Życie i cała reszta (Łukasz Najder, Moja osoba. Eseje i przygody)

najderjpgJakoś trzeba zacząć. No to może przyznam, że lubiłam czytać redaktora inicjującego Najdera ze Zgierza, zanim stało się to modne w tak zwanych szerokich kręgach. Miło się czyta inteligentnych szyderców, którzy nie potrzebują maczety, by swobodnie poruszać się w gąszczu wszelkich kulturalnych kontekstów i odniesień. A jeszcze rzadszą przyjemność stanowi obcowanie z tekstem, którego autor wie, że język to coś więcej, niż tylko narzędzie. I umie postawić przecinek we właściwym miejscu.

Świetnie się zatem bawiłam przy Transmisjach i choć śledziłam publikacje autora w Dwutygodniku czy na łamach Pisma mniej więcej na bieżąco, od pierwszych zapowiedzi wiedziałam, że sięgnę po Moją osobę, która ukazała się 18 marca nakładem Wydawnictwa Czarnego. W skład zbioru wchodzi 14 tekstów, z których 7 było wcześniej publikowanych, choć ich obecne wersje zostały nieco uzupełnione. Dwa z nich macie pod wcześniejszymi linkami, inne łatwo znaleźć, jeśli chcecie się przekonać, czy styl zgierskiego nihilisty wam odpowiada. Przy okazji premiery Rafał Pikuła przeprowadził ciekawy wywiad z autorem, z którego można się m.in. dowiedzieć, że Moja osoba prawdopodobnie nie powstałaby, gdyby nie szeroki czytelniczy odzew na teksty pisane z tytułowej osobistej perspektywy. I coś w tym chyba musi być, bo zawartość wydawnictwa można wyraźnie podzielić właśnie na takie konfesje prywatne oraz przemyślenia społeczno-kulturalne.

Przy czym to teksty z pierwszej grupy: o ojcu, nerwicy lękowej (Mysz, esej zdecydowanie najbardziej intymny, a zarazem najlepszy, którego napisanie zapewne kosztowało wiele, a decyzja o jego publikacji musiała wymagać wielkiej odwagi), letnisku lat dziecinnych, epizodzie z korwinizmem oraz doświadczeniach ze śmiercią – u mnie rezonowały zdecydowanie najmocniej i uważam je za serce czy też literackie mięso zbioru. Choć pisane z indywidualnej perspektywy, poruszają tematy uniwersalne i tworzą dla czytelnika przestrzeń do wspólnego z autorem  przeżywania silnych emocji.

Grupa druga to już raczej zdystansowane analizy, niepozbawione pierwiastka osobistego, niewątpliwie ciekawe i stymulujące intelektualnie, ale jednak do konsumowania bardziej na zimno. Mamy tu między innymi rozważania o ciszy, Ikei jako świątyni współczesnego konsumpcjonizmu, o  dobrowolnej izolacji, czytelnictwie, pracy z domu czy prokastrynacji. Z nowych tekstów chyba najciekawszy jest Ten człowieczek już więcej nie może, o białych mężczyznach doprowadzonych do kresu wytrzymałości przez zmieniającą się rzeczywistość, dzięki któremu obejrzałam wreszcie znakomity film Upadek z 1993 roku z Michaelem Douglasem i Robertem Duvallem w rolach zaskakująco podobnych protagonistów.

Niezależnie od indywidualnych preferencji każdy, kto lubi poczytać dobrze napisane, błyskotliwe teksty, znajdzie w Mojej osobie coś dla siebie. Jak to mawia sam autor: zalecam!

Trzy czytadła na pandemię (3 sekundy, Sejf i W labiryncie)

Jako mój wkład do akcji #zostańwdomu proponuję trzy tytuły, które bardzo trudno odłożyć. Przy ich lekturze czas mija niepostrzeżenie, a śledzenie akcji odrywa myśli od różnych rzeczy, na które (poza niewychodzeniem z domu bez potrzeby) i tak nie mamy żadnego realnego wpływu.

sejfPierwszy z nich to przeczytany przeze mnie jeszcze w styczniu Sejf Ryana Gattisa. Powieść nie ma już tak szaleńczej dynamiki jak Miasto gniewu, niemniej jest równie dobra, a jej odmienność wypada uznać za zaletę. Tym razem mamy tylko dwóch narratorów. Jeden to członek gangu narkotykowego współpracujący z policją na zlecenie swojego szefa. Szef nie wie, ze jego podwójny agent stał się potrójnym i planuje zacząć wraz z rodziną nowe życie dzięki programowi ochrony świadków. Drugim jest dawny ćpun, który od dłuższego czasu prowadzi praworządny żywot i nawet zdobył uczciwy fach – rozpruwa sejfy, ale legalnie, między innymi na zlecenie Agencji Antynarkotykowej (DEA). Kiedy jednak dowiaduje się, że jego dni są policzone, postanawia wykorzystać swoje umiejętności w dobrej sprawie – okraść dawnych kamratów, a zdobyte w ten sposób środki przekazać potrzebującym. Całkiem jak Robin Hood! Jak łatwo się domyślić, ścieżki obu narratorów w tych kluczowych dla nich momentach w końcu się przetną, a napięcie będzie można kroić nożem. Może i Miasto gniewu było lepsze, ale Sejfowi nie można nic poważnego zarzucić. Moja wewnętrzna maruda nie była do końca usatysfakcjonowana polskim tłumaczeniem. Poprzednią powieść autora Robert Sudół tłumaczył sam, tę – z (chyba) synem, Jakubem. Dysonans stylistyczny był jak na mój gust trochę zbyt duży.

