Poprzeprowadzkowe porządki – marzec 2019

smierciBlox wczoraj zakończył żywot. Ustawiłam przekierowanie tutaj, może jeszcze ktoś trafi. Całość poprzedniego bloga mam w statycznej kopii, wykonanej przy pomocy A1 Website Download i zmagazynowanej dla bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, więc w jakimś wąskim sensie komentarze również przetrwały.

Wracając do naszych baranów, czyli nieopisanych lektur z marca (i jednej spadkowiczki z  lutego), będzie to dość eklektyczne gatunkowo zestawienie, bo: kryminał, powieść SF, kryminał z wątkiem SF oraz szeroko zachwalana powieść obyczajowa byłego fantasty.

Czerwień kości Ann Cleeves, czyli trzeci tom cyklu szetlandzkiego, podobała mi się chyba najmniej z dotychczasowych odsłon, choć bez wyraźnie sprecyzowanego powodu. Teoretycznie jest tu bowiem wszystko, za co polubiłam poprzednie tomy. Kolejna wyspiarska zamknięta społeczność, dobrze skomponowana intryga z istotnym wątkiem rodzinnym znanego nam już i nieco powolnego funkcjonariusza Sonny’ego, wykopaliska archeologiczne oraz ciekawe nawiązanie do roli wyspiarzy w II WŚ. Rozwiązanie zagadki jest zarazem oczywiste i zaskakujące, czyli dokładnie takie, jakie powinno być w porządnym kryminale. Ale czasem po prostu coś nie zagra na linii książka – czytelnik, i to był dokładnie taki przypadek. Całość chyba tłumaczono w pośpiechu i nie najlepiej zredagowano/poddano niezbyt starannej korekcie, bo choć czytało się płynnie, przyjemność zaburzały literówki, językowe niezręczności i stylistyczne zgrzyty. Jimmy Perez tym razem odstępuje koledze z jednostki pierwsze skrzypce i tak się tylko snuje w tle, choć ostatecznie to on znajduje rozwiązanie. Po przemyśleniu – mimo spójności intrygi jest w niej tym razem wyczuwalna teatralność, element sztuczności. I chyba to mi najbardziej zawadzało. Choć oczywiście sięgnę po następną część.

