Smutna ona, smutny on, a taka piękna miłość (Imogen Hermes Gowar, Syrena i pani Hancock)

syrenaPochłonęła mnie ta historia, co było tym bardziej nieoczekiwane, że wcześniej porzuciłam trzy inne pozycje, w tym Krótką historię siedmiu zabójstw Marlona Jamesa (tłumaczył Robert Sudół) i Eksmitowanych Matthew Desmonda w przekładzie Tomasza S. Gałązki. Debiutancka powieść Gowar czekała na swój czas i się doczekała. Dokładnie tego mi było trzeba po serii trudnych i wymagających lektur. Nie znaczy to bynajmniej, że mamy do czynienia z jakąś błahostką, którą można poczytać dla łatwego relaksu. O nie, to po prostu, osadzona w Londynie i okolicach pod koniec XVIII wieku, opowieść o dwójce ludzi, których losy splotło pretekstowo legendarne morskie stworzenie.

Johan Hancock, kupiec i właściciel nieruchomości na wynajem, stracił przed kilkunastoma laty żonę Mary i syna Henry’ego – oboje nie przeżyli porodu. Od tego czasu prowadził samotniczy, wypełniony rutyną żywot, a w wielkim domu w podlondyńskim Deptford towarzyszyły mu tylko nastoletnia siostrzenica Sukie, służąca Bridget i przygarnięta kotka. Oraz cienie utraconych bliskich. Pan Hancock nie zastanawiał się specjalnie nad swoją samotnością, skupiając się całkowicie na pracy, aż do dnia, w którym jeden z jego kapitanów powrócił z rejsu bez statku i towarów, za to z truchłem syreny, które, jak oznajmił, po prostu musiał kupić. W dodatku wydawał się święcie przekonany, że jego zleceniodawca zrobi na egzotycznym trofeum doskonały interes. Chcąc ograniczyć straty, wywołane szalonym wyczynem żeglarza, Hancock wystawia syrenę na pokaz w zaprzyjaźnionym londyńskim zajeździe. Tam znajduje ją znana rajfurka, pani Chappell, i wypożycza za atrakcyjną opłatą, bo bezbłędnie wyczuwa, że syrena rozpali wyobraźnię jej wysoko postawionej klienteli.

By przychylnie usposobić do przedsięwzięcia pana Hancocka, rajfurka zleca opiekę nad nim swojej byłej podopiecznej, Angelice Neal, która właśnie wróciła do Londynu po śmierci opiekuna. Luksusowa kurtyzana nie chce się wyrzec niezależności, ale nie może sobie pozwolić na zrażenie dawnej protektorki, zgadza się zatem zabawić kupca. Choć wieczór w domu uciech kończy się katastrofą, Johan Hancock nie potrafi wyrzucić z myśli zjawiskowej piękności. Ta jednak, niczym postać z jakiegoś mitu, dalsze zaloty obwarowuje niemożliwym do spełnienia warunkiem – żąda kolejnej syreny.

Jest w powieści Gowar ambicja na sporo więcej niż tylko poruszającą (choć w sumie przewidywalną) historię kolei losu dwójki wyrzutków z całkowicie nieprzystających do siebie światów, których łączy głównie nierealność posiadanych aspiracji. No bo kto to widział, żeby handlarz albo dziwka tak sobie wstępowali do wyższych sfer? Na pewno nie londyńska socjeta! To koncept równie dziki, co syrena w kadzi. Ale te ciekawsze wątki, jak dodatkowo utrudniony w kastowym społeczeństwie przez rasizm los czarnoskórych, czy wąskie ramy konwenansów, w jakich mogą się poruszać przyzwoite kobiety, zostają zaledwie zaznaczone i szybko porzucone.

Nie umniejsza to w niczym zalet głównego wątku, tak nietypowo realistycznego w zestawieniu z baśniową syreną, która mu patronuje. Zarówno Johan, jak i Angelica, muszą odebrać trudną lekcję tego, że wyobrażenia o miłości często dzieli przepaść od realnego uczucia, a obiekt teoretycznie odpowiedni nie zawsze okazuje się w praktyce zdatny do wspólnego życia. Troszkę wprawdzie moim zdaniem niepotrzebnie autorka zdecydowała się na urealnienie swojej syreniej metafory w końcowej części historii, puencie jednak ten drobny mankament wdzięku ostatecznie nie odbiera. Przepięknie przetłumaczona przez Annę Dobrzańską i hipnotyzująca jak syreni śpiew opowieść to coś jak znalazł na Dzień Języka Ojczystego. Serdecznie polecam, dajcie się oczarować. Ostatnio podobnie porwał mnie chyba Dżentelmen w Moskwie Amora Towlesa, choć poza niewytłumaczalnym magnetyzmem  absolutnie nic obu tych powieści nie łączy.

Pierwsze Prawo – następne pokolenie (Joe Abercrombie, Szczypta nienawiści)

szczyptaPodobno Joe Abercrombie to ulubiony współczesny pisarz fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Jako fanka twórczości obu autorów myślę, że wiem, dlaczego. Abercrombie, podobnie jak Sapkowski, kostium fantasy wykorzystuje do snucia w mocno pesymistycznej tonacji rozważań o uniwersalnych wyzwaniach cywilizacyjnych społeczeństw  i dylematach etycznych jednostek. Poza tym w każdej kolejnej powieści autor Ostrza wywraca na nice konwencję gatunkową, w ramach której buduje opowieść. W debiutanckiej trylogii Pierwsze Prawo zajął się w ten sposób klasycznym fantasy, w którym, jak wiadomo, przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, by ta, po zdobyciu magicznego artefaktu, mogła ocalić świat. W trzech pojedynczych powieściach z tego samego uniwersum wziął na warsztat kolejno opowieść o zemście, powieść wojenną i western. I robił to znakomicie, bo do przewrotnego pomysłu na konstrukcję umiał dodać intrygujących bohaterów, zajmującą fabułę i dokładnie tyle cynicznego humoru, ile było trzeba.

Obecnie postanowił napisać drugą trylogię o bohaterach znanych z Pierwszego Prawa, a że od pierwszego tomu minęło w tamtym świecie około trzydziestu lat i zdecydowanie nie wszyscy przeżyli, pierwszoplanowe role musi odegrać następne pokolenie – głównie dzieci poprzednich protagonistów. Ci ostatni muszą się zadowolić pojawianiem się w tle. Nie jest tak, że jeśli ktoś nie czytał pierwszej trylogii, nie może zacząć przygody od Szczypty nienawiści. Główny wątek fabularny jest co do zasady całkowicie niezależny od wcześniej opowiedzianej historii, zamkniętej w Ostatecznym argumencie królów. Wszystkie smaczki i nawiązania stanowią jedynie dodatkowy walor przedstawionych wydarzeń i można się bez nich spokojnie obejść, zwłaszcza bez gigantycznego spoilera jednego z najważniejszych wątków pobocznych.

