Antychryst udomowiony (Terry Pratchett, Neil Gaiman, Dobry Omen)

Tę pozycję odkładałam długo, ale
zapowiedź serialu BBC z Michaelem Sheenem i Davidem Tennantem w rolach anioła
Azirafala i demona Crowleya zmotywowała mnie do nadrobienia zaległości. Jako że
o polskim przekładzie krążą niezbyt dobre opinie, idąc za ciosem po Dresdenie,
ponownie sięgnęłam po wersję oryginalną. Parę słów o fabule: po narodzinach Antychrysta
dochodzi do pomyłki i chłopiec, zamiast wychowywać się wśród satanistów,
dorasta w niewielkim, idyllicznym brytyjskim miasteczku, które kocha z całego serca.
Gdy w jedenaste urodziny Adama pojawia się piekielny ogar, by stanąć u boku swego
pana i pomóc mu sprowadzić Apokalipsę, ze zdumieniem odkrywa, że oczekuje się
od niego raczej aportowania. Kiedy legiony Nieba i Piekła sposobią się do
ostatecznego starcia, ich ziemscy wysłannicy – Azirafal, dawny strażnik wrót Raju,
oraz Crowley, dawny Wąż, odkrywają, że przez sześć minionych tysiącleci przywiązali
się do świata i zdecydowanie woleliby, żeby nie stanął on w płomieniach.
Postanawiają sabotować Koniec Czasów. Tymczasem Czterej Jeźdźcy wsiadają na
dwudziestowieczny odpowiednik imponujących rumaków, czyli motocykle, i
wyruszają do siedziby Antychrysta, by wypełniło się to, co zostało
przepowiedziane. A jest jeszcze Anatema Device, potomkini Agnes Nutter, jedynej
prorokini w dziejach, która trafnie (choć bardzo enigmatycznie) przepowiedziała
całą przyszłość, nim spłonęła na stosie.

Brzmi dobrze, prawda? Niestety, z
wykonaniem jest troszeczkę gorzej. Początek wypada świetnie, podobnie jak końcowa
ćwiartka, natomiast w środek wkrada się sporo chaosu i tempo zdecydowanie
siada. Być może ma to pewien związek z faktem, że powieść pisały dwie osoby, w
dodatku przesyłając sobie pocztą dyskietki i konsultując się przez telefon (Dobry Omen powstawał pod koniec lat 80.).
Sam pomysł zamiany dzieci i zawiązania akcji był dziełem Gaimana, jak popchnąć
akcję dalej, wymyślił natomiast Pratchett. On też stworzył niedocenioną przez
jej współczesnych prorokinię Agnes Nutter i opisywał większą część perypetii
Adama i grupki jego przyjaciół, w rodzinnym miasteczku znanych jako Oni. Gaiman
prowadził motocyklistów Apokalipsy, a resztę napisali na przemian (Pratchett
nieznacznie więcej, on też zredagował całość). Nie bez znaczenia jest też
zapewne, że dla Gaimana był to pisarski debiut, a Pratchett miał wtedy na
koncie dopiero dwa pierwsze, najbardziej slapstickowe i w zasadzie
nieprzystające do reszty cyklu, tomy Świata Dysku, czyli Kolor magii i Blask
fantastyczny
. W dużym stopniu humor Dobrego Omenu jest podobny, co nie znaczy
bynajmniej, że brakuje w nim zabawnych scen – przeciwnie, jest ich cała masa,
może właśnie aż za dużo, przez co cierpi na tej ilości harmonijny rozwój
fabuły. Zapewne inaczej odbieram tę książkę, bo znam cały późniejszy, o ileż
dojrzalszy pod każdym względem, dorobek obu autorów. Jednak to, co
charakterystyczne dla stylu każdego z nich, jest w niej już obecne i sprawia,
że mimo pewnej sinusoidalności to wciąż bardzo przyjemna lektura. Zwłaszcza
relacja anioła i demona opisana jest znakomicie. Mimo masy gagów nie brakuje
też filozoficznej refleksji o wartościach fundamentalnych. Nienachalnej,
pogodnej, pozbawionej dydaktyzmu i wplecionej mimochodem, czyli takiej, którą
przyswaja się najlepiej. Gaiman, wypełniając ostatnią prośbę Pratchetta,
pracuje nad serialem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że znajdzie się w nim
wszystko, co w tej książce najlepsze. Mimo pewnych zastrzeżeń bawiłam się przy
lekturze bardzo dobrze i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu.