Trzeba czegoś więcej, czyli kilka uwag o serialu Wiedźmin – tym od Netfliksa

geraltNiby napisano o nim już wszystko, ale – jako że się nie znam – też się wypowiem. To jeszcze chwilowo wolny kraj. Zanim przejdziemy do rzeczy, dla porządku – uwagi wstępne. Czy jestem fanatyczną fanką książkowego wiedźmina, którego przygody czytałam osiem razy, w tym pięć razy w ciągu pierwszego roku od odkrycia? Ależ oczywiście. W konsekwencji grałam też we wszystkie wiedźmińskie gry komputerowe, choć gamerka ze mnie żadna. Czy w związku z tym miałam zawyżone i nierealne oczekiwania względem serialowej adaptacji? Tu was (być może) zaskoczę – nie. To umiarkowanie godne stoickiego mędrca zapewniła mi wieloletnia i trwała trauma, wywołana seansem polskiego serialu (zwanego powszechnie od nazwiska scenarzysty, Michała Szczerbica, na którego sempiternę miała znaleźć się kłonica – szczerialem). Nie wejdę w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do kultowych już streszczeń poszczególnych odcinków, popełnionych swego czasu przez Radka Teklaka. Tytułem podsumowania napiszę tylko, że może i zdaniem Geralta nie ma mniejszego zła, ale wiedźmin uważa tak wyłącznie dlatego, że nie oglądał polskiego serialu o swoich przygodach. Jaki by ten od Netfliksa nie był, zawsze mniejszym złem od naszego będzie.

Co powiedziawszy, przejdę do swoich wrażeń z ośmiu pierwszych odcinków (nie ostatnich, bo drugi sezon otrzymał zamówienie jeszcze przed premierą pierwszego, zdjęcia ruszą na początku przyszłego roku). Zabrzmi to może nieco paradoksalnie, ale pierwszy odcinek jest – obok ostatniego – najsłabszy w całym sezonie. I już nawet nie chodzi o tę trójdzielną narrację, w której każda z głównych postaci – Geralt, Yennefer i Ciri – dostaje swój prowadzony równolegle, na własnym planie czasowym, wątek. Taka była wizja scenarzystów, czy też showrunnerki, i mnie tam nic do tego. Czy ludzie nieznający książek, zwłaszcza jeśli oglądają nieuważnie, mogą przez to poczuć się zagubieni? Ależ oczywiście. Najwyraźniej jednak twórcy mieli to wliczone w koszty. Kto ogląda z minimalnym skupieniem, ten, moim zdaniem, się połapie. Odrębną kwestią jest, czy będzie mu się chciało oglądać dalej. Wątek cintryjski podany został, powiedzmy opłotkami, w wyjątkowo mało angażujący sposób. Eist jakoś tam wprawdzie nawiązuje do swoich oświadczyn, ale ogólnie za wiele dla widza  nieobeznanego z książkami z tych wszystkich menuetów i półsłówek nie wynika. W wątku Geralta natomiast mamy prawdziwą ciekawostkę przyrodniczą. Wzięto jedno z lepszych opowiadań, czyli Mniejsze zło, i pokazano wszystko, z wyjątkiem tridamskiego ultimatum, które, było nie było, jest sensem i sercem tego tekstu. I nawet naprawdę świetnie zrealizowana scena rzeźni na rynku tego nie wyrównuje. Już mniejsza o batystowe majtki i fakt, że cała historia Renfri stanowiła postmodernistyczny wariant baśni o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach (choć trochę szkoda, bo wystarczyłaby krótka retrospekcja lub dodatkowy, również niedługi, dialog między bohaterami, żeby tę warstwę zachować czy choćby zasygnalizować jej istnienie). Ale bez wątku tridamskiego dylemat wiedźmina zostaje bezlitośnie spłycony, a jego ostateczny wybór zyskuje zupełnie inny wymiar. Inaczej wyglądają ciskający kamieniami mieszkańcy Blaviken, gdy się wie, że rzucają je w mutanta, który ocalił ich od zguby. A inaczej, gdy rzucają je w faceta w naprawdę śmiesznej peruce (wiele mogę wybaczyć i wybaczam, ale że nie było budżetu na lepsze włosy dla Cavilla, uważam za niewybaczalne), który wparował na rynek i w zasadzie bez dania racji widowiskowo wyrżnął sporo ludzi (i nieludzi). Podobał mi się Stregobor, chyba bliższy w tej wersji swojemu literackiemu odpowiednikowi.

