A tak ładnie żarło… (Samuel Bjørk, Chłopiec, który kochał sarny)

bambijpgW zasadzie sama jestem sobie winna, bo przecież po Sowie miałam tak serdecznie dosyć Mii Kruger i Holgera  Muncha, że obiecałam sobie solennie więcej się z nimi nie użerać. Plącząc się jednak wśród czarnopiątkowych promocji na e-booki, pewnie nadal pod wpływem przygnębienia po epickiej klęsce, jaką okazało się Przeznaczenie skrytobójcy, dokonałam tak zwanego zakupu impulsowego. Potrzebowałam szybkiej, niezbyt angażującej intelektualnie lektury na reset, a trzeci kryminał z cyklu norweskiego autora, którego marketingowcy zdecydowanie na wyrost okrzyknęli rywalem Jo Nesbo, w teorii idealnie spełniał te wymogi.

W praktyce również spełniał je idealnie, tak mniej więcej przez 2/3 objętości tekstu. Mia, jak na swoje możliwości, była zaledwie umiarkowanie irytująca, bo czysta po odwyku i niemal wolna od wizji swojej zmarłej siostry bliźniaczki, Sigrid. Holger zamiast użalaniem się nad rozpadem swojego małżeństwa zajął się robotą i nawet randkowaniem z nową lekarką sądową (a zatem po rozwodzie można mieć życie uczuciowe, kto by pomyślał!). No i oczywiście mieliśmy też zabójcę, tytułowego miłośnika saren. Człowieka posługującego się wyrafinowanym modus operandi, który na miejscu każdej zbrodni zostawiał enigmatyczne wiadomości dla śledczych. Mimo wyjątkowo niepokojącego prologu, który szybko wyparłam z pamięci, ogólnie zatem całość rokowała bardzo dobrze.

Niestety, choć ładnie żarło, bo dzięki krótkim rozdziałom i częstym zmianom perspektywy narracyjnej Bjørk sprawnie utrzymywał zainteresowanie odbiorcy, to ostatecznie zdechło, i to w wyjątkowo spektakularnych męczarniach. Że Mii po powrocie do pracy szybko zaczął się pogarszać stan zdrowia psychicznego i zatęskniła za znieczuleniem oferowanym przez tabletki i alkohol, nie będzie dla nikogo znającego poprzednie części wielkim zaskoczeniem. To jednak drobiazg w zasadzie pomijalny, podobnie jak doprowadzająca mnie do szaleństwa konfekcyjna mania autora. Gdybyście byli ciekawi, przejawia się ona w kompulsji, zmuszającej Bjørka do nadmieniania 5 razy w każdej scenie z udziałem bohaterów, że Mia nosi skórzaną kurtkę, a Holger budrysówkę. Aczkolwiek dopiero po trzech tomach zmotywowało mnie to do sprawdzenia, czym, do cholery, jest budrysówka (jeżeli jesteście takimi samymi ignorantami modowymi jak ja, informacje macie w linku powyżej).

Ale ja tu zdryfowałam na jakieś dywagacje o odzieży, a przecież nie z tym mam w Chłopcu, który kochał sarny największy problem. Problemem jest konstrukcja intrygi, czyli rzecz w kryminale podstawowa. Z tej części zadania Bjørk za każdym podejściem wywiązuje się, niestety, coraz słabiej, choć logika nakazywałaby zakładać, że z każdą kolejną powieścią powinno mu to iść lepiej. Już nawet nie chodzi o to, że najbardziej uważny czytelnik nie ma najmniejszej szansy wykryć tożsamości sprawcy (choć uważam, że danie czytelnikowi takiej szansy jest obowiązkiem każdego uczciwego autora kryminału). Policja również nie ma tu na to szans. Cała intryga jest adresowana do konkretnej osoby, a finał poprowadzony został kuriozalnie. W efekcie zamiast planowanego zapewne przez autora dramatyzmu mamy tragikomedię.

Nie polecam. W zasadzie energicznie odradzam.