3 selundyW lutym, dzięki poleceniu Jane Doe, sięgnęłam po 3 sekundy autorstwa duetu, w skład którego wchodzą Anders Roslund i  Börge Hellström. I to był strzał w dziesiątkę. Opowieść o więziennej misji tajnego współpracownika policji, która mimo misternego planowania bardzo szybko i poważnie się skomplikowała, zapewniła mi wiele godzin emocjonującej rozrywki. I nie jest to w żadnym razie wytarty frazes – w tej powieści dzieje się tak dużo i tak szybko, a stawka jest tak wysoka, że naprawdę podczas czytania ma się wrażenie uczestnictwa w emocjonującej grze. Główny bohater, Piet Hoffman, walczy o przetrwanie. Funkcjonariusze instytucji państwa, które zawarły z nim układ i zleciły mu bardzo niebezpieczne zadanie, starają się uchronić przed kompromitacją w oczach opinii publicznej, jaką byłaby jego dekonspiracja. Jest to więc poza warstwą sensacyjną powieść z przesłaniem. Autorzy krytykują system, który pozwala policji oraz innym służbom, w imię poprawy statystyk wykrywalności, prowadzić zakonspirowane działania z wykorzystaniem tajnych współpracowników – przewerbowanych kryminalistów. W swojej drobiazgowo przemyślanej i uwzględniającej wiele aspektów pracy operacyjnej fabule wskazują na oczywiste słabości i niebezpieczeństwa generowane przez tego typu rozwiązania. Jest to zatem, obok niewątpliwych zalet czysto rozrywkowych, swego rodzaju intrygująca ciekawostka. Cykl z Pietem Hoffmanem ma dwie dalsze odsłony, 3 minuty (już na rynku) oraz 3 godziny, których polskie wydanie było planowane na marzec. Jest też film z Joelem Kinnamanem i Rosamund Pike, ale jeszcze nie oglądałam, więc się nie wypowiem, czy warto.

w labiryncieCałkiem niedawno natomiast dosłownie pochłonęłam dzięki rekomendacji Olgi Wróbel z Kurzojadów najnowszą powieść Donato Carrisiego, czyli W labiryncie. Autor Dziewczyny we mgle tym razem opowiada o zaginionej nastolatce, Samancie, która jednak odnajduje się po 15 latach, gdy wszyscy już zdążyli o niej zapomnieć. Tu również mamy dwa główne plany narracyjne. Na pierwszym Sam rozmawia z profilerem, opowiadając mu historię swojego uwięzienia w tytułowym labiryncie i zagadkowego uwolnienia. Na drugim towarzyszymy prywatnemu detektywowi, który 15 lat wcześniej przyjął od zdesperowanych rodziców zaginionej dziewczyny zlecenie na jej poszukiwanie, ale nie zrobił wiele poza zainkasowaniem pokaźnej należności. Teraz, gdy wie, że jego dni są policzone, chce wyrównać karmiczny dług i unieszkodliwić porywacza, by nie znalazł sobie następnej więźniarki. Mimo że intryga jest miejscami aż groteskowa, a kończy się dość bezsensownym twistem (mówiąc bardzo łagodnie), nie da się odmówić Włochowi umiejętności przebiegłego oplatania czytelnika siecią swoich pokrętnych narracyjnych pomysłów. Czyta się dzięki temu bardzo dobrze, nawet jeśli końcówka jest pewnym, pełnym konfuzji, zawodem. Uwaga: choć nic (łącznie z informacją wydawcy i zdecydowaną większością fabuły) na to nie wskazuje, powieść stanowi trzeci –  po ZaklinaczuHipotezie zła – tom cyklu z Milą Vasquez. Zostaliście ostrzeżeni.

Jestem zupełnie nienormalny/Jestem znudzony kapitalnie (Sally Rooney, Normalni ludzie)

normTym razem w pułapkę marketingową wlazłam z pełną świadomością, bo byłam w zeszły piątek strasznie niepocieszona, że Wydawnictwo Mag nie wypuściło e-booka najnowszych Akt Dresdena, czyli Zimnych dni, równo z premierą wersji papierowej. Atakowały mnie zewsząd te peany o drugiej powieści Sally Rooney, pomyślałam, że coś wciągającego, współczesnego i o młodych ludziach przyda mi się dla równowagi po genialnym, ale naprawdę ciężkim Dreamlandzie Sama Quinonesa (o którym mam nadzieję wam napisać, ale muszę nabrać trochę dystansu i może obejrzeć uzupełniająco Farmaceutę na Netfliksie). Myślałam też sobie, że BBC w końcu nie ekranizuje byle czego, a już się zabrali za serial na podstawie. A poza tym,  żeby nie zakłamywać obrazu – miałam do dyspozycji środki na karcie prezentowej Empiku. Czyli hulaj dusza bez kontusza:)

Przyznać trzeba, że wnyki nie zatrzasnęły się w tym przypadku tak boleśnie, jak to się zdarzyło np. z Patrickiem Melrosem, po którym do dziś nie wylizałam ran, choć przeczytałam tylko połowę. Sally Rooney pisze sprawnie, ma doskonałą kontrolę nad opowieścią, której konstrukcja przypomina zmieniające się płynnie serialowe kadry. Zatem scenarzysta BBC w jakimś sensie przyjdzie na gotowe. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem zachwytów nad naturalnością stylu młodej Irlandki, choć do oceny ich adekwatności pewnie trzeba by  było sięgnąć po oryginał. Nie znaczy to bynajmniej, że mam cokolwiek do zarzucenia przekładowi Jerzego Kozłowskiego. Po prostu, język jest całkowicie neutralny, ani opisy, ani partie dialogowe niczym się nie wyróżniają. Nie zawadzają w śledzeniu fabuły, ale i nie skłaniają do zatrzymania się na moment, przemyśleń, o zachwytach poszczególnymi frazami już nawet nie wspominając.

