Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Reklamy

Poprzeprowadzkowe porządki – styczeń 2019

kolacjaMiało to wyglądać zupełnie inaczej – to znaczy, że planowałam po prostu systematyczne recenzje przeczytanych pozycji. Ale gdy dzisiaj spojrzałam na listę czekających tytułów i zaczęłam wracać myślami do lektur ze stycznia, nieopisanych z powodu nagłego ogłoszenia o zamknięciu Bloxa, uświadomiłam sobie, że to nie zda egzaminu. Jeszcze moment i całkiem zapomnę, że w ogóle coś takiego czytałam. Zdecydowałam się na wyjście kompromisowe i napisanie paru treściwych zdań o każdym tytule.

Psy ras drobnych Olgi Hund były mocno reklamowane w prasie. Autorka pod pseudonimem i dosztukowanym na słowo honoru płaszczykiem fikcji opisała swoje przeżycia ze szpitala psychiatrycznego. Krytyka zachwycała się innowacyjnym realizmem tego opisu, bezkompromisową diagnozą stanu polskiej psychiatrii, która uprzedmiotawia pacjentki. Osobiście już w trakcie czytania miałam poczucie, że wiele z tej książki nie zapamiętam. Krótka opowieść, krótkie zdania, w zamierzeniu zapewne wzmacniające przekaz. Ponad dwa miesiące po spędzeniu z tą historią trzech popołudniowych godzin nie pamiętam z niej dokładnie niczego. Według mnie to typowa powieść autoterapeutyczna, która zapewne najmocniej trafi do osób mających za sobą zbliżone doświadczenia.

Kolacja Hermana Kocha bardzo mi się spodobała, niemalże od pierwszych stron budziła skojarzenia z Rzezią Polańskiego. Sposób, w jaki autor prowadzi narrację, umożliwia mu powolne odkrywanie kart. Na początku wiemy tylko, że dwóch braci wraz z żonami umówiło się w restauracji na tytułowy posiłek, a perspektywa ta nie zachwyca naszego narratora z powodów niesprecyzowanych. Z czasem okazuje się, że kolacja to jedynie pretekst do rozmowy o problemach związanych z zachowaniem dzieci. Te zaś są o wiele większego kalibru niż zwykłe wagary i popalanie trawki w krzakach. Do pewnego momentu szło to wszystko doskonale – autor zgrabnymi posunięciami dokładał kolejne małe elementy zgrozy, mizantropii i psychopatii do pozornie idyllicznego obrazu egzystencji dwóch rodzin z wyższej klasy średniej. Myśl, że dwie eleganckie i wyrafinowane pary obskakiwane przez kelnerów i dyskutujące o przystawkach mogą kryć w sobie tyle mrocznych, gwałtownych i sprzecznych emocji jest równie niepokojąca, co perwersyjnie fascynująca. Zauważyliście zapewne, że nie podaję żadnych szczegółów. A to dlatego, że uważam, iż ich samodzielne odkrywanie to kluczowy element czytelniczej frajdy w tym przypadku. Tym samym jednak pozbawiam się możliwości uzasadnienia, dlaczego ostatecznie nieco skorygowałam swoją początkowo entuzjastyczną ocenę. Trzymając się ogólników, powiem tylko tyle, że w pewnym momencie autor posunął się zdecydowanie za daleko w swojej chęci szokowania czytelnika i poprzez nieustanne podbijanie stawki pozbawił historię choćby pozorów realizmu. Mimo tych zastrzeżeń była to bardzo intrygująca lektura, wszystkie szczegóły pamiętam do teraz i prędko ich nie zapomnę.