Jak zatem wypada powrót do Adui? Na pewno zajmująco, bo Abercrombie postanowił zafundować swojemu światu rewolucję przemysłową wraz z zalążkami nieodzownej rewolucji robotniczej. Poza tym mamy działania wojenne i romanse, tak że dla każdego coś miłego i nudzić się niewątpliwie nie można. Najnowsza powieść ma wszystkie zalety poprzednich i stanowi czytelną próbę nowego otwarcia – cofnięcia magii na dalszy plan, nowego podejścia politycznego do odwiecznego konfliktu między Północą i Unią. Jednocześnie jednak stary ład ani myśli oddawać swoich przyczółków bez walki i wszystko wskazuje na to, że Szczypta nienawiści to jedynie rozgrzewka przed zasadniczym starciem starego z nowym.

Nie jest to najlepsza ani najgorsza powieść w dorobku autora, który jednak nigdy nie schodzi poniżej pewnego – wysokiego – poziomu. Czysta przyjemność obcowania z inteligentną prozą rozrywkową, niezakłócona żadnymi zgrzytami, trafia się naprawdę rzadko. Tym bardziej nie należy przepuszczać żadnej okazji na zetknięcie z tego rodzaju literaturą, do której Szczypta nienawiści niewątpliwie się zalicza. Polecam.

Wirus paniki i Dobry wilk, czyli o sprawdzonych polecankach Janiny Daily

wirusW ostatnich tygodniach przeczytałam kilka tytułów, ale zupełnie nie miałam czasu ani – przede wszystkim – natchnienia, żeby napisać wam o nich coś sensownego. Dzisiaj to już naprawdę zżerają mnie wyrzuty sumienia z powodu długiej ciszy na blogu, ale przede wszystkim mam poczucie, że byłoby szkoda nie zwrócić waszej uwagi na wartościowe pozycje, które nie tylko były interesującą lekturą, ale przede wszystkim zainspirowały mnie do przemyśleń. O obu dowiedziałam się z bloga oraz Instagrama Janiny Daily, a choć oczywiście migały mi wcześniej w innych miejscach (np. w Polityce czy na Facebooku Wydawnictwa Czarne), to właśnie wpisy Janiny ostatecznie przekonały mnie do sięgnięcia po Wirusa paniki Setha Mnookina i Dobrego wilka Larsa Berge (nie wiem, czy to nazwisko się odmienia). W zasadzie zatem mogłabym odesłać do zalinkowanych wpisów Janiny (zwłaszcza że w tym drugim poleca jeszcze inne tytuły, którym sukcesywnie będę dawać szansę). Ale na aż taką łatwiznę nie pójdę.

O Wirusie paniki dodam od siebie przede wszystkim, że zdołał mnie zaskoczyć. Jestem w miarę na bieżąco z całą tą aferą szczepionki powodują autyzm, zawierają rtęć i są złem wcielonym. Byłam zatem przekonana, że od Mnookina wiele nowego się nie dowiem. Tkwiłam w tak zwanym mylnym błędzie, gdyż, po pierwsze, autor generalnie o samych szczepionkach pisze o wiele szerzej, w pewnym sensie dając perspektywę historyczną, która pozwala lepiej zrozumieć teoretycznie zadziwiającą ewolucję społecznego nastawienia do zbiorowej odporności. Po drugie, to nie jest ani tylko, ani przede wszystkim książka o szczepionkach i panice antyszczepionkowej. W dużym stopniu jest ona o psychologii, systemowym braku komunikacji między specjalistami oraz instytucjami a tak zwanymi zwykłymi ludźmi i o tym, jak cyniczni karierowicze wykorzystują ten brak do dotarcia do publiczności z własnym przesłaniem – pozbawionym naukowych podstaw, ale za to oferującym nadzieję niezbędną jak tlen i jasno określającym odpowiedzialność za niewytłumaczalne tragedie, jakimi są choroby dzieci. Które to imponderabilia następnie bezwzględnie monetyzują, oferując wszelkiego autoramentu cudowne terapie. Co istotne, autor sporo miejsca poświęca brakowi odpowiedzialności mediów, które rozpowszechniają szkodliwy i anaukowy przekaz, nie próbując go w żadnym stopniu weryfikować, a wręcz stawiając ekspertów na z góry straconej pozycji. Mnookin jest jednak bardzo uczciwy – podkreśla, że sami eksperci też nie są bez winy, bo nie potrafią dostosować swojego języka do potrzeb mediów i możliwości odbiorców. Sporo miejsca poświęca także procesom o odszkodowania za niepożądane odczyny poszczepienne, opisując je kompetentnie, ale zarazem interesująco. Największą zaletą Wirusa jest właśnie potoczysta narracja, nietypowa dla pozycji popularnonaukowych. Naprawdę warto się zapoznać z tą niezwykłą historią, bo jej nowe iteracje odgrywane są na naszych oczach każdego dnia.

wilkCo się tyczy Dobrego wilka, to w pewnym sensie ma on bardzo podobne walory jak wcześniej opisywana pozycja. Zaczyna się jak typowy reportaż śledczy – autor postanawia zbadać, jak doszło do tragicznego wypadku w szwedzkim ogrodzie zoologicznym, gdzie zsocjalizowane (czyli wykarmione od szczeniaka butelką przez ludzi) wilki zagryzły swoją opiekunkę. O wypadku było głośno w mediach na całym świecie. A potem wszystko ucichło. Autor nie potrafił się z tym pogodzić, śledził proces sądowy, wytoczony pracownikowi zoo, ale na tym nie poprzestał. Chciał odkryć faktyczną przyczynę tragedii. Powierzchownie wydawało się, że były nią zaniedbania natury organizacyjno-technicznej, zwykły brak odpowiednich procedur bezpieczeństwa w pracy ze zwierzętami. Im głębiej jednak Berge wchodził w temat, tym bardziej oczywiste stawało się dla niego, że przyczyną tragedii był nieusuwalny konflikt pomiędzy naturalnymi instynktami zwierząt a sztucznie stworzonymi warunkami, w jakich – dla zysku jednych ludzi, a rozrywki innych – drapieżniki były zmuszone żyć. Brzmi to jak zwykły truizm czy oczywistość, ale towarzyszenie autorowi w drodze do tego odkrycia to naprawdę niezwykłe i wstrząsające przeżycie. Nie sposób nie zrewidować swojego nastawienia do instytucji ogrodów zoologicznych po przeczytaniu Dobrego wilka. Właśnie dlatego, że nie jest on książką misyjną, grającą na emocjach, ale spokojną, systematyczną rekonstrukcją faktów, z których da się wyciągnąć tylko jeden wniosek. Mocne, ale potrzebne doświadczenie. Gorąco polecam.

