Erasta ostatni występ (Borys Akunin, Nie żegnam się)

erastJak do tego doszło, nie wiem, ale znowu mam 9 tytułów w plecy (a licząc dwie jeszcze nienapisane recenzje przedpremierowe, Śpiewu potępionych Agnieszki Hałas i Pokuty Anny Kańtoch, to nawet 11). Niemniej, jakoś sobie z tym poradzimy, jeżeli nawet nie w najbliższym czasie, to stopniowo.

Dzisiaj natomiast garść wrażeń z ostatniego tomu cyklu powieści detektywistycznych Borysa Akunina, czyli Przygód Erasta Fandorina. Jest to seria szczególnie bliska mojemu sercu, nie tylko dlatego, że poświęciłam jej pracę magisterską. W ramach cyklu autor zrealizował znakomicie bardzo rzadki zamysł – każda powieść emulowała inny podgatunek kryminału. Poza tym nie da się ukryć, że bohater, którego dorastanie czytelnik mógł obserwować, był – przy całej swojej nieodzownej wyjątkowości – sympatyczny i niepozbawiony wad, wśród których prym wiodła swoista naiwność, zwłaszcza co do przedstawicielek płci teoretycznie słabszej.

No właśnie – Erast był sympatyczny i ludzki. Do czasu. Nie mam całkowitej pewności w tej kwestii, ale wydaje mi się, że według pierwotnego autorskiego zamysłu seria miała się skończyć na 11 tomie, czyli Diamentowej karocy, która ukazała się po rosyjsku w 2003 roku. I tak byłoby zdecydowanie lepiej, całość zakończyłaby się mocnym akordem i pozostawiłaby wyłącznie znakomite wspomnienia. Fani jednak domagali się dalszego ciągu, w efekcie czego w 2007 roku ukazał się zbiór opowiadań Nefrytowy różaniec, zawierający teksty o bardzo zróżnicowanym poziomie, a następnie dwie dosyć słabe, zwłaszcza na tle najlepszych odsłon cyklu, powieści, czyli Świat jest teatrem i Czarne miasto (polskie wydanie tej ostatniej miało miejsce w 2014 roku). W tych odsłonach próżno było szukać dawnego ulubieńca (i odnosi się to zarówno do bohatera, który przeżywał dramatyczny kryzys wieku średniego, jak i do pisarza, który przeżywał dramatyczny kryzys warsztatowy oraz najwyraźniej cierpiał na deficyt weny). Fandorin nie jest tu już osobą, którą znamy i kochamy, ale odpornym na upływ czasu pod względem fizycznym chochołem, który sam o sobie myśli jako o szlachetnym mężu. Istotą (tak jest, bo już nie człowiekiem z krwi i kości) posągową i antypatyczną, a jednocześnie nadal pod pewnymi względami po prostu zaślepioną naiwnością i żądzą, ale już nie w ten uroczy, młodzieńczy sposób, który tak chętnie mu się wybaczało. Teraz budzi głównie zażenowanie i bez żalu przyjęłam fakt, że – UWAGA, SPOILER – w finale Czarnego miasta zostaje w Baku postrzelony w głowę. Był to w zasadzie cios łaski, o czym dodatkowo upewniły mnie trzy opowiadania ze zbioru Planeta woda.

Niemniej, jak się okazało, nie był to cios ostateczny. I tak dostaliśmy tom przewrotnie zatytułowany Nie żegnam się, w którym Akunin zamyka opowieść definitywnie, i całe szczęście, o czym poniżej. Rzecz jasna, nawet taki nadczłowiek jak Fandorin nie mógł po bezpośrednim postrzale w głowę po prostu wstać, otrzepać się i jakby nigdy nic ruszyć w pościg za kolejnym akuninem, czyli złoczyńcą. Zatem na wiernego Japończyka, Masahiro Shibatę, spadł obowiązek ponad czteroletniej opieki nad znajdującym się w śpiączce Erastem. Wierny wasal tracił już wprawdzie nadzieję, bo po wybuchu rewolucji co lepsi lekarze uznali, że rosyjskie powietrze zdecydowanie im nie służy, jednak w pociągu zmierzającym do Moskwy Fandorin pod wpływem niespodziewanego wstrząsu nieoczekiwanie się wybudził. I tu szczerze przyznam, że przez moment wydawało mi się, iż Akunin postanowił wykorzystać fizyczny uraz, by na koniec oddać czytelnikom bohatera z krwi i kości, którego niegdyś pokochali. Kaleki, zdany na łaskę swojego przyjaciela, zmuszony polegać ponownie wyłącznie na przymiotach umysłu, Erast mógłby być niczym Lincoln Rhyme z cyklu Deavera w czasach swojej (zresztą też wiele tomów temu bezpowrotnie utraconej) świetności. Nie za długo Fandorin jednak posiedział na swoim prototypowym wózku inwalidzkim i musiałam tym nadziejom smętnie pomachać na pożegnanie.