Jeden z nas. Opowieść o Norwegii Åsne Seierstad to próba odpowiedzi na pytanie, jak doszło do masakry na wyspie Utøya 22 lipca 2011 r. W tym celu autorka przedstawia nam życiorys Andersa Breivika, jak również biografie kilku spośród jego ofiar. Nie szuka przy tym taniej sensacji, prezentuje chłodne, pogłębione, w zasadzie socjologiczne podejście. Przykład bardzo rzetelnie wykonanej dziennikarskiej pracy, przy czym wręcz obsesyjnie unika się tu wartościowania w jakąkolwiek stronę. Szczegółowe przedstawienie wszystkich faktów wraz z niezbędnymi kontekstami (acz w żadnym razie nie jest to nudny i suchy raport) ma zainspirować czytelnika do samodzielnych przemyśleń i własnych ocen. Jest tu jeszcze jeden, nie wiem, czy nie najważniejszy, choć cichy bohater – państwowy system.  Tytuł nie jest przypadkowy, między wierszami można tu odczytać akt oskarżenia wobec Norwegii, państwa, które nie zdało egzaminu w sytuacji kryzysowej, ale przede wszystkim codziennie nie zauważa elementarnych potrzeb wielu jednostek, z których każda potencjalnie może się zradykalizować.

Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka to pierwszy tom cyklu Ukryta sieć, po który sięgnęłam na podstawie rekomendacji Wojciecha Chmielarza. Sama nie mam najlepszych wspomnień z jedynego jak dotąd kontaktu z twórczością autora. Nagrodzona Wielkim Kalibrem powieść Czytanie z kości wszystko miała na miejscu, jednak fabułę przewidywalną do bólu, co dyskwalifikowało ją jako kryminał. Pierwsza po wieloletniej przerwie publikacja reklamowana była jako thriller technologiczny, co powinno wzbudzić moją czujność. Zaufałam jednak Chmielarzowi, że nie poleciłby byle czego. I do połowy byłam święcie przekonana, ze to jest to – pierwszy porządny współczesny polski thriller. Bohaterką jest dziennikarka plotkarskiego portalu, która przypadkiem trafia na ślad wielkiej międzynarodowej afery. Póki fabuła nie ruszy z kopyta, wszystko idzie jak z płatka. Jest zarazem ironicznie i realistycznie, opisy warszawskiej rzeczywistości ociekają akceptowalną dozą cynizmu, gorzki humor ładnie się komponuje z redakcyjnym krajobrazem. A potem autor wrzuca piąty bieg i na dobre rozstaje się z logiką, łącząc klimaty z Milenium i Szklanej pułapki. O dobrych kilka mostów za daleko, niestety. A miało być tak pięknie.

Zagadka kiełkującego krokusa (Middlesex, Jeffrey Eugenides)

Jak być może jeszcze nie wszystkim czytelnikom tego bloga wiadomo, mam niegroźnego hysia na punkcie prozy Jeffreya Eugenidesa. Zaczęło się w 2013 roku, od polecanki Padmy z Miasta książek, pod wpływem której sięgnęłam po Intrygę małżeńską. Historia trójki studentów unurzana w teorii literatury absolutnie mnie oczarowała. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że z całego dorobku autora jest to – przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach – książka najmniej niezwykła.

No właśnie – całego dorobku – to brzmi dumnie, jednak mowa jest o zaledwie trzech powieściach, zatem świadomie je sobie racjonowałam. Po niezwykle dojrzałym debiucie, jakim były Przekleństwa niewinności, historia serii samobójstw w rodzinie Lisbonów, stanowiąca w istocie zawoalowaną krytykę rozpadu społecznych więzi na amerykańskich przedmieściach (obecnie wznowiona przez Sonię Dragę, gorąco polecam!), nabrałam przekonania, że obcowanie z prozą Eugenidesa to rzadka i wartościowa przyjemność. Ostatnią (a chronologicznie środkową) powieść jego autorstwa oszczędzałam sobie przez ponad cztery lata. Na nic się jednak zdała moja wstrzemięźliwość, autor kolejnej książki (poza wydanym u nas niedawno zbiorem opowiadań Nowy dowód, który zostawiłam sobie na czarną godzinę i na otarcie łez) nadal nie napisał.

