki i życzeniowość. Jeżeli jednak szukacie lektury odpoczynkowej, która zwolni was z obowiązku głębszej refleksji, będzie to wybór idealny.

Może i shitshow, ale warto popatrzeć (Charlie LeDuff, Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje)

shitshowPo znakomitym Detroit. Sekcji zwłok Ameryki wiedziałam, że rzucę się na każdą kolejną książkę LeDuffa. Pochłonęłam Shitshow! błyskawicznie, choć nie bezrefleksyjnie, ale nie byłam w stanie jednoznacznie go ocenić. Bezpośrednio po lekturze miałam dużo sprzecznych odczuć, z przewagą tych negatywnych. Szczerze przyznam, że nowy zbiór amerykańskich migawek wydawał mi się sporo gorszy niż Detroit, choć miałam problem z solidnym, merytorycznym, oderwanym od odbioru czysto emocjonalnego uzasadnieniem swojego stanowiska. Innymi słowy, sama do końca nie wiedziałam, co mi się nie podoba, choć nie podobało mi się zdecydowanie. To jednak było zbyt mało, by pisać o tej książce na gorąco.

Po nieco ponad miesiącu najbardziej pamiętam z niej obrazy: ponury zimowy parking, opustoszałe osiedle przyczep, imigrantów usiłujących forsować granicę przez rzekę, zdjęcie czarnego chłopca, białego funkcjonariusza i psa czy faceta, który trzymał w lodówce wiewiórcze mięso. No i dzieciaki z zębami zabarwionymi cool-aidem (napojem z proszku, do którego oprócz wody trzeba dodać także cukier), bo woda bez niego nie nadawała się do picia – ostatecznie, wbrew zapewnieniom władz, a zgodnie z twierdzeniami mieszkańców, woda okazała się trująca.

Obrazy to pozornie mało, ale jednak są mocne i za każdym z nich idzie refleksja o biedzie, bezrobociu, rasizmie czy niewydolności systemu. I chyba na tym polega metoda, którą LeDuff przyjął tym razem. Jest ze swej natury telewizyjna, właśnie migawkowa, sensacyjna (gdy Detroit było pieczołowicie poskładaną mozaiką, mającą przybliżyć rozmaite problemy miasta i regionu). Z tych wyrazistych ujęć wyłania się nie jedno miasto, ale cały kraj. Taki, jaki rzadko widzimy w filmach i serialach, a zatem rzadko sobie wyobrażamy. Ale żyje w nim na co dzień zdecydowana większość Amerykanów. LeDuff przybliża część powodów, dla których ta większość zagłosowała na Donalda Trumpa. I stwierdza, że dla niego wynik wyborów prezydenckich nie był zaskoczeniem.  Jasne, dokonana przez LeDuffa selekcja jest tendencyjna, podobnie jak jego opisy niektórych zjawisk. Ma to podkręcić wymowę i siłę rażenia całości. No a reporter, kiedy tylko może, jest po stronie swoich bohaterów, a przeciwko państwu czy lokalnym władzom.

Szczerze przyznam, że zawsze mi się wydawało, że LeDuff ma poglądy lewicowe lub  anarchistyczne. I jakoś nie mogło mi się pomieścić w głowie, że przez trzy lata jeździł po kraju i kręcił program Amerykanie dla Fox News. Chciał, jak sam twierdzi, pokazać amerykańskie życie od podszewki. Ale mimo wszystko z tezą – Ameryka w ruinie. Choć się od tego odżegnuje, dołożył pewnie tym samym kilka cegiełek do fundamentów wyborczego zwycięstwa Trumpa, jakie postawił jego pracodawca, Roger Ailes. Dlatego uważam, że warto tę książkę przeczytać, i to zdecydowanie, bo jest w niej sporo prawdy. Odkłamuje amerykański sen, pokazując, że często jest to koszmar. Ale trzeba ją czytać krytycznie.