Poza wstępem mamy w powieści cztery części, czyli różnokolorowe prawdy, poświęcone ideologiom poszczególnych odłamów rewolucjonistów, z których najważniejsi to rzecz jasna biali, czyli zwolennicy systemu obalonego przez rewolucję, i czerwoni, czyli komuniści. Są jeszcze czarni, czyli anarchiści, i zieloni, czyli przywódcy milicji zaangażowanych w sprawy lokalnego chłopstwa. Wojna domowa w Rosji to okres bardzo interesujący, a Akunin decyduje się pokazać go m.in. z perspektywy walki między wywiadami, sporymi fragmentami w ogóle rezygnując z udziału Fandorina w opowieści. Wtedy jest zdecydowanie najciekawiej.

Najgorzej z kolei robi się, gdy pojawia się kolejna Jelizaweta na drodze Erasta, a żeby jeszcze mnie dobić, Akunin zdecydował się na autotematyczne nawiązanie do Gambitu tureckiego. W szczegóły nie wejdę, bo pisać hadko, ale jedyna pociecha, że nie było im dane pożyć długo i szczęśliwie.

W sumie powieść lepsza niż dwie poprzednie (o co, powiedzmy sobie szczerze, nietrudno), ale słabsza niż przeciętna dawnego cyklu. I to głównie Fandorin ciągnie ocenę w dół. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko dla fanów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, jak to się kończy. Reszcie serdecznie polecam zakończenie przygody na Diamentowej karocy.

Poprzeprowadzkowe porządki – marzec 2019

smierciBlox wczoraj zakończył żywot. Ustawiłam przekierowanie tutaj, może jeszcze ktoś trafi. Całość poprzedniego bloga mam w statycznej kopii, wykonanej przy pomocy A1 Website Download i zmagazynowanej dla bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, więc w jakimś wąskim sensie komentarze również przetrwały.

Wracając do naszych baranów, czyli nieopisanych lektur z marca (i jednej spadkowiczki z  lutego), będzie to dość eklektyczne gatunkowo zestawienie, bo: kryminał, powieść SF, kryminał z wątkiem SF oraz szeroko zachwalana powieść obyczajowa byłego fantasty.

Czerwień kości Ann Cleeves, czyli trzeci tom cyklu szetlandzkiego, podobała mi się chyba najmniej z dotychczasowych odsłon, choć bez wyraźnie sprecyzowanego powodu. Teoretycznie jest tu bowiem wszystko, za co polubiłam poprzednie tomy. Kolejna wyspiarska zamknięta społeczność, dobrze skomponowana intryga z istotnym wątkiem rodzinnym znanego nam już i nieco powolnego funkcjonariusza Sonny’ego, wykopaliska archeologiczne oraz ciekawe nawiązanie do roli wyspiarzy w II WŚ. Rozwiązanie zagadki jest zarazem oczywiste i zaskakujące, czyli dokładnie takie, jakie powinno być w porządnym kryminale. Ale czasem po prostu coś nie zagra na linii książka – czytelnik, i to był dokładnie taki przypadek. Całość chyba tłumaczono w pośpiechu i nie najlepiej zredagowano/poddano niezbyt starannej korekcie, bo choć czytało się płynnie, przyjemność zaburzały literówki, językowe niezręczności i stylistyczne zgrzyty. Jimmy Perez tym razem odstępuje koledze z jednostki pierwsze skrzypce i tak się tylko snuje w tle, choć ostatecznie to on znajduje rozwiązanie. Po przemyśleniu – mimo spójności intrygi jest w niej tym razem wyczuwalna teatralność, element sztuczności. I chyba to mi najbardziej zawadzało. Choć oczywiście sięgnę po następną część.