Mimo wszystko nie żałuję, bo Middlesex to historia tak niezwykła, że choć zamykamy dopiero pierwszy kwartał, ja mam już mocną kandydatkę do tytułu książki roku. Pewnie, można by się czepiać (i w innych okolicznościach pierwsza bym się przyczepiła, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości), że jest to rzecz z pełną premedytacją skrojona pod nagrody: opowieść snuta przez przedstawiciela trzeciego pokolenia imigrantów, przedstawiająca Amerykę w czasach wzlotów i upadków, a dodatkowo zawierająca obyczajowy skandal, który doprowadził do biologicznego fenomenu – odroczonej o dwa pokolenia kary za grzech przodków, jak niewątpliwie uważałaby babcia narratora, Desdemona.

Czego tu nie ma – saga rodzinna zakrojona na niemal stulecie, typowa, a jednocześnie absolutnie wyjątkowa (staram się uniknąć spoilerów, dlatego nie podam szczegółów) Bildungsroman, Detroit w czasach największej prosperity i najgłębszego kryzysu, życie i obyczaje greckiej diaspory w Ameryce, hazard, prohibicja, romanse. Świetnie dopracowane tło społeczno-obyczajowe, świadczące o wykonaniu gigantycznej pracy ze źródłami, którym jednak autor czytelnika nie przytłacza, a jedynie pozwala, by skrupulatnie wyselekcjonowane detale dodawały życia i autentyczności jedwabistej (jedwabniki są tu kluczowe zarówno w swej dosłownej postaci, jak i w symbolicznej sferze) materii jego opowieści. A nade wszystko pełnokrwiści bohaterowie, do których człowiek bez trudu się przywiązuje, dając się porwać nurtowi ich powikłanych przez geografię i historię biografii, trzyma za nich kciuki nawet wtedy, gdy błądzą i podejmują ewidentnie nietrafione decyzje. A dzieje się tak dlatego, że Eugenides każdemu z nich daje motywacje, z którymi absolutnie nie trzeba się zgadzać, ale bez trudu można je zrozumieć.

Wszystko to i jeszcze więcej opowie wam Cal Stephanides, przeprowadzając was dodatkowo swoją trudną, prywatną drogą do dramatycznego odkrycia, jakie kazało mu całkowicie przedefiniować swoją tożsamość. Zrobi to z wdziękiem, ukradkiem, tak długo, jak to tylko możliwe, nie wysuwając swojej osoby na pierwszy plan. Tym większą siłę rażenia będzie miała jego tajemnica, gdy w końcu ją wam wyjawi. Zaciekawieni?

Dwanaście przekroczonych granic (Harda Horda, antologia opowiadań)

Harda Horda, czyli Fantastic Women Writers of Poland, to była początkowo nieformalna grupa wsparcia współczesnych polskich pisarek fantastycznych, o której genezie i dotychczasowych poczynaniach zainteresowani mogą sobie poczytać pod linkami zamieszczonymi na wstępie (prowadzą one do strony internetowej oraz facebookowego profilu grupy). Natomiast w niniejszym poście zamierzam skoncentrować się na najświeższym oficjalnym efekcie działań Hardej Hordy, czyli antologii opowiadań, która ukazała się kilka dni temu nakładem Wydawnictwa SQN.

Motywem przewodnim zbioru jest przekraczanie granic, co jest o tyle ciekawe, że samo powstanie HH było swoistym przekroczeniem pewnej granicy, gdyż do tej pory (wbrew faktycznemu stanowi rzeczy, potwierdzanemu m.in. rokrocznie nominacjami do środowiskowych nagród) fantastyka traktowana była jako domena męska, w którą autorki wkraczały incydentalnie, a zatem pisana przez nie literatura fantastyczna była  taką niszą w już istniejącej rynkowej niszy. Wiecie, rozumiecie  – pierwsza z tych nisz to ta, którą większość czytelników i krytyków omija szerokim łukiem, bo to, panie, smoki i statki kosmiczne, bajki dla dzieci, a nie żadna poważna literatura. Szkoda czasu. Niszę drugą omija natomiast spora część czytelników fantastyki, bo to, panie, same błyszczące wampiry, paranormalne romanse, a nie wartościowa literatura. Szkoda czasu.