Przebudzenie Lewiatana Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywa się pisarski tandem – Daniel Abraham oraz Ty Franck) to początek długo odkładanej przygody z cyklem SF Ekspansja. I kolejny, niestety, przypadek, w którym fatalna jakość niepoprawionego rzetelnie przez korektę i redakcję tłumaczenia skutecznie zatruła mi radość czytania. Pomna krążących w sieci przestróg (oraz z obawy, że kosmiczna terminologia w oryginale mnie przerośnie), wzięłam się za edycję Wydawnictwa MAG, w tłumaczeniu Marka Pawelca. Śmiechom i żartom nie było końca. Zaczęłam nawet cykl na Instagramie #polskizTheExpanse, ale cierpliwości starczyło mi na 2 posty, bo musiałabym pół książki zamieścić. Niemniej, oto uwiecznione przykłady: 1.Będąc częściowo ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej. 2. – My… – zaczął Lopez, gdy urwał mu klakson oznajmiający alarm. A co do samej powieści, o ile fabuła jest naprawdę interesująca (w miarę bez spoilerów, przesyłka od obcej cywilizacji, która ma zostać wykorzystana w galaktycznej rozgrywce politycznej, dość spektakularnie wyrywa się spod kontroli), to postaci i język jej nie pomagają I to jest gigantyczny eufemizm. Co do języka, częściowo może to być po prostu kwestia tłumaczenia, choć podejrzewam, ze w oryginale też jest nieskomplikowany i niezróżnicowany stylistycznie. Co do fabuły, rozwija się bardzo wolno i chyba nie każdy będzie na tyle zaintrygowany zagadkami, by przetrwać ten rozbudowany, niemrawy początek. Gdyż bohaterowie są, niestety, z drewna. Jakby żywcem wzięci z jakiegoś podręcznika podstaw pisania, rozdział: Życie w kosmosie przyszłości. Szkicowani grubą kreską, z życiem wewnętrznym ameb i takimiż przemyśleniami (no, może Miller ma jakiś potencjał, choć jest męczący z tym swoim zakochaniem w dziewczynie, której nawet na oczy nie widział). Natomiast Holden to taki Pinokio (męski odpowiednik Mary Sue, chodzący idealistyczny idiota), że z trudem go znosiłam. I teraz nie do końca wiem, co robić. Jestem ciekawa, jak się to wszystko dalej potoczy. Nudnego wprowadzenia już nie będzie, ale bohaterowie raczej nie przejdą jakichś radykalnych metamorfoz, o stylu nie wspominając. Czy kolejne tomy są lepsze? Będę zobowiązana za podpowiedź.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuarta Turtona to powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem rekomendacji Marcina Zwierzchowskiego. Intrygujący był już sam blurb, obiecujący  obcowanie ze spłodzonym na pokwasowym tripie dzieckiem Christie i Pratchetta. Początek powieści, pełen niewiadomych, z gęstą atmosferą zagrożenia, w której czytelnik błądzi po omacku wraz z doktorem Sebastianem Bellem, zdaje się spełniać te obietnice. Im jednak dalej w las, to znaczy w kolejne z ośmiu wcieleń, jakie ma do dyspozycji Aiden Bishop, by dzień po dniu, powracając w pętli czasowej rodem z Dnia świstaka do zrujnowanej rezydencji na odludziu, składać w całość zagadkę tożsamości zabójcy córki gospodarzy, tym zachwyt mniejszy. Wydaje się, że przede wszystkim debiutującemu pisarzowi nie starczyło umiejętności warsztatowych, by udźwignąć własny, bardzo ciekawy, złożony i skomplikowany pomysł. O ile początkowo odkrywanie wraz z bohaterem zasad gry, ograniczeń kolejnych wcieleń i wskazówek prowadzących do rozwiązania kryminalnej zagadki jest naprawdę ekscytujące, to gdy przychodzi do wyłożenia wszystkich kart, intryga okazuje się spiętrzeniem melodramatycznych absurdów. Sama zaś mechanika pętli czasowej ma dość przewidywalną dla średnio oczytanego czytelnika SF genezę i coś w tym rodzaju podejrzewałam od samego początku. Niemniej, jak na debiut, to niewątpliwie udana powieść. Choć zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie oferuje, warto poświęcić jej czas.

Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam, i wiem, że do następnej nie będę się spieszyć. Po lekturze dominującym wrażeniem było, że najbardziej adekwatny tytuł brzmiałby Nic z tego nie wynika. To mozaika obyczajowych historii. Olga miała karierę, teraz realizuje hobby w piekarni. Igor miał brata, który nie wrócił z turnieju w Japonii. Grabił w ramach terapii liście w ogródku rodziców Olgi, no i się w niej zakochał. A w tej miłości nic nie było proste. Marzena miała męża, ale go straciła na skutek tragicznego wypadku i została sama z synem, Klemensem, cierpiącym na ciężką postać autyzmu. Jakoś te wątki się przecinają. Ale po co? Wszystko to są oczywiście zgrabnie opisane, życiowe historie, ale trochę jak z rubryki Listy do redakcji w piśmie kobiecym.  Osobne, ładnie dopracowane koraliki, które nie przynależą do tego samego sznurka, a z ich przelotnego zderzenia nic nie wynika. Zabrakło puenty, jakiejkolwiek, nieco mniej banalnej niż Życie bywa trudne na wiele sposobów. Czyta się płynnie i równie szybko zapomina, a niektóre rekwizyty ogrywane przez autora (balony, fontanny, japońskie drzeworyty) są nieznośnie pretensjonalne. Nie wiem, skąd zachwyty.