Przebudzenie Lewiatana Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywa się pisarski tandem – Daniel Abraham oraz Ty Franck) to początek długo odkładanej przygody z cyklem SF Ekspansja. I kolejny, niestety, przypadek, w którym fatalna jakość niepoprawionego rzetelnie przez korektę i redakcję tłumaczenia skutecznie zatruła mi radość czytania. Pomna krążących w sieci przestróg (oraz z obawy, że kosmiczna terminologia w oryginale mnie przerośnie), wzięłam się za edycję Wydawnictwa MAG, w tłumaczeniu Marka Pawelca. Śmiechom i żartom nie było końca. Zaczęłam nawet cykl na Instagramie #polskizTheExpanse, ale cierpliwości starczyło mi na 2 posty, bo musiałabym pół książki zamieścić. Niemniej, oto uwiecznione przykłady: 1.Będąc częściowo ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej. 2. – My… – zaczął Lopez, gdy urwał mu klakson oznajmiający alarm. A co do samej powieści, o ile fabuła jest naprawdę interesująca (w miarę bez spoilerów, przesyłka od obcej cywilizacji, która ma zostać wykorzystana w galaktycznej rozgrywce politycznej, dość spektakularnie wyrywa się spod kontroli), to postaci i język jej nie pomagają I to jest gigantyczny eufemizm. Co do języka, częściowo może to być po prostu kwestia tłumaczenia, choć podejrzewam, ze w oryginale też jest nieskomplikowany i niezróżnicowany stylistycznie. Co do fabuły, rozwija się bardzo wolno i chyba nie każdy będzie na tyle zaintrygowany zagadkami, by przetrwać ten rozbudowany, niemrawy początek. Gdyż bohaterowie są, niestety, z drewna. Jakby żywcem wzięci z jakiegoś podręcznika podstaw pisania, rozdział: Życie w kosmosie przyszłości. Szkicowani grubą kreską, z życiem wewnętrznym ameb i takimiż przemyśleniami (no, może Miller ma jakiś potencjał, choć jest męczący z tym swoim zakochaniem w dziewczynie, której nawet na oczy nie widział). Natomiast Holden to taki Pinokio (męski odpowiednik Mary Sue, chodzący idealistyczny idiota), że z trudem go znosiłam. I teraz nie do końca wiem, co robić. Jestem ciekawa, jak się to wszystko dalej potoczy. Nudnego wprowadzenia już nie będzie, ale bohaterowie raczej nie przejdą jakichś radykalnych metamorfoz, o stylu nie wspominając. Czy kolejne tomy są lepsze? Będę zobowiązana za podpowiedź.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuarta Turtona to powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem rekomendacji Marcina Zwierzchowskiego. Intrygujący był już sam blurb, obiecujący  obcowanie ze spłodzonym na pokwasowym tripie dzieckiem Christie i Pratchetta. Początek powieści, pełen niewiadomych, z gęstą atmosferą zagrożenia, w której czytelnik błądzi po omacku wraz z doktorem Sebastianem Bellem, zdaje się spełniać te obietnice. Im jednak dalej w las, to znaczy w kolejne z ośmiu wcieleń, jakie ma do dyspozycji Aiden Bishop, by dzień po dniu, powracając w pętli czasowej rodem z Dnia świstaka do zrujnowanej rezydencji na odludziu, składać w całość zagadkę tożsamości zabójcy córki gospodarzy, tym zachwyt mniejszy. Wydaje się, że przede wszystkim debiutującemu pisarzowi nie starczyło umiejętności warsztatowych, by udźwignąć własny, bardzo ciekawy, złożony i skomplikowany pomysł. O ile początkowo odkrywanie wraz z bohaterem zasad gry, ograniczeń kolejnych wcieleń i wskazówek prowadzących do rozwiązania kryminalnej zagadki jest naprawdę ekscytujące, to gdy przychodzi do wyłożenia wszystkich kart, intryga okazuje się spiętrzeniem melodramatycznych absurdów. Sama zaś mechanika pętli czasowej ma dość przewidywalną dla średnio oczytanego czytelnika SF genezę i coś w tym rodzaju podejrzewałam od samego początku. Niemniej, jak na debiut, to niewątpliwie udana powieść. Choć zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie oferuje, warto poświęcić jej czas.

Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam, i wiem, że do następnej nie będę się spieszyć. Po lekturze dominującym wrażeniem było, że najbardziej adekwatny tytuł brzmiałby Nic z tego nie wynika. To mozaika obyczajowych historii. Olga miała karierę, teraz realizuje hobby w piekarni. Igor miał brata, który nie wrócił z turnieju w Japonii. Grabił w ramach terapii liście w ogródku rodziców Olgi, no i się w niej zakochał. A w tej miłości nic nie było proste. Marzena miała męża, ale go straciła na skutek tragicznego wypadku i została sama z synem, Klemensem, cierpiącym na ciężką postać autyzmu. Jakoś te wątki się przecinają. Ale po co? Wszystko to są oczywiście zgrabnie opisane, życiowe historie, ale trochę jak z rubryki Listy do redakcji w piśmie kobiecym.  Osobne, ładnie dopracowane koraliki, które nie przynależą do tego samego sznurka, a z ich przelotnego zderzenia nic nie wynika. Zabrakło puenty, jakiejkolwiek, nieco mniej banalnej niż Życie bywa trudne na wiele sposobów. Czyta się płynnie i równie szybko zapomina, a niektóre rekwizyty ogrywane przez autora (balony, fontanny, japońskie drzeworyty) są nieznośnie pretensjonalne. Nie wiem, skąd zachwyty.

Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Magia się wyczerpuje (Elisabeth Strout, To, co możliwe)

Kiedyś nie rozumiałam, co się niektórym recenzentom nie podoba w pisarstwie Strout. Byłam zachwycona opowiadaniami o Olive Kitteridge i powieścią Mam na imię Lucy.

Bracia Burgess nie wzbudzili już może aż takiego zachwytu. Niemniej, nadal była to opowieść o czymś.

Natomiast w przypadku Tego, co możliwe miałam już wrażenie pewnej wtórności w stosunku do Olive Kitteridge. Powracamy bowiem do Amgash, rodzinnej miejscowości Lucy Barton, i dostajemy kilka opowieści, w których przewijają się osoby i motywy w jakiś sposób związane ze znaną nam z powieści o pokonywaniu środowiskowych ograniczeń dzięki osobistym uzdolnieniom i determinacji bohaterką. I tak, protagonistami kolejnych historii zostają brat Lucy, były pracodawca jej ojca i szkolny woźny (w jednej osobie), jej siostrzenica, śliczne córki państwa Nicely (ich rodzice byli klientami matki Lucy, która dorabiała sobie szyciem), siostrzenica Lucy czy jej kuzyn Abel, z którym swego czasu szukała jedzenia w śmietniku za cukiernią, o czym zresztą mieszkańcy Amgash do dziś pamiętają. Tylko w jedym opowiadaniu pojawia się na pierwszym planie sama Lucy – po latach, po śmierci rodziców, podejmuje próbę spotkania z rodzeństwem w ich dawnym wspólnym domu (obecnie zajmowanym przez jej brata, starego kawalera Pete’a, powszechnie uważanego za opóźnionego w rozwoju). Próba kończy się gwałtownym atakiem paniki i pośpieszną rejteradą, potwierdzającą dobitnie, że cały sukces Lucy to tylko krucha fasada, a demony przeszłości nadal ją prześladują. Nie zyskała na tyle siły i pewności siebie, by przetrwać otwartą konfrontację ze wspomnieniami rodzeństwa. Które to wspomnienia, co uważam za bardzo znamienne, w znaczącym stopniu odbiegają od jej własnych. Brat i siostra uważają ją na przykład – i to zgodnie! – za ulubienicę matki. Są też zdania, że tylko dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji Lucy mogła codziennie zostawać w szkole po lekcjach i rozwijać posiadane uzdolnienia. Ta część opowieści stanowi zatem interesujące uzupełnienie historii z Mam na imię Lucy. Potwierdza również moją ówczesną czytelniczą intuicję, zgodnie z którą wersja zdarzeń narratorki nie zasługiwała na bezwarunkowe zaufanie.

Zaś co do reszty opowiadań, z czysto formalnego punktu widzenia trudno postawić im jakiekolwiek konkretne zarzuty. Wszystkie powielają sprawdzoną pisarską metodę Strout – stylistycznie oszczędny, kameralny realizm, skupienie na jednostkowej historii, na pierwszy rzut oka przeciętnej do bólu, a jednak – jak się zawsze ostatecznie okazuje – w jakiś sposób wstrząsającej, szokującej, niesmacznej czy po prostu przejmująco smutnej. Trochę wprawdzie trudno uwierzyć, że na kogo by w prowincjonalnym Amgash nie spojrzeć, ten skrywa jakiś mroczny sekret, ale powiedzmy, że czysto teoretycznie jest to możliwe. Przy entym powtórzeniu ten chwyt przestaje jednak robić wrażenie, a zestawieni ze sobą bohaterowie odbierają wiarygodność sobie nawzajem, choć zdaję sobie sprawę, jak paradoksalnie to brzmi.