I tylko Błazna i Bastarda żal (Robin Hobb, Przeznaczenie skrytobójcy)

bastard2jpgZawsze smutno, kiedy jedna z ulubionych autorek zawodzi. Kiedy zawodzi w zakończeniu cyklu tworzonego przez ponad dwadzieścia lat, smutek przestaje już być adekwatnym określeniem. Do niewielu tekstów mam silnie emocjonalny stosunek, do niewielu bohaterów przywiązuję się tak, jakby istnieli naprawdę. Ale jeśli już którymś z tego elitarnego grona dzieje się krzywda w postaci całkowitej i nieuzasadnionej przemiany osobowości, mój wewnętrzny Wierny Czytelnik domaga się krwi.

I słuchajcie, totalnie nie chodzi o to, że Robin Hobb poprowadziła swoją opowieść inaczej, niż ja bym sobie życzyła. Umówmy się na wstępie, że nie jesteśmy w literackim przedszkolu. Patrząc jednak całościowo na trylogię Bastard i Błazen, w której – nawet jak na dotychczasowe standardy autorki – akcja rozwijała się bardzo niespiesznie, nie dało się uniknąć nie tylko pewnych, ale wręcz gigantycznych oczekiwań względem fabuły ostatniej odsłony. Wszystko miało się wyjaśnić, w szczególności mroczne proroctwa o Światoburcy i Wilku z Zachodu. Akcją i napięciem to te strony powinny wręcz – nareszcie – ociekać. A tymczasem 2/3 opasłego tomu to ciągłe ucieczki i ponowne pojmania Pszczoły oraz długa i monotonna podróż żywostatkiem reszty kompanii. Aż się chce zacytować Rejs i refleksje Mamonia o chęci wyjścia z kina. No ale brniemy przez wzajemne fochy i udręki bohaterów, bo przecież w końcu dotrą oni do Gniazda Zła i wymierzą sprawiedliwość. I będzie epicko. Bastard chwyci za miecz, Błazen pomści swoje krzywdy, Pszczoła się do nich przyłączy, a smoki przylecą na nędzne resztki.

Tylko że nie. Kulminacja jest tak sztuczna i niesatysfakcjonująca, że aż się zaczęłam zastanawiać, czy Hobb nie podzleciła ostatniego tomu jakiemuś ghost writerowi, bo jest on wręcz wymęczony. Postaci tracą niezależność i charakter. Są jak marionetki, które robią dokładnie to, co powinny, żeby autorka mogła sobie rozpisać bardzo irytujące twisty i swoje wymarzone zakończenie. Sam finał nie byłby zły, gdyby nie wszystko, co go poprzedziło. Autorka zadbała, żeby czytelnik znielubił bohaterów, którzy zawsze byli największą siłą tej historii. Wykonała to zadanie tak skrupulatnie, że gdy w finałowych partiach jeden z protagonistów kona w nieludzkich męczarniach, jedyną myślą towarzyszącą czytelnikowi jest kończ, waść, mnie i sobie męczarni oszczędź. Nie tak to miało wyglądać, bardzo eufemistycznie rzecz ujmując.

Po zakończeniu lektury sama nie mogłam uwierzyć we własne odczucia i ocenę całości. Udałam się na Goodreads, gdzie pośród generalnie przychylnych recenzji odnalazłam też opinie podobne do mojej, a nawet od niej surowsze. Dzięki czemu poczułam się zarazem lepiej i gorzej. Z ciężkim sercem muszę podpisać się pod konkluzją jednej z czytelniczek, że lepiej przygodę z cyklem zakończyć na finale trylogii Zlotoskórego i zachować bardzo dobre wspomnienia o świecie i postaciach.

Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu (J.D. Barker, Piąta ofiara, The Sixth Wicked Child)

piątaPrzy poprzedniej pozycji potrzebowałam czasu na przemyślenie z uwagi na dużą ilość istotnych treści, a przy tych dwóch – czasu na zastanowienie, czy w ogóle warto o nich pisać. Ale jednak się zdecydowałam, bo to w pewnym sensie ciekawy przypadek. Trylogia zabójcy Czwartej Małpy (#4MK) to do pewnego momentu czytadło idealne. Dlaczego tylko do pewnego momentu? Podejrzewam, bo pewności mieć nie mogę, że rzecz nie była od początku planowana jako cykl, ale skala sukcesu pierwszego tomu skłoniła autora do dopisania dalszego ciągu, do którego zakończenie Czwartej małpy uchylało furtkę.