P.S. Jako lekturę uzupełniającą polecam wywiad z autorem z Wyborczej. I drugi, z Krytyki  Politycznej. Można tu zobaczyć, że sam Charlie w dużym stopniu jest swego rodzaju kreacją. Ale nic w tym dziwnego ani złego. Po prostu zjadł zęby na branży medialnej i wie, jak ona działa.

Dekonstrukcja ideału (Arnon Grunberg, Tirza)

TirzaTak się jakoś ostatnio złożyło, że czytam sporo powieści, w których istotną rolę odgrywają relacje rodzinne.  Ale Tirza była spośród nich zdecydowanie najdziwniejszą i najtrudniejszą do oceny. Muszę przyznać, że bezpośrednio po zakończeniu lektury w moich czytelniczych odczuciach dominował zawód. Mniej więcej do połowy historia trzymała w napięciu i ciągłym niepokoju, dając poczucie obcowania z czymś niezwykłym. Później napięcie wyparowało, a gdy autor ostatecznie zdecydował się ujawnić zakamuflowany uprzednio zwrot akcji, okazał się on, mimo swojego makabrycznego charakteru, rozczarowująco przewidywalny. Zwyczajny do bólu. Miałam poczucie, że zostałam oszukana – złożono mi stertę obietnic (pieczołowicie i w rozbudowany sposób uwiarygodnionych), które ostatecznie nie zostały spełnione, rozpłynęły się w efektownym banale.

Ale potrzebowałam czasu, żeby ochłonąć (sam stopień mojego emocjonalnego zaangażowania w powieściowe zdarzenia i gwałtowność negatywnej reakcji na puentę potwierdzają, że nie była to proza typowa) i spojrzeć na fabułę z dystansu. Kiedy już to zrobiłam, ocena całości uległa pewnemu polepszeniu, zrozumiałam bowiem, że nie sama fabuła była w Tirzie najważniejsza. Najważniejszy był bohater, Jörgen Hofmeester, i jego osobisty dramat. Oto, w jakich okolicznościach autor przedstawia nam swojego bohatera:

Jörgen Hofmeester stoi w kuchni i kroi tuńczyka na przyjęcie. Lewą ręką przytrzymuje surową rybę. Trzyma nóż tak, jak nauczył się na kursie „Jak przyrządzić sushi i sashimi”, w którym brali udział z małżonką pięć lat temu. Nie za mocno przyciskać nóż, na tym polega sekret.

Niby zwyczajne zdanie, normalna czynność, a jednak dla mnie już ta małżonka była podejrzana. Tu wprawdzie wypowiada się jeszcze narrator, ale szybko okazuje się, że Hofmeester nie myśli o swojej żonie inaczej niż właśnie per małżonka. To raczej nie jest typowe, jak zresztą większość rzeczy w jego małżeństwie. Choćby to, że małżonka trzy lata temu wypisała się z rodziny, pozostawiając ojcu wychowanie młodszej córki – jak to mówią, wyszła po pomidory i nie wróciła do tej pory. Z porzuceniem jednak bohater jakoś sobie poradził. Stanął na wysokości zadania, podtrzymał rutynę, bardzo dla niego istotną, i funkcjonowanie rodziny. Nawet kiedy małżonka (naprawdę po przeczytaniu tej powieści nie da się użyć innego słowa, zresztą, o ile się nie mylę, imię połowicy Hofmeestera w ogóle w tekście nie pada, i chyba nieprzypadkowo, bo to nawet nie osoba, jedynie piastun funkcji) na kilka dni przed imprezą maturalną Tirzy, młodszej córki, wraca do domu, nie tłumacząc nic nikomu, protagonista zachowuje zimną krew, opanowanie i kulturę. Słowem, nie jest łatwo go złamać czy choćby poruszyć.

