Jeden Rhyme na trzy lata to optimum (Jeffery Deaver, Pocałunek stali)

Tak, znowu to zrobiłam. I nie mam poczucia straconego czasu. Nie jestem też nawet specjalnie zirytowana, bo już dobrych klika lat temu pogodziłam się z tym, że Deaver przestał być ambitnym pisarzem kryminałów, a stał się sprawnym rzemieślnikiem, regularnie dostarczającym sporemu gronu odbiorców towar o oczekiwanych przez nich parametrach. Powiem więcej – trzy lata, które minęły od polskiego wydania poprzedniego (jedenastego) odcinka przygód byłej modelki Amelii Sachs i sparaliżowanego kryminalistyka – okazały się interwałem idealnym. Nie pamiętałam już niedostatków tomu poprzedniego, a nawet krótki program obowiązkowy (pozorne bądź rzeczywiste zagrożenie życia głównych bohaterów, choć z góry wiadomo, że nie może im się stać nic poważnego), grany po takiej przerwie, aż tak nie raził.
Przy czym muszę oddać autorowi, że stałe fragmenty gry w Pocałunku stali ograniczył do naprawdę niezbędnego minimum. Dążył za to w zamian – a przynajmniej przez niemal połowę powieści udało mu się sprawiać takie wrażenie tak udatnie, że nawet ja uwierzyłam – do czegoś w rodzaju nowego otwarcia. Chyba sam już zaczął się troszkę dusić w stworzonej przez siebie klatce dowodów fizycznych, białych tablic, chodzenia po siatce i szumu spektrometru z chromatografem. W rezultacie punkt wyjścia mamy taki, że Lincoln Rhyme już nie pracuje dla policji. Dlaczego odszedł z funkcji konsultanta, tego się zbyt szybko nie dowiemy. W każdym razie – na prośbę swojej narzeczonej – nasz bohater zgadza się pomóc przy formułowaniu roszczeń w sprawie cywilnej, w której powódką ma być wdowa po mężczyźnie zabitym w wyniku awarii ruchomych schodów w centrum handlowym. Po latach śledztw kryminalnych kulisy odpowiedzialności cywilnej za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny mają w sobie niewątpliwie coś świeżego, zwłaszcza dla czytelników niebędących prawnikami.
Do tego dochodzą prywatne sprawy Sachs – choroba matki oraz niespodziewane przedterminowe zwolnienie jej byłego partnera, Nicka Carelliego. Były policjant, po wyroku za korupcję i napaść z bronią w ręku, przekonuje Amelię, że był niewinny, a przyznał się tylko po to, by ratować życie brata, który nie przetrwałby w więzieniu. Kobieta zaczyna wspominać ich związek, nie odmawia Nickowi pomocy w oczyszczeniu dobrego imienia. Jednocześnie zataja sprawę przed Lincolnem.
Młody Pulaski realizuje jakąś zagadkową operację pod przykryciem na własną rękę. Rhyme ma nową asystentkę, swoją studentkę, podobnie jak on niepełnosprawną, choć dopiero uczącą się życia tetraplegika. Słowem, jest ciekawie, a przecież jeszcze nawet nie wspomniałam o mordercy! Który oczywiście być musi, a dodatkowo musi posługiwać się bronią niebanalną i na czasie. Tym razem będą to inteligentne sprzęty, czyli tak zwany "Internet rzeczy".
I choć około połowy powieść wraca w znane z reszty cyklu utarte koleiny, muszę przyznać, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie, błyskawicznie i z autentycznym zainteresowaniem. Dopiero pod koniec parę drobiazgów zazgrzytało, a raz autor posłużył się naprawdę nieuczciwą wobec czytelnika zagrywką. Natomiast jeden ważny twist miał w sobie sporo elegancji i klasy jego pierwszych, najlepszych powieści. Generalnie – stany średnie Deavera, z maleńkim plusem za próby regeneracji schematu.
Reklamy

Rhyme i Sachs po raz 11

Korzystając ze zwolnienia chorobowego, postaram się ponadrabiać w tym tygodniu zaległości rozmaitego autoramentu, w tym także blogowe, bo zdaję sobie sprawę, że trochę tu ostatnimi czasy pustawo. No, nie rozdwoję się, nie dam rady czytać dwóch książek jednocześnie. Już nie:( W każdym razie do recenzji miałam niedawno Kolekcjonera skór Deavera. Jest to powieść, co do której po lekturze mam mieszane uczucia. Szczegółowo dałam im wyraz tutaj. A wy czytacie jeszcze ten cykl? Czytacie powieści Deavera o Kathryn Dance? Co sądzicie o jego twórczości z ostatnich lat?