Reklamy

Małych miasteczek nie warto lekceważyć (Val McDermid, Miejsce egzekucji)

 
Z odciętego od świata przysiółka Scardale w Derby znika trzynastoletnia Allison Carter. Trwa ostra zima 1963. Nie jest to pierwsze takie zaginięcie w ostatnim czasie. Dlatego świeżo awansowany śledczy George Bennett od początku nie ma dobrych przeczuć co do losów dziewczynki. Gdy okazuje się, że jego żona spodziewa się dziecka, sprawa Allison staje się dla młodego funkcjonariusza czymś więcej niż zawodowym wyzwaniem. Wręcz niezdrową obsesją. Ale choć śledztwo się przeciąga, a mieszkańcy Scardale, stanowiący zamkniętą społeczność, wcale go nie ułatwiają, przełom nie przychodzi. Nie ma ciała, jednak w tych warunkach atmosferycznych nie ma również najmniejszej szansy, by zaginiona przeżyła. Kolejne poszlaki jednoznacznie sugerują, że dziewczyna nie uciekła, ale spotkało ją coś złego. Dziennikarze brukowców angażują nawet jasnowidzkę z Francji, żeby podgrzać stygnący temat. Frustracja i poczucie bezradności Bennetta sięgają zenitu. I nagle jego wytrwałość zostaje nagrodzona…
 
Z twórczością Val McDermid miałam dotąd kontakt jedynie za pośrednictwem serialu Wire in The Blood, w którym policjantka Carol Jordan przy wsparciu psychologa Tony’ego Hilla tropiła seryjnych morderców odznaczających się wyjątkową inwencją w zakresie sposobu działania. Serial powstał w oparciu o najwyżej oceniany cykl powieściowy autorki i  był niezły, choć dewiacje sprawców wydawały mi się niekiedy wydumane. Niemniej, gdy trafiła się okazja, z ciekawością sięgnęłam po wydane przez Papierowy Księżyc i obsypane nagrodami Miejsce egzekucji. Nie zawiodłam się, w powieści jest wszystko, co w gatunku cenię – konsekwentnie budowany nastrój, detaliczny i realistyczny obraz odizolowanej społeczności, sporo miejsca na przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zgodnie z tytułem, miejsce, czyli malutki przysiółek Scardale, ma kluczowe znaczenie. Jednocześnie, gdy rozwiązanie zagadki zniknięcia Allison następuje sporo przed końcem tekstu, czytelnik dostaje wyraźny sygnał, że nie wszystko wygląda tak, jak się poczciwemu detektywowi Bennettowi wydawało. Zresztą, nie trzeba jasnowidza (wracam do tego wątku z uporem maniaka, bo motyw, choć marginalny, autorka rozegrała genialnie!), by wyczuć, że skompilowany z trudem podejrzanie spójny łańcuch poszlak niekoniecznie doprowadził organy wymiaru sprawiedliwości do prawdy na temat sprawcy.
 
Ale to, co po trzydziestu latach odkrywa dziennikarka pisząca przy współpracy Bennetta książkę o precedensowej sprawie Allison, było dla mnie autentycznym zaskoczeniem, choć przecież już z niejednego kryminalnego pieca chleb jadłam i najbardziej oczywiste wolty fabularne znam na wyrywki. Intrygę zatem autorka skomponowała znakomicie (nieczęsto czytam jednego dnia prawie trzysta stron!), a przy okazji dała czytelnikowi materiał do złożonych przemyśleń na temat natury sprawiedliwości i proporcji kary do zbrodni. Nie jest łatwo zapomnieć o tej historii, nie sposób po prostu odłożyć ją do szufladki z napisem „fikcja literacka”, bo takie, a pewnie i gorsze rzeczy, się zdarzają, ale często nie dowiadują się o tym ani organy ścigania, ani opinia publiczna.
 
P.S. I wszystko byłoby pięknie, pierwszy tegoroczny kryminał „na piątkę” już w styczniu, ale po prostu nie mogę przemilczeć elementarnych błędów w przekładzie Aleksandry Szymił, których nie wyłapała redakcja (Magdalena Olejnik, redaktor prowadzący Artur Wróblewski) ani korekta (Magdalena Olejnik i Joanna Kłos). Takich jak tłumaczenie name jako imię (gdy ewidentnie chodzi o publikację nazwiska w prasie) czy interview jako wywiad (gdy ewidentnie chodziło o przesłuchanie). Nie są to może błędy liczne czy częste, ale mimo wszystko podstawowe i rażące. Przy kryminale z istotnym wątkiem śledczym i procesowym przydałby się redaktor lub korektor albo nawet konsultant władający prawniczym językiem angielskim. 