W którym miejscu to widać? Najmocniej chyba w samej Piątej ofierze, gdzie mamy całą serię zabójstw bardzo wyrafinowanych pod względem modus operandi. Intuicyjnie zatem oczekujemy, że ta forma będzie miała nie tylko jakieś, ale wręcz kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju intrygi. Nic bardziej mylnego, forma zbrodni była tylko atrakcją dla złaknionego udziwnień odbiorcy, autor w ostatecznym rozrachunku przeszedł nad nią po prostu do porządku dziennego. Miał dużo innych rzeczy do opisania i sporo takich powiewających wątków zostawił po prostu w próżni, licząc na to, że czytelnik, zaabsorbowany szybkim rozwojem akcji, nie zwróci na pominięte kwestie większej uwagi.

O ile jednak przez jakiś czas ta sztuczka się udaje, czemu sprzyjają krótkie rozdziały, duża ilość dynamicznych wątków i częste zmiany perspektywy narracyjnej, przez co napięcie stale utrzymywane jest na wysokim poziomie, to niestety czar pryska, gdy w finałowym The Sixth Wicked Child przychodzi do wyłożenia kart.

the sixth_

Bo zamiast obiecywanych asów autor trzyma tylko blotki, choć blefował całkiem wprawnie. Ale takie protekcjonalne stwierdzenia to sobie mogę serwować z perspektywy finału całej serii. Przyznam uczciwie, że pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po skończeniu Piątej ofiary (która, co chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, kończy się paskudnym cliffhangerem), było zaopatrzenie się w The Sixth Wicked Child i niezwłoczne podjęcie lektury. Nazywanie drugiego tomu nieudanym byłoby w związku z tym dwulicowe. Jednocześnie Piątej ofiary nie da się ocenić w oderwaniu od The Sixth Wicked Child, bo to po prostu jedna historia, podzielona na dwie części. Z których druga nie spełnia obietnic, mówiąc bardzo łagodnie. Zamiast rozwiązań równie finezyjnych jak sposób działania jego nieuchwytnego zabójcy Barker proponuje wielokrotnie używane w książkach i filmach, skuteczne, lecz zarazem wyświechtane wytrychy (genialnego kreta, np.). Nawet pomysły ciekawe, jak fałszywe wspomnienia, finalnie pali, w pogoni za filmowym efekciarstwem.

Trylogia #4MK to zatem klasyczny przykład cyklu, który czyta się dobrze, póki człowiek nie skończy i nie spojrzy na całość z perspektywy.  Wtedy wychodzą dziury, niedoróbki i życzeniowość. Jeżeli jednak szukacie lektury odpoczynkowej, która zwolni was z obowiązku głębszej refleksji, będzie to wybór idealny.

Korespondencja o naturze zła (Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver)

kevinWpis w sumie bardziej na wczoraj, choć dzisiaj też mamy refleksyjny dzień.  Powieść przeczytałam jeszcze we wrześniu, ale nie czułam się na sile wtedy o niej sensownie napisać. Miałam potrzebę, by ją jakoś przemyśleć. Złudne przekonanie, że czas ostudzi wyjątkowo silną emocjonalną reakcję, jaką ta nietypowa proza we mnie wywołała. Że pozwoli wyjść poza najbardziej oczywiste banały i ogólniki, które niejako narzucają się same po dotarciu do ostatniej kropki.

A trzeba poza oczywistości wyjść, inaczej pisanie o tym tekście nie ma sensu. Bo w Musimy porozmawiać o Kevinie nie znajdziecie choćby promila banału. Forma, treść, konstrukcja postaci – wszystko jest precyzyjnie pomyślane. Tak, aby zaprzeczyć uzasadnionym oczekiwaniom odbiorcy i kruszyć wszelkie stereotypy. Żeby uwierać. Zmuszać do refleksji. Pokazywać, że bywają scenariusze, których nie da się kontrolować. Takie, które wbrew logice, przeczuciom, znakom – muszą się zrealizować.

