Jest miłość trudna (Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Jesmyn Ward)

spiewajKolejna z serii lektur o trudnych relacjach rodzinnych. I z tych, z pisaniem o których musiałam poczekać. Podczas czytania byłam nią wręcz zahipnotyzowana, ale pod koniec coś mi zaczęło zgrzytać. Ostatecznie wizja autorki pozostawiła mnie trochę rozdartą, bo choć zwykle nie przeszkadza mi element fantastyczny (często wręcz stanowi niebagatelną wartość dodaną), a tutaj wydawał się on, przynajmniej początkowo, zgrabnie zakomponowany, stanowiąc integralną część opowieści o historii rodziny i regionu, to w pewnym momencie Ward trochę pomieszała porządki i posunęła się odrobinę za daleko. Psując coś bardzo dobrego, zupełnie niepotrzebnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że to niezwykła, świetnie napisana (takoż przełożona na polski przez Jędrzeja Polaka, a język ma tu naprawdę niebagatelne znaczenie) i bardzo poruszająca historia o desperackim poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, na którą chciałabym mimo pewnych zastrzeżeń zwrócić waszą uwagę. Stabilizacji desperacko pragnie trzynastoletni Jojo, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i już dawno przestał liczyć na to, że otrzyma ją od swoich biologicznych rodziców, Leonie i Michaela. Tatką i Mamcią nazywa dziadków ze strony matki, którzy go wychowali. A sam czuje się odpowiedzialny za swoją młodszą siostrzyczkę, Kaylę, dla której stanowi centrum świata. Rutyna codzienności w pełni mu odpowiada, zostaje jednak zachwiana. Najpierw ciężką chorobą Mamci, a następnie zapowiadanym wyjściem z więzienia jego ojca, Michaela. Leonie w rzadkim przypływie uczuć rodzinnych decyduje, że wszyscy – także Jojo i Kayla – pojadą go odebrać z więzienia w Parchman.

Zmagania Leonie, która jest drugą, obok Jojo, narratorką powieści, także zostają opisane bardzo sugestywnie. W pierwszym odruchu (a także drugim i trzecim, mówiąc zupełnie szczerze) czytelnikowi łatwo ją potępić. Zasługuje na to: jest egoistką, osobą nieodpowiedzialną, zaniedbującą dzieci i skupioną wyłącznie na własnych potrzebach. Dodatkowo także narkomanką, co pcha ją do zachowań nieprzeciętnie ryzykownych. Ale Ward nie da nam komfortu zaszufladkowania Leonie, pokaże także przyczyny, dla których się taka stała – przede wszystkim tragiczną utratę starszego brata, Danego. Po tym zdarzeniu miłość Michaela (także niełatwa, bo międzyrasowa, nieakceptowana przez białych rodziców chłopaka) utrzymała dziewczynę przy życiu. Nie starczyło jej już jednak sił na miłość i troskę o kogoś innego, nawet własne dzieci, a pierwsza ciąża uniemożliwiła ukończenie edukacji. Jak to podsumowała jej własna matka w rozmowie z wnukiem:

nie wiem, czy to przeze mnie, czy przez coś, co Leonie ma w sobie. Ale brakuje jej instynktu macierzyńskiego. Wiedziałam o tym, odkąd się urodziłeś, odkąd poszliśmy we troje na zakupy i Leonie kupiła sobie coś do zjedzenia i zjadła to na twoich oczach, chociaż płakałeś z głodu. Od tamtej pory wiedziałam. […] Ona nigdy cię nie nakarmi.

Jest i trzecia warstwa tej historii, opowieść o Tatce. Wielkim, milczącym mężczyźnie, opoce rodziny, człowieku cichym i zasadniczym. Korzenie tej opowieści, którą Jojo poznawał przez całe życie w chaotycznych urywkach, tkwią w więzieniu Parchman, gdzie Tatko trafił, kiedy był niewiele starszy niż Jojo, i musiał pracować ponad siły, walcząc o przetrwanie na każdym kroku. Gdy wyszedł, za wszelką cenę starał się zapomnieć, ale pewne uczynki nie chcą pozostać pogrzebane.

Na każdym z planów jest to także opowieść o brutalnym rasizmie głębokiego Południa. Więzienne losy Tatki, śmierć Danego, konflikt między Michaelem a jego rodzicami: wszystko determinowane jest przez kolor skóry – oczywiście czarny. To on, a nie rodzinny dar słyszenia żywych i umarłych, jest podstawowym, choć niezawinionym przekleństwem wszystkich (z wyjątkiem Michaela) bohaterów opowieści. Niby z pokolenia na pokolenie czarnym żyje się w Missisipi coraz lepiej, a jednak nadal kolor może kosztować ich życie. W przenośni, obejmującej po prostu gorsze perspektywy, oraz zupełnie dosłownie.