Być może się czepiam, ale razi ograniczony wachlarz rozwiązań warsztatowych, jakie autorka ma do dyspozycji. Oczekiwałam czegoś więcej, jakichś nowości, a nie po raz kolejny tego samego. Z drugiej strony, w grupie czytelników pisarki jestem najprawdopodobniej w mniejszości, bo każda sygnowana przez nią pozycja odnosi sprzedażowy sukces. Czytanie Strout stało się modne.

Wszystko wolno, hulaj dusza (Miranda July, Pierwszy bandzior)

Wiem, że zalegam z podsumowaniem filmowym i serialowym, ale rok nie zaczął się dobrze. Padł mi twardy dysk, na którym miałam wszystko, a nie miałam kopii zapasowej. Komputer powędrował do sprzedawcy w ramach rękojmi, a ja zostałam z frustracją wygenerowaną przez własną głupotę. Rada na nowy rok – sprawcie sobie chmurę do przechowywania danych i korzystajcie z niej regularnie!
To idealny nastrój, żeby wam opisać, jak mi się czytało ostatnią zeszłoroczną lekturę, a zarazem drugą powieść z katalogu Wydawnictwa Pauza.

A było to doświadczenie przedziwne. Cheryl to taka Bridget Jones 15 lat później, tylko z mniejszym szczęściem do facetów, a większą obsesją na punkcie zachowywania ładu dookoła (poprzez minimalizowanie ilości posiadanych i używanych przedmiotów oraz ograniczanie wszelkich aktywności). Ten system działa całkiem dobrze, dopóki nie wprowadza się do niej córka szefostwa – Cheryl pracuje w firmie dystrybuującej filmiki nauczające samoobrony, obecnie skrzyżowanej z fitnessem. Clee jest młoda, leniwa i niechlujna, zalęga się na kanapie w salonie i żywi gotowymi  potrawami do mikrofalówki, a skrajnie nieasertywna Cheryl stara się unikać konfrontacji.

I wtedy autorka zmienia konwencję, porzuca ironiczny, ale mimo wszystko realizm, każe swoim bohaterkom komunikować się przez przemoc fizyczną (Clee jest agresorką), co w przedziwny sposób uwalnia Cheryl od przypadłości zwanej globus histericus, czyli dławiącej kuli w gardle. Swoją drogą, nie wiem, jak wy, ale ja do tej pory kojarzyłam globusa z udawaną migreną, zarezerwowaną dla wyższych sfer. Okazuje się, że jest to jeden z objawów nerwicy. Na tym jednak skutki komunikacji poprzez napaść się nie kończą  – Cheryl zaczyna mieć obsesyjne i gargantuiczne fantazje seksualne na temat Clee oraz odkrywa swoja lesbijską tożsamość, a młodsza dziewczyna, jak się z czasem okazuje, odwzajemnia jej uczucie.

Nie jest to wszystko jednak takie proste (ha, proste!), jakby się wydawać mogło, gdyż powieść – bez ostrzeżenia – skręca w zupełnie inną alejkę – pojawia się ciąża, trudny poród i jego konsekwencje, a następnie wpływ opieki nad dzieckiem na relacje obu bohaterek. Zakończenie jest niejednoznaczne – Cheryl zostaje wykorzystana, ale też zyskuje coś cennego.

Całość jest niewątpliwie nietypowa – szalona, niejednorodna i nie dla konwencjonalnego czytelnika. Taki prawdopodobnie szybko odpadnie, bo July się nie certoli – logika i umiar są jej obce. Fascynuje ją natomiast fizjologia, fizyczność i seks. Szczerze mówiąc – przy całej mojej otwartości na wszelkiego rodzaju eksperymenty i braku pruderii – było to dla mnie niesmaczne, obrzydliwe, a nade wszystko bardzo często pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia. Przed sztuką dla sztuki i przesuwaniem granicy, żeby wyśmiać jako zaściankowego i ograniczonego czytelnika, którego wrażliwość tego eksperymentu nie wytrzyma, klękać nie zwykłam. Literatura musi być o czymś, i Pierwszy bandzior niewątpliwie jest – o samotności, lęku, próbach poszukiwania i nieoczekiwanych odkryciach. Na tej płaszczyźnie byłby przekonujący (choć i żadnej Ameryki by nie odkrył) bez wszystkich tych skandalizujących fajerwerków, które mają go sprzedać publiczności jako ambitne novum.