Jest to opowieść o relacji między Connellem i Marianne, która rozpoczyna się, gdy oboje są w liceum, w małym irlandzkim miasteczku Carricklea, a kończy cztery lata później, kiedy studiują w Dublinie. Mama Connella sprząta w domu matki Marianne, ale dzieciaki, choć chodzą do jednej klasy, nie zadają się ze sobą. Marianne, pochodząca z bardzo zamożnej rodziny, jest klasowym pariasem, Connell, wychowywany tylko przez matkę, która urodziła go jako nastolatka – popularnym sportowcem. Całkiem niespodziewanie dla obojga, zaczynają pod koniec szkoły uprawiać seks. Trzymają to jednak w tajemnicy, a Connell na bal maturalny zaprasza zaprasza inną dziewczynę. W Dublinie role ulegają odwróceniu – to Marianne bryluje w towarzystwie, a Connell nie potrafi nawiązać nowych znajomości. Cały czas jednak na siebie wpadają, przyciągają się i odpychają, raniąc się nawzajem, nie potrafiąc się poprawnie komunikować.

Naprawdę nie wiem, za co Rooney okrzyknięto Salingerem epoki Tindera czy Dickensem XXI wieku. O stylu już pisałam. Oboje bohaterowie są antypatyczni, choć każde z innego powodu. Connell jest po prostu bucem, który myśli tylko o sobie, jest niezdolny do autorefleksji, empatii i nie bierze pod uwagę uczuć czy położenia innych osób ani tego, jak jego egoistyczne decyzje mogą na bliskich wpłynąć. Przy czym w ogóle nie wyciąga wniosków z popełnianych błędów, choć deklaruje coś zupełnie innego. Marianne żyje w bańce swojego statusu ekonomicznego, nie zdaje sobie sprawy (ani nie zaprząta sobie głowy) takimi banałami jak konieczność pracy w celu zdobycia środków utrzymania i dachu nad głową. Z powodu nienormalnych relacji rodzinnych uważa, że zasługuje na ból i upokorzenie, sama jednak – czerpiąc perwersyjną przyjemność ze statusu wiecznej ofiary – częstokroć ten ból zadaje, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W pewnym sensie oboje są siebie warci, ale – i to jest chyba ta rewelacyjna rewolucja – ich związek nie może się udać. Dla relacji opartej na tak niezdrowej dynamice to w sumie happy-end.

Czy jednak jest w tej historii coś odkrywczego, zaskakującego, świeżego? Według mnie absolutnie nie. Sprawnie opisane perypetie dwójki dojrzewających ludzi z różnymi rodzajami ran, którzy ostatecznie przekonują się, że cierpienie to za mało na trwały wspólny mianownik. Całkowicie zmarnowana szansa na głębszą refleksję nad tym, jak pochodzenie z różnych warstw społecznych może wpływać na możliwości życiowe. Connell w liceum wprawdzie pracuje na stacji benzynowej, żeby móc kupić samochód, a w markecie pakuje do koszyka najtańsze produkty, natomiast na studiach musi pracować, żeby mieć pieniądze na opłacenie stancji. Szybko jednak zdobywa stypendium, które do końca studiów niweluje problem wyżywienia i zakwaterowania.

W sumie – można przeczytać, wciągnąć się, przyjemnie spędzić czas. Ale już po paru dniach nic znaczącego z tej lektury nie zostaje w głowie. Antypatycznym bohaterom się nie współczuje, dostają to, na co sobie rzetelnie zapracowali.

Smutna ona, smutny on, a taka piękna miłość (Imogen Hermes Gowar, Syrena i pani Hancock)

syrenaPochłonęła mnie ta historia, co było tym bardziej nieoczekiwane, że wcześniej porzuciłam trzy inne pozycje, w tym Krótką historię siedmiu zabójstw Marlona Jamesa (tłumaczył Robert Sudół) i Eksmitowanych Matthew Desmonda w przekładzie Tomasza S. Gałązki. Debiutancka powieść Gowar czekała na swój czas i się doczekała. Dokładnie tego mi było trzeba po serii trudnych i wymagających lektur. Nie znaczy to bynajmniej, że mamy do czynienia z jakąś błahostką, którą można poczytać dla łatwego relaksu. O nie, to po prostu, osadzona w Londynie i okolicach pod koniec XVIII wieku, opowieść o dwójce ludzi, których losy splotło pretekstowo legendarne morskie stworzenie.

Johan Hancock, kupiec i właściciel nieruchomości na wynajem, stracił przed kilkunastoma laty żonę Mary i syna Henry’ego – oboje nie przeżyli porodu. Od tego czasu prowadził samotniczy, wypełniony rutyną żywot, a w wielkim domu w podlondyńskim Deptford towarzyszyły mu tylko nastoletnia siostrzenica Sukie, służąca Bridget i przygarnięta kotka. Oraz cienie utraconych bliskich. Pan Hancock nie zastanawiał się specjalnie nad swoją samotnością, skupiając się całkowicie na pracy, aż do dnia, w którym jeden z jego kapitanów powrócił z rejsu bez statku i towarów, za to z truchłem syreny, które, jak oznajmił, po prostu musiał kupić. W dodatku wydawał się święcie przekonany, że jego zleceniodawca zrobi na egzotycznym trofeum doskonały interes. Chcąc ograniczyć straty, wywołane szalonym wyczynem żeglarza, Hancock wystawia syrenę na pokaz w zaprzyjaźnionym londyńskim zajeździe. Tam znajduje ją znana rajfurka, pani Chappell, i wypożycza za atrakcyjną opłatą, bo bezbłędnie wyczuwa, że syrena rozpali wyobraźnię jej wysoko postawionej klienteli.