Nikogo tu nie będziecie lubili. Nikomu nie będziecie kibicowali. Wszystkie znaczące osoby dramatu ponoszą odpowiedzialność za Czwartek. Nie mogę napisać, o co w tym wszystkim chodzi, bo jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu z 2011 roku, z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym, to zdradzenie najistotniejszych fabularnie wydarzeń ograbi go z możliwości pełnego przeżycia opowieści w sposób przewidziany przez autorkę.

A chronologia i trzymanie przez narratorkę kluczowych kart przy orderach niemalże do samego końca mają dla odbioru Musimy porozmawiać o Kevinie kluczowe znaczenie. Powieść stanowi zbiór listów, pisanych przez Evę, matkę tytułowego Kevina, do męża – Franklina. Szybko można się zorientować, że z tą epistolografią coś jest mocno nie w porządku – Eva pisze niemal codziennie, ale nie dostaje żadnych odpowiedzi. Niby wspomina o separacji, ale, umówmy się, nie jest to zbyt wiarygodne. Podskórnie czujemy niemal od początku, że zaszło tu coś o wiele gorszego. Czwartek (zawsze wielką literą) powraca jak posępny refren, choć w zasadzie jest puentą historii o czymś zupełnie innym.

Eva mimo bardzo trudnego dzieciństwa (wychowywała ją samotnie matka chora na agorafobię, czyli lęk przestrzeni) odniosła w życiu wielki sukces. Od podstaw zbudowała własną firmę, wydawnictwo przewodników turystycznych adresowanych do backpackerów – turystów chcących zwiedzać świat z plecakiem i dysponujących niewielkim budżetem. Miała kochającego męża, Amerykanina w każdym calu. Chciała go uszczęśliwić, a ponadto pozostawić coś po sobie. Dlatego w wieku 37 lat zdecydowała się – mimo licznych wcześniejszych wątpliwości – na macierzyństwo. I tak urodził się Kevin. Syn, który odrzucił ją już w pierwszych sekundach – nie chciał ssać piersi. Potem było tylko gorzej. Krzyczał całymi dniami, kiedy była z nim sama w domu. Wyrósł na postrach niań i przedszkolanek. Zaczął szkodzić wcześniej zgodnemu małżeństwu swoich rodziców, bo Franklin uważał, że Eva demonizuje problemy i po prostu sobie nie radzi. Przede wszystkim z najważniejszym zadaniem matki. Takim, które powinno się wykonywać bez wysiłku – z pokochaniem własnego syna.

Shriver każe Evie opisywać wydarzenia z bezkompromisową wręcz szczerością (której przed Czwartkiem wyraźnie w jej komunikacji z mężem brakowało, co mogło być jedną z przyczyn dramatu). Ale ta szczerość, paradoksalnie, nie działa na korzyść kobiety. Jasne, Eva może się czuć pokrzywdzona tym, że mąż nie zauważa jej cierpień i bezrefleksyjnie bierze stronę syna. Że wybiera ignorowanie coraz bardziej niepokojących faktów.

Eva jednak najczęściej wybiera bierność. Łatwe wyjścia. Przemilczanie. Tłumienie obaw i złych przeczuć. Walkę z synem zamiast próby zrozumienia go. Chce za wszelką cenę ratować małżeństwo, mimo że od pewnego momentu wie, jak wysoka może się owa cena okazać w praktyce.

Niezwykła historia o wielu różnych, nieoczywistych obliczach zła. I takich samych obliczach miłości. Listowna rozmowa Evy z mężem o synu jest spóźniona, ale na lekturę tej znakomitej powieści, wydanej w oryginale w 2003 roku, na szczęście nie jest za późno. Nadróbcie koniecznie!

Niepotrzebny powrót do Gileadu (Margaret Atwood, The Testaments)

thetestamentsWiem, że długo mnie nie było, ale mam dobre usprawiedliwienie, o czym opowiem kiedy indziej. Dziś natomiast, zamiast o wiele trudniejszej pozytywnej, będzie recenzja negatywna – na rozbieg po przerwie, bo czepiać się zawsze łatwiej.