Antologia Hardej Hordy, mam nadzieję, pomoże zrzeszonym w niej autorkom przekonać do sięgnięcia po swoją twórczość pewną część przedstawicieli zarówno pierwszej, jak i drugiej grupy. Stanowi bowiem niezbity dowód (jeśli ktoś takowego potrzebował), że fantastyka pisana przez kobiety to dobra, różnorodna literatura, której jak najbardziej warto poświęcić czas i uwagę. Formalna przynależność autorek do tej samej grupy to w zasadzie jedyny wspólny mianownik, pod jaki można podciągnąć zawartość antologii. Motyw przekraczania granic w każdym tekście potraktowany został bowiem w sposób bardzo indywidualny, dający zarazem pewne pojęcie o wyznacznikach stylu i rodzaju fantastyki (czy, szerzej, metody literackiej) preferowanej przez każdą autorkę. Na podstawie tych próbek można zatem wyrobić sobie przynajmniej wstępną opinię co do tego, czy warto kontynuować znajomość z daną twórczynią. O ile nie zetknęliście się z żadną z nich do tej pory, o co w sumie trudno, gdyż wszystkie członkinie Hordy mają za sobą spore pisarskie doświadczenie, niektóre napisały już po kilkanaście książek, w tym także kryminalnych czy obyczajowych.

Ja przed lekturą nie znałam jedynie twórczości Magdaleny Kubasiewicz, po którą teraz na pewno siegnę, gdyż jej – napisana zgrabną, lekko archaizowaną frazą – historia o nekromancie, który w nawiedzonym domu musi dokonać niełatwego wyboru, przekraczając tym samym swoistą etyczną granicę, bardzo przypadła mi do gustu. Z radością dowiedziałam się, że opowiadanie Dokąd odeszły cienie jest częścią cyklu, i na pewno poszukam innych utworów wchodzących w jego skład. Lektura tekstu z Hardej Hordy przekonała mnie też ostatecznie do sięgnięcia po chwaloną przez recenzentów tegoroczną powieść autorki Gdzie śpiewają diabły.

Marta Kisiel w otwierającym antologię krótkim i nastrojowym opowiadaniu Jawor zadaje kłam własnemu twierdzeniu o rzekomym braku umiejętności tworzenia krótkich form. Ja tę akurat autorkę w opowiadaniach zdecydowanie preferuję, mocniej tu wybrzmiewają jej częstokroć znakomite pomysły. Tak jest i tym razem – atmosfera letniej dzięciecej eskapady w Zakazane Miejsce skontrastowana zostaje z prawdziwym, mrocznym znaczeniem tekstu starej piosenki o Jaworowych Ludziach. Utwór – kameralny i oszczędny – zostaje z czytelnikiem dzięki świetnie wykreowanemu klimatowi oraz mocnej puencie.

Podobnie kameralna i równie przejmująca (choć w zupełnie inny sposób) jest Dróżniczka Aleksandry Janusz. To SF bliskiego zasięgu, ale uwaga autorki, a z nią i czytelnika, koncentruje się na końcu prywatnego mikroświata tytułowej bohaterki – starzejącej się Japonki, dla której sensem życia pozostała praca. Autorka porusza tu problem, który może stać się aktualny szybciej, niż myślimy. I nietypowo dla SF mówi: innego końca świata nie będzie, ale taka prywatna apokalipsa to aż nadto. Tekst ma jeszcze większą siłę rażenia, jeśli czytelnik (jak ja) oczekuje lekkiego, humorystycznego tonu, jaki mimo wszystko dominował w oryginalnej i docenionej przez miłośników fantastyki serii science fantasy Kroniki Rozdartego świata. Według mnie jeden z najlepszych punktów całej antologii.