Dla Jörgena bycie normalnym, szanowanym członkiem społeczeństwa, wzorowym ojcem rodziny, pracownikiem wydawnictwa, właścicielem domu pod dobrym amsterdamskim adresem – to wartości najważniejsze i fundamentalne. Już we wstępnej części powieści czytelnik nabiera jednak przekonania, że między postrzeganiem rzeczywistości przez bohatera a sferą faktyczną zieje ogromna przepaść. Innymi słowy, z Hofmeesterem, mimo wszystkich jego racjonalizacji, służących podbudowie samooceny, jest coś nie tak. Pozory i opowieści snute na własny użytek stanowią kotwicę, dzięki której utrzymuje się na powierzchni codzienności, a wyparcie – jego podstawowy mechanizm adaptacyjny. Grunberg stopniowo odbiera bohaterowi wszystkie składowe jego tożsamości, wszelkie zabezpieczenia. Zmusza go w końcu do stawienia czoła niełatwej prawdzie o własnej rodzinie i sobie samym. A to, jak można się domyślić, nie kończy się najlepiej.

Z perspektywy czasu uważam, że Tirza to powieść, którą powinno się przeczytać dwukrotnie. Bo dopiero kiedy zna się fabułę, można w pełni docenić wszystko, co dzieje się w tle. Cichy dramat jednostki, której świat powoli, ale nieodwołalnie się wali. Świat wprawdzie w dużej mierze fikcyjny, ale dla niej realny i wystarczający.

Nie najlepsza, ale zdecydowanie najciekawsza z trzech czytanych przeze mnie do tej pory pozycji od Wydawnictwa Pauza. Przekład – Małgorzata Diederen-Woźniak.

Erasta ostatni występ (Borys Akunin, Nie żegnam się)

erastJak do tego doszło, nie wiem, ale znowu mam 9 tytułów w plecy (a licząc dwie jeszcze nienapisane recenzje przedpremierowe, Śpiewu potępionych Agnieszki Hałas i Pokuty Anny Kańtoch, to nawet 11). Niemniej, jakoś sobie z tym poradzimy, jeżeli nawet nie w najbliższym czasie, to stopniowo.

Dzisiaj natomiast garść wrażeń z ostatniego tomu cyklu powieści detektywistycznych Borysa Akunina, czyli Przygód Erasta Fandorina. Jest to seria szczególnie bliska mojemu sercu, nie tylko dlatego, że poświęciłam jej pracę magisterską. W ramach cyklu autor zrealizował znakomicie bardzo rzadki zamysł – każda powieść emulowała inny podgatunek kryminału. Poza tym nie da się ukryć, że bohater, którego dorastanie czytelnik mógł obserwować, był – przy całej swojej nieodzownej wyjątkowości – sympatyczny i niepozbawiony wad, wśród których prym wiodła swoista naiwność, zwłaszcza co do przedstawicielek płci teoretycznie słabszej.

No właśnie – Erast był sympatyczny i ludzki. Do czasu. Nie mam całkowitej pewności w tej kwestii, ale wydaje mi się, że według pierwotnego autorskiego zamysłu seria miała się skończyć na 11 tomie, czyli Diamentowej karocy, która ukazała się po rosyjsku w 2003 roku. I tak byłoby zdecydowanie lepiej, całość zakończyłaby się mocnym akordem i pozostawiłaby wyłącznie znakomite wspomnienia. Fani jednak domagali się dalszego ciągu, w efekcie czego w 2007 roku ukazał się zbiór opowiadań Nefrytowy różaniec, zawierający teksty o bardzo zróżnicowanym poziomie, a następnie dwie dosyć słabe, zwłaszcza na tle najlepszych odsłon cyklu, powieści, czyli Świat jest teatrem i Czarne miasto (polskie wydanie tej ostatniej miało miejsce w 2014 roku). W tych odsłonach próżno było szukać dawnego ulubieńca (i odnosi się to zarówno do bohatera, który przeżywał dramatyczny kryzys wieku średniego, jak i do pisarza, który przeżywał dramatyczny kryzys warsztatowy oraz najwyraźniej cierpiał na deficyt weny). Fandorin nie jest tu już osobą, którą znamy i kochamy, ale odpornym na upływ czasu pod względem fizycznym chochołem, który sam o sobie myśli jako o szlachetnym mężu. Istotą (tak jest, bo już nie człowiekiem z krwi i kości) posągową i antypatyczną, a jednocześnie nadal pod pewnymi względami po prostu zaślepioną naiwnością i żądzą, ale już nie w ten uroczy, młodzieńczy sposób, który tak chętnie mu się wybaczało. Teraz budzi głównie zażenowanie i bez żalu przyjęłam fakt, że – UWAGA, SPOILER – w finale Czarnego miasta zostaje w Baku postrzelony w głowę. Był to w zasadzie cios łaski, o czym dodatkowo upewniły mnie trzy opowiadania ze zbioru Planeta woda.