Byłam ciekawa, została porwana w wir fascynująco-odrażającej narracji, ale nie wypadłam z niego olśniona. Można, ale zdecydowanie nie trzeba. Lektura na jedno wolne popołudnie, gdyby wam się bardzo nudziło.

Każdy z nas ma tylko jedną historię miłości (Julian Barnes, Jedyna historia)

Po zachwycie Zgiełkiem czasu obiecywałam sobie, że szybko sięgnę po inne pozycje z dorobku autora, ale, jak to zwykle bywa z  tego typu deklaracjami, zaginęły w pomroce dziejów, przywalone stosami pilniejszych, ciekawszych oraz zupełnie przypadkowych lektur. Dopiero w czasie świątecznej przerwy sięgnęłam po Jedyną historię i mam po zakończeniu lektury co najmniej mieszane uczucia.

Jedyna historia to opowieść igrająca ze schematami fabularnymi i z oczekiwaniami czytelnika w zasadzie od początku do końca. Fabuła może wydawać się typowa do granic sztampowości, nawet mimo odwrócenia genderowego schematu. Bowiem to nie nastoletnia dziewczyna, ucząca się życia i miłości, zostaje uwiedziona przez zramolałego starca, ale dziewiętnastoletni student pada ofiarą niemal pięćdziesięcioletniej sąsiadki i swojej partnerki z tenisowego kortu. Potem też jest raczej nietypowo, gdyż relacja między tymi dwojgiem nie ogranicza się do wakacyjnej przerwy, ale trwa całymi latami, pod okiem rodziców Romea i męża oraz córek Julii. Co jednak jest tutaj najciekawsze, to nie rozwój samego romansu, ale szkicowany niby to mimochodem i na marginesie portret kochanka, Caseya Paula. Oszołomiony siłą pierwszego prawdziwego uczucia, ale i zafascynowany jego nietypowością, chłopak czuje się lepszy nie tylko od rodziców, których postrzega jako nudziarzy uwięzionych w utartych koleinach małomiasteczkowej egzystencji, ale także od rówieśników, którzy – w jego ocenie – nie mogą konkurować swoimi typowymi flirtami i zadurzeniami z jego barwnym pas a deux.
Na fali samozachwytu bohater podejmuje radykalne życiowe decyzje (przeprowadzka, zmiana kierunku nauki), które jednak dają mu jedynie przejściowe zadowolenie. Szybko bowiem okazuje się, że wyjątkowość jego ukochanej ma bardzo prozaiczną mroczną stronę – nałóg alkoholowy. Jednocześnie Paul znajduje się w niezbyt zręcznym położeniu – w trakcie wydłużającej się nauki pozostaje na utrzymaniu partnerki, nie bardzo może jej więc czynić jakiekolwiek wymówki co do stylu życia. Starsza kochanka z ekscytującego wyzwania staje się kłopotliwym zobowiązaniem, a szybko okazuje się, że lojalność wobec pierwszej miłości nie znajduje uznania, ani nawet zrozumienia, w oczach kolejnych partnerek. Ostatecznie zatem Paul kończy jako samotny emocjonalny elektron, wolny od oków banału, ale i samotny. Rozpamiętujący w nieskończoność konsekwencje jednego zauroczenia. Czy było warto – zdaje się pytać autor, a czytelnik ma niejaki kłopot z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi.
Czyli w zasadzie przedsięwzięcie pisarskie należałoby ocenić jako udane, bo niepokoi, skłania do przemyśleń i porusza w duszy jakieś mało używane struny. Jest jednak z tą opowieścią pewien podstawowy problem – nie wierzę w Paula. Nie mówię, że takich ludzi i scenariuszy nie ma, ale ta konkretna osoba napisana została w sposób skrajnie niewiarygodny, i to nie jest ten typ nieprawdopodobieństwa, który budzi podskórną zazdrość i zachęca do zawieszenia niewiary na czas lektury. Dla mnie Paul jako typ ludzki jest po prostu odrażający – nie ma najmniejszego problemu z życiem latami na koszt kochanki – pijaczki, co więcej, od jakichkolwiek realnych emocjonalnych zobowiązań wymiguje się rzekomą lojalnością wobec Susan. Jednocześnie, gdy rzeczywistość wystawia te deklaracje przywiązania na próbę, naszego dzielnego rycerza na białym rumaku brak – problemem ma się zająć rodzina kobiety, a w końcu instytucje państwowe. Powiecie, że to właśnie realizm najczystszej próby i czego ja się właściwie czepiam?
Obiektywnie przyznam wam rację, subiektywnie dysonans pomiędzy deklaracjami narratora a sferą faktyczną jest dla mnie w tym wydaniu nie do przełknięcia.  Nie jest to zła powieść, ale w jakiś sposób wewnętrznie niespójna, zbyt odrealniona w podstawowych założeniach, a równocześnie za gorzko realistyczna w konkluzjach. Jak ładny kolorowy cukierek, który okazuje się mieć smak anyżku.
P.S. Przekład Dominiki Lewandowskiej – Rodak też jest jakiś przedziwny. W początkowej części roi się od koślawych, fałszywie brzmiących zdań, później styl ulega znacznemu wygładzeniu. Może odzwierciedla to styl oryginału, w którym Paul jako młodzik początkowo pisał bardziej nieporadnie (nie konfrontowałam), ale mocno wątpię, gdyż całość wygląda na wspomnienia spisywane z perspektywy całego życia.