W odcinku drugim mamy bezlitośnie skondensowany Kraniec świata, należący do moich ulubionych opowiadań, w związku z czym prywatnie było mi z tego powodu przykro. Obiektywnie rozumiem wyrzucenie wątku Lille i księgi (pewnie drogie efekty, z pewnością trudno przetłumaczalny humor oraz brak czasu ekranowego). Wprawdzie w efekcie powstaje dziwna sytuacja: Filavandrel puszcza wolno Jaskra i Geralta, w zasadzie nie wiadomo, czemu. Ale da się to jakoś przeżyć. Jest niezła chemia między wiedźminem i bardem, ciekawy wątek PR Geralta, ładna scena chóralnego śpiewu w karczmie. Nieco rozczarowują od strony technicznej diaboł i elfy, ale widać budżet poszedł na coś innego. Komu się nie podoba, niechaj wspomni naszego Filavandrela. I nasze elfy. Poza tym zaczyna się rozwijać wątek przeszłości Yennefer i tutaj powiem od razu, że według mnie uzupełnienie biografii tej postaci było decyzją znakomitą, potrzebną i (z wyjątkiem Sodden, o czym dalej) dobrze zrealizowaną, ze szczególnym uwzględnieniem wątku relacji między Janeczką a Istreddem, choć Tissaia też nieźle wypada. I nawet węgorze w Aretuzie, dobrze ilustrujące, że nie wszyscy mają potencjał, by zostać mistrzami mocy, ładnie tam pasują. Anya Chalotra jest świetną Yen mimo wszelkich moich wcześniejszych zastrzeżeń czy wątpliwości. Jest wręcz za dobra, bo blednie przy niej cała reszta obsady, z Geraltem włącznie. Choć prywatnie wolę ją sprzed przemiany.

Odcinek ze strzygą, oparty na opowiadaniu Wiedźmin, należy do najlepszych (a jak teraz o tym myślę, to chyba po prostu JEST najlepszy). Choć i tutaj nie brakuje zmian względem literackiego pierwowzoru, udaje się zachować ducha opowiadania. Niepotrzebnie postarzono Foltesta, również niepotrzebnie – na użytek widza nieobeznanego z oryginałem i żeby było bardziej schematycznie – kazano Ostritowi odprawiać dosłowne czarnomagiczne rytuały. Triss jest absolutnie beznadziejna, i nie chodzi mi tu bynajmniej o aspekt wizualny, tylko o to, że gra jak za karę, a między nią a wiedźminem nie ma śladu chemii. Świetna jest za to sekwencja łącząca walkę ze strzygą z przeistoczeniem Yen (poza tym wygrzebywaniem macicy, na litość, choć, z drugiej strony, ciężko by było pokazać na ekranie atrofię jajników wywołaną magią – mogli się skupić na samym garbie, a o utracie płodności przecież magik powiedział).

Dalej mamy epizod inspirowany w wątku wiedźmina kluczowym opowiadaniem Kwestia ceny. I tu zacznę od tego, co mi się nie podobało. A przede wszystkim nie podobała mi się Calanthe i to nie tylko w tym odcinku, ale w ogóle w wizji twórców serialu. Aktorka sama w sobie jest świetna, ale to, co jej dają do grania, rozjeżdża się z moją wizją tej postaci. Podbili jej sukowatość i niezależność, pozbawiając ją jednocześnie charyzmy i autorytetu. Poza tym zrobili z niej gatunkistkę, a przypomnę, w opowiadaniu Miecz przeznaczenia smarkata Ciri mówi Pani Brokilonu, że nie boi się driad, bo jej babka (Calanthe czyli) mówi, że powinno być więcej takich lasów jak Brokilon. Naprawdę nie byłoby wielkim problemem zachować trik z przestawieniem zegara i fałszywą północą na uczcie zaręczynowej Pavetty. Trik, który doskonale pokazywał, jak finezyjnie Calanthe potrafi realizować swoje cele. Zamiast tego Jeżowi zdzierają hełm na chama, a sekwencja z Pavettą latającą z ukochanym pod sufitem tak jawnie nawiązuje do Shreka, że aż się robi przykro. Poza tym jednak udaje się zachować najważniejszą zawartość opowiadania, więc w zasadzie drzeć szat nie ma o co. Może z wyjątkiem faktu, że te zdarzenia powinny być pokazane na początku wątku cintryjskiego. Wtedy miałby on coś na kształt rąk i nóg. Macie rację, jeśli sądzicie, że nie bez przyczyny konsekwentnie pomijam milczeniem perypetie księżniczki Cirilli.