Po przeczytaniu zajrzałam do blurba i zobaczyłam, że książkę polecają Margaret Atwood i Marlon James. Świetnie rozumiem, co ich w niej urzekło i dlaczego tę powieść nagrodzono National Book Award 2017, nawet jeśli autorka ostatecznie za bardzo ożywiła swoje duchy.

Przekonajcie się i wy.

Reklamy

Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Tyle się tu wydarzyło, a zostały tylko kible (Łukasz Orbitowski, Kult)

kultNiby obiecywałam sobie po rozczarowującym Exodusie nie rzucać się na nową powieść Orbitowskiego, ale byłam jej zwyczajnie ciekawa. Czy poprzednia była tylko wypadkiem przy pracy?

Akcja marketingowa przed premierą Kultu eksponowała wątek objawień maryjnych na oławskich działkach, inspirowany życiorysem Kazimierza Domańskiego. Faktycznie jednak objawienia są tam tylko na doczepkę i przydarzają się niejako w tle. Jest to bowiem przede wszystkim opowieść o rodzinie, a właściwie o braciach – Zbyszku i Heńku, którego postać posiada pewne kluczowe elementy biografii oławskiego wizjonera, ale też w wielu istotnych punktach różni się od oryginału. Ten nieżyciowy, nierozgarnięty, a jednak wybrany do wielkości i niezwykłości młodszy brat pozostawał przez niemal całe życie pod opieką starszego, Zbyszka. I to właśnie Zbigniew Hausner opowiada Łukaszowi (w domyśle zapewne Orbitowskiemu) całą historię.

To rozwiązanie narracyjne jest kluczowe – słuchamy pewnej całości, niezakłóconej żadną ingerencją,  razem z nagrywającym monolog opowiadacza pisarzem (powieść podzielona jest na kolejne taśmy), co pozwala na swobodną, nieskrępowaną chronologią, a dyktowaną częstokroć przez emocje i skojarzenia narratora, dynamiczną i meandrującą konstrukcję opowieści. Oczywiście, uzyskanie takiego pseudo-swobodnego efektu wymagało zapewne mnóstwa pracy, a przede wszystkim stworzenia wiarygodnego gospodarza, którego czytelnik zechce cierpliwie i z przyjemnością słuchać przez niemal pięć setek stron.

I to się udało na szóstkę, bo Zbyszek Hausner to prawdziwy, spójny facet: fryzjer z etosem zawodowym i prywatnym, szczęśliwy mąż i ojciec, dobry i opiekuńczy brat. Człowiek rozsądny, charakterny, lecz niepozbawiony poważnych wad (bez trudu godzi notoryczne skoki w bok z bezbrzeżnym oddaniem ognisku domowemu). Jednak świadomy swoich niedoskonałości i szczery, zdolny do bardzo krytycznej autorefleksji. A jednocześnie gawędziarz z dużym poczuciem humoru. Słowem, stworzony, by zagadywać – klientów, żonę, kolejne kochanki, pisarza, który zawędrował do Oławy, oraz rzesze jego czytelników. Dzięki swoim wadom, wątpliwościom, licznym skazom charakteru i ciemniejszym epizodom biografii Zbigniew Hausner zdobywa nasze zaufanie, a z czasem, gdy okazuje się to niezbędne, także zrozumienie i współczucie. Nim Kult stoi, a nie Heńkiem, płaczącą krwią figurą, krwawiącą monstrancją i całą plejadą innych działkowych cudów.

Ważną zaletą Kultu jest przedstawienie realiów społeczno-obyczajowych, istotnych nie tylko dla wyjaśnienia uwarunkowań działań bohaterów, ale także w kontekście objawień i późniejszej budowy sanktuarium, do których to zdarzeń musiała się ustosunkować zarówno władza świecka, jak i kościelna. Tu Orbitowski posługuje się  zręcznym wytrychem, bo wszystkie te potencjalnie nudne dla czytelnika rafy omija, a raczej sprytnie neutralizuje, dodając do obu płaszczyzn komponent osobisty. Rządzący miasteczkiem w imieniu partii Waldek oraz marzący o własnej parafii wikary Romek to u niego po prostu najbliżsi kumple Zbyszka Hausnera z dzieciństwa. Nie znaczy to jednak, że przez wzgląd na dawne sentymenty będą Heńka głaskać po główce, zdobnej w niewidzialną cierniową koronę. Ale takie ustawienie sytuacji pozwala autorowi w swojski i przystępny sposób opisać reakcje tronu i ołtarza na objawienia.