Deaver i ja

Historia naszej relacji przypomina nieco tandetną powieść obyczajową, tylko bez obowiązkowego szczęśliwego zakończenia. Bo zakończenia jeszcze nie ma, właściwie – o dziwo. Najpierw była wielka, eksplodująca niczym supernova miłość. Bo kiedyś Deaver pisał świetne powieści. Postać Lincolna Rhyme’a, sparaliżowanego kryminalistyka, miała w sobie niezwykły potencjał. Bardziej już nie dało się postawić ludzkiego umysłu, uwięzionego w klatce bezwładnego ciała, w centrum i wynieść jego mocy na wyższy piedestał. A autorowi chciało się dopracowywać fabuły. Mag, Tańczący trumniarz czy Kamienna małpa to do dzisiaj mój prywatny kryminalny top. Również teksty spoza cyklu o Lincolnie i Amelii, takie jak Panieński grób czy Modlitwa o sen, gwarantowały znakomitą, wciągająca, trzymającą w napięciu lekturę. W okolicach Zegarmistrza coś się zaczęło psuć. Gdy Deaver zaczął pisać "na dwa fronty" tj. w jednym roku publikując powieść z Dance, w kolejnym z Rhymem, jeszcze nie chciałam przyjąć do wiadomości, że to produkcja taśmowa. Jak z Woodym Allenem, łudziłam się i dawałam szanse przez parę lat. Aż przyszedł Hak, który był tak nudny, że sygnowanie go nazwiskiem Deavera wydawało mi się kolosalnym nieporozumieniem. Z Dance dałam sobie spokój po wyjątkowo nędznych Przydrożnych krzyżach, do tej pory nie tknęłam Twojego cienia (swoją drogą, interesujące tłumaczenie XO:).
Ale nie umiałam porzucić Lincolna Rhyme’a, nawet słabsze powieści z jego udziałem ciągle coś w sobie miały (mimo irytującej powtarzalności schematów), a Rozbite okno było wręcz bardzo dobre. Nie tak dawno sięgnęłam po nowelkę A textbook case i… umęczyłam się z nią okrutnie. Takiego  króciaka pozostawiłam w jednej trzeciej na jakiś tydzień, cały koncept, już po doczytaniu, wydał mi się naciągany, efekciarski i sztuczny.
Mimo wszystko wciąż nie umiem zrezygnować z lektury najnowszej Rhyme’owej powieści, czyli Kill roomu. Ale chyba po raz kolejny ja, która Rhyme’a czytałam w oryginale na długo przed polską premierą (jedyny autor – obok Pratchetta – którego wyróżniałam w ten sposób w erze przedKindle’owej), nie żałując niewielkich zasobów finansowych na hardcovery, nie zapoznam się z najnowszym tekstem przed polską premierą, zapowiedzianą na wrzesień. I wcale mnie to nie martwi. A perspektywa lektury nieco mnie przeraża, bo co będzie, jeśli dłużej nie zdołam podtrzymywać złudzeń?:)
Na szczęście miejsce Deavera w moim sercu zajął tymczasem Jo Nesbo, oby sukcesy zbyt szybko nie uderzyły mu do głowy.

Nastia, Nesbo, Montalbano – groch z kapustą

Napisałabym wam o serialach, ale chcę jeszcze skończyć Syndicate. Tymczasem więc kilka luźnych refleksji lekturowych i około.

Po pierwsze, nie oparłam się (a i nie starałam się specjalnie) i kupiłam Złowrogą pętlę Marininy, pierwszy tom tegorocznej serii Polityki i W.A.B.u Lato z kryminałem. Na swoją obronę mam fakt, iż jest to tom, którego nie ma w legnickich bibliotekach. Trochę się martwię, że, po świetnym Za wszystko trzeba płacić , będzie to rozczarowanie, bo to dużo wcześniejsza część cyklu. Ale za 15 PLN to, przy obecnych cenach (wspomniane ZWTP – 40 PLN) – jak za darmo. Może nie będzie metamorfoz Nastii (w końcu ile jest tych i? jedno czy dwa?).