Piąta odsłona to kluczowe dla relacji Geralta i Yen opowiadanie Ostatnie życzenie. Znów zabrakło dolarów na dżinna z prawdziwego zdarzenia, co w serialu fantasy musi budzić niejakie zdumienie. Ale niech tam. Poza tym jest nieźle, pomijając bezsens wiedźmina łowiącego geniusza jako antidotum na bezsenność. Nawet kuriozalna orgia w domu Beau Berranta nie jest w stanie przyćmić faktu, że między Cavillem i Chalotrą iskrzy, a ten pierwszy może wreszcie trochę pograć z bardziej wymagającym partnerem niż koń. Poza tym nie brakuje dosłownych cytatów z opowiadania, w tym jednego z moich ulubionych, o pieniądzu otwierającym wszelkie drzwi. Wcześniej o tym wprawdzie nie wspomniałam, ale na przestrzeni całego sezonu wyraźnie widać, że scenariusz pisał (bądź nadzorował jego powstawanie) ktoś autentycznie lubiący i znający opowiadania, bo co i raz można się natknąć na nawiązania do uroczych drobiazgów i dosłowne cytaty. To miłe.

Natomiast to, co zrobiono w szóstym odcinku z Granicą możliwości, już nie było zbyt miłe, mówiąc bardzo eufemistycznie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś podobnego, ale – nasz Borch był lepszy:) Mój Borch w każdym razie nie był starym dziadem i nie chodził w zbroi, która sama w sobie stanowiła spoiler. Nie potępiam w czambuł wszystkich wprowadzonych zmian, część z nich świetnie rozumiem i popieram, ale całkowite wycięcie z rozmów Borcha i Geralta wątków, nazwijmy to, ekologicznych, zabija sens całego opowiadania. Podobnie bezsensowne i niepotrzebne było zrobienie z Eycka idioty (zabicie Eycka to już w ogóle dziwactwo – kto to niby zrobił – Borch?). Brak sceny na moście to również brak ważnego przełomu w relacjach Geralta z Yen (Już nie wisimy. Przestało mi zależeć). Nie był to mocny moment serialu, zmarnowano mnóstwo potencjału.

Dwa ostatnie odcinki to próba wyjścia z pułapki, w którą scenarzyści sami się wpakowali, podejmując dwie decyzje: o trójdzielnej narracji oraz o postarzeniu Lwiątka z Cintry. O ile ta pierwsza decyzja daje się obronić, choć jej realizacja, zwłaszcza w wątku Lwiątka, pozostawia sporo do życzenia, to już druga pociąga za sobą daleko idące konsekwencje, z których części nie da się w żaden sposób zniwelować. Przede wszystkim chodzi o to, że w finale, gdy Geralt i Ciri spotykają się pod chatą Jurgi, wbrew tytułowi opowiadania Coś więcej, nie łączy ich nic więcej poza Prawem Niespodzianki. Gdy tymczasem siła rażenia tej sceny opierała się bynajmniej nie na fakcie, że Dziecko Niespodzianka spotyka swojego wiedźmina, którego zna tylko z imienia. Ciri, rezolutna smarkula z Cintry, już w wieku dziesięciu lat na tyle sprytna, by ukrywać swoją tożsamość przed białowłosym, który ocalił ją przed wijem w Brokilonie, była zarazem świadoma wagi przeznaczenia. Już wtedy chciała z nim odjechać. Ale wiedźmin, który przywiązał się do dziewczynki, opowiedział jej bajkę o lisie i kocie, walczył w jej obronie – odesłał ją do Cintry, bo nie wierzył w przeznaczenie. Tymczasem, gdy po latach ponownie powołał się na Prawo Niespodzianki, otrzymał tę samą zapłatę, co w Cintrze, ale wtedy już łączyło go z Cirillą coś więcej niż ślepe przeznaczenie. Co nam z tego pięknego, przewrotnego, wzruszającego wątku zostaje w serialu? Otóż nic. Wiedźmin i Ciri są sobie całkowicie obcy.

To jest nawet gorsze niż Yennefer wygrywająca jednoosobowo bitwę pod Sodden – co jest bardzo złe. Bo ona miała być zdolna, ale nie wszechmocna, a powstrzymanie Nilfgaardu pod Sodden było zbiorowym tryumfem zjednoczonych czarodziejów, który większość z nich przypłaciła życiem. Gorsze niż stary Cahir-fanatyk w randze generała (chętnie popatrzę, jak się z tego będą wygrzebywać). Gorsze niż Nilfgaardczycy jako motywowani religijnie najeźdźcy, uprawiający czarnomagiczne rytuały. Bardzo złe, mówiąc krótko, i ściągające ocenę całości mocno w dół.

Tyle ode mnie.

O dziwnym prezencie na trzydzieste urodziny wiedźmina Geralta (antologia Wiedźmin. Szpony i kły)

Mówili, że lepiej nie czytać antologii pokonkursowej, złożonej z jedenastu tekstów, które startowały (a cztery z nich zdobyły nawet nagrody) w konkursie na trzydziestą rocznicę publikacji opowiadania Wiedźmin na łamach miesięcznika Nowa Fantastyka. A tymi, co mówili, byli fani nad fanami białowłosego zabójcy potworów, wieloletni aktywni forumowicze Wieży Błaznów. Nie posłuchałam. Miałam w zeszłym tygodniu słabsze popołudnie, zachciało mi się poprawy nastroju i lotu na skrzydłach nostalgii. I na dzień dobry dostałam po oczach zwycięskim opowiadaniem, Kresem cudów Piotra Jedlińskiego. Nie owijając w bawełnę, powiem, że było to wyjątkowo bolesne doświadczenie. Grand Prix to temu utworowi by się należało, ale w kategorii „Wydaje mi się, że umiem pisać jak Andrzej Sapkowski, tylko że jednak nawet w przybliżeniu nie”. Zresztą, żadne słowa nie oddadzą tego, do jakiego stopnia autor starał się poza granicę swoich – skromnych – możliwości imitować styl twórcy wiedźmina. Szczęśliwie, tekst jest dostępny w całości i może przemówić sam za siebie. Werdykt konkursowego jury po lekturze całego zbioru jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, gdyż jest to jedno ze słabszych opowiadań w zestawie. I bardzo dobrze, bo gdyby reszta utworów prezentowała niższy poziom niż niemiłosiernie wymęczony Kres cudów, nie byłoby sensu marnować czasu na lekturę Szponów i kłów.

Wiem co nieco o wiedźmińskich fanfikach. Latami czytałam te publikowane na stronie Andrzej Sapkowski Zone. Stąd nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma przeszkód, by amatorski tekst fana był koncepcyjnie i warsztatowo bardzo dobry, a jednocześnie spełniał formalne wymogi opowiadania, to jest miał fabułę trzymającą się kupy i takąż strukturę narracyjną. Niestety, dalece nie o wszystkich tekstach z tego zbioru można to powiedzieć. W zasadzie według mnie tak postawione warunki spełniają cztery utwory znajdujące się w końcowej części antologii, z czego dwa napisali fachowcy, mający już na koncie publikacje książkowe. Tym większe brawa należą się amatorom, czyli Przemysławowi Gulowi za Lekcję samotności (która według mnie powinna wygrać te zawody, ale przynajmniej dostała wyróżnienie szefa działu prozy polskiej NF, Michała Cetnarowskiego) oraz Tomaszowi Zliczewskiemu za Nie będzie śladu. Obaj autorzy stworzyli ponadto historie autentycznie angażujące i oddające ducha prozy Andrzeja Sapkowskiego – gorzki cynizm i brak złudzeń co do prawdziwej natury ludzi, potworów i porządku tego świata. Co do utworów profesjonalistów, opowiadanie Andrzeja W. Sawickiego (który w konkursie startował incognito jako Dorota Chłosta) o dalszych losach elfki Toruviel z Doliny Kwiatów niestety mi się nie spodobało. Za gruba kreska, mocno groteskowi antagoniści i za dużo sentymentalizmu. Natomiast tekst tytułowy, czyli Szpony i kły Jacka Wróbla, jest naprawdę wart uwagi. Tak się powinno podejmować dialog z tekstem oryginalnym, czyli w tym przypadku z legendarnym opowiadaniem Wiedźmin, od którego wszystko się zaczęło. Autor przedstawia opisane tam wypadki z perspektywy strzygi, a raczej królewny Addy. Łatwo powiedzieć, trudniej ciekawie i przekonująco zrobić. Jackowi Wróblowi to się udało. Dał królewnie przekonujący głos i ciekawą historię nie-życia, na oryginalnym opowiadaniu opierając się tylko o tyle, o ile było to absolutnie konieczne.