Mówiąc bardziej poważnie, akurat ten tekst krytykuję z ciężkim sercem, bo Opowieść podręcznej, jakkolwiek przeczytałam ją relatywnie niedawno, wywarła na mnie olbrzymie i niezatarte wrażenie. Jeśliby Margaret Atwood miała dostać kiedyś Nobla, to myślę, że głównie za tę powieść. Wielką w pewnym sensie przez swój świadomy ascetyzm, czerpiącą siłę z ograniczonej perspektywy i niedopowiedzeń, z których najważniejsze i oddziałujące najsilniej stanowiło otwarte zakończenie. Epilog przynosił potwierdzenie, że Gilead ostatecznie upadł, ale żadnych informacji o dalszych losach Fredy/June, która wprowadzała nas w to fascynujące i przerażające uniwersum. Resztę trzeba było sobie wymyślić. Między innymi dzięki temu opowieść kobiety w czerwonej sukni i czapce z białymi skrzydłami zostawała z odbiorcą na długo.

A potem przyszedł serial, ze znakomitym pierwszym sezonem, wiernie opartym na książce, choć dopowiadającym co nieco. Niestety, zasłużony sukces produkcji skutkował jej przedłużeniem, zaś drugi, a w szczególności trzeci sezon, mimo ciekawych wątków pobocznych, w głównej osi fabularnej jedynie goniły własny ogon. Nie można było wypuścić June z Gileadu, bo historia by się skończyła, a na to scenarzyści nie chcieli pozwolić. W efekcie dostaliśmy sporo bezsensownych i irytujących wygibasów, natomiast logicznej i trzymającej w napięciu akcji było niewiele.

Myślę, że gdyby nie sukces serialu, The Testaments nigdy by nie powstały. Tak byłoby lepiej. Ale że mamy, co mamy, pora określić, co właściwie mam tytułowym świadectwom do zarzucenia. Atwood przedstawia trzy narracje: pamiętnik pisany w tajemnicy przez wysoką rangą funkcjonariuszkę Gileadu oraz dwa transkrypty zeznań świadków, najprawdopodobniej złożonych podczas procesu przeciwko władzom upadłej republiki. Narratorkami są kobiety, a właściwie jedna kobieta i dwie dziewczynki, bo choć pierwszy świadek jest formalnie dorosły, to nie osiągnął dojrzałości emocjonalnej, wychowując się w zamkniętym gileadzkim systemie, który nie dawał prawa do żadnych własnych decyzji, determinując najdrobniejsze nawet aspekty codzienności, i całkowicie eliminował podmiotowość żeńskich jednostek. Trzecia bohaterka jest najmłodsza i wychowała się poza Gileadem, a trafiła tam, zasadniczo, z tajną misją szpiegowską.

Sądzę, że nie zdradzę żadnej wielkiej tajemnicy, kiedy napiszę, że autorką pamiętnika jest Ciotka Lydia, w którą w serialu wcieliła się fenomenalna Ann Dowd. Trzeci sezon serialu dopowiedział nam nieco więcej o jej biografii sprzed przewrotu, czego Atwood w najnowszej powieści zasadniczo się trzyma, choć dodaje sporo dodatkowych szczegółów. Dotyczą one jednak głównie okresu bezpośrednio po przewrocie oraz czasów, kiedy Ciotki – założycielki wspólnie opracowywały podstawy ideologiczne nowego państwowego systemu. Ta część historii jest ciekawa i napisana z nerwem, bo pokazuje autentyczny prywatny dramat kobiety ze społecznych nizin, która ciężką pracą wyszarpała sobie wysoki status, a teraz może go utracić z dnia na dzień. Nie chce się na to zgodzić, zatem przystępuje do zwycięzców.  Nakazuje jej to nie tyle ambicja, ile prymitywny instynkt przetrwania. Lydia ufa jednak wyłącznie sobie, nie internalizuje konserwatywnych norm nowego porządku, które bezpardonowo narzuca innym. W zasadzie to ich nienawidzi, tak samo jak Komendantów, na których cierpliwie zbiera haki, licząc, że nadejdzie dzień, kiedy będzie mogła je wykorzystać.