Jest zatem Kult powieścią autentyczną, angażującą i dobrze przemyślaną. Płyniemy z nurtem wartkiej gawędy Zbyszka, niejako mimo woli oddając się wraz z nim niełatwym refleksjom. A kończy się ciekawą, bo mało literacką, a typowo życiową puentą. Nie jest to najlepsze dokonanie Orbitowskiego (tę palmę wciąż dzierży u mnie Szczęśliwa ziemia), ale zaciera bez śladu absmak po Exodusie. Warto.

Sztokholm brzydki, trochę śmierdzi, a sprawiedliwość trzeba wymierzyć (Sztokholm 1793, Niklas Natt och Dag)

sztokholmJest to rzadki przypadek kryminału debiutanta, po który sama na pewno bym nie sięgnęła, a który przyjemnie zaskoczył mnie poziomem. Dlatego postanowiłam pominąć na razie zaległości kwietniowe i napisać wam o nim poza kolejnością. Tytuł polecał wprawdzie na Facebooku Wojciech Chmielarz, ale po tym, jak nie tak dawno boleśnie nacięłam się na inną jego rekomendację (Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka), to by mi nie wystarczyło. Pojawiły się jednak pozytywne opinie wybrednych użytkowników forum Zaginiona Biblioteka, a to już dostatecznie mnie zaintrygowało.

Autor zabiera nas do niezwykle realistycznie odmalowanej szwedzkiej stolicy u schyłku XVIII wieku. Co oznacza brud, smród i ubóstwo. Każde z tej trójcy malowniczo i realistycznie opisane. Detalicznie również. Jeśli należycie do czytelników zdegustowanych tym, że w powieściach historycznych panuje współczesna iście czystość i porządek, tym razem będziecie usatysfakcjonowani opisem miejskiej rzeczywistości. Bowiem tak to faktycznie mogło wyglądać. I pachnieć. Do tego w stolicy panuje chaos wywołany udanym zamachem na życie króla Gustawa III, co sprzyja rozmaitej maści kombinatorom oraz wichrzycielom, a u przestępców budzi poczucie całkowitej bezkarności. Dość powiedzieć, że kiedy z miejskiego jeziorka – ścieku zostają wyłowione makabrycznie okaleczone zwłoki, a w gruncie rzeczy ludzki kadłubek, będący już w zasadzie u schyłku urzędowania zwierzchnik policji zwraca się o pomoc w wyjaśnieniu sprawy do cierpiącego na zaawansowane suchoty prawnika Cecila Winge. Nikt inny poza tym żywym trupem, czas zgonu którego obstawia się w miejscowych gospodach, nie wydaje mu się bowiem godny zaufania, a nie da się przesądzić, że na jednej ofierze się skończy.

Śledczy jest więc, mówiąc łagodnie, specyficzny, a i jego asystent z przypadku pospolitością nie grzeszy. Mickel Cardel stracił na wojnie rękę, którą zastępuje mu drewniana proteza, oraz spokój ducha, którego pita bez umiaru gorzałka (mimo usilnych prób z jego strony) zastąpić mu nie może. W uznaniu wojennych zasług weteran ów dostał posadę pomocnika strażnika miejskiego, czyli w zasadzie hycla, którego zadaniem jest aresztowanie prostytutek i bezdomnych, wegetujących na ulicach stolicy. Obowiązków służbowych nie wykonuje, bo się nimi brzydzi, ale umundurowanie nosi i skromny żołd pobiera. Z tego powodu zostaje wezwany do wyłowienia z miejskiego ścieku wspomnianych wyżej makabrycznych szczątków, zaś charyzma konającego prawnika wywiera na nim tak wielkie wrażenie, że postanawia wraz z Cecilem Winge znaleźć mordercę.

Ale oprócz śledztwa i meandrów biografii dwójki protagonistów, z których każdy skrywa własne mroczne sekrety, autor oferuje czytelnikowi dwa równie ciekawe wątki, przedstawiane z perspektywy dwojga kolejnych bohaterów. Historia Anny Stiny daje wgląd w niewesoły (mówiąc bardzo łagodnie) los osieroconej młodej kobiety, która ośmieli się odmówić swojej ręki i wdzięków zainteresowanemu, lepiej od niej sytuowanemu młodzieńcowi. Samo oskarżenie o nierząd wystarczy, by została skazana na przymusową pracę w przędzalni, w ramach reedukacji i dla jej własnego dobra.

Z kolei historia Junkiera Blixa, opisana w jego listach do siostry, to typowa zapewne dla epoki i dojmująco  smutna opowieść o młodym, pochodzącym z prowincji człowieku z aspiracjami, który chciał skrócić sobie drogę do wyższych sfer, a skończył jako żywy towar, bo ktoś wykupił jego skrypty dłużne, a komuś innemu potrzebny był człowiek o umiejętnościach felczera.