Olga i osty, czyli nie patrzcie na okładkę, zignorujcie blurba i dajcie szansę tej świetnej powieści

Od ostatniej notki przeczytałam w całości najnowszy tom akt Dresdena, czyli Martwy rewir (swoją drogą, dość dziwne tłumaczenie Dead beat…). Powieść trzyma poziom, o czym najlepiej świadczy fakt, że 600 stron wystarczyło mi na niecałych 48 godzin. Jednak zrecenzuję ją kiedy indziej i pewnie gdzie indziej (o ile w ogóle).

Dzisiaj zatem chciałabym gorąco zarekomendować waszej uwadze powieść Agnieszki Hałas, zatytułowaną Olga i osty, która ukaże się nakładem Wydawnictwa W.A.B. 2 marca 2016 roku. W tym miejscu muszę prosić, żebyście zignorowali okładkę, pod żadnym pozorem, choćby nie wiem co, nie czytali blurba i po prostu uwierzyli mi na słowo, że warto dać tej książce szansę. Okładka i blurb (w tej kolejności, bo kto zobaczy okładkę i się zniechęci, raczej nie sięgnie po książkę w celu zapoznania się z tekstem na grzbiecie) to wielkie i niezasłużone krzywdy wyrządzone temu świetnemu tekstowi przez wydawcę.
Wiem, o czym mówię, bo przeczytałam całość w styczniu zeszłego roku, dzięki uprzejmości autorki. Od tego czasu kibicowałam jej w – uwieńczonych w końcu sukcesem – poszukiwaniach wydawcy. Bo mam głębokie przekonanie, że na tego typu polską prozę jest zapotrzebowanie. Jakiego typu? To osadzona współcześnie powieść psychologiczna z elementami realizmu magicznego, których zastosowanie ma swoje głębokie uzasadnienie w spójnej, przemyślanej, oryginalnej i konsekwentnie zrealizowanej konstrukcji fabuły. Gdybym miała szukać łatwych skojarzeń, rzuciłabym hasło Neil Gaiman. Gdybym miała poszukać nieco dalej, odwołując się do sfery koncepcyjnej, przyszłaby mi na myśl Catherynne M. Valente. Ale to są skojarzenia luźne i w zasadzie nieadekwatne, przede wszystkim dlatego, że realizm magiczny nie jest w powieści komponentem dominującym. Jest – bardzo sprawnie i z wdziękiem wykorzystanym – narzędziem. Sednem tej opowieści są bowiem niełatwe, powikłane i realistyczne do bólu historie bohaterów. Bohaterów przedstawionych tak prawdziwie, że nie sposób im nie kibicować w walce z ich prywatnymi demonami, nie zaangażować się w ich losy. Olga i Dominik, choć bardzo różni, mają jedną ważną cechę wspólną – oboje próbują uporać się sami ze sobą, stawić czoło niełatwej przeszłości i odnaleźć swoją dalszą drogę. Jest to przede wszystkim historia o tym właśnie, trudnym i rozdzierającym, procesie. Nie każdy dorośnie do tego, by zburzyć własne, misternie wcześniej stawiane, psychiczne bariery ochronne. Nie każdy znajdzie odwagę, by zmierzyć się z trudną prawdą o sobie. Choć jednak cena jest wysoka, być może warto ją zapłacić? Zachęcam, byście przekonali się o tym sami. Olga i osty jest tak napisana, że naprawdę nie sposób przestać czytać. Pochłonęłam w zeszłym roku całość tej wyjątkowej historii w 7 godzin. Teraz, przy okazji premiery, zrobię to ponownie. Mam nadzieję, że dodatkowe zachęty nie są potrzebne:)
P.S. Autorka również napisała na swoim blogu co nieco o powieści.

Cztery w jednym

Ponownie, stojąc przed dylematem: albo skrót, albo nie będzie niczego:) – wybrałam to drugie rozwiązanie. Oto mini impresje z nieopisanych, a przeczytanych tytułów.