Niemniej, jak się okazało, nie był to cios ostateczny. I tak dostaliśmy tom przewrotnie zatytułowany Nie żegnam się, w którym Akunin zamyka opowieść definitywnie, i całe szczęście, o czym poniżej. Rzecz jasna, nawet taki nadczłowiek jak Fandorin nie mógł po bezpośrednim postrzale w głowę po prostu wstać, otrzepać się i jakby nigdy nic ruszyć w pościg za kolejnym akuninem, czyli złoczyńcą. Zatem na wiernego Japończyka, Masahiro Shibatę, spadł obowiązek ponad czteroletniej opieki nad znajdującym się w śpiączce Erastem. Wierny wasal tracił już wprawdzie nadzieję, bo po wybuchu rewolucji co lepsi lekarze uznali, że rosyjskie powietrze zdecydowanie im nie służy, jednak w pociągu zmierzającym do Moskwy Fandorin pod wpływem niespodziewanego wstrząsu nieoczekiwanie się wybudził. I tu szczerze przyznam, że przez moment wydawało mi się, iż Akunin postanowił wykorzystać fizyczny uraz, by na koniec oddać czytelnikom bohatera z krwi i kości, którego niegdyś pokochali. Kaleki, zdany na łaskę swojego przyjaciela, zmuszony polegać ponownie wyłącznie na przymiotach umysłu, Erast mógłby być niczym Lincoln Rhyme z cyklu Deavera w czasach swojej (zresztą też wiele tomów temu bezpowrotnie utraconej) świetności. Nie za długo Fandorin jednak posiedział na swoim prototypowym wózku inwalidzkim i musiałam tym nadziejom smętnie pomachać na pożegnanie.

Poza wstępem mamy w powieści cztery części, czyli różnokolorowe prawdy, poświęcone ideologiom poszczególnych odłamów rewolucjonistów, z których najważniejsi to rzecz jasna biali, czyli zwolennicy systemu obalonego przez rewolucję, i czerwoni, czyli komuniści. Są jeszcze czarni, czyli anarchiści, i zieloni, czyli przywódcy milicji zaangażowanych w sprawy lokalnego chłopstwa. Wojna domowa w Rosji to okres bardzo interesujący, a Akunin decyduje się pokazać go m.in. z perspektywy walki między wywiadami, sporymi fragmentami w ogóle rezygnując z udziału Fandorina w opowieści. Wtedy jest zdecydowanie najciekawiej.

Najgorzej z kolei robi się, gdy pojawia się kolejna Jelizaweta na drodze Erasta, a żeby jeszcze mnie dobić, Akunin zdecydował się na autotematyczne nawiązanie do Gambitu tureckiego. W szczegóły nie wejdę, bo pisać hadko, ale jedyna pociecha, że nie było im dane pożyć długo i szczęśliwie.

W sumie powieść lepsza niż dwie poprzednie (o co, powiedzmy sobie szczerze, nietrudno), ale słabsza niż przeciętna dawnego cyklu. I to głównie Fandorin ciągnie ocenę w dół. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko dla fanów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, jak to się kończy. Reszcie serdecznie polecam zakończenie przygody na Diamentowej karocy.