By przychylnie usposobić do przedsięwzięcia pana Hancocka, rajfurka zleca opiekę nad nim swojej byłej podopiecznej, Angelice Neal, która właśnie wróciła do Londynu po śmierci opiekuna. Luksusowa kurtyzana nie chce się wyrzec niezależności, ale nie może sobie pozwolić na zrażenie dawnej protektorki, zgadza się zatem zabawić kupca. Choć wieczór w domu uciech kończy się katastrofą, Johan Hancock nie potrafi wyrzucić z myśli zjawiskowej piękności. Ta jednak, niczym postać z jakiegoś mitu, dalsze zaloty obwarowuje niemożliwym do spełnienia warunkiem – żąda kolejnej syreny.

Jest w powieści Gowar ambicja na sporo więcej niż tylko poruszającą (choć w sumie przewidywalną) historię kolei losu dwójki wyrzutków z całkowicie nieprzystających do siebie światów, których łączy głównie nierealność posiadanych aspiracji. No bo kto to widział, żeby handlarz albo dziwka tak sobie wstępowali do wyższych sfer? Na pewno nie londyńska socjeta! To koncept równie dziki, co syrena w kadzi. Ale te ciekawsze wątki, jak dodatkowo utrudniony w kastowym społeczeństwie przez rasizm los czarnoskórych, czy wąskie ramy konwenansów, w jakich mogą się poruszać przyzwoite kobiety, zostają zaledwie zaznaczone i szybko porzucone.

Nie umniejsza to w niczym zalet głównego wątku, tak nietypowo realistycznego w zestawieniu z baśniową syreną, która mu patronuje. Zarówno Johan, jak i Angelica, muszą odebrać trudną lekcję tego, że wyobrażenia o miłości często dzieli przepaść od realnego uczucia, a obiekt teoretycznie odpowiedni nie zawsze okazuje się w praktyce zdatny do wspólnego życia. Troszkę wprawdzie moim zdaniem niepotrzebnie autorka zdecydowała się na urealnienie swojej syreniej metafory w końcowej części historii, puencie jednak ten drobny mankament wdzięku ostatecznie nie odbiera. Przepięknie przetłumaczona przez Annę Dobrzańską i hipnotyzująca jak syreni śpiew opowieść to coś jak znalazł na Dzień Języka Ojczystego. Serdecznie polecam, dajcie się oczarować. Ostatnio podobnie porwał mnie chyba Dżentelmen w Moskwie Amora Towlesa, choć poza niewytłumaczalnym magnetyzmem  absolutnie nic obu tych powieści nie łączy.

Pierwsze Prawo – następne pokolenie (Joe Abercrombie, Szczypta nienawiści)

szczyptaPodobno Joe Abercrombie to ulubiony współczesny pisarz fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Jako fanka twórczości obu autorów myślę, że wiem, dlaczego. Abercrombie, podobnie jak Sapkowski, kostium fantasy wykorzystuje do snucia w mocno pesymistycznej tonacji rozważań o uniwersalnych wyzwaniach cywilizacyjnych społeczeństw  i dylematach etycznych jednostek. Poza tym w każdej kolejnej powieści autor Ostrza wywraca na nice konwencję gatunkową, w ramach której buduje opowieść. W debiutanckiej trylogii Pierwsze Prawo zajął się w ten sposób klasycznym fantasy, w którym, jak wiadomo, przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, by ta, po zdobyciu magicznego artefaktu, mogła ocalić świat. W trzech pojedynczych powieściach z tego samego uniwersum wziął na warsztat kolejno opowieść o zemście, powieść wojenną i western. I robił to znakomicie, bo do przewrotnego pomysłu na konstrukcję umiał dodać intrygujących bohaterów, zajmującą fabułę i dokładnie tyle cynicznego humoru, ile było trzeba.

Obecnie postanowił napisać drugą trylogię o bohaterach znanych z Pierwszego Prawa, a że od pierwszego tomu minęło w tamtym świecie około trzydziestu lat i zdecydowanie nie wszyscy przeżyli, pierwszoplanowe role musi odegrać następne pokolenie – głównie dzieci poprzednich protagonistów. Ci ostatni muszą się zadowolić pojawianiem się w tle. Nie jest tak, że jeśli ktoś nie czytał pierwszej trylogii, nie może zacząć przygody od Szczypty nienawiści. Główny wątek fabularny jest co do zasady całkowicie niezależny od wcześniej opowiedzianej historii, zamkniętej w Ostatecznym argumencie królów. Wszystkie smaczki i nawiązania stanowią jedynie dodatkowy walor przedstawionych wydarzeń i można się bez nich spokojnie obejść, zwłaszcza bez gigantycznego spoilera jednego z najważniejszych wątków pobocznych.