Gdy narrator przesłania historię (Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy)

nie-przywitam-sie-z-panstwem-na-ulicy-szkic-o-doswiadczeniu-niepelnosprawnosci-w-iext54983497Pewnie powinnam po prostu darować sobie ten tekst, ale pocieszam się, że i tak mało kto go przeczyta. Poza tym w końcu po to mam tego bloga, żeby pisać, co myślę o swoich lekturach, nawet jeśli są to myśli emocjonalne, pozbawione niezbędnej dozy recenzenckiego dystansu, niewątpliwie w jakimś sensie przykre dla autorki Nie przywitam się z państwem na ulicy. Szkicu o doświadczeniu niepełnosprawności i być może świadczące o mojej ignorancji co do formy autoetnograficznej. Jest to jednak ryzyko, które jestem gotowa podjąć. Kupiłam książkę Marii Reimann po lekturze w zasadzie wyłącznie przychylnych recenzji w Internecie, przede wszystkim z ciekawości, czy będzie równie poruszająca, jak Żeby umarło przede mną Jacka Hołuba (którą gorąco polecam, choć nie byłam w stanie o niej napisać – jest to zbiór świadectw matek niepełnosprawnych dzieci, czysta, niczym nierozwodniona esencja prawdy o realiach opieki nad takimi dziećmi w naszym kraju).

W tym miejscu wyjaśnię, żeby nie było nieporozumień: nie jestem koneserką inspirational porn, czyli opowieści o dzielnych niepełnosprawnych, które mają dawać zdrowym kopa do działania. Jestem, o czym już kiedyś wspominałam, osobą niepełnosprawną od urodzenia, mam MPD, czyli mózgowe porażenie dziecięce (szczegóły, jeżeli was interesują, znajdziecie pod tagiem #I ty możesz naostrzyć siekierę). Uważam, że brakuje na naszym rynku rodzimych narracji o realiach życia z niepełnosprawnością i że są one bardzo potrzebne. Dlatego cieszę się, że Wydawnictwo Czarne dostrzegło i zaczęło wypełniać tę lukę, a gdy tego typu tytuły się pojawiają, sięgam po nie, żeby sprawdzić, jak autorzy widzą życie z niepełnosprawnością i – co chyba najważniejsze – jaki jego obraz przedstawiają swoim czytelnikom, jak rozkładają akcenty.

Książka Reimann jest tu podwójnie interesująca, bo sama autorka jest osobą niepełnosprawną, a konkretnie niedowidzącą od urodzenia. I znów: pewnie nie powinnam tego pisać, być może jest to twierdzenie krzywdzące, pozbawione faktycznych podstaw i wzięte z sufitu, ale: mam przeczucie, że po części stąd biorą się wyłącznie dobre recenzje Nie przywitam się z państwem na ulicy. Jestem w stanie wyobrazić sobie u osoby zdrowej nawet nieuświadomioną blokadę przed napisaniem czegokolwiek negatywnego o książce, której autorka w opowieść o życiu kobiet i dziewczynek z Zespołem Turnera wplata własną, bardzo osobistą historię  o życiu z poważną niepełnosprawnością. Napisać o takiej książce coś nieprzychylnego to zbrukać ten niezwykły akt prywatnej odwagi (piszę to bez ironii), narażając się na łatkę osoby nieczułej czy wręcz nieludzkiej.

U mnie tego rodzaju blokada nie występuje, po pierwsze dlatego, że nie mam serca, jak powszechnie wiadomo. Po drugie, uważam (podobnie zresztą jak Maria Reimann), że niepełnosprawnym, którzy robią cokolwiek profesjonalnie, nie przysługuje żadna taryfa ulgowa i finalny efekt ich działań powinien podlegać takim samym kryteriom oceny jak utwory osób zdrowych.

Przechodząc po tym przydługim i zapewne nudnawym, ale w moim odczuciu koniecznym wstępie do meritum: Nie przywitam się z państwem na ulicy po przyłożeniu takich obiektywnych kryteriów moim zdaniem się nie broni. Zgodnie ze znalezioną przeze mnie definicją:

Autoetnografia (AE) – wywodzi się z tradycyjnej metody etnograficznej – jest połączeniem techniki badawczej z formami prezentacji związanymi z autobiografią jako gatunkiem. Rozwój AE w naukach społecznych w ostatnich dwóch dekadach przyniósł szereg różnorodnych ujęć i sposobów zastosowania. Łączy je wszystkie ulokowanie własnego doświadczenia i biografii badacza w centrum prowadzonych przez niego badań. W autobiograficznym procesie badacz staje się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem badania. W tradycyjnej etnografii korzysta z technik obserwacji uczestniczącej i wywiadu pogłębionego, przy pomocy których konstruuje opis etnograficzny (ethnographic narratives), jak i osobiste historie (personal stories), analizuje i interpretuje uzyskane dane. Natomiast w AE, sensu stricte, badacz konstruuje nie tyle portret „innego” (jednostki, grupy, kultury), co portret jaźni (self) w relacji do kultury.

Przyjmując ją za punkt odniesienia, Nie przywitam się z państwem na ulicy wypada uznać za miks etnografii i autoetnografii. Przy czym już sam tytuł wskazuje jednoznacznie, że opowieść badaczki o własnym doświadczeniu życia z niepełnosprawnością znajdzie się na pierwszym planie – i tak też się dzieje. Nie mam żadnego świadomego doświadczenia z tymi gatunkami, ale po tej lekturze mam głębokie przekonanie, że łączenie ich ze sobą nie jest dobrym pomysłem. Nie dowiecie się z tej książki za wiele o życiu chorych na Zespół Turnera (a osobiście tego przede wszystkim oczekiwałam), za to sporo o tym, co autorka sądzi na temat tych osób, ich rodziców oraz decyzji wychowawczych czy życiowych podejmowanych przez opisywane bohaterki i ich opiekunów. Bardzo dużo o jej odczuciach związanych z przeprowadzanymi wywiadami, uczestnictwem w koloniach dla osób z ZT (na litość, skoro sama autorka słusznie zauważa, że uczestniczki są w różnym wieku, w tym także dorosłe, to czy nie mogła zamiast o koloniach pisać o wyjeździe integracyjnym?). Poziom tych przemyśleń bywa niekiedy, łagodnie mówiąc, rozczarowujący. Organizatorki tłumaczą jej, dlaczego wspólne wyjazdy są dla osób z ZT tak ważne – tylko tam mogą pojechać i codziennie przyjmować hormon wzrostu, który musi być specjalnie przechowywany. W związku z tym nie mogą jeździć np. na wycieczki szkolne. A co na to autorka?

Według mnie konieczność robienia sobie codziennych zastrzyków z hormonu wzrostu wcale nie uniemożliwia uczestnictwa w szkolnych wycieczkach i zwyczajnych koloniach.