Sama intryga kryminalna może zatem nie powala dynamizmem i złożonością (choć wątek ten sfinalizowany zostaje w satysfakcjonująco przewrotny sposób), ale Sztokholm 1793 ma w warstwie obyczajowej i historycznej mnóstwo do zaoferowania, a narracja jak na debiutanta jest sprawna, wartka, świetnie kontrolowana. Słowem, zdecydowanie warto. Tłumaczył Wojciech Łygaś, a wydała Sonia Draga.

Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Zagadka kiełkującego krokusa (Middlesex, Jeffrey Eugenides)

Jak być może jeszcze nie wszystkim czytelnikom tego bloga wiadomo, mam niegroźnego hysia na punkcie prozy Jeffreya Eugenidesa. Zaczęło się w 2013 roku, od polecanki Padmy z Miasta książek, pod wpływem której sięgnęłam po Intrygę małżeńską. Historia trójki studentów unurzana w teorii literatury absolutnie mnie oczarowała. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że z całego dorobku autora jest to – przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach – książka najmniej niezwykła.

No właśnie – całego dorobku – to brzmi dumnie, jednak mowa jest o zaledwie trzech powieściach, zatem świadomie je sobie racjonowałam. Po niezwykle dojrzałym debiucie, jakim były Przekleństwa niewinności, historia serii samobójstw w rodzinie Lisbonów, stanowiąca w istocie zawoalowaną krytykę rozpadu społecznych więzi na amerykańskich przedmieściach (obecnie wznowiona przez Sonię Dragę, gorąco polecam!), nabrałam przekonania, że obcowanie z prozą Eugenidesa to rzadka i wartościowa przyjemność. Ostatnią (a chronologicznie środkową) powieść jego autorstwa oszczędzałam sobie przez ponad cztery lata. Na nic się jednak zdała moja wstrzemięźliwość, autor kolejnej książki (poza wydanym u nas niedawno zbiorem opowiadań Nowy dowód, który zostawiłam sobie na czarną godzinę i na otarcie łez) nadal nie napisał.

Mimo wszystko nie żałuję, bo Middlesex to historia tak niezwykła, że choć zamykamy dopiero pierwszy kwartał, ja mam już mocną kandydatkę do tytułu książki roku. Pewnie, można by się czepiać (i w innych okolicznościach pierwsza bym się przyczepiła, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości), że jest to rzecz z pełną premedytacją skrojona pod nagrody: opowieść snuta przez przedstawiciela trzeciego pokolenia imigrantów, przedstawiająca Amerykę w czasach wzlotów i upadków, a dodatkowo zawierająca obyczajowy skandal, który doprowadził do biologicznego fenomenu – odroczonej o dwa pokolenia kary za grzech przodków, jak niewątpliwie uważałaby babcia narratora, Desdemona.

Czego tu nie ma – saga rodzinna zakrojona na niemal stulecie, typowa, a jednocześnie absolutnie wyjątkowa (staram się uniknąć spoilerów, dlatego nie podam szczegółów) Bildungsroman, Detroit w czasach największej prosperity i najgłębszego kryzysu, życie i obyczaje greckiej diaspory w Ameryce, hazard, prohibicja, romanse. Świetnie dopracowane tło społeczno-obyczajowe, świadczące o wykonaniu gigantycznej pracy ze źródłami, którym jednak autor czytelnika nie przytłacza, a jedynie pozwala, by skrupulatnie wyselekcjonowane detale dodawały życia i autentyczności jedwabistej (jedwabniki są tu kluczowe zarówno w swej dosłownej postaci, jak i w symbolicznej sferze) materii jego opowieści. A nade wszystko pełnokrwiści bohaterowie, do których człowiek bez trudu się przywiązuje, dając się porwać nurtowi ich powikłanych przez geografię i historię biografii, trzyma za nich kciuki nawet wtedy, gdy błądzą i podejmują ewidentnie nietrafione decyzje. A dzieje się tak dlatego, że Eugenides każdemu z nich daje motywacje, z którymi absolutnie nie trzeba się zgadzać, ale bez trudu można je zrozumieć.

Wszystko to i jeszcze więcej opowie wam Cal Stephanides, przeprowadzając was dodatkowo swoją trudną, prywatną drogą do dramatycznego odkrycia, jakie kazało mu całkowicie przedefiniować swoją tożsamość. Zrobi to z wdziękiem, ukradkiem, tak długo, jak to tylko możliwe, nie wysuwając swojej osoby na pierwszy plan. Tym większą siłę rażenia będzie miała jego tajemnica, gdy w końcu ją wam wyjawi. Zaciekawieni?