Jak zatem wypada powrót do Adui? Na pewno zajmująco, bo Abercrombie postanowił zafundować swojemu światu rewolucję przemysłową wraz z zalążkami nieodzownej rewolucji robotniczej. Poza tym mamy działania wojenne i romanse, tak że dla każdego coś miłego i nudzić się niewątpliwie nie można. Najnowsza powieść ma wszystkie zalety poprzednich i stanowi czytelną próbę nowego otwarcia – cofnięcia magii na dalszy plan, nowego podejścia politycznego do odwiecznego konfliktu między Północą i Unią. Jednocześnie jednak stary ład ani myśli oddawać swoich przyczółków bez walki i wszystko wskazuje na to, że Szczypta nienawiści to jedynie rozgrzewka przed zasadniczym starciem starego z nowym.

Nie jest to najlepsza ani najgorsza powieść w dorobku autora, który jednak nigdy nie schodzi poniżej pewnego – wysokiego – poziomu. Czysta przyjemność obcowania z inteligentną prozą rozrywkową, niezakłócona żadnymi zgrzytami, trafia się naprawdę rzadko. Tym bardziej nie należy przepuszczać żadnej okazji na zetknięcie z tego rodzaju literaturą, do której Szczypta nienawiści niewątpliwie się zalicza. Polecam.

Wirus paniki i Dobry wilk, czyli o sprawdzonych polecankach Janiny Daily

wirusW ostatnich tygodniach przeczytałam kilka tytułów, ale zupełnie nie miałam czasu ani – przede wszystkim – natchnienia, żeby napisać wam o nich coś sensownego. Dzisiaj to już naprawdę zżerają mnie wyrzuty sumienia z powodu długiej ciszy na blogu, ale przede wszystkim mam poczucie, że byłoby szkoda nie zwrócić waszej uwagi na wartościowe pozycje, które nie tylko były interesującą lekturą, ale przede wszystkim zainspirowały mnie do przemyśleń. O obu dowiedziałam się z bloga oraz Instagrama Janiny Daily, a choć oczywiście migały mi wcześniej w innych miejscach (np. w Polityce czy na Facebooku Wydawnictwa Czarne), to właśnie wpisy Janiny ostatecznie przekonały mnie do sięgnięcia po Wirusa paniki Setha Mnookina i Dobrego wilka Larsa Berge (nie wiem, czy to nazwisko się odmienia). W zasadzie zatem mogłabym odesłać do zalinkowanych wpisów Janiny (zwłaszcza że w tym drugim poleca jeszcze inne tytuły, którym sukcesywnie będę dawać szansę). Ale na aż taką łatwiznę nie pójdę.

O Wirusie paniki dodam od siebie przede wszystkim, że zdołał mnie zaskoczyć. Jestem w miarę na bieżąco z całą tą aferą szczepionki powodują autyzm, zawierają rtęć i są złem wcielonym. Byłam zatem przekonana, że od Mnookina wiele nowego się nie dowiem. Tkwiłam w tak zwanym mylnym błędzie, gdyż, po pierwsze, autor generalnie o samych szczepionkach pisze o wiele szerzej, w pewnym sensie dając perspektywę historyczną, która pozwala lepiej zrozumieć teoretycznie zadziwiającą ewolucję społecznego nastawienia do zbiorowej odporności. Po drugie, to nie jest ani tylko, ani przede wszystkim książka o szczepionkach i panice antyszczepionkowej. W dużym stopniu jest ona o psychologii, systemowym braku komunikacji między specjalistami oraz instytucjami a tak zwanymi zwykłymi ludźmi i o tym, jak cyniczni karierowicze wykorzystują ten brak do dotarcia do publiczności z własnym przesłaniem – pozbawionym naukowych podstaw, ale za to oferującym nadzieję niezbędną jak tlen i jasno określającym odpowiedzialność za niewytłumaczalne tragedie, jakimi są choroby dzieci. Które to imponderabilia następnie bezwzględnie monetyzują, oferując wszelkiego autoramentu cudowne terapie. Co istotne, autor sporo miejsca poświęca brakowi odpowiedzialności mediów, które rozpowszechniają szkodliwy i anaukowy przekaz, nie próbując go w żadnym stopniu weryfikować, a wręcz stawiając ekspertów na z góry straconej pozycji. Mnookin jest jednak bardzo uczciwy – podkreśla, że sami eksperci też nie są bez winy, bo nie potrafią dostosować swojego języka do potrzeb mediów i możliwości odbiorców. Sporo miejsca poświęca także procesom o odszkodowania za niepożądane odczyny poszczepienne, opisując je kompetentnie, ale zarazem interesująco. Największą zaletą Wirusa jest właśnie potoczysta narracja, nietypowa dla pozycji popularnonaukowych. Naprawdę warto się zapoznać z tą niezwykłą historią, bo jej nowe iteracje odgrywane są na naszych oczach każdego dnia.