Po czym nie pojawia się żadne uzasadnienie tego twierdzenia. Dziś, kiedy są przenośne lodówki, być może faktycznie jest to łatwiejsze, choć nie wiem, jakich konkretnie warunków wymaga hormon wzrostu przy transporcie, by nie utracił swoich właściwości. Nie każdego mimo wszystko stać na przenośną lodówkę, trzeba w niej uzupełniać czynnik chłodzący, nie w każdym ośrodku są lodówki (nie tylko w pokojach, ale ogólnie dostępne). Ale po co się zastanawiać nad takimi czynnikami, będąc członkinią zespołu badawczego? Najłatwiej napisać, że to po prostu bzdura, wygodne alibi, z którego osoby chore na ZT korzystają, żeby nie brać udziału w odmiennych wyjazdach. Nie jest to napisane wprost, jednak zostaje zestawione z następującym prywatnym zwierzeniem:

Nigdy nie pojechałam na żaden turnus rehabilitacyjny Polskiego Związku Niewidomych, chociaż wiedziałam, że są organizowane. Moim rodzicom taki pomysł nie przyszedł chyba nawet do głowy. W szkole podstawowej jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki z moją klasą i na różne obozy wakacyjne. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że muszę przynieść specjalną zgodę od rodziców na wyjazd integracyjny organizowany na początku liceum. Mieliśmy jechać w góry, szkoła chciała mieć pisemne potwierdzenie od moich rodziców, że zgadzają się, żebym chodziła po Gorcach. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, dzisiaj wcale się nie dziwię.

Wymowa tego zestawienia jest (dla mnie) jednoznaczna – chore z ZT to lamerki, bo jeżdżą na dedykowane im turnusy, a powinno się to robić tak jak ja (i moim rodzice). Takiej zawoalowanej wyższości i kiepsko maskowanego pobłażania jest w narracji mnóstwo, a merytorycznych treści bardzo niewiele, co dla mnie jest kompletnie dyskwalifikujące w pozycji aspirującej do rangi pracy naukowej i dofinansowanej ze środków publicznych, a konkretnie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ze środków na badania statutowe Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą »Narodowy Program Rozwoju Humanistyki« w latach 2016–2019.

Prywatnie uważam (ale to już nie ma żadnego związku z recenzją), że rodzice autorki, z pewnością niezamierzenie, wyrządzili jej krzywdę, nie pozwalając, żeby choć częściowo zinternalizowała swoją niepełnosprawność jako element tożsamości. W rezultacie autoetnograficzna część historii nie jest o życiu z poważną w końcu niepełnosprawnością, ale o życiu wbrew niej. Prowadzi to do sytuacji absurdalnych, jak niżej opisana:

Idę przez Jastarnię, jest wrzesień 2018 roku, mam trzydzieści sześć lat, dziesięcioletniego syna i kilka tygodni temu wzięłam psa. Nie chciałam mieć psa, nie wydawał się dobrym pomysłem dla niedowidzącej osoby, ale uległam prośbom dziecka i właśnie jestem w nadmorskiej miejscowości z psem. W jednej ręce trzymam smycz, drugą prowadzę wypożyczony przed chwilą rower. Idę na stację kolejową, gdzie umówiłam się z przyjaciółmi. Jedziemy na wycieczkę. Jastarnia to małe miasteczko i wiem, że znalezienie stacji nie powinno być problemem, ale nigdy wcześniej tu nie byłam. Ulice są we wrześniu puste, więc nie mam kogo zapytać o drogę, a instrukcje, których udzieliła mi pani w wypożyczalni rowerów – jak zawsze do niczego. „Widzi pani tamten znak? To za tym znakiem w lewo. I potem zobaczy pani pocztę…”, a ja nie mam siły jej tłumaczyć, że nie widzę znaku i poczty też raczej nie zobaczę. Zresztą jak inaczej ma mi wytłumaczyć drogę? Kiwam więc tylko głową i czekam, aż skończy. Jest mi za trudno, myślę z żalem i złością, kogo ja próbuję oszukać?

Syn autorki ma 10 lat, mógłby skorzystać ze wskazówek, gdyby tylko mu je powtórzyła. Mógłby znaleźć drogę na Google Maps. Ale ona musi wszystko zrobić sama. W pierwszym odruchu byłam na nią zła, potem przyszła refleksja, że może inaczej nie potrafi, bo tak została wychowana. Mimo wszystko jest mi jej żal. Ale i nie popieram decyzji o wzięciu psa, żeby dziecko nie było poszkodowane. Poszkodowany może w efekcie zostać pies, bo sama autorka przyznaje, że kiedy z nim spaceruje, nie widzi, co zjada na ulicy. Może się otruć i zdechnąć w męczarniach. A wystarczyło po prostu poczekać parę lat, aż syn będzie dość duży, aby samodzielnie opanować zwierzę. Ale w optyce autorki taka decyzja byłaby niedopuszczalna. Wstrząsająca jest opisana przez nią scena:

„Przestań ciągle udawać!”, mój synek jest mały, ma pięć albo sześć lat. Ktoś powiedział: „zobaczcie, jaki fajny pies”, a ja odruchowo, chociaż nie widzę żadnego psa, odpowiedziałam: „aha, fajny!”. Nie może zrozumieć, czemu to robię. Wyjaśniam mu, że nie chcę robić wokół siebie afery, znowu komuś tłumaczyć, że źle widzę, że ostatecznie ten pies nie ma takiego wielkiego znaczenia, a wszystkim jest łatwiej. Nie przekonałam go. Pies ma znaczenie, a ja nie powinnam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.

Konieczność takiego udawania wydaje się absurdalna, ale jest przede wszystkim smutna i straszna. Taki stopień zaprzeczenia rzeczywistości nie jest normalny. Nawet małe dziecko to dostrzega, ale dorosła osoba pozostaje na to, nomen omen, ślepa. I w następnym akapicie:

Mój psychoterapeuta próbuje kilka razy porozmawiać ze mną o moim wzroku, sądzi chyba, że to może mieć znaczenie dla mojej tożsamości, że to ważna sprawa, której należałoby się przyjrzeć. Robię uniki, zmieniam temat, żartuję. Wydaje mi się, że trochę przesadza, mam inne, istotniejsze problemy. Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie jestem już taka pewna, które z nas miało rację. Bardzo lubiłam mojego psychoterapeutę, być może nie chciałam wtedy pozwolić, żeby patrzył na mnie jak na osobę niepełno-sprawną.