Ale największe wrażenie wywarło na mnie Jest nad zatoką dąb zielony Agnieszki Hałas. Opowiadanie absolutnie niezwykłe, gatunkowo również przynależące do SF bliskiego zasięgu, bowiem przedstawia ideę immortalizacji, czyli cyfryzacji świadomości zapewniającej namiastkę życia wiecznego.  Nie wiem, czy była tu inspiracja, ale mnie ten pomysł skojarzył się z najlepszym odcinkiem Black Mirror, czyli San Junipero. Jednak nie wszystkim dane będzie przekroczyć granicę nieśmiertelności, przynajmniej na początkowym etapie rozwoju technologii. Niektórzy nadal będą musieli stawiać czoła perspektywie rozdzierającej żałoby, z którą może nieco łatwiej byłoby sobie poradzić, gdyby dało się uwierzyć w zaświaty. Nic więcej nie zdradzę o tym znakomitym, wielowymiarowym tekście, poza tym, że się przy lekturze popłakałam.

Bohaterka opowiadania Anny Kańtoch w liście skierowanym do Szanownego pana M. opisuje historię ich dawnej przelotnej znajomości, która stała się dla niej okazją do przekroczenia sporej ilości nieprzebytych wcześniej granic – dzieciństwa, konwenansów, nienawiści i wpojonej wychowaniem etyki. Jest to tekst przewrotny, gdyż ma wszystkie wyznaczniki formalne potocznie rozumianej literatury kobiecej oraz wymowę całkowicie z tym rekwizytorium kontrastującą.

Bezduch Martyny Raduchowskiej dość mocno powiązany jest z jej drugą powieścią o szamance od umarlaków Idzie Brzezińskiej, czyyli Demonem luster, jednak broni się też jako samodzielna całość. Opowieść o człowieku, który nie chciał przekroczyć granic zawodowej etyki na prośbę zrozpaczonej żony, a gdy utracił miłość, zaszedł dalej, niż sam podejrzewał, że to możliwe.

Ewa Białołęcka, inspirując się częściowo (być może) swoją znakomitą konwentową prelekcją, w tekście zatytułowanym Tylko nie w głowę przedstawia apokalipsę zombie oczami samotnej, cierpiącej na depresję właścicielki sympatycznej kotki Mili. Żywe trupy po przeczytaniu tego opowiadania już nigdy was nie przerażą, gdyż jest ono pełne humoru i wiary w zdrowy rozsądek oraz instynkt samozachowawczy jednostki, nawet takiej o (bezpodstawnie) zaniżonym poczuciu własnej wartości.

Anna Hrycyszyn w Z góry nie patrzą stworzyła niezwykle oryginalną wizję świata przyszłości, której potencjał w moim odczuciu nie został jednak do końca wykorzystany, głównie  przez zbytnią skrótowość pojawiającą się w drugiej części opowiadania.

Milena Wójtowicz w Locie wieloryba i Aleksandra Zielińska w Po drugie posługują się motywem światów równoległych (czy też przyległych) i jest to chyba najbardziej jaskrawy przykład, że nawet taka ilość podobieństw nie wpływa na charakter tekstu, bo trudno by mi było wskazać w zestawie dwa równie biegunowo odległe. Po drugie to raport z rodzinnego dramatu (w którym kompletnie nie przekonała mnie osoba narratorki, zdecydowanie zbyt dojrzałej jak na jej deklarowany wiek). Natomiast bohaterką tekstu Wójtowicz jest córka czołowego polskiego nacjonalisty, która w ramach odcinania się od korzeni szmugluje magiczne artefakty z równoległego świata i sypia z obcym.

Anna Nieznaj w Ognistym warkoczu pokazuje między innymi, jak koniec świata (i jego nowy początek) oraz podróże kosmiczne potrafią skomplikować i bez tego niełatwe relacje rodzinne.