wilkCo się tyczy Dobrego wilka, to w pewnym sensie ma on bardzo podobne walory jak wcześniej opisywana pozycja. Zaczyna się jak typowy reportaż śledczy – autor postanawia zbadać, jak doszło do tragicznego wypadku w szwedzkim ogrodzie zoologicznym, gdzie zsocjalizowane (czyli wykarmione od szczeniaka butelką przez ludzi) wilki zagryzły swoją opiekunkę. O wypadku było głośno w mediach na całym świecie. A potem wszystko ucichło. Autor nie potrafił się z tym pogodzić, śledził proces sądowy, wytoczony pracownikowi zoo, ale na tym nie poprzestał. Chciał odkryć faktyczną przyczynę tragedii. Powierzchownie wydawało się, że były nią zaniedbania natury organizacyjno-technicznej, zwykły brak odpowiednich procedur bezpieczeństwa w pracy ze zwierzętami. Im głębiej jednak Berge wchodził w temat, tym bardziej oczywiste stawało się dla niego, że przyczyną tragedii był nieusuwalny konflikt pomiędzy naturalnymi instynktami zwierząt a sztucznie stworzonymi warunkami, w jakich – dla zysku jednych ludzi, a rozrywki innych – drapieżniki były zmuszone żyć. Brzmi to jak zwykły truizm czy oczywistość, ale towarzyszenie autorowi w drodze do tego odkrycia to naprawdę niezwykłe i wstrząsające przeżycie. Nie sposób nie zrewidować swojego nastawienia do instytucji ogrodów zoologicznych po przeczytaniu Dobrego wilka. Właśnie dlatego, że nie jest on książką misyjną, grającą na emocjach, ale spokojną, systematyczną rekonstrukcją faktów, z których da się wyciągnąć tylko jeden wniosek. Mocne, ale potrzebne doświadczenie. Gorąco polecam.

Gdy narrator przesłania historię (Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy)

nie-przywitam-sie-z-panstwem-na-ulicy-szkic-o-doswiadczeniu-niepelnosprawnosci-w-iext54983497Pewnie powinnam po prostu darować sobie ten tekst, ale pocieszam się, że i tak mało kto go przeczyta. Poza tym w końcu po to mam tego bloga, żeby pisać, co myślę o swoich lekturach, nawet jeśli są to myśli emocjonalne, pozbawione niezbędnej dozy recenzenckiego dystansu, niewątpliwie w jakimś sensie przykre dla autorki Nie przywitam się z państwem na ulicy. Szkicu o doświadczeniu niepełnosprawności i być może świadczące o mojej ignorancji co do formy autoetnograficznej. Jest to jednak ryzyko, które jestem gotowa podjąć. Kupiłam książkę Marii Reimann po lekturze w zasadzie wyłącznie przychylnych recenzji w Internecie, przede wszystkim z ciekawości, czy będzie równie poruszająca, jak Żeby umarło przede mną Jacka Hołuba (którą gorąco polecam, choć nie byłam w stanie o niej napisać – jest to zbiór świadectw matek niepełnosprawnych dzieci, czysta, niczym nierozwodniona esencja prawdy o realiach opieki nad takimi dziećmi w naszym kraju).

W tym miejscu wyjaśnię, żeby nie było nieporozumień: nie jestem koneserką inspirational porn, czyli opowieści o dzielnych niepełnosprawnych, które mają dawać zdrowym kopa do działania. Jestem, o czym już kiedyś wspominałam, osobą niepełnosprawną od urodzenia, mam MPD, czyli mózgowe porażenie dziecięce (szczegóły, jeżeli was interesują, znajdziecie pod tagiem #I ty możesz naostrzyć siekierę). Uważam, że brakuje na naszym rynku rodzimych narracji o realiach życia z niepełnosprawnością i że są one bardzo potrzebne. Dlatego cieszę się, że Wydawnictwo Czarne dostrzegło i zaczęło wypełniać tę lukę, a gdy tego typu tytuły się pojawiają, sięgam po nie, żeby sprawdzić, jak autorzy widzą życie z niepełnosprawnością i – co chyba najważniejsze – jaki jego obraz przedstawiają swoim czytelnikom, jak rozkładają akcenty.

Książka Reimann jest tu podwójnie interesująca, bo sama autorka jest osobą niepełnosprawną, a konkretnie niedowidzącą od urodzenia. I znów: pewnie nie powinnam tego pisać, być może jest to twierdzenie krzywdzące, pozbawione faktycznych podstaw i wzięte z sufitu, ale: mam przeczucie, że po części stąd biorą się wyłącznie dobre recenzje Nie przywitam się z państwem na ulicy. Jestem w stanie wyobrazić sobie u osoby zdrowej nawet nieuświadomioną blokadę przed napisaniem czegokolwiek negatywnego o książce, której autorka w opowieść o życiu kobiet i dziewczynek z Zespołem Turnera wplata własną, bardzo osobistą historię  o życiu z poważną niepełnosprawnością. Napisać o takiej książce coś nieprzychylnego to zbrukać ten niezwykły akt prywatnej odwagi (piszę to bez ironii), narażając się na łatkę osoby nieczułej czy wręcz nieludzkiej.

U mnie tego rodzaju blokada nie występuje, po pierwsze dlatego, że nie mam serca, jak powszechnie wiadomo. Po drugie, uważam (podobnie zresztą jak Maria Reimann), że niepełnosprawnym, którzy robią cokolwiek profesjonalnie, nie przysługuje żadna taryfa ulgowa i finalny efekt ich działań powinien podlegać takim samym kryteriom oceny jak utwory osób zdrowych.

Przechodząc po tym przydługim i zapewne nudnawym, ale w moim odczuciu koniecznym wstępie do meritum: Nie przywitam się z państwem na ulicy po przyłożeniu takich obiektywnych kryteriów moim zdaniem się nie broni. Zgodnie ze znalezioną przeze mnie definicją:

Autoetnografia (AE) – wywodzi się z tradycyjnej metody etnograficznej – jest połączeniem techniki badawczej z formami prezentacji związanymi z autobiografią jako gatunkiem. Rozwój AE w naukach społecznych w ostatnich dwóch dekadach przyniósł szereg różnorodnych ujęć i sposobów zastosowania. Łączy je wszystkie ulokowanie własnego doświadczenia i biografii badacza w centrum prowadzonych przez niego badań. W autobiograficznym procesie badacz staje się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem badania. W tradycyjnej etnografii korzysta z technik obserwacji uczestniczącej i wywiadu pogłębionego, przy pomocy których konstruuje opis etnograficzny (ethnographic narratives), jak i osobiste historie (personal stories), analizuje i interpretuje uzyskane dane. Natomiast w AE, sensu stricte, badacz konstruuje nie tyle portret „innego” (jednostki, grupy, kultury), co portret jaźni (self) w relacji do kultury.