A że jest to sztuka trudna, najlepiej świadczy tekst Barbary Szeląg Bez wzajemności. Odwrócony pod względem wymowy prequel Trochę poświęcenia, ze starszą siostrą Essi Daven w roli głównej i groteskowym Jaskrem na przystawkę, oraz Małą syrenką bez szczęśliwego Disnejowskiego zakończenia w tle. Drętwe stylistycznie, warsztat bardzo marny, może gdyby na tych dwóch niwach było lepiej, całość nie byłaby tak przeraźliwie sztuczna, a autorka miałaby jakiekolwiek szanse zrealizować swoje ambitne zamierzenie. Największą ciekawostką, czy raczej kuriozum, w tym kontekście jawi się fakt, że ten tekst również zdobył konkursowe wyróżnienie, przyznane przez Jerzego Rzymowskiego, redaktora naczelnego NF. Przecież samo zestawienie z genialnym Trochę poświęcenia boleśnie obnaża mizerię Bez wzajemności. Żeby pisać o uczuciach, trzeba najpierw umieć pisać, bo do tego niezbędna jest subtelność.

Z pozostałych utworów bardzo podobała mi się Skala powinności Katarzyny Gielicz – zaskoczyła mnie na plus po poprzedzającej ją mizerii, bo była ładnie i z wyczuciem napisana, ASowa w wymowie, o Coenie i jego towarzyszce poznanej na szlaku. Co z tego, że trochę zbyt rwana i stanowiąca raczej ciąg obrazków niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia? Co z tego, że miejscami zbyt sentymentalna, a u samych swych podstaw ma wątpliwe założenie, że wiedźmin zgarnąłby z traktu pierwszą lepszą dziewuchę i narażał ją przy robocie tylko po to, żeby mieć towarzystwo? Przekonująco oddana relacja między bohaterami jest siłą tego tekstu.

Coś dobrego mogłoby jeszcze wyjść z Ironii losu Sobiesława Kolanowskiego, bo pomysł jest ciekawy i ma potencjał – potwór daje wiedźminowi zlecenie na innego potwora. Ale warsztat woła o pomstę do nieba, tekst powinien zostać mocno skrócony, za dużo przerzucania się niby błyskotliwymi puentami, kawa zbyt dosłownie wyłożona na ławę. Niestety, redaktora antologia – podobnie jak Sezon burz – nie miała. I pozostawały w niej w rezultacie kwiatki w takim stylu: Szybka zarówno na łapach – dzięki lwiemu tułowiowi – jak i w przestworzach dzięki silnym, nietoperzym skrzydłom. Śmiertelnie niebezpieczna. Jad z jej podobnego do skorpionowego ogona zabijał w ciągu kilku sekund – o ile wcześniej bestia nie rozszarpała swych ofiar wyposażonymi ją przez Naturę solidnymi kłami czy pazurami. To opis mantikory.

Reszta tekstów jest milczeniem, choć chciałoby się rzucić kilka obelżywych słów o stanowiącej festiwal żenady Balladzie o Kwiatuszku  Michała Smyka (indywidualne wyróżnienie szefa działu zagranicznego NF, Marcina Zwierzchowskiego – bez komentarza). Ale leżącego kopać się nie godzi. Sami zdecydujcie, czy czytać.