Pozostałe dwa świadectwa nie są już niestety tak ciekawe. Raczej rozczarowująco banalne i przewidywalne do bólu. Starsza dziewczyna nazywa się Agnes, co dla uważnego czytelnika i widza jest już wystarczającą wskazówką co do jej faktycznej tożsamości. To Hannah, starsza córka June, bohaterki Opowieści podręcznej, odebrana matce w chwili przewrotu. Opowiada o swoim dorastaniu w Gileadzie, trudnym po śmierci kobiety, którą uważała za matkę, i nastaniu w domu rządów niechętnej jej macochy, o niewytłumaczalnej niechęci do małżeństwa i o drodze ucieczki, jaką udało jej się znaleźć wewnątrz systemu, przy niewielkiej pomocy Ciotki Lydii. Jest – bez swojej winy, wszak dorastała w systemie, w którym indywidualność była niemal przestępstwem – postacią i narratorką skrajnie nieciekawą, naiwną i głupiutką. Można Agnes tylko pożałować, ale kibicować jej i zaangażować się autentycznie w jej losy już nie sposób.

UWAGA, SPOILERY Z SERIALU!

Zapoznając się z drugim zeznaniem, szybko wyzbyłam się wątpliwości co do tego, czy Atwood inkorporowała serialowe wypadki do swojego kanonu. Odpowiedź jest pozytywna, gdyż ta tajemnicza nastolatka, wychowywana w sekrecie w Kanadzie, której rodzice nigdy nie robili zdjęć, to mała Nicole, święty Graal gileadzkiej polityki zagranicznej z trzeciego sezonu i młodsza córka June, rzekomo spłodzona przez Freda Waterforda, a faktycznie przez jego kierowcę i agenta Oczu – Nicka. W finale drugiego sezonu serialu June oddała dziecko podręcznej, która zamiast niej uciekła z Gileadu. Sama została, chcąc uratować także Hannah, co najwyraźniej ostatecznie się nie udało (wspominałam wyżej o nielogicznych kiksach, mających przedłużyć serial za wszelką cenę). W dramatycznych okolicznościach, tuż po swoich szesnastych urodzinach, Nicole odkrywa swoją faktyczną tożsamość i niemal natychmiast zgadza się przeniknąć do Gileadu jako fałszywa konwertytka, w celu odebrania od źródła wywiadowczego opozycyjnej organizacji Mayday materiałów kompromitujących władze republiki. W tym celu przechodzi ekspresowe szkolenie szpiegowskie. Brzmi jak bardzo kiepska i pretekstowa powieść dla młodzieży z Mary Sue na pierwszym planie, prawda? I dokładnie takie jest. A to jest właśnie główna oś intrygi, jaką proponuje czytelnikom Margaret Atwood. Poczekaliśmy 35 lat i córki June obaliły Gilead. Co zostaje opisane na chybcika, pretekstowo i byle jak. No, hura.

Poza częścią Ciotki Lydii, która zdecydowanie ma momenty (i tylko tyle) każące wspominać Opowieść podręcznej, The Testaments stanowią zatem zawód pod każdym możliwym względem. Przynoszą sporo odpowiedzi, ale więcej nimi psują, niż dodają. Kładą się głębokim cieniem  na znakomitej historii, na której otwarcie żerują. I mimo to zostały nagrodzone Bookerem, co jeszcze raz potwierdza, że nagrodowym gremiom nie powinno się ufać.

Nie polecam. Powiem więcej – stanowczo odradzam, jeśli chcecie zachować znakomite wspomnienia po lekturze Opowieści podręcznej w nietkniętym stanie.