Niedziela, która zdarzyła się w środę, czyli zbiór wczesnych reportaży Mariusza Szczygła, bardzo przypadł mi do gustu, ze szczególnym uwzględnieniem tekstu tytułowego. Wyłania się z niego (zbioru, nie tekstu, choć w zasadzie z tekstu również:) autentyczny obraz społeczeństwa w czasach wielkiej ustrojowej przemiany. Nie jest to bynajmniej pean na cześć tejże przemiany, wielką zaletą całości jest ucieczka od definitywnych ocen oraz wieloaspektowość. Choć niektóre teksty znane mi były z innych zbiorów, całość zdecydowanie warta polecenia.

Dysforia. Przypadki mieszczan polskich Marcina Kołodziejczyka to dosyć podobna (chyba) w założeniach próba odwzorowania mozaiki społecznej współczesnych metropolii. Choć jednak nie sposób odmówić jej bolesnego realizmu i stylistycznej maestrii (pod tym względem jest jeszcze lepiej niż w B. Opowieściach z planety prowincja), to obiektywizmu w doborze przykładów zdecydowanie brakuje, bo jakoś trudno mi uwierzyć, by ci polscy mieszczanie byli bez wyjątku tak straszni, smutni, samotni i godni współczucia. A może jednak? Zdecydowanie oceńcie sami.

Pan Mercedes czyli pierwsza część trylogii kryminalnej Stephena Kinga, przypomniał mi, na czym polega niezwykły dar tego autora. Umie on stworzyć takie postaci (które nie są w zasadzie nikim nadzwyczajnym) i tak opisać ich motywacje, że nawet gdy dzieje się niewiele, od lektury nie sposób się oderwać. Mimo efekciarskiego zakończenia – znakomita rozrywka. Już się cieszę na lekturę kolejnego tomu.

Ofiara, czyli finałowy tom trylogii Lemaitre’a o paryskim inspektorze wysokim inaczej, jest zarazem zdecydowanie najlepszą odsłoną tej bardzo dobrej serii. Mocny, choć okrutny akord na koniec niełatwej historii. Jednocześnie w intrydze ponownie pojawiają się nawiązania do Koronkowej roboty, co, choć to niemal niemożliwe, dodatkowo zwiększa rozmiar bezmyślności wydawcy przy publikowaniu cyklu. Niesamowite, jak można jednym posunięciem potencjalnie odebrać czytelnikom przyjemność z lektury dwóch świetnych książek. Ja na szczęście tym razem miałam pełną czytelniczą satysfakcję, bo poczekałam z Ofiarą na ukazanie się pierwszego tomu. MUST READ!

Same polecanki? Nie może to być!:) No dobrze, zostawiam was z tą dziwaczną notką, a sama oddalam się… poczytać Dostatek Crummmeya. Zaczęłam w końcu wczoraj wieczorem i już mi się podoba.

Kilka słów o Koronkowej robocie

Czyli jednak napisałam recenzję pierwszego tomu trylogii o Camille’u V. dla książek.wp.pl, umieszczając w niej także swoje wcześniejsze przemyślenia na temat ekwilibrystyki wydawcy:) Jeśli są jeszcze jacyś zainteresowani, to zapraszam do lektury tekstu i gorąco polecam całą trylogię. Byle w naturalnej kolejności, bo akurat w tym przypadku to NAPRAWDĘ ma znaczenie. Trochę zazdroszczę tym, którzy mają taką możliwość.

Dwie sprawy

1. A POZA TYM UWAŻAM, ŻE WYDAWNICTWO MUZA POWINNO ZOSTAĆ ZNISZCZONE. Z powodu gwałtu na cyklu Pierre’a Lemaitre’a o Camille’u Verhoevenie. Cykl został w Polsce wydany od tomu drugiego, czyli polecanej przeze mnie jakiś czas temu Alex. Oczywista, bez zaznaczania, że jest to druga część cyklu. I już na początku potykamy się w niej o masakryczny, kluczowy fabularnie spoiler finału tomu pierwszego, czyli Koronkowej roboty. Byłam zła już w trakcie pisania poprzedniej notki, ale teraz jestem po prostu wściekła. Bo przeczytałam Koronkową robotę i nawet mimo wiedzy, co będzie, było to niesamowite doświadczenie. Nawet sobie nie wyobrażam, jak świetna byłaby to lektura, gdybym owej wiedzy nie miała. Nie było mi dane tej frajdy doświadczyć, bo wydawca mnie z niej okradł. Im lepsza literatura, tym bardziej karygodna to praktyka. Dlatego postuluję działania wymienione na wstępie. A cykl, który już można czytać we właściwej kolejności, polecam. Została mi jeszcze zamykająca go Ofiara. Jak dotąd żadna powieść autora mnie nie zawiodła, więc i tym razem się tego nie spodziewam.