Przyjmując ją za punkt odniesienia, Nie przywitam się z państwem na ulicy wypada uznać za miks etnografii i autoetnografii. Przy czym już sam tytuł wskazuje jednoznacznie, że opowieść badaczki o własnym doświadczeniu życia z niepełnosprawnością znajdzie się na pierwszym planie – i tak też się dzieje. Nie mam żadnego świadomego doświadczenia z tymi gatunkami, ale po tej lekturze mam głębokie przekonanie, że łączenie ich ze sobą nie jest dobrym pomysłem. Nie dowiecie się z tej książki za wiele o życiu chorych na Zespół Turnera (a osobiście tego przede wszystkim oczekiwałam), za to sporo o tym, co autorka sądzi na temat tych osób, ich rodziców oraz decyzji wychowawczych czy życiowych podejmowanych przez opisywane bohaterki i ich opiekunów. Bardzo dużo o jej odczuciach związanych z przeprowadzanymi wywiadami, uczestnictwem w koloniach dla osób z ZT (na litość, skoro sama autorka słusznie zauważa, że uczestniczki są w różnym wieku, w tym także dorosłe, to czy nie mogła zamiast o koloniach pisać o wyjeździe integracyjnym?). Poziom tych przemyśleń bywa niekiedy, łagodnie mówiąc, rozczarowujący. Organizatorki tłumaczą jej, dlaczego wspólne wyjazdy są dla osób z ZT tak ważne – tylko tam mogą pojechać i codziennie przyjmować hormon wzrostu, który musi być specjalnie przechowywany. W związku z tym nie mogą jeździć np. na wycieczki szkolne. A co na to autorka?

Według mnie konieczność robienia sobie codziennych zastrzyków z hormonu wzrostu wcale nie uniemożliwia uczestnictwa w szkolnych wycieczkach i zwyczajnych koloniach.

Po czym nie pojawia się żadne uzasadnienie tego twierdzenia. Dziś, kiedy są przenośne lodówki, być może faktycznie jest to łatwiejsze, choć nie wiem, jakich konkretnie warunków wymaga hormon wzrostu przy transporcie, by nie utracił swoich właściwości. Nie każdego mimo wszystko stać na przenośną lodówkę, trzeba w niej uzupełniać czynnik chłodzący, nie w każdym ośrodku są lodówki (nie tylko w pokojach, ale ogólnie dostępne). Ale po co się zastanawiać nad takimi czynnikami, będąc członkinią zespołu badawczego? Najłatwiej napisać, że to po prostu bzdura, wygodne alibi, z którego osoby chore na ZT korzystają, żeby nie brać udziału w odmiennych wyjazdach. Nie jest to napisane wprost, jednak zostaje zestawione z następującym prywatnym zwierzeniem:

Nigdy nie pojechałam na żaden turnus rehabilitacyjny Polskiego Związku Niewidomych, chociaż wiedziałam, że są organizowane. Moim rodzicom taki pomysł nie przyszedł chyba nawet do głowy. W szkole podstawowej jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki z moją klasą i na różne obozy wakacyjne. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że muszę przynieść specjalną zgodę od rodziców na wyjazd integracyjny organizowany na początku liceum. Mieliśmy jechać w góry, szkoła chciała mieć pisemne potwierdzenie od moich rodziców, że zgadzają się, żebym chodziła po Gorcach. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, dzisiaj wcale się nie dziwię.

Wymowa tego zestawienia jest (dla mnie) jednoznaczna – chore z ZT to lamerki, bo jeżdżą na dedykowane im turnusy, a powinno się to robić tak jak ja (i moim rodzice). Takiej zawoalowanej wyższości i kiepsko maskowanego pobłażania jest w narracji mnóstwo, a merytorycznych treści bardzo niewiele, co dla mnie jest kompletnie dyskwalifikujące w pozycji aspirującej do rangi pracy naukowej i dofinansowanej ze środków publicznych, a konkretnie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ze środków na badania statutowe Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą »Narodowy Program Rozwoju Humanistyki« w latach 2016–2019.

Prywatnie uważam (ale to już nie ma żadnego związku z recenzją), że rodzice autorki, z pewnością niezamierzenie, wyrządzili jej krzywdę, nie pozwalając, żeby choć częściowo zinternalizowała swoją niepełnosprawność jako element tożsamości. W rezultacie autoetnograficzna część historii nie jest o życiu z poważną w końcu niepełnosprawnością, ale o życiu wbrew niej. Prowadzi to do sytuacji absurdalnych, jak niżej opisana:

Idę przez Jastarnię, jest wrzesień 2018 roku, mam trzydzieści sześć lat, dziesięcioletniego syna i kilka tygodni temu wzięłam psa. Nie chciałam mieć psa, nie wydawał się dobrym pomysłem dla niedowidzącej osoby, ale uległam prośbom dziecka i właśnie jestem w nadmorskiej miejscowości z psem. W jednej ręce trzymam smycz, drugą prowadzę wypożyczony przed chwilą rower. Idę na stację kolejową, gdzie umówiłam się z przyjaciółmi. Jedziemy na wycieczkę. Jastarnia to małe miasteczko i wiem, że znalezienie stacji nie powinno być problemem, ale nigdy wcześniej tu nie byłam. Ulice są we wrześniu puste, więc nie mam kogo zapytać o drogę, a instrukcje, których udzieliła mi pani w wypożyczalni rowerów – jak zawsze do niczego. „Widzi pani tamten znak? To za tym znakiem w lewo. I potem zobaczy pani pocztę…”, a ja nie mam siły jej tłumaczyć, że nie widzę znaku i poczty też raczej nie zobaczę. Zresztą jak inaczej ma mi wytłumaczyć drogę? Kiwam więc tylko głową i czekam, aż skończy. Jest mi za trudno, myślę z żalem i złością, kogo ja próbuję oszukać?