Poprzeprowadzkowe porządki – marzec 2019

smierciBlox wczoraj zakończył żywot. Ustawiłam przekierowanie tutaj, może jeszcze ktoś trafi. Całość poprzedniego bloga mam w statycznej kopii, wykonanej przy pomocy A1 Website Download i zmagazynowanej dla bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, więc w jakimś wąskim sensie komentarze również przetrwały.

Wracając do naszych baranów, czyli nieopisanych lektur z marca (i jednej spadkowiczki z  lutego), będzie to dość eklektyczne gatunkowo zestawienie, bo: kryminał, powieść SF, kryminał z wątkiem SF oraz szeroko zachwalana powieść obyczajowa byłego fantasty.

Czerwień kości Ann Cleeves, czyli trzeci tom cyklu szetlandzkiego, podobała mi się chyba najmniej z dotychczasowych odsłon, choć bez wyraźnie sprecyzowanego powodu. Teoretycznie jest tu bowiem wszystko, za co polubiłam poprzednie tomy. Kolejna wyspiarska zamknięta społeczność, dobrze skomponowana intryga z istotnym wątkiem rodzinnym znanego nam już i nieco powolnego funkcjonariusza Sonny’ego, wykopaliska archeologiczne oraz ciekawe nawiązanie do roli wyspiarzy w II WŚ. Rozwiązanie zagadki jest zarazem oczywiste i zaskakujące, czyli dokładnie takie, jakie powinno być w porządnym kryminale. Ale czasem po prostu coś nie zagra na linii książka – czytelnik, i to był dokładnie taki przypadek. Całość chyba tłumaczono w pośpiechu i nie najlepiej zredagowano/poddano niezbyt starannej korekcie, bo choć czytało się płynnie, przyjemność zaburzały literówki, językowe niezręczności i stylistyczne zgrzyty. Jimmy Perez tym razem odstępuje koledze z jednostki pierwsze skrzypce i tak się tylko snuje w tle, choć ostatecznie to on znajduje rozwiązanie. Po przemyśleniu – mimo spójności intrygi jest w niej tym razem wyczuwalna teatralność, element sztuczności. I chyba to mi najbardziej zawadzało. Choć oczywiście sięgnę po następną część.