Po tym wszystkim niechęć Reimann do wspomagania widzenia nie powinna być dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale jednak nie potrafię pojąć poniższego rozumowania:

Brzydkie okulary, które zamiast szkieł wstawione mają szkła powiększające. Czasem używam ich w domu, pod warunkiem że nikt mnie nie widzi. Dziwaczne plastikowe okulary do oglądania telewizji, z przymocowanymi w odległości dwóch centymetrów od szkieł dodatkowymi lupami, w których wygląda się tak idiotycznie, że prawie się z Maćkiem popłakaliśmy ze śmiechu i zrobiliśmy sobie serię zdjęć. Nigdy ich jednak nie zabrałam na żaden z meczów mistrzostw świata w piłce nożnej, na które umawiamy się z przyjaciółmi na mieście, chociaż być może mogłabym dzięki nim coś widzieć na telewizorze i nie musielibyśmy chodzić tylko tam, gdzie mecze pokazywane są na telebimach. Okulary słoneczne zwiększające kontrast. Kiedy w przychodni założyłam je na próbę i wyszłam na chwilę na dwór, poczułam się wspaniale, bo jednocześnie chronią przed słońcem i poprawiają jakość widzenia. Nie zdecydowałam się jednak ich kupić, wiedząc, że nie będę nosić okularów, które sprawią, że moja niepełnosprawność stanie się oczywista, widoczna. Za nic nie wyszłabym na miasto w specjalnych okularach osoby niedowidzącej. Lubię tylko małą, srebrną lornetkę o podwójnej ogniskowej (złożona pozwalała mi odczytywać nazwy ulic i numery na domach, rozłożona – czytać nawet drobny druk), bo jest ładna, zgrabna i fajna, i każdy chce przez nią popatrzeć.

Może przyjaciołom byłoby łatwiej, może MNIE byłoby łatwiej, bo lepiej bym widziała, ale świat zobaczyłby, że niedowidzę – nie ma mowy. Ten przedziwny egoizm i potrzeba maskowania się cechuje całość  Nie przywitam się z państwem na ulicy. Przede wszystkim on sprawia, że nie polecam tej pozycji, bo jest nie wiadomo o czym i powstała w zasadzie nie wiadomo po co. Skąd się bierze w zestawieniach najlepszych książek 2019, naprawdę nie pojmuję.

Bilans czytelniczy 2019

paragraf-22-w-iext53065487Przeczytanych: 63. Cóż mogę powiedzieć – za to przeczytałam dużo grubych książek. Sporo czasu wolnego poświęcałam też w tym roku na naukę. Najbardziej owocne czytelniczo były czerwiec i lipiec, kiedy to przeczytałam 7 książek. Najlepsza średnia jakość lektur przypadła natomiast na luty: 3 z 6 przeczytanych tytułów oceniłam na 5! Zagranicznych: 40. Polskich: 23. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 8 reportaży, 13 pozycji fantastycznych, 19 kryminałów, 5 thrillerów, 17 powieści obyczajowych, a reszta to różne takie trudne do jednoznacznego skategoryzowania pozycje, jak choćby Najlepiej w życiu ma twój kot Szymborskiej i Filipowicza. Na ten rok przypadło zamknięcie Bloxa i przeprowadzka na WordPressa (lepiej późno niż wcale). W związku z tym, a także z dużymi zmianami w moim życiu zawodowym (porzuciłam etat i po zdaniu egzaminu zawodowego otworzyłam własną kancelarię radcy prawnego), opisywanie szło mi sporo gorzej od czytania. Lista nieopisanych lektur liczy 19 tytułów. Chyba po raz pierwszy w historii tego bloga nie opisałam m.in. książki roku. Wstyd, ale to akurat nie przydarzyło mi się z braku czasu, a z braku odpowiedniego aparatu krytycznego. Nie czułam się na siłach, żeby napisać o Paragrafie 22 coś nowego. Sierpień upłynął mi na Bohunaliach, czyli intensywnych dyskusjach o Ogniem i mieczem, zwieńczonych ponowną, analityczną lekturą powieści. Była oczywiście w planach notka, ale życie zweryfikowało te plany negatywnie. Może w tym roku przy Potopie się uda? Zapomniałam o 14 rocznicy założenia bloga, która przypadła w listopadzie, ale już w lipcu w prezencie urodzinowym założyłam staruszkowi profil na Facebooku. Przeniosłam tam krótkie notki filmowo-serialowe, więc jak ktoś ciekaw, to zapraszam do obserwowania.

NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Joseph Heller Paragraf 22 – znakomita, absurdalna powieść antywojenna, jedyna tegoroczna 5.5 (szóstek nie było). W zasadzie sprowadzenie do powieści antywojennej to dla Paragrafu 22 wielka i niezasłużona krzywda. Jest to bowiem manifest antykapitalistyczny, antybiurokratyczny i w szerszym ujęciu po prostu antysystemowy. Na jakimś poziomie przezabawny, ale gdy się zrobi pół kroku w tył, to po prostu dramatyczny, bo opisuje zmagania jednostki z góry skazanej na porażkę. Co nie przeszkadza chichotać, gdy Major Major Major Major opisuje, jak jego rodzina wzbogaciła się na nieuprawianiu lucerny. I po tym można poznać geniusz w stanie czystym. Czytałam pod serial, ale po 1 odcinku dałam sobie spokój. Tego się nie da zekranizować.

Aż sześć z tegorocznych pozycji oceniłam na 5.0 w Biblionetkowej skali. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była zatem wyższa niż w 2018 (wtedy była jedna „piątka”).  Siedmiokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.034 razy.

2) Lionel Shriver Musimy porozmawiać o Kevinie – to jedna z tegorocznych 5.0. Opisana w niemałym trudzie, więc nie będę się powtarzać i odeślę do zalinkowanego tekstu.

3) Jeffrey Eugenides Middlesex – do maja byłam przekonana, że książkę roku przeczytałam w marcu. W październiku niezwykła opowieść potomka greckiej diaspory musiała ustąpić drugiego miejsca na podium historii skomplikowanego macierzyństwa. Ale nie wątpcie, że warto się z nią zapoznać. Ten autor pisze rzadko (jak dotąd trzy powieści i zbiór opowiadań), ale znakomicie.

NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku z braku recenzenckich zabrakło i jakiegoś prawdziwie epickiego gniota. Niemniej, zawsze coś się znajdzie.

1) Ann Cleeves, Martwa woda to jedyne 2.5 i najniższa ocena roku. W sumie nawet nie bardzo jest się o czym rozpisywać. Autorce ewidentnie kończą się pomysły, a lubianego przez czytelników cyklu szetlandzkiego porzucać jej się nie opłaca. I wychodzi takie nie wiadomo co.