Wiedźmin Geralt wiecznie żywy

Sezon burz, pierwszą od czternastu lat nową przygodę Białego Wilka, zamknęłam wczoraj. Było lepiej, niż się spodziewałam. Bądźmy szczerzy – Żmii skończyć nie zdołałam, więc nie spodziewałam się zbyt wiele. Ale wiedźmin to jednak wiedźmin, więc – by być precyzyjną – nie oczekiwałam wiele, jak na wiedźmina. Sagę, trzeba trafu, po raz pierwszy od ośmiu lat odświeżałam sobie w sierpniu. Opowiadania – w zeszłym roku. Mam więc dobry punkt wyjścia do porównań.
Sezon to tak naprawdę również kilka opowiadań, połączonych na słowo honoru dość pretekstowym – i takoż rozwiązanym – questem w sprawie kradzieży Geraltowych mieczy. Tekst startuje bardzo opornie, pierwszych kilka rozdziałów jest wręcz szokująco kiepskich, a dopiero w drugiej połowie utworu Sapkowski łapie tempo i wpada w rytm. Lekko zaszokowała mnie ilość żartów fizjologicznych – zaprawdę, powiada Dobra Księga (a jeśli nie powiada, to powinna): co za dużo, to niezdrowo, a pewnikiem nieśmiesznie. Wystarczyłaby historyjka o proroku Lebiodzie, będąca, skądinąd, elementem zdecydowanie najbardziej udanego z powieściowych wątków, tego o aguarze.
Styl snucia opowieści jest zdecydowanie gorszy (widać to choćby w sztucznym i nienaturalnym na ogół sposobie wysławiania się Jaskra), a tekst językowo mniej dopracowany niż we wcześniejszych utworach z tego uniwersum. Przydałaby mu się rzetelna redakcja, której chyba nie przechodził w ogóle, bo jedynym redaktorem, jakiego można w wydawnictwie znaleźć, jest redaktor naczelny (superNOWEJ) Mirosław Kowalski. Korektora takoż ze świecą szukać. A powtórzenia (przy czym nie mam w tym miejscu na myśli tych użytych jako zabiegów stylistycznych) są liczne i rażące. Podobnie jak rozwlekłe wyliczenia, które wyglądają na intencjonalne wydłużanie tekstu. Przecinki czasem są, gdzie trzeba, a kiedy indziej chyba na urlopie w nadmorskim Kerack, gdzie rozgrywa się znacząca część akcji. Piszę o tym, bo jedną z najważniejszych wartości prozy Sapkowskiego – oprócz cynicznego humoru i błyskotliwych one-linerów – jest dla mnie język i styl.
Sporymi fragmentami jest jak dawnej. Nie brak też tzw. "perełek". Do swoich ulubionych zaliczam:
Źle ci to idzie, Tzara. Nie umiesz. Żeby kogoś dobrze znieważyć, nie wystarczy przemożne pragnienie, entuzjazm ani zapał. Konieczny jest warsztat.
Tytuł najciekawszej nowej postaci przypada zaś bezapelacyjnie krasnoludowi Addario Bachowi. Krasnoludy to coś, co Sapkowskiemu zawsze wychodzi.
Ale właśnie w tym sęk – fragmentami jest tak, jak dawniej było zawsze. Choć Geralt to Geralt i w zasadzie pozostaje sobą, a Sapkowski to Sapkowski, Sezon burz stanowi zdecydowanie najsłabszą odsłonę uniwersum wiedźmińskiego. Rzecz, wcześniej znakomita, po restarcie jest najwyżej dobra (obiektywnie powinnam napisać: nieco ponadprzeciętna, bo wewnętrznie powieść jest naprawdę bardzo nierówna, ale sentyment robi swoje). To oczywiście niemało, a bonus w postaci epilogu i licznych pomniejszych nawiązań przysporzył mi radości, którą zapewne podzielą inni fanatyczni fani cyklu. Zdecydowanie nie żałuję sięgnięcia po Sezon burz, ale nie przewiduję szybkiej powtórki. A Sagę i opowiadania, w ciągu pierwszych dwóch lat po odkryciu, czytałam pięciokrotnie. Co, jak sądzę, stanowi najwymowniejsze porównanie nowego ze starym.

