If you want the rainbow, you must have the rain

Zakończyło się Boardwalk Empire, jeden z moich ulubionych seriali ostatnich lat, wspaniały od czołówki po ostatnią piosenkę. Mieli słabsze momenty w trzecim i czwartym sezonie, ale finałowy, skandalicznie skrócony ze standardowych 12 do 8 epizodów, pokazał, że serial był przemyślany od początku do końca, oferując niesamowicie spójne zamknięcia wszystkich wątków i przepiękne, smutne, nostalgiczne łuki narracyjne, na widok których ręce same składały się do oklasków.

Bo poza tym, że serial był ilustracją zachodzących w USA od czasów prohibicji do aresztowania Capone’a przemian społecznych i pokazywał proces formowania się przestępczości zorganizowanej w dzisiejszym rozumieniu tego pojęcia, był też opowieścią o konkretnych postaciach, których losy śledziliśmy z zaangażowaniem przez lata, darząc je sympatiami i antypatiami, kibicując im bądź życząc rychłego upadku. Jak obiecywało hasło promujące finałową serię, nikt nie odszedł po cichu.
Jednocześnie cała produkcja odeszła z klasą – wyjątkowym majstersztykiem castingowym było obsadzenie Marca Pickeringa w roli młodszego Nucky’ego – wręcz nie mogłam uwierzyć, gość tak idealnie skopiował wszystkie maniery, intonację i gesty, którymi Steve Buscemi obdarzył głównego bohatera. Takie cuda zdarzają się niezwykle rzadko.
Zatem, jeśli porzuciliście serial, wróćcie.
Jeśli go nie znacie, zapoznajcie się.
Ręczę, że warto.

Reklamy

Nucky, Nucky, Nucky:)

Czyli Enoch T., moja najnowsza miłość:) Do Steve’a Buscemiego mam słabość od czasów Rodziny Soprano, gdzie brawurowo wcielił się w kuzyna Tony’ego. Do tej pory był jednak raczej aktorem drugiego planu. Teraz, jako główny bohater Zakazanego imperium, wręcz rozkwita. A do klimatów gangstersko-prohibicyjnych mam słabość chyba jeszcze od czasów, kiedy nie do końca rozumiałam, co właściwie oznacza prohibicja:] Czyli od dawna.
Wychodzi na to, że Zakazane imperium musiało mi się spodobać, nawet gdyby pozostałe role nie zostały tak świetnie obsadzone, a scenariusz nie był tak znakomicie rozpisany, nawet w najmniej z pozoru istotnych wątkach pobocznych.
HBO to jednak HBO, w ich wykonaniu seriale amerykańskie mogą śmiało iść w paragon z produkcjami BBC. Klimat tej serii jest tak znakomicie prawdziwy, że Mad men powinien się wstydzić. Czysta przyjemność, ot, co. Aż się cieszę, że zwlekałam z oglądaniem tak długo, bo teraz lada dzień będzie ciąg dalszy:) I tu, choć mam plan poczekać z oglądaniem na ukazanie się całości sezonu, to jednak moje wewnętrzne przekonanie co do tego, czy wytrwam w postanowieniu, trudno nazwać przesadnie głębokim.
W każdym razie, o ile ktoś poza mną jeszcze nie widział, gorąco polecam.
A sama nabrałam ochoty na dokończenie przerwanej ponad rok temu lektury książki Wrogowie publiczni o tych, którym zawdzięczamy powstanie FBI: ot, by pozostać dłużej w tym niesamowitym klimacie:)