Po drugie, całkiem niepostrzeżenie dla mnie, czas zleciał i premiera Upiorów Jo Nesbo, czyli kolejnych przygód Harry’ego H., już za trzy dni. Hurra! Będzie to chyba ostatni czysto wakacyjny akcent tegoroczny dla mnie, bo od 1 lipca lecę z koksem (nie na siłowni, ale i tak będzie ciężko, wiecie, szare komórki obumierają lawinowo i te sprawy).


Po trzecie, co również uszło mojej uwagi, a okazało się dzisiaj, przy przeglądaniu listy bestsellerów Merlina (i do tego ogranicza się od paru już ładnych lat mój kontakt z Merlinem, bo przez zmianę zasad pakowania zamówień już całkowitą niemożliwością stało się uzyskanie darmowej wysyłki….), w tak zwanem międzyczasie ukazały się trzy kolejne tomy przygód Salva Montalbano: Cierpliwość pająka, Papierowy księżyc i Sierpniowy żar. Czy ktoś to czytał i umie mi powiedzieć, czy poziom się utrzymuje? Tak, Oh-reen, to ja więżę Twoje Pomarańczki. Jest to straszne zachowanie z mojej strony, skandaliczne wręcz, dlatego – jeśli jeszcze czasem tu zaglądasz – w ramach zrekompensowania strat moralnych dorzucę Ci Głos skrzypiec, o ile jeszcze nie masz własnego. W sprawie uwolnienia zakładnika proszę o kontakt:)

Po czwarte, całkiem niedawno odkryłam również, że niejaki Jeffery Deaver opublikował był nową powieść z cyklu z Kathryn Dance, pod tytułem XO (czyli pewnie kółko i krzyżyk). Stwierdziłam przy tym, że moje gorące uwielbienie dlań wygasło chyba bezpowrotnie po totalnej literackiej klęsce, jaką okazał się Hak. Jeszcze nie tak dawno o planowanej premierze wiedziałabym z rocznym wyprzedzeniem! Nic nie trwa wiecznie (poza moją miłością do Henryka H:).

Po piąte, też niedawno i równie przypadkowo, uświadomiłam sobie, iż w języku rosyjskim są już trzy nowe powieści Akunina, w tym dwa kolejne tomy cyklu o Fandorinie i jeden o Fandorinowym wnuku. Gdyby przypadkiem zabłąkał się tu ktoś z wydawnictwa Świat Książki, to chciałabym oznajmić, iż uważam to za skandal i mam nadzieję, że brak polskiego przekładu powyższych jest jeno chwilowym niedopatrzeniem, a nie stanem zamierzonym. No bo przecież nie zacznę się specjalnie rosyjskiego uczyć. Za stara już na to jestem.

Są to być może refleksje nieco chaotyczne i mało interesujące dla kogokolwiek poza mną, ale w końcu jestem u siebie:>

Pozaczynane

Mam dwie pozycje. Jedną właściwie bardziej już "prawie ukończoną". Jest nią Hak Deavera. Co symptomatyczne, do końca zostało mi 80 stron i w ogóle mnie do nich nie ciągnie. Potwierdza to tezę o postępującym upadku, czy może raczej schematyzacji jego książek.
Rany, gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że zgaszę lampkę i pójdę spać w połowie opisywanej przez DEAVERA strzelaniny, pękłabym ze śmiechu. Tym razem był to fakt.

Zatem na podróż do Warszawy i z powrotem zabrałam, polecanego zgodnie przez moich rodziców, Człowieka bez psa Nessera (jedną z trzech pozycji wygranych przeze mnie w konkursie Matrasa "Wakacje z morderstwem…literackim").

Powieść jest na tyle nietypowo skonstruowana, że właściwie, zanim pojawił się policjant, zdążyłam zapomnieć, że czytam kryminał, a nie obyczajówkę o relacjach rodzinnych. Nie jest to jednak wada, w żadnym razie. Napisano ją bowiem ciekawym,  wciągającym stylem (nawet mimo irytującej maniery wtrącania anglosaskich zwrotów, wspólnej chyba wszystkim Szwedom), a opisane problemy są różnorodne i ciekawe.