2. UWAŻAJCIE NA KREW NA ŚNIEGU JO NESBO! TO 167 STRON I LEKTURA NA 2,5 GODZINY. Jeszcze przedwczoraj z radosną ekscytacją zapłaciłam 19,90 za przedpremierowego e-booka. Nowy Nesbo to święto, na które czekam każdego roku od ładnych paru lat. Nie przyszło mi do głowy sprawdzać danych o objętości powieści. Połączenie haseł " nowa powieść" i "Jo Nesbo" powoduje u mnie natychmiastowy odruch bezwarunkowy "kup i czytaj". Po części zatem zapewne sama jestem sobie winna, bo dane te były możliwe do znalezienia, i to nawet w sklepie wydawnictwa. Łowcy głów nie byli dużo dłużsi (224 strony), ale jednak przy takich liczbach 48 stron to niemal 1/4 i robi różnicę. Jasne, długość nie jest najważniejsza, a powieść jest bardzo fajna, oparta na ciekawej intertekstualnej grze z Nędznikami Hugo, przewrotna i, jak to u Nesbo, wciągająca. Oraz w ostatecznym rozrachunku cholerne smutna, bo gość potrafi tak napisać zabójcę do wynajęcia, żeby czytelnik cały czas był po jego stronie i uważał go za w gruncie rzeczy porządnego, zasługującego na szczęśliwe zakończenie, faceta z zasadami. Problem w tym, że nie ma gdzie wziąć rozbiegu, bo jak się człowiek wciągnie, to mu się książka kończy, uwzględniając bowiem przejścia między rozdziałami, czystego tekstu jest jakieś 150 stron. Naprawdę kocham Nesbo, ale nie aż tak, żeby nie uważać ceny 19,90 zł za e-booka tej objętości za rozbój w biały dzień. A cena okładkowa wersji papierowej to 29,90 zł! Kompletny odlot.  Tym bardziej, że to pierwszy tom ponoć gotowej już trylogii, której kolejna odsłona ma się ukazać jesienią, a w ekranizacji pierwszego tomu w roli głównej ma podobno wystąpić Leonardo DiCaprio (informacje pochodzą z angielskiej Wikipedii). Szykuje się prawdziwa wydawnicza żyła złota, ale czy naprawdę nie można było wydać trzech takich króciaków zbiorczo? Przyznam, że jestem zniesmaczona.

Cyberpunkowy kryminał, który wciąga jak bagno

Żyję, a wręcz życie ostatnio dominowało:) Po niemal miesiącu udało mi się pokonać upartą zarazę i teraz powoli zmierzam w stronę całkowitej regeneracji. Przeczytałam już nawet pięć wartych polecenia a niezrecenzowanych pozycji. Tymczasem jednak chciałabym polecić wam powieść, która oficjalną premierę ma dopiero w najbliższy piątek. Mowa o Czarnych światłach. Łzach Mai Martyny Raduchowskiej. Dostałam tekst wydrukowany na luźnych kartkach, do przedpremierowej recenzji, czytałam z wysoką gorączką, a mimo to wciągnął mnie tak bardzo, że pochłonęłam go w nieco ponad dobę. Osadzony jest w niedalekiej przyszłości (za niecałych 20 lat) i pod płaszczykiem kryminalnej intrygi porusza istotne problemy psychologiczne, związane z galopującym rozwojem technologii. Znakomita rozrywka. Szczegóły znajdziecie w recenzji, którą napisałam dla Fahrenheita.
P.S. Za okładkę wydawca (czyli Fabryka Słów) powinien być rozstrzelany. Tak nieadekwatnej do treści, a zarazem paskudnej oprawy graficznej ze świecą szukać. Wielka, niezasłużona krzywda, wyrządzona kawałowi niegłupiej, skłaniającej do refleksji rozrywki. By uniknąć tego graficznego szkaradztwa, można sobie kupić e-booka.