Powtórek czar

Zakończyłam wczoraj pierwszy od dawna powtórkowy maraton Sagi o wiedźminie. Pięć tomów w 12 dni to takie przeciętne, niespieszne tempo, ale oczy już nie te, co w 2001, przyszło zrezygnować z całonocnych orgii czytelniczych. Poza tym przy pierwszym kontakcie z cyklem nic by mnie nie oderwało od lektury. A gdy już się wszystko wie, można sobie pozwolić na delektowanie się. Pewne odczucia jednak pozostają niezmienne. Literacko najlepszym tomem jest Wieża Jaskółki. Otwierającą cykl Krew elfów oceniam niewiele niżej. Ale ciągle największy sentyment mam do Chrztu ognia. Za Regisa, Zoltana Chivaya – niepoprawnego altruistę, Feldmarszałka Dudę, Bitwę o Most i przecudnie ironiczny predykat Geralta. No i za tytułowe ordalium, oczywista. Ech, chyba za jakiś czas muszę sobie zorganizować powtórkę cyklu Dumasa o muszkieterach, a później Trylogii. Wiedziałam, że zaczynanie powrotów jest niebezpiecznym pomysłem:)
Między czwartym a piątym tomem Sagi wpadła mi kolejna powtórka, tym razem w ramach obowiązków recenzenckich. Polska wersja trzeciego tomu Pierwszego Prawa Joego Abercrombiego, czyli Ostateczny argument królów. Jako że 1,5 roku temu czytałam oryginał, miałam szczery zamiar jedynie pobieżnie odświeżyć sobie główne wątki na poziomie szczegółów. Powieść jest jednak tak dobra, a w dodatku tak świetnie została przełożona przez jednego z moich ulubionych tłumaczy – Wojciecha Szypułę – że nie oparłam się pokusie zapoznania się z całością. Pochłonięcie ponad ośmiuset stron zajęło mi trzy dni, co też o czymś świadczy:)
Teraz przede mną kolejne obowiązki – tym razem Fahrenheitowe:
– obsypana nagrodami powieść Jo Walton Wśród obcych
oraz Piękny kraj Alana Averilla.
Obie powieści wyda 29 sierpnia Akurat. W międzyczasie chciałabym dokończyć Ameksykę, bo szczęśliwie ochłodzenie trwa już kilka dni.
A wy co sądzicie o powtórkach? Wiem z doświadczenia, że podział wśród czytelników w tej kwestii jest dość ostry (na fanów i antyfanów czytania danego tytułu więcej niż raz). Do czego najczęściej wracacie?

Upał prawie jak w Ameksyce

Wobec czego tymczasem przerwałam lekturę Ameksyki. Wojny wzdłuż granicy Eda Vulliamy’ego (swoją drogą, znakomita, choć wstrząsająca lektura – zbliżam się do połowy). Takie pozycje wymagają zaangażowania wyższych funkcji intelektualnych, poza tym obraz wojny narkotykowej nie wpływa zbyt dodatnio na psychikę, łagodnie rzecz ujmując.
Uznałam, że to dobra pora na sprawienie sobie z dawna od