Pięć nowych twarzy Jordana (Diabeł w maszynie, Anna Kańtoch)

diabelTrzynaście długich lat przyszło czytelnikom czekać na powrót do Okcytanii i kolejne spotkanie z medykiem i fascynatem demonologii, znanym ze zbiorów opowiadań Diabeł na wieżyZabawki diabła. Autorka wracać do swojego pierwszego uniwersum nie chciała, odbierała to jako krok wstecz, a interesował ją rozwój i podążanie nowymi twórczymi ścieżkami. Ale przyrzekła najwierniejszej fance doktora Jordana, że napisze o nim nowy tekst, kiedy tylko poczuje, że będzie miała coś faktycznie nowego do opowiedzenia.

Cierpliwość popłaca, bo dostaliśmy aż pięć nowych historii (przy czym trzy ukazały się wcześniej: w zbiorze Światy Dantego, w ramach Bookrage i na łamach Nowej Fantastyki), istotnie różniących się od wcześniejszych odsłon cyklu. W Diable na wieży najważniejsze były zagadki, a bohater pozostawał enigmą. W Zabawkach diabła przy okazji śledztw dostaliśmy wgląd w przeszłość i motywacje Domenica, postawionego w centrum. Natomiast Diabeł w maszynie to w pierwszym rzędzie zbiór interesujących literackich eksperymentów – z formą, narracją, konwencją, a przede wszystkim oczekiwaniami czytelnika. Zestawiając najnowszy tom z poprzednimi, łatwo zauważyć, jak długą drogę przeszła Anna Kańtoch jako pisarka, jak dalece udoskonaliła swój warsztat i jak zmieniły się jej zainteresowania. Nadal mamy tu oczywiście satysfakcjonująco rozwiązane zagadki, w tym wyjaśnienie tej najważniejszej, czyli zabójstwa Alais, kuzynki głównego bohatera. Jest magia, tak pod postacią artefaktów, jak i interwencji nieznanych sił (dar jasnowidzenia i jego cena, opisana w Anatomii cudu), a nawet demonów. O wiele istotniejsze staje się jednak, jak opowieść zostaje podana (często forma stanowi klucz do interpretacji), a także – co się dzieje w tle.

Prawda jest bowiem taka, że Domenic Jordan to drugoplanowy bohater Diabła w maszynie, często jedynie obserwator. Czasem wykonawca poleceń. Niekiedy, mimo wszystkich swoich przymiotów, widz, wystrychnięty na dudka wraz z resztą publiczności. Przypada mu zatem podobna rola, co czytelnikowi. Podobnie jak on, bohater odbiera w tym zbiorze kilka gorzkich lekcji perspektywy. Od demona ważniejszy bywa rodzinny dramat, od magicznego artefaktu – wieloletni plan zemsty za czyjąś bezczelność, wyrosłą na gruncie przekonania o bezkarności. Nawet straszliwe i wszechmocne stowarzyszenia, do których trzeba się wkupić skrzywdzeniem niewinnych, ostatecznie zaskakują swoją prawdziwą naturą.

By dostrzec właściwe odpowiedzi, trzeba patrzeć uważnie, bynajmniej nie tylko dlatego, że przeszkodą bywa ciemność katakumb. Nikogo nie powinno się tutaj lekceważyć, bo sprawcą, jak to w dobrym kryminale – może być absolutnie każdy.

Zdecydowanie warto dać się zabrać wszędzie, gdzie oferuje nam dostęp wyobraźnia Anny Kańtoch: do zamku na odludziu, do gorącego Sour, miasta cudów, w zaułki alestrańskiej dzielnicy nędzy, Camboli, pod Alestrę, a nawet w misję rodem z Człowieka w żelaznej masce. Po każdym z tych wypadów zostają unikalne wspomnienia.

P.S. Domenic ma tutaj fana, którego oczywiście spotyka gorzkie rozczarowanie idolem:) Takich smaczków jest mnóstwo. Aż wam zazdroszczę, że wszystkie jeszcze przed wami!