Natomiast Aneta Jadowska w Zielonej zemście, którą chyba trzeba by było zakwalifikować jako ekologiczne fantasy, dowodzi, że wystarczy nieco pracy, kreatywności i cierpliwości, by, nie naruszając rygorystycznych praw magii, wymierzyć sprawiedliwość pozornie bezkarnym niegodziwcom. A przy okazji, za co bardzo dziękuję, uświadamia czytelnikom, dlaczego nie powinno się parkować na miejscach dla niepełnosprawnych. Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste.

Spośród dwunastu tekstów jeden oceniam jako wybitny, trzy jako bardzo dobre, a resztę, mimo pewnych zastrzeżeń, jako naprawdę przyzwoite. Chyba tylko opowiadanie Anety Jadowskiej kompletnie nie trafiło w moją czytelniczą wrażliwość. Jak na antologię jest to wynik zdecydowanie ponadprzeciętny, co tylko potwierdza, że naprawdę warto zainteresować się Hardą Hordą. Podkreślam z całą stanowczością – nie jako fantastyką. Nie jako literaturą  kobiecą. Jako zbiorem dwunastu dobrych opowiadań, który dostarczy refleksji, rozrywki, a kto wie? Może stanie się także punktem wyjścia do szerszych czytelniczych poszukiwań. Jeśli się skusicie, koniecznie dajcie znać, jakie mieliście wrażenia!

Wznowienie Zabawek diabła

Dawno nie dręczyłam ludności Domenikiem Jordanem, a na tym blogu nawet jeszcze nigdy! Zatem najwyższy czas to zmienić, a czy może być lepsza sposobność niż ponowne (trzecie już) wydanie drugiego zbioru opowiadań z tym bohaterem? Dziś premiera, a Zabawki wydaje tym razem Powergraph. Z całkiem estetyczną okładką, co w przypadku tego cyklu, gdzie do tej pory bohatera portretowano jako zombie dręczone niestrawnością, stanowi przyjemne novum. Z tej okazji – żeby nie wyważać otwartych drzwi – pozwolę sobie przypomnieć swoją recenzję pierwszego wydania Zabawek diabła, która ukazała się na łamach Fahrenheita. Jako że przed zalinkowaniem ją sobie przeczytałam, zobowiązana jestem poczynić w tym momencie zastrzeżenie – jest to tekst analityczny, a zatem, niestety, zdradzający pewne istotne elementy treści utworów. Nie polecam z tego względu czytania go przed zapoznaniem się z samym zbiorem. Tytułem wolnej od spoilerów zachęty wrzucę tu tylko konkluzję recenzji, którą mimo upływu niemal 13 lat z całą stanowczością podtrzymuję:

Jako całość „Zabawki diabła” są daleko lepsze niż „Diabeł na wieży”. Pod każdym względem: stylistycznym, fabularnym, narracyjnym, konstrukcji postaci pierwszego i drugiego planu. A że już „Diabeł na wieży” był bardzo dobrym zbiorem, strach pomyśleć, jaki będzie następny.

A następny zbiór ukaże się najprawdopodobniej jeszcze w tym roku i zawierał będzie (według wstępnych informacji uzyskanych od autorki) 6 opowiadań. Trzy z nich powstały i ukazały się w poprzednich latach, można zatem w pewnym stopniu przewidywać, jaki będzie charakter całości. Mowa o Portrecie rodziny w lustrze (ze zbioru Światy Dantego), Majstersztyku (udostępnionym w pakiecie Bookrage zdecydowanie dłuższym tekście) oraz osadzonej w egzotycznej scenerii Anatomii cudu, która ukazala się pierwotnie na łamach Nowej Fantastyki. Te trzy teksty w jednoznaczny sposób pokazują, że Anna Kańtoch w ciągu ostatnich 13 lat przeszła długą drogę jako pisarka, doskonaląc swój warsztat. Zainteresowała się też w o wiele większym stopniu formalną stroną swoich opowiadań, z którą zaczęła odważniej eksperymentować. Ale zarazem nie utraciła tego, co od początku było znakiem rozpoznawczym cyklu o Jordanie – umiejętności kreowania nastroju niepokojąco-intrygującej tajemnicy i fascynacji zagadkami z pogranicza fantastyki oraz kryminału, którą dzieli z nią jeden z jej pierwszych bohaterów.  Mam nadzieję, że zdołam kogoś zachęcić do wycieczki do Okcytanii i nawiązania znajomości z doktorem Jordanem. Sama na pewno wrócę do tych opowiadań, tak jak zrobiłam to z Diabłem na wieży przy okazji zeszłorocznego wznowienia.