Śledztwo startuje dopiero po 160 stronach, jestem obecnie mniej więcej w połowie (220), ale wciąż bardzo mi się podoba i nie mam ochoty porzucać jej dla Deavera, co też o czymś świadczy.
I nie jest to nic pochlebnego dla Deavera, niestety.

Jutro nowy Rhyme PL

Szybciutko, w UK wyszedł w lipcu, co daje "naszym" rekordowy AFAIK wynik 4 miesięcy na wydanie. Trochę mnie zdziwiło tłumaczenie tytułu The burning wire jako Pod napięciem (za bardzo mi się kojarzy z okropnym programem Marcina Wrony sprzed lat), ale, po zastanowieniu, doszłam do wniosku, że nie umiem zaproponować nic lepszego:) W związku z czym się nie czepiam. Zresztą polski tłumacz Deavera, Łukasz Praski, od wielu lat robi bardzo solidne przekłady.

Sprawdziłam, że poza relacją "na żywo" z gorączkowej wrześniowej lektury angielskiej wersji, nie napisałam tu nic więcej, zatem – przedpremierowo – kilka zdań o najnowszej odsłonie przygód Rhyme’a i Sachs.

W Pod napięciem intrygujący jest przede wszystkim pomysł na zabójcze narzędzie – wszechobecne i w nieuprawniony sposób powszechnie lekceważone – czyli właśnie sieć elektryczną. Stąd same przestępstwa są ciekawie zaaranżowane, a ofiary właściwie same sobie robią krzywdę, nieświadomie zamykając obwody ustawione przez sprawcę. Czarny charakter dysponuje imponujacą wiedzą o elektryczności, która pozwala mu osiągać piorunujące efekty.

Drugim ciekawym aspektem najnowszej powieści o sparaliżowanym kryminalistyku jest powrót do problematyki fizyczności bohatera, właściwie niezbyt często poruszanej. Po Kolekcjonerze kości i Pustym krześle (kiedy Rhyme rozważał inwazyjny i wiążący się ze sporym ryzykiem zabieg kręgosłupa) kalectwo Rhyme’a przesunęło się na dalszy plan. Owszem, ma ograniczenia, ale żyje w luksusowych warunkach, posiada wszystkie najnowsze udogodnienia, ma pielęgniarza na każde skinienie. Tym razem znów obserwujemy, że jego stan może mieć decydujący (negatywny) wpływ na prowadzone śledztwo.

W tle, jako wątek równoległy, powraca pościg za Zegarmistrzem – jedynym jak dotąd przestępcą, który zdołał wymknąć się duetowi.

Nie da się jednak ukryć, że z powieści po raz kolejny przebija Deaverowy schemat prowadzenia fabuły, od kilku odsłon (ostatnią wolną od tej wady był Zegarmistrz) obniżający jakość lektury. Nastawienie twistowe jest zbyt ostentacyjne, chwyty narracyjne stały czytelnik zna na pamięć. Deaver się nie stara. I nawet z ciekawego pomysłu nie wyciska tyle, ile dawniej by mógł.

Pod napięciem jest interesujące, czyta się dużo lepiej niż Przydrożne krzyże, ale moim zdaniem ustępuje zarówno fabularnie, jak i koncepcyjnie Rozbitemu oknu, czyli poprzednim przygodom Linca i Amy. Twist, jak na ostatnie dokonania Deavera na tym polu, można zaklasyfikować jako w miarę subtelny.

Zatem ogólnie nieźle, jak na Deavera jednak 4-

Tutaj okładka.

Przerwa z powodu plonącego kabla

Dorwałam nowego Rhyme’a w oryginale, niestety mam go tylko do wtorku wieczorem, jestem dopiero w połowie, bo po angielsku, mimo większej czcionki, interlinii etc. i tak wychodzi mi wolniej niż w wygodnym języku rodzimym. Fajny, juz się wkręciłam. Jednak co Lincoln i Amy, to Lincoln i Amy. Te książki Deaverowi wychodzą całkiem po prostu najlepiej. No i powrót Zegarmistrza w tle! (niezorientowanych w Deaverkach przepraszam za maniackie bełkotanie szyfrem:)
Przerwałam nawet Pentagram Nesbo w bardzo pasjonującym miejscu. Siła wyższa.
Stąd brak postów.
P.S. Post niniejszy nazwać można epokowym – pierwszy napisany na nowym komputerze:)