Z sercem i duchem, za to bez magii (Jim Butcher, Ghost Story)

Ghost_Story_ButcherJakoś ostatnio trudno mi się zmobilizować do wpisu. Na przełamanie nie masz zaś jak o Dresdenie pisanie, bo Harry Dresden fajny jest i poziom trzyma nieustannie. Zgodnie z ustanowioną rok temu nową świecką tradycją, w sierpniu sięgnęłam sobie po kolejny tom przygód jedynego maga, którego można znaleźć w książce telefonicznej Chicago, w oryginalnej wersji językowej. Spieszę jednak donieść nieutulonym dotąd w żalu rodzimym fanom Akt Dresdena, że polski wydawca cyklu, czyli MAG, chyba w końcu usłyszał mój głos wołającej na pustyni (bądź znowu pogonił go agent autora, lub też bodźcem okazało się ukończenie przez Butchera Peace Talks, nad którymi prace trwały już od dobrych kilku lat). Mniejsza zresztą o przyczyny – grunt, że jeszcze w tym miesiącu ukażą się u nas Zmiany, które entuzjastycznie polecałam w zeszłym roku, a w październiku właśnie Opowieść o duchach.

Jest więc nadzieja na nowe życie Akt na naszym rynku. Tym przyjemniej jest mi donieść, że w Ghost Story autor po raz kolejny postanowił zaproponować czytelnikom coś świeżego. O ile można tak powiedzieć o nieboszczyku. I tutaj niemożliwy do uniknięcia SPOILER z epilogu Changes.

Tym nieboszczykiem, a zarazem duchem, snującym tytułową opowieść, jest Harry Dresden. Jego duchowa esencja zostaje zawrócona z Drugiej Strony i odesłana do Chicago w dwóch celach: by odkryć tożsamość własnego zabójcy oraz by chronić bliskich Dresdena, bo bez jego interwencji trójka spośród nich poważnie ucierpi. W zasadzie zatem nasz bohater musi robić to, co zwykle. Ale, i w tym całe clou, nie dysponuje tymi samymi narzędziami, co zazwyczaj. Dla przygniatającej większości populacji jest przede wszystkim w swoim obecnym stanie niewidzialny i niesłyszalny. Nie może też niczego dotknąć. Światło słoneczne może go rozpuścić, zatem dni zmuszony jest spędzać w ukryciu (poświęca ten czas na wspominanie swojej przeszłości, co również jest dla czytelnika ciekawe, gdyż te informacje były dotąd racjonowane bardzo skąpo).

By móc podjąć jakiekolwiek działania, w ograniczonym czasie, który otrzymał do dyspozycji, Harry zmuszony jest prosić o pomoc jedynego znanego sobie ektomantę, Mortimera Lindquista. Ta postać pojawiła się najpierw w Upiornym zagrożeniu, a następnie w Martwym rewirze i jak dotąd przez naszego maga postrzegana była zdecydowanie negatywnie, a w najlepszym wypadku lekceważona. Jednak, jak to mówią, punkt widzenia zależy od stanu skupienia. Teraz Morty jest dla Dresdena jedyną szansą na kontakt ze światem zewnętrznym. Jako duch, mag może dostrzec nie tylko ogrom potencjału pogardzanego wcześniej człowieka, ale i skalę jego działań w duchowym świecie Chicago. Jest to zatem podwójnie ciekawe posunięcie ze strony autora, który ponownie poszerza swoje uniwersum o kolejny wymiar, rządzony własnymi prawami, zamieszkany przez duchy o różnej mocy i intencjach, a swojemu zarozumiałemu protagoniście daje prztyczka w dumnie zadarty nos i materiał do przemyśleń.

Dodatkowo od zgonu Dresdena do powrotu jego ducha do miasta upłynęło pół roku. Dzięki temu możemy obserwować, jak jego bliscy uporali się (bądź nadal zmagają się) z żałobą. W szerszym wymiarze brak Strażnika o potężnej mocy naraził natomiast jego osierocone miasto na atak dotąd onieśmielonych potęg, który, oczywiście, będzie musiał zostać odparty. Przy współudziale duchowym naszego bohatera. Dresden nie może posługiwać się magią. Musi posłużyć się sprytem. Bez ciała nie czuje gniewu. Może przemyśleć swoje posunięcia. Jest to, paradoksalnie, bardzo ożywcza odmiana.

Zdecydowanie zatem polecam kolejną odsłonę Akt Dresdena. Pozycja najlepszego cyklu urban fantasy została utrzymana.