Sierpień z kryminałem: Brudny szmal i Niemowa

Upały trwają (jak długo jeszcze?), a ja nie porzucam kryminalnej niszy. Aby do urlopu, który już wyłania się zza horyzontu. W każdym razie w minionym tygodniu przeczytałam, w ramach ratowania podupadającego nastroju, zachomikowanego na taką okoliczność Lehane’a. Który, oczywista, jest dobry. Na wszystko. W Brudnym szmalu wracamy do bostońskiego Flats i pojawia się nawet w pewnym momencie wzmianka o morderstwie sprzed lat, które było tematem Rzeki tajemnic. Tym razem jednak mamy zupełnie inny zestaw bohaterów, inny klimat, a centrum wydarzeń jest niegdysiejszy bar jednego z najważniejszych bohaterów – kuzyna Marva. Który to przybytek, mimo wciąż obowiązującej nazwy, nie jest już barem kuzyna Marva, bo został przejęty przez mafię. Tytuł i teoretycznie centralny wątek fabularny zdają się sugerować, że w tej historii chodzi głównie o nielegalnie pozyskane pieniądze. Dla mnie jednak ta kameralna, nastrojowa opowieść miała przede wszystkim obyczajowy charakter, i to już od pierwszej sceny, w której grupka przyjaciół opija pamięć zaginionego przed laty w niewyjaśnionych okolicznościach kompana. To historia o dojmującej samotności barmana Boba, którą ten usiłuje po raz kolejny desperacko wypełnić, przygarniając znalezionego na śmietniku skatowanego szczeniaka. O wciąż niespełnionych marzeniach i aspiracjach Marva, który dla kolejnej szansy ich realizacji gotowy jest zaryzykować wszystko. O ambicji zdegradowanego gliniarza Torresa, który dałby wszystko, żeby wrócić z zasłużonej zawodowej banicji do prawdziwej gry. No i, oczywiście, o zasadach, za których naruszenie trzeba słono płacić. Krótko, ale intensywnie. Polecam.

Niemowa wobec cliffhangera w końcówce poprzedniego tomu była dość oczywistym wyborem, z którego  zresztą jestem całkiem zadowolona. Co prawda ewolucja Sebastiana Bergmana jest co najmniej niepokojąca i zamiast deklarowanego cynicznego skurwysyna dostaniemy za momencik ciepłe kluchy na rzadko, ale bądźmy szczerzy – nie o psychologa tu chodzi. Jak długo Hjorth i Rosenfeldt są w stanie zbudować i sprawnie zaserwować zajmującą intrygę, dla mnie jest dobrze. A tym razem ponownie im się to udaje. Zaczynają z wysokiego C: rodzina z dwójką małych dzieci zostaje z zimną krwią zastrzelona przez nieznanego sprawcę. Sprawca jednak nie miał wszystkich informacji – nie wiedział, że w domu był ktoś jeszcze. Ktoś, kto zdołał się ukryć, wyczekać, a następnie uciec. Teraz wszystko zależy od tego, kto pierwszy odnajdzie świadka – policja czy zabójca. Ciekawy pomysł z intrygującym wątkiem społeczno-gospodarczym, żadnych dziur logicznych, może tylko końcowy twist niepotrzebnie efekciarski (i jeszcze ta paralela z wcześniejszą biografią Bergamana – zgroza, szkliwo me było poważnie zagrożone). Ale czytałam z zainteresowaniem, warto.
A teraz robię sobie odpoczynek od kryminałów i przerwę na fantastykę, a konkretnie Pół świata Abercrombiego. Lektura idealna na długi weekend.

Reklamy