2) Wojciech Chmielarz Rana – tu było troszeczkę lepiej, ale bolało o wiele bardziej. Druga powieść pisarza wydana w Marginesach jest po prostu kuriozalnym, koturnowym nie wiadomo do końca czym. Pisałam recenzję przedpremierową, która z uwagi na bardzo negatywny wydźwięk nie została opublikowana w zlecającym ją serwisie. Wrzucam fragment:

Niemniej, faktem pozostaje, że gdyby świat wyglądał tak, jak jego wycinek wzięty w Ranie pod autorską lupę, samobójstwo stałoby się bardzo popularne. Powiedzieć, że nie ma tu dobrych ludzi, to nic nie powiedzieć. Nie ma zwykłych, normalnych, przeciętnych. Tołstoj pisał, że każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. A Chmielarz, który swoją uwagę w najnowszej powieści właśnie na takich rodzinach skupia, nie tylko tezę rosyjskiego prozaika potwierdza, ale wręcz ją modyfikuje – u niego szczęśliwych rodzin po prostu nie ma. Niewinnych ludzi też nie ma, i dotyczy to nawet dzieciaków. Przy czym, żeby była jasność – nie twierdzę, że którykolwiek z przedstawionych w powieści rodzinnych czy indywidualnych problemów jest nierealny, czy choćby wyolbrzymiony. Nierealna, a w efekcie wręcz groteskowa staje się ich kumulacja zaprezentowana w ramach fabuły. W rezultacie dostajemy noir, który poprzez stężenie przedstawionych patologii staje się swoją własną parodią. Rozumiem, że każdy miał być tutaj winny i nieszczęśliwy zarazem. Ale przeczuwam, że mimo wszystko nie o taki efekt przytłoczenia czytelnika złem autorowi chodziło.

Mamy w Ranie pięć rodzin, dosłownie kilkunastu istotnych bohaterów i cały przekrój problemów społecznych (alkoholizm, seksoholizm, zaniedbanie wychowawcze, ciąża nastolatki, samobójstwo, myśli samobójcze, zdrada małżeńska, rozwód, utrata dziecka, utrata rodzica, mobbing – a to tylko początek wyliczanki, w której nie zabraknie miejsca także dla afery reprywatyzacyjnej!), a wszystko łączy prywatna szkoła dla elity na warszawskim Mokotowie. Mimo najlepszych intencji autora, w które nie wątpię ani przez moment, mnogość wątków, jakie poruszył w tak kameralnie zakreślonych ramach, doprowadziła do tego, że powieść przypomina scenariusz dydaktycznego przedstawienia o niebezpieczeństwach narkomanii, które musieliśmy swego czasu oglądać w szkole. Miał uwrażliwiać, a w efekcie sprowadzał problem do absurdu i ułatwiał jego bagatelizowanie.

3) Martyna Raduchowska Fałszywy Pieśniarz – cykl o Idzie Brzezińskiej, szamance od umarlaków, bardzo lubię. Trzecią część kupiłam jeszcze w przedsprzedaży i od razu zaczęłam czytać. Niestety, mimo szybkiej i bezproblemowej lektury było to spore rozczarowanie. Fabuły starczyłoby tym razem na dłuższe opowiadanie, zabrakło mi tu oddechu, który w tym cyklu ceniłam zdecydowanie najbardziej.

NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Stuart Turton Siedem śmierci Evelyn Hardcastle – bardzo ambitny koncepcyjnie debiut, świetna lektura mimo nie do końca dźwigniętej przez autora końcówki.

NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

Mogłabym tu wstawić Nesbo z Nożem, Osińską z Fluffem, French z przynudzającym Wiedźmim drzewem, a nawet zachwalanego powszechnie Macieja Marcisza i jego Taśmy rodzinne. Ale nic mnie tak nie zaskoczyło, jak zaledwie poprawność The Testaments Margaret Atwood. Trzymajcie się z daleka!

 ODKRYCIE ROKU

Ben Fountain urzekł mnie jego Długi marsz w połowie meczu.

 ULUBIONY NOWY BOHATER

Jojo ze Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie Jesmyn Ward – starszy brat, co się zowie.

 KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Robin Hobb Przeznaczenie Skrytobójcy –  ta powieść to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie i zarazem dowód, że można pisać świetny cykl przez dwadzieścia lat i mimo wszystko zarżnąć bohaterów, pisząc o jeden tom za dużo.

Trzeba czegoś więcej, czyli kilka uwag o serialu Wiedźmin – tym od Netfliksa

geraltNiby napisano o nim już wszystko, ale – jako że się nie znam – też się wypowiem. To jeszcze chwilowo wolny kraj. Zanim przejdziemy do rzeczy, dla porządku – uwagi wstępne. Czy jestem fanatyczną fanką książkowego wiedźmina, którego przygody czytałam osiem razy, w tym pięć razy w ciągu pierwszego roku od odkrycia? Ależ oczywiście. W konsekwencji grałam też we wszystkie wiedźmińskie gry komputerowe, choć gamerka ze mnie żadna. Czy w związku z tym miałam zawyżone i nierealne oczekiwania względem serialowej adaptacji? Tu was (być może) zaskoczę – nie. To umiarkowanie godne stoickiego mędrca zapewniła mi wieloletnia i trwała trauma, wywołana seansem polskiego serialu (zwanego powszechnie od nazwiska scenarzysty, Michała Szczerbica, na którego sempiternę miała znaleźć się kłonica – szczerialem). Nie wejdę w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do kultowych już streszczeń poszczególnych odcinków, popełnionych swego czasu przez Radka Teklaka. Tytułem podsumowania napiszę tylko, że może i zdaniem Geralta nie ma mniejszego zła, ale wiedźmin uważa tak wyłącznie dlatego, że nie oglądał polskiego serialu o swoich przygodach. Jaki by ten od Netfliksa nie był, zawsze mniejszym złem od naszego będzie.