Przebudzenie Lewiatana Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywa się pisarski tandem – Daniel Abraham oraz Ty Franck) to początek długo odkładanej przygody z cyklem SF Ekspansja. I kolejny, niestety, przypadek, w którym fatalna jakość niepoprawionego rzetelnie przez korektę i redakcję tłumaczenia skutecznie zatruła mi radość czytania. Pomna krążących w sieci przestróg (oraz z obawy, że kosmiczna terminologia w oryginale mnie przerośnie), wzięłam się za edycję Wydawnictwa MAG, w tłumaczeniu Marka Pawelca. Śmiechom i żartom nie było końca. Zaczęłam nawet cykl na Instagramie #polskizTheExpanse, ale cierpliwości starczyło mi na 2 posty, bo musiałabym pół książki zamieścić. Niemniej, oto uwiecznione przykłady: 1.Będąc częściowo ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej. 2. – My… – zaczął Lopez, gdy urwał mu klakson oznajmiający alarm. A co do samej powieści, o ile fabuła jest naprawdę interesująca (w miarę bez spoilerów, przesyłka od obcej cywilizacji, która ma zostać wykorzystana w galaktycznej rozgrywce politycznej, dość spektakularnie wyrywa się spod kontroli), to postaci i język jej nie pomagają I to jest gigantyczny eufemizm. Co do języka, częściowo może to być po prostu kwestia tłumaczenia, choć podejrzewam, ze w oryginale też jest nieskomplikowany i niezróżnicowany stylistycznie. Co do fabuły, rozwija się bardzo wolno i chyba nie każdy będzie na tyle zaintrygowany zagadkami, by przetrwać ten rozbudowany, niemrawy początek. Gdyż bohaterowie są, niestety, z drewna. Jakby żywcem wzięci z jakiegoś podręcznika podstaw pisania, rozdział: Życie w kosmosie przyszłości. Szkicowani grubą kreską, z życiem wewnętrznym ameb i takimiż przemyśleniami (no, może Miller ma jakiś potencjał, choć jest męczący z tym swoim zakochaniem w dziewczynie, której nawet na oczy nie widział). Natomiast Holden to taki Pinokio (męski odpowiednik Mary Sue, chodzący idealistyczny idiota), że z trudem go znosiłam. I teraz nie do końca wiem, co robić. Jestem ciekawa, jak się to wszystko dalej potoczy. Nudnego wprowadzenia już nie będzie, ale bohaterowie raczej nie przejdą jakichś radykalnych metamorfoz, o stylu nie wspominając. Czy kolejne tomy są lepsze? Będę zobowiązana za podpowiedź.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuarta Turtona to powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem rekomendacji Marcina Zwierzchowskiego. Intrygujący był już sam blurb, obiecujący  obcowanie ze spłodzonym na pokwasowym tripie dzieckiem Christie i Pratchetta. Początek powieści, pełen niewiadomych, z gęstą atmosferą zagrożenia, w której czytelnik błądzi po omacku wraz z doktorem Sebastianem Bellem, zdaje się spełniać te obietnice. Im jednak dalej w las, to znaczy w kolejne z ośmiu wcieleń, jakie ma do dyspozycji Aiden Bishop, by dzień po dniu, powracając w pętli czasowej rodem z Dnia świstaka do zrujnowanej rezydencji na odludziu, składać w całość zagadkę tożsamości zabójcy córki gospodarzy, tym zachwyt mniejszy. Wydaje się, że przede wszystkim debiutującemu pisarzowi nie starczyło umiejętności warsztatowych, by udźwignąć własny, bardzo ciekawy, złożony i skomplikowany pomysł. O ile początkowo odkrywanie wraz z bohaterem zasad gry, ograniczeń kolejnych wcieleń i wskazówek prowadzących do rozwiązania kryminalnej zagadki jest naprawdę ekscytujące, to gdy przychodzi do wyłożenia wszystkich kart, intryga okazuje się spiętrzeniem melodramatycznych absurdów. Sama zaś mechanika pętli czasowej ma dość przewidywalną dla średnio oczytanego czytelnika SF genezę i coś w tym rodzaju podejrzewałam od samego początku. Niemniej, jak na debiut, to niewątpliwie udana powieść. Choć zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie oferuje, warto poświęcić jej czas.

Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam, i wiem, że do następnej nie będę się spieszyć. Po lekturze dominującym wrażeniem było, że najbardziej adekwatny tytuł brzmiałby Nic z tego nie wynika. To mozaika obyczajowych historii. Olga miała karierę, teraz realizuje hobby w piekarni. Igor miał brata, który nie wrócił z turnieju w Japonii. Grabił w ramach terapii liście w ogródku rodziców Olgi, no i się w niej zakochał. A w tej miłości nic nie było proste. Marzena miała męża, ale go straciła na skutek tragicznego wypadku i została sama z synem, Klemensem, cierpiącym na ciężką postać autyzmu. Jakoś te wątki się przecinają. Ale po co? Wszystko to są oczywiście zgrabnie opisane, życiowe historie, ale trochę jak z rubryki Listy do redakcji w piśmie kobiecym.  Osobne, ładnie dopracowane koraliki, które nie przynależą do tego samego sznurka, a z ich przelotnego zderzenia nic nie wynika. Zabrakło puenty, jakiejkolwiek, nieco mniej banalnej niż Życie bywa trudne na wiele sposobów. Czyta się płynnie i równie szybko zapomina, a niektóre rekwizyty ogrywane przez autora (balony, fontanny, japońskie drzeworyty) są nieznośnie pretensjonalne. Nie wiem, skąd zachwyty.

Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.