Normal
0
21

kładanej przyjemności, i powróciłam do Krwi elfów niejakiego Sapkowskiego. Po raz pierwszy od ośmiu lat. Przy okazji przekopałam forumowe archiwa i stwierdziłam, że w ciągu pierwszych dwóch lat od odkrycia cyklu (zima 2001 – zima 2003) przeczytałam go aż pięć razy. Nie ma to jak zimowanie z wiedźminami w Kaer Morhen, gdy za oknem klimaty saharyjskie.
Jeśli zagląda tu ktoś, kto jeszcze nie miał okazji zetknąć się z postacią wiedźmina Geralta, serdecznie zachęcam takie osoby do nadrobienia tej zaległości. Najlepiej zacząć od któregoś zbioru opowiadań. Od przyniesionego przez brata z biblioteki Miecza przeznaczenia (który chronologicznie poprzedza Ostatnie życzenie i jeśli ktoś jest zwolennikiem czytania po kolei, powinien od niego zacząć) rozpoczęła się nie tylko moja przygoda z Geraltem, ale i trwająca nieprzerwanie od niemal 12 lat przygoda z szeroko pojętą fantastyką. Wiele wspaniałych lektur, inspirujących dyskusji i wartościowych znajomości, a także jedną pracę zawdzięczam siwowłosemu zabójcy potworów z Rivii. Ale wszystko przebija niezwykła przyjemność ze śledzenia jego przygód, za siódmym razem tak samo wielka, jak za pierwszym. Ktoś chce spróbować?
Tutaj można przeczytać opowiadanie Granica możliwości, otwierające zbiór Miecz przeznaczenia, od którego rozpoczęłam znajomość z Geraltem.
Z kolei w tym miejscu dostępne jest opowiadanie Wiedźmin, nagrodzone w konkursie Nowej Fantastyki, od którego rozpoczął się bujny żywot Geralta i kariera literacka Andrzeja Sapkowskiego. Na tej stronie dostępne są także inne opowiadania wiedźmińskie: Wieczny ogień, Okruch lodu, Miecz przeznaczenia i Mniejsze zło. Jeśli ktoś spróbuje, będę zobowiązana za podzielenie się wrażeniami.
P.S. Jeśli widzieliście film lub serial, postarajcie się o tym zapomnieć:> Poza imionami postaci niewiele mają wspólnego z literackim pierwowzorem.

Podziękowania dla Św. Mikołaja

Za to, że praktycznie wyczyścił moją przechowalnię w Merlinie:)

Chuck Palahniuk Potępieni
Paolo Bacigalupi Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć
Terry Pratchett Nacja
Dan Simmons Wydrążony człowiek. Muza ognia
Roger Żelazny Kroniki Amberu tom 2
Jim Butcher Front burzowy (nowy, lepszy, dużo lepszy przekład Piotra W. Cholewy – jak na razie tylko ten tytuł przeczytalam, bo i czekałam na niego już ładne parę lat, a do recenzji dostać się nie udało:/, więc tym większe dzięki dla Mikołaja:])

4 płyty z audiobookami Ostatnie życzenie i Miecz przeznaczenia: które są pierwszymi audiobookami, na jakie – z oczywistych powodów – miałam ochotę. I, co chyba nie jest w przypadku audiobooków standardem, są właściwie bardziej inscenizacją niż książką czytaną. Jak na razie dosłuchałam niemal do końca Kwestii ceny, a więc prawie cztery opowiadania zaliczone. Muszę powiedzieć, że plusy przeważają nad minusami. Narrator co prawda czasami w afektowany i nieuzasadniony sposób przeciąga zdania, ale ogólnie spisuje się więcej niż nieźle. Podoba mi się też w zdecydowanej większości przypadków dobór głosów: Krzysztof Banaszyk pasuje na Geralta (czy on go nie dubbingował w grze? Jednak nie, to był Jacek Rozenek, pasował jeszcze lepiej), świetnie wypada Maria Pakulnis jako Calanthe i Marian Opania jako Velerad.
Vanin kiedyś pisał o tym (przy wersji RMF), że dialogi w wersji audio się nie bronią, na razie zauważyłam może ze dwa takie momenty, oba w opowiadaniu Mniejsze zło (dialogi ze Stregoborem i Renfri). Poza tym jednak nie mam takiego wrażenia. Jak dotąd chyba najlepiej wypadł Wiedźmin, bo tam jest ładny balans pomiędzy narracją i dialogami, którego w mniejszym lub większym stopniu brak pozostałym trzem wysłuchanym do tej pory tekstom. Choć imitacje odgłosów zwierząt w wykonaniu barona z Tigg na cintryjskiej uczcie też robią wrażenie:)

Dostałam też od coś od Pere Noel, czyli Mikołaja francuskojęzycznego, za co również jestem bardzo wdzięczna, bo będzie okazja do odkurzenia języka:L’empire des loups (Imperium wilków) oraz Pars vite et reviens tard (nawet zekranizowana!).

A w ogóle to jesteście niedobrzy, bo nie chcecie polecać żadnych książek ani filmów, o.