Syn autorki ma 10 lat, mógłby skorzystać ze wskazówek, gdyby tylko mu je powtórzyła. Mógłby znaleźć drogę na Google Maps. Ale ona musi wszystko zrobić sama. W pierwszym odruchu byłam na nią zła, potem przyszła refleksja, że może inaczej nie potrafi, bo tak została wychowana. Mimo wszystko jest mi jej żal. Ale i nie popieram decyzji o wzięciu psa, żeby dziecko nie było poszkodowane. Poszkodowany może w efekcie zostać pies, bo sama autorka przyznaje, że kiedy z nim spaceruje, nie widzi, co zjada na ulicy. Może się otruć i zdechnąć w męczarniach. A wystarczyło po prostu poczekać parę lat, aż syn będzie dość duży, aby samodzielnie opanować zwierzę. Ale w optyce autorki taka decyzja byłaby niedopuszczalna. Wstrząsająca jest opisana przez nią scena:

„Przestań ciągle udawać!”, mój synek jest mały, ma pięć albo sześć lat. Ktoś powiedział: „zobaczcie, jaki fajny pies”, a ja odruchowo, chociaż nie widzę żadnego psa, odpowiedziałam: „aha, fajny!”. Nie może zrozumieć, czemu to robię. Wyjaśniam mu, że nie chcę robić wokół siebie afery, znowu komuś tłumaczyć, że źle widzę, że ostatecznie ten pies nie ma takiego wielkiego znaczenia, a wszystkim jest łatwiej. Nie przekonałam go. Pies ma znaczenie, a ja nie powinnam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.

Konieczność takiego udawania wydaje się absurdalna, ale jest przede wszystkim smutna i straszna. Taki stopień zaprzeczenia rzeczywistości nie jest normalny. Nawet małe dziecko to dostrzega, ale dorosła osoba pozostaje na to, nomen omen, ślepa. I w następnym akapicie:

Mój psychoterapeuta próbuje kilka razy porozmawiać ze mną o moim wzroku, sądzi chyba, że to może mieć znaczenie dla mojej tożsamości, że to ważna sprawa, której należałoby się przyjrzeć. Robię uniki, zmieniam temat, żartuję. Wydaje mi się, że trochę przesadza, mam inne, istotniejsze problemy. Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie jestem już taka pewna, które z nas miało rację. Bardzo lubiłam mojego psychoterapeutę, być może nie chciałam wtedy pozwolić, żeby patrzył na mnie jak na osobę niepełno-sprawną.

Po tym wszystkim niechęć Reimann do wspomagania widzenia nie powinna być dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale jednak nie potrafię pojąć poniższego rozumowania:

Brzydkie okulary, które zamiast szkieł wstawione mają szkła powiększające. Czasem używam ich w domu, pod warunkiem że nikt mnie nie widzi. Dziwaczne plastikowe okulary do oglądania telewizji, z przymocowanymi w odległości dwóch centymetrów od szkieł dodatkowymi lupami, w których wygląda się tak idiotycznie, że prawie się z Maćkiem popłakaliśmy ze śmiechu i zrobiliśmy sobie serię zdjęć. Nigdy ich jednak nie zabrałam na żaden z meczów mistrzostw świata w piłce nożnej, na które umawiamy się z przyjaciółmi na mieście, chociaż być może mogłabym dzięki nim coś widzieć na telewizorze i nie musielibyśmy chodzić tylko tam, gdzie mecze pokazywane są na telebimach. Okulary słoneczne zwiększające kontrast. Kiedy w przychodni założyłam je na próbę i wyszłam na chwilę na dwór, poczułam się wspaniale, bo jednocześnie chronią przed słońcem i poprawiają jakość widzenia. Nie zdecydowałam się jednak ich kupić, wiedząc, że nie będę nosić okularów, które sprawią, że moja niepełnosprawność stanie się oczywista, widoczna. Za nic nie wyszłabym na miasto w specjalnych okularach osoby niedowidzącej. Lubię tylko małą, srebrną lornetkę o podwójnej ogniskowej (złożona pozwalała mi odczytywać nazwy ulic i numery na domach, rozłożona – czytać nawet drobny druk), bo jest ładna, zgrabna i fajna, i każdy chce przez nią popatrzeć.

Może przyjaciołom byłoby łatwiej, może MNIE byłoby łatwiej, bo lepiej bym widziała, ale świat zobaczyłby, że niedowidzę – nie ma mowy. Ten przedziwny egoizm i potrzeba maskowania się cechuje całość  Nie przywitam się z państwem na ulicy. Przede wszystkim on sprawia, że nie polecam tej pozycji, bo jest nie wiadomo o czym i powstała w zasadzie nie wiadomo po co. Skąd się bierze w zestawieniach najlepszych książek 2019, naprawdę nie pojmuję.