Daj dziecku mądrze napisany elementarz, a zmienisz nie tylko jego świat (Neal Stephenson, Epoka diamentu)

Najpierw będzie autotematyczny wtręt czytelniczy, więc – jeśli kogoś nie interesuje historia mojej fascynacji pisarstwem Neala Stephensona – może od razu przejść do kolejnego akapitu. Otóż zaczęło się w 2003 roku, w początkach mojej przygody z fantastyką, od pierwszego tomu Cyklu barokowego, czyli Żywego srebra. Ten wspaniały miks gatunków po prostu rzucił mnie na kolana i nawet podjęłam szaleńczą próbę przeczytania drugiego tomu, czyli Zamętu, w oryginale, bo MAG wydawał trylogię niespiesznie i w ośmiu kawałkach. Szybko jednak zaniechałam, bo i po polsku jest to tekst bardzo wymagający, mocno osadzony w historii i rozmaitych dziedzinach nauki. Myślałam, że to opus magnum autora, jednak Peanatema, traktat filozoficzny w kosmicznym sztafażu, przekonała mnie, że się myliłam. I że Neal jest jeszcze mądrzejszy, niż myślałam, a jednocześnie posiada niezwykły dar przystępnego przekazywania swoich przemyśleń czytelnikowi. Potem dopadłam wcześniejszy chronologicznie, choć z akcją rozgrywającą się o wiele później i licznymi nawiązaniami do Cyklu barokowego, Cryptonomicon. I pomyślałam, że Stephenson jest po prostu geniuszem. Rozumiem, że nie wszystkim opisana tam opowieść może się wydać fascynująca – nie każdy interesuje się historią drugiej wojny światowej, programowaniem czy kryptografią, a to właśnie wokół tych zagadnień skupiają się główne wątki fabuły, będącej jednak przede wszystkim hołdem dla nieograniczonego potencjału ludzkiego intelektu. Ten element łączy Cryptonomicon nie tylko z Peanatemą, ale także z Cyklem barokowym. I tak sobie trwałam w zachwycie, również powszechnie krytykowanym w środowisku fanów fantastyki sensacyjnym Reamde. Aż przyszło 7 EW, powieść świadcząca, co się może zdarzyć, gdy autor da się ponieść hermetycznej naukowej stronie zagadnienia i zapomni dać szaraczkowi czytelnikowi fabułę.
Chciałam znowu pokochać Neala i w tym celu planowałam sięgnąć po kurzący się na półce od 2005 roku Diamentowy wiek w wydaniu ISY (mam jeszcze takąż Zamieć). Nim jednak przekułam zamiary w czyn, ukazał się nowy przekład powieści, autorstwa jednego z moich ulubionych tłumaczy, czyli Wojciecha Szypuły. I tę wersję, zachęcona dodatkowo informacjami o pominiętych w poprzedniej fragmentach, wybrałam. Zaczynałam z fascynacją, gdyż Stephenson, jak zwykle, miał pomysł na świat przedstawiony. Oto rzeczywistość po nanotechnologicznym przełomie, w której ludzkość nie musi się już martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo jedzenie, najtańsze
ubrania i podstawowe sprzęty każdy kompiluje sobie za darmo w publicznych kompilatorach materii. Czy dzięki temu zapanowała równość społeczna? Wręcz przeciwnie, ludzie, o ile to tylko możliwe, stali się jeszcze większymi snobami, zamykając się w elitarnych społecznościach zwanych fylami, z których każda hołduje innym wartościom. Mamy na przykład Neowiktorian, restrykcyjnie przestrzegających norm rodem z XIX wieku. Zaś postęp wykorzystano m.in. do rozwinięcia tak zaawansowanych narzędzi inwigilacyjnych, że o rewolucji, gdyby ktoś chciał – choćby z nudów – takową przeprowadzić, nie ma co marzyć. Struktura klasowa dzięki nanobotom została zacementowana na dobre.