Co powiedziawszy, przejdę do swoich wrażeń z ośmiu pierwszych odcinków (nie ostatnich, bo drugi sezon otrzymał zamówienie jeszcze przed premierą pierwszego, zdjęcia ruszą na początku przyszłego roku). Zabrzmi to może nieco paradoksalnie, ale pierwszy odcinek jest – obok ostatniego – najsłabszy w całym sezonie. I już nawet nie chodzi o tę trójdzielną narrację, w której każda z głównych postaci – Geralt, Yennefer i Ciri – dostaje swój prowadzony równolegle, na własnym planie czasowym, wątek. Taka była wizja scenarzystów, czy też showrunnerki, i mnie tam nic do tego. Czy ludzie nieznający książek, zwłaszcza jeśli oglądają nieuważnie, mogą przez to poczuć się zagubieni? Ależ oczywiście. Najwyraźniej jednak twórcy mieli to wliczone w koszty. Kto ogląda z minimalnym skupieniem, ten, moim zdaniem, się połapie. Odrębną kwestią jest, czy będzie mu się chciało oglądać dalej. Wątek cintryjski podany został, powiedzmy opłotkami, w wyjątkowo mało angażujący sposób. Eist jakoś tam wprawdzie nawiązuje do swoich oświadczyn, ale ogólnie za wiele dla widza  nieobeznanego z książkami z tych wszystkich menuetów i półsłówek nie wynika. W wątku Geralta natomiast mamy prawdziwą ciekawostkę przyrodniczą. Wzięto jedno z lepszych opowiadań, czyli Mniejsze zło, i pokazano wszystko, z wyjątkiem tridamskiego ultimatum, które, było nie było, jest sensem i sercem tego tekstu. I nawet naprawdę świetnie zrealizowana scena rzeźni na rynku tego nie wyrównuje. Już mniejsza o batystowe majtki i fakt, że cała historia Renfri stanowiła postmodernistyczny wariant baśni o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach (choć trochę szkoda, bo wystarczyłaby krótka retrospekcja lub dodatkowy, również niedługi, dialog między bohaterami, żeby tę warstwę zachować czy choćby zasygnalizować jej istnienie). Ale bez wątku tridamskiego dylemat wiedźmina zostaje bezlitośnie spłycony, a jego ostateczny wybór zyskuje zupełnie inny wymiar. Inaczej wyglądają ciskający kamieniami mieszkańcy Blaviken, gdy się wie, że rzucają je w mutanta, który ocalił ich od zguby. A inaczej, gdy rzucają je w faceta w naprawdę śmiesznej peruce (wiele mogę wybaczyć i wybaczam, ale że nie było budżetu na lepsze włosy dla Cavilla, uważam za niewybaczalne), który wparował na rynek i w zasadzie bez dania racji widowiskowo wyrżnął sporo ludzi (i nieludzi). Podobał mi się Stregobor, chyba bliższy w tej wersji swojemu literackiemu odpowiednikowi.

W odcinku drugim mamy bezlitośnie skondensowany Kraniec świata, należący do moich ulubionych opowiadań, w związku z czym prywatnie było mi z tego powodu przykro. Obiektywnie rozumiem wyrzucenie wątku Lille i księgi (pewnie drogie efekty, z pewnością trudno przetłumaczalny humor oraz brak czasu ekranowego). Wprawdzie w efekcie powstaje dziwna sytuacja: Filavandrel puszcza wolno Jaskra i Geralta, w zasadzie nie wiadomo, czemu. Ale da się to jakoś przeżyć. Jest niezła chemia między wiedźminem i bardem, ciekawy wątek PR Geralta, ładna scena chóralnego śpiewu w karczmie. Nieco rozczarowują od strony technicznej diaboł i elfy, ale widać budżet poszedł na coś innego. Komu się nie podoba, niechaj wspomni naszego Filavandrela. I nasze elfy. Poza tym zaczyna się rozwijać wątek przeszłości Yennefer i tutaj powiem od razu, że według mnie uzupełnienie biografii tej postaci było decyzją znakomitą, potrzebną i (z wyjątkiem Sodden, o czym dalej) dobrze zrealizowaną, ze szczególnym uwzględnieniem wątku relacji między Janeczką a Istreddem, choć Tissaia też nieźle wypada. I nawet węgorze w Aretuzie, dobrze ilustrujące, że nie wszyscy mają potencjał, by zostać mistrzami mocy, ładnie tam pasują. Anya Chalotra jest świetną Yen mimo wszelkich moich wcześniejszych zastrzeżeń czy wątpliwości. Jest wręcz za dobra, bo blednie przy niej cała reszta obsady, z Geraltem włącznie. Choć prywatnie wolę ją sprzed przemiany.

Odcinek ze strzygą, oparty na opowiadaniu Wiedźmin, należy do najlepszych (a jak teraz o tym myślę, to chyba po prostu JEST najlepszy). Choć i tutaj nie brakuje zmian względem literackiego pierwowzoru, udaje się zachować ducha opowiadania. Niepotrzebnie postarzono Foltesta, również niepotrzebnie – na użytek widza nieobeznanego z oryginałem i żeby było bardziej schematycznie – kazano Ostritowi odprawiać dosłowne czarnomagiczne rytuały. Triss jest absolutnie beznadziejna, i nie chodzi mi tu bynajmniej o aspekt wizualny, tylko o to, że gra jak za karę, a między nią a wiedźminem nie ma śladu chemii. Świetna jest za to sekwencja łącząca walkę ze strzygą z przeistoczeniem Yen (poza tym wygrzebywaniem macicy, na litość, choć, z drugiej strony, ciężko by było pokazać na ekranie atrofię jajników wywołaną magią – mogli się skupić na samym garbie, a o utracie płodności przecież magik powiedział).

Dalej mamy epizod inspirowany w wątku wiedźmina kluczowym opowiadaniem Kwestia ceny. I tu zacznę od tego, co mi się nie podobało. A przede wszystkim nie podobała mi się Calanthe i to nie tylko w tym odcinku, ale w ogóle w wizji twórców serialu. Aktorka sama w sobie jest świetna, ale to, co jej dają do grania, rozjeżdża się z moją wizją tej postaci. Podbili jej sukowatość i niezależność, pozbawiając ją jednocześnie charyzmy i autorytetu. Poza tym zrobili z niej gatunkistkę, a przypomnę, w opowiadaniu Miecz przeznaczenia smarkata Ciri mówi Pani Brokilonu, że nie boi się driad, bo jej babka (Calanthe czyli) mówi, że powinno być więcej takich lasów jak Brokilon. Naprawdę nie byłoby wielkim problemem zachować trik z przestawieniem zegara i fałszywą północą na uczcie zaręczynowej Pavetty. Trik, który doskonale pokazywał, jak finezyjnie Calanthe potrafi realizować swoje cele. Zamiast tego Jeżowi zdzierają hełm na chama, a sekwencja z Pavettą latającą z ukochanym pod sufitem tak jawnie nawiązuje do Shreka, że aż się robi przykro. Poza tym jednak udaje się zachować najważniejszą zawartość opowiadania, więc w zasadzie drzeć szat nie ma o co. Może z wyjątkiem faktu, że te zdarzenia powinny być pokazane na początku wątku cintryjskiego. Wtedy miałby on coś na kształt rąk i nóg. Macie rację, jeśli sądzicie, że nie bez przyczyny konsekwentnie pomijam milczeniem perypetie księżniczki Cirilli.

Piąta odsłona to kluczowe dla relacji Geralta i Yen opowiadanie Ostatnie życzenie. Znów zabrakło dolarów na dżinna z prawdziwego zdarzenia, co w serialu fantasy musi budzić niejakie zdumienie. Ale niech tam. Poza tym jest nieźle, pomijając bezsens wiedźmina łowiącego geniusza jako antidotum na bezsenność. Nawet kuriozalna orgia w domu Beau Berranta nie jest w stanie przyćmić faktu, że między Cavillem i Chalotrą iskrzy, a ten pierwszy może wreszcie trochę pograć z bardziej wymagającym partnerem niż koń. Poza tym nie brakuje dosłownych cytatów z opowiadania, w tym jednego z moich ulubionych, o pieniądzu otwierającym wszelkie drzwi. Wcześniej o tym wprawdzie nie wspomniałam, ale na przestrzeni całego sezonu wyraźnie widać, że scenariusz pisał (bądź nadzorował jego powstawanie) ktoś autentycznie lubiący i znający opowiadania, bo co i raz można się natknąć na nawiązania do uroczych drobiazgów i dosłowne cytaty. To miłe.