5 cytatów na czwartą rocznicę

Rocznicę śmierci Terry’ego Pratchetta. Jednego z moich ulubionych pisarzy, wielkiego filozofa, ironisty i znawcy ludzkiej natury.

Błędna wymowa może mieć fatalne skutki. Pewien chciwy szeryf Yl-Abi został kiedyś przeklęty przez niewykształcone bóstwo i wszystko, czego dotknął, zmieniało się w Zołto, który okazał się niedużym krasnoludem z oddalonej o setki mil górskiej osady. Klątwa magicznie ściągała go do królestwa i kopiowała bezlitośnie. Jakieś dwa tysiące Zołtów później klątwa się wreszcie wyczerpała. Obecnie mieszkańcy Yl-Abi znani są z niezwykle niskiego wzrostu i skłonności do irytacji.

Wyprawa czarownic

Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć.

Pomniejsze bóstwa

Żyję już trochę na tym świecie i zauważyłam, że jak kto ma w sobie dar, by błyszczeć, to będzie błyszczeć nawet przez sześć warstw brudu, a ci, co błysku nie mają, błyszczeć nie będą, choćby ich nie wiem jak polerować.

Złodziej czasu

Trudno jest mieć wiarę, kiedy się przeczytało zbyt wiele książek, prawda?

Carpe Jugulum

Jeżeli ludzie próbują cię zabić, to znaczy, że robisz coś, jak należy.

Łups!

Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy. Czytajcie Pratchetta, warto!

Jak Frank czekał na Rosie (Tana French, Bez śladu)

Czekał do samego rana w umówionym dniu. W dniu, w którym  mieli się wyrwać z robotniczego Dublina, popłynąć do Londynu i zacząć wymarzone wspólne życie. Myślał, że chcą tego oboje. Ba, był tego pewnien jak niczego innego w życiu (oprócz swojej miłości do Rosie). Miał w końcu 19 lat. A jednak nie przyszła. Czy raczej – przyszła, ale nie po to, żeby z nim uciec. Zostawiła list, w którym dała do zrozumienia, że boi się związać z Frankiem swoją przyszłość. A Frank w zasadzie się nie zdziwił. Sam się siebie bał, znał swoje obciążenia i tendencje. Ale wiedział jedno – skoro już zdecydował się wyrwać, nie wróci do domu.

I nie wrócił. Choć pozostał w Dublinie, jego noga nie postała w dzielnicy, w której się wychował, przez ponad 20 lat. Oddalił się od ducha Faithful Place najbardziej jak to możliwe – wstępując do policji. I był w tym znakomity, wręcz się w fachu zatracił, trafił do prestiżowego wydziału tajnych operacji i choć sam już nie pracował pod przykrywką, to kierowal pracą innych, zapewniając im bezpieczeństwo. Wbrew pochodzeniu został kimś. Zawsze uważał, że to pracoholizm zniszczył jego małżeństwo. Prawda jednak była inna – Frank w głębi duszy cały czas czekał na swoją Rosie, mimo że nawet sam przed sobą się do tego nie przyznawał. Aż pewnego dnia zadzwoniła jego najmłodsza siostra Jackie, by przekazać, że robotnicy wykonujący prace w pustostanie na ich ulicy znaleźli w kominku walizkę. To była walizka Rosie, o czym Frank wiedział, zanim jeszcze ją zobaczył. Zatem jednak ukochana nie wyjechała bez niego.