I tu, tradycyjnie dla autora, na scenę wkracza geniusz – John Hackworth, neowiktoriański specjalista od projektowania nowych nanotechnologicznych urządzeń. Na polecenie jednego z najważniejszych lordów udziałowców swojej fyli ma stworzyć dla jego wnuczki interaktywny elementarz, który wychowa dziewczynkę inaczej, niż by sobie tego życzyli jej rodzice. Nauczy ją odważnego, nieszablonowego, a nade wszystko samodzielnego myślenia. Nagrodą za wykonanie zlecenia ma być tytuł szlachecki, jednak dla ludzi takich jak nasz bohater to jedynie dodatkowa, czysto formalna zachęta. Samo wyzwanie i natura projektu to więcej niż dostateczna zapłata. Hackworth znakomicie realizuje zlecenie, nie może się jednak oprzeć pokusie podarowania elementarza również własnej córce, Fionie. By uzyskać dostęp do niepodłączonego do publicznej sieci kompilatora, zawiera układ z wpływowym rozgrywającym chińskiego półświatka, niejakim Doktorem X. A ponieważ, jak większość geniuszy, w sprawach tzw. normalnego życia John Hackworth błądzi jak dziecko we mgle, jest dla niego wielkim zaskoczeniem, gdy – wracając do domu z nielegalnym egzemplarzem elementarza – zostaje napadnięty i traci bezcenny przedmiot. Na skutek zbiegu okoliczności książka trafia do kilkuletniej Nell, pochodzącej z patologicznej rodziny. Tak rozpoczyna się zasadnicza fabuła, a treść elementarza i proces wychowania dziewczynki przez podręcznik stanowią jej bardzo istotny element.
Sam pomysł jest więc podwójnie fascynujący: na poziomie mechaniki elementarza – bo np. interaktywną książkę mieli obsługiwać opłacani aktorzy, a kończy się na tym, że z Nell pracuje tylko jedna osoba – Miranda, interaktorka, która dla tego niezwykłego zlecenia, równoważnego w zasadzie macierzyństwu, porzuca dobrze się zapowiadającą karierę – a także dlatego, że fabuła osadzona poza historiami z książki zostaje z nimi ściśle skorelowana. Do stopnia, który nawet przed czytelnikiem pozostaje ukryty aż do finałowych partii Epoki diamentu. Dostajemy więc w zasadzie dwie powieści, jedną skompilowaną z przypowieści o charakterze dydaktycznym, a drugą o tym, jak niezwykły
wpływ na świat mogą wywrzeć nieszablonowo myślące jednostki. Jeśli tylko dać im odpowiednie narzędzia. Nie przekreślać ich z racji pochodzenia. Wszystko w niezwykłych ramach świata funkcjonującego dzięki nanotechnologii, tytułowej epoki diamentu.
Wyczuwacie nadchodzące zastrzeżenia? Macie rację. W pewnym momencie ta misterna konstrukcja zaczyna się bowiem Stephensonowi troszkę sypać. Mniej więcej wtedy, gdy Nell kończy szkołę i rusza na spotkanie prawdziwemu życiu. Wielka geopolityczna zmianawywołana przez armię dziewczynek uzbrojonych w nielegalnie skompilowane elementarze, przy wsparciu podwodnej subkultury, której udało się stworzyć niezależny obieg informacji, nie przystaje mi do tej kameralnej w gruncie rzeczy opowieści o umożliwionym przez przypadek imponującym samorozwoju jednostki. Jest do niej pośpiesznie przyszyta, ale trzyma się na słowo honoru, nie jak piękny, misterny haft. Raczej jak nieporadna fastryga kilkulatki. Stephenson miał już wtedy imponujący, wielopoziomowy pomysł. Ale jeszcze brakowało mu późniejszego warsztatu, żeby go odpowiednio spójnie zrealizować. Dlatego Epoka diamentu, choć stanowi bez wątpienia satysfakcjonującą lekturę, zachęca czytelnika znającego dalszy dorobek autora głównie do przemyśleń o tym, czym mogłaby być, gdyby powstała nieco później. Wielki potencjał pomysłu wyjściowego nie został tu w pełni wykorzystany. Ale mimo wszystko warto.