Tana French w typowym dla siebie niespiesznym, rozlewnym stylu snuje opowieść będącą na najpłytszym poziomie interpretacyjnym robociarskim wariantem Romea i Julii. Mieszając współczesność z retrospekcjami, pokazuje czytelnikowi prywatne oblicze Franka Mackeya, chyba najciekawszej postaci, jaką stworzyła na kartach swojego cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Ale przede wszystkim Bez śladu (nie bez przyczyny oryginalnie zatytułowane właśnie Faithful Place) jest żywym, wielowarstwowym i autentycznym portretem robotniczej dublińskiej dzielnicy, z jej zasadami i rytuałami, niepisanymi prawami, które każdy zna od dzieciństwa i instynktownie im się podporządkowuje. Bo nikt nie chce wypaść poza grupowy nawias, zostać napiętnowany jako outsider, wyrzutek, zdrajca. Bycie swoim jest tutaj bezcenne. Dzielnicowy etos ma swoje jasne strony, jak bezwarunkowa lojalność tutejszych względem innych członków społeczności i solidarność przeciw obcym, zwłaszcza reprezentantom władzy. Ale ma i mroczny rewers – lojalność wynaturzoną, przejawiającą się ignorowaniem przemocy, alkoholizmu, zaniedbywania dzieci, które to sprawy traktowane są jako prywatna sprawa każdej rodziny.

Dwutorowa narracja (wtedy i teraz) umożliwia autorce pokazanie, jak potoczyły się losy grupki przyjaciół Franka z młodości. Wnioski nie są zbyt optymistyczne. Choć w młodości wszyscy wierzyli, że będą żyli inaczej niż ich rodzice, którymi pogardzali, większość z nich nie uciekła z klasowej pułapki, nawet jeśli opuścili dzielnicę w sensie topograficznym (co nie udało się niemalże nikomu). Sama Faithful Place przez bez mała ćwierć wieku nieco poszła z duchem czasu, ale jej konserwatywna istota pozostała niezmienna. Z wszystkimi zaletami i wadami takiego stanu rzeczy.

Bez śladu to oczywiście kryminał, jednak wątek zniknięcia Rosie jest tak ściśle związany z prywatnymi historiami mieszkańców dzielnicy, że w zasadzie zagadka wyjaśnia się niejako przy okazji (co w żadnym razie nie czyni jej mniej fascynującą – powiedziałabym nawet, że wręcz odwrotnie – przydaje całej sprawie dodatkowych wymiarów dramatyzmu).

Tana French ma unikalny talent do odmalowywania społeczności i emocji – a te dwa elementy dominują w omawianej powieści. Nie dziwota zatem, że jest to (przynajmniej w mojej ocenie) najlepszy utwór w jej pisarskim dorobku. A czytałam wszystkie poza nieprzetłumaczonym jeszcze na polski The Witch Elm. Chyba nie muszę dodawać, że polecam?

Dodatkowym walorem jest znakomite tłumaczenie Marii Olejniczak-Skarsgard. French pisze językiem wyjątkowo trudnym w przekladzie, sensualistycznym, pełnym przymiotników i imiesłowów powszechnie nieużywanych. Wiem coś o tym, bo próbowałam ją czytać w oryginale i dałam sobie spokój. Zwykle nie przeszkadza mi brak znajomości jednego czy drugiego wyrazu, radzę sobie na podstawie kontekstu. W tym przypadku braki odbierały mi całą przyjemność z lektury, która w dużym stopniu sprowadza się do delektowania się hipnotycznie snutą opowieścią. Polscy tłumacze radzą sobie z tym wyzwaniem rozmaicie, ale zawsze do tej pory wyczuwałam w pewnych sformułowaniach sztuczność, zdarzały się też ewidentne zgrzyty. W tej książce ich nie ma, tym głębszy pokłon należy się umiejętnościom tłumaczki.

Jeśli jeszcze nie czytaliście, szczerze wam zazdroszczę. Choć z perspektywy osoby czytającej poszczególne tomy w przypadkowej kolejności polecam jednak zachowanie chronologii.