Natomiast to, co zrobiono w szóstym odcinku z Granicą możliwości, już nie było zbyt miłe, mówiąc bardzo eufemistycznie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś podobnego, ale – nasz Borch był lepszy:) Mój Borch w każdym razie nie był starym dziadem i nie chodził w zbroi, która sama w sobie stanowiła spoiler. Nie potępiam w czambuł wszystkich wprowadzonych zmian, część z nich świetnie rozumiem i popieram, ale całkowite wycięcie z rozmów Borcha i Geralta wątków, nazwijmy to, ekologicznych, zabija sens całego opowiadania. Podobnie bezsensowne i niepotrzebne było zrobienie z Eycka idioty (zabicie Eycka to już w ogóle dziwactwo – kto to niby zrobił – Borch?). Brak sceny na moście to również brak ważnego przełomu w relacjach Geralta z Yen (Już nie wisimy. Przestało mi zależeć). Nie był to mocny moment serialu, zmarnowano mnóstwo potencjału.

Dwa ostatnie odcinki to próba wyjścia z pułapki, w którą scenarzyści sami się wpakowali, podejmując dwie decyzje: o trójdzielnej narracji oraz o postarzeniu Lwiątka z Cintry. O ile ta pierwsza decyzja daje się obronić, choć jej realizacja, zwłaszcza w wątku Lwiątka, pozostawia sporo do życzenia, to już druga pociąga za sobą daleko idące konsekwencje, z których części nie da się w żaden sposób zniwelować. Przede wszystkim chodzi o to, że w finale, gdy Geralt i Ciri spotykają się pod chatą Jurgi, wbrew tytułowi opowiadania Coś więcej, nie łączy ich nic więcej poza Prawem Niespodzianki. Gdy tymczasem siła rażenia tej sceny opierała się bynajmniej nie na fakcie, że Dziecko Niespodzianka spotyka swojego wiedźmina, którego zna tylko z imienia. Ciri, rezolutna smarkula z Cintry, już w wieku dziesięciu lat na tyle sprytna, by ukrywać swoją tożsamość przed białowłosym, który ocalił ją przed wijem w Brokilonie, była zarazem świadoma wagi przeznaczenia. Już wtedy chciała z nim odjechać. Ale wiedźmin, który przywiązał się do dziewczynki, opowiedział jej bajkę o lisie i kocie, walczył w jej obronie – odesłał ją do Cintry, bo nie wierzył w przeznaczenie. Tymczasem, gdy po latach ponownie powołał się na Prawo Niespodzianki, otrzymał tę samą zapłatę, co w Cintrze, ale wtedy już łączyło go z Cirillą coś więcej niż ślepe przeznaczenie. Co nam z tego pięknego, przewrotnego, wzruszającego wątku zostaje w serialu? Otóż nic. Wiedźmin i Ciri są sobie całkowicie obcy.

To jest nawet gorsze niż Yennefer wygrywająca jednoosobowo bitwę pod Sodden – co jest bardzo złe. Bo ona miała być zdolna, ale nie wszechmocna, a powstrzymanie Nilfgaardu pod Sodden było zbiorowym tryumfem zjednoczonych czarodziejów, który większość z nich przypłaciła życiem. Gorsze niż stary Cahir-fanatyk w randze generała (chętnie popatrzę, jak się z tego będą wygrzebywać). Gorsze niż Nilfgaardczycy jako motywowani religijnie najeźdźcy, uprawiający czarnomagiczne rytuały. Bardzo złe, mówiąc krótko, i ściągające ocenę całości mocno w dół.

Tyle ode mnie.

A tak ładnie żarło… (Samuel Bjørk, Chłopiec, który kochał sarny)

bambijpgW zasadzie sama jestem sobie winna, bo przecież po Sowie miałam tak serdecznie dosyć Mii Kruger i Holgera  Muncha, że obiecałam sobie solennie więcej się z nimi nie użerać. Plącząc się jednak wśród czarnopiątkowych promocji na e-booki, pewnie nadal pod wpływem przygnębienia po epickiej klęsce, jaką okazało się Przeznaczenie skrytobójcy, dokonałam tak zwanego zakupu impulsowego. Potrzebowałam szybkiej, niezbyt angażującej intelektualnie lektury na reset, a trzeci kryminał z cyklu norweskiego autora, którego marketingowcy zdecydowanie na wyrost okrzyknęli rywalem Jo Nesbo, w teorii idealnie spełniał te wymogi.

W praktyce również spełniał je idealnie, tak mniej więcej przez 2/3 objętości tekstu. Mia, jak na swoje możliwości, była zaledwie umiarkowanie irytująca, bo czysta po odwyku i niemal wolna od wizji swojej zmarłej siostry bliźniaczki, Sigrid. Holger zamiast użalaniem się nad rozpadem swojego małżeństwa zajął się robotą i nawet randkowaniem z nową lekarką sądową (a zatem po rozwodzie można mieć życie uczuciowe, kto by pomyślał!). No i oczywiście mieliśmy też zabójcę, tytułowego miłośnika saren. Człowieka posługującego się wyrafinowanym modus operandi, który na miejscu każdej zbrodni zostawiał enigmatyczne wiadomości dla śledczych. Mimo wyjątkowo niepokojącego prologu, który szybko wyparłam z pamięci, ogólnie zatem całość rokowała bardzo dobrze.

Niestety, choć ładnie żarło, bo dzięki krótkim rozdziałom i częstym zmianom perspektywy narracyjnej Bjørk sprawnie utrzymywał zainteresowanie odbiorcy, to ostatecznie zdechło, i to w wyjątkowo spektakularnych męczarniach. Że Mii po powrocie do pracy szybko zaczął się pogarszać stan zdrowia psychicznego i zatęskniła za znieczuleniem oferowanym przez tabletki i alkohol, nie będzie dla nikogo znającego poprzednie części wielkim zaskoczeniem. To jednak drobiazg w zasadzie pomijalny, podobnie jak doprowadzająca mnie do szaleństwa konfekcyjna mania autora. Gdybyście byli ciekawi, przejawia się ona w kompulsji, zmuszającej Bjørka do nadmieniania 5 razy w każdej scenie z udziałem bohaterów, że Mia nosi skórzaną kurtkę, a Holger budrysówkę. Aczkolwiek dopiero po trzech tomach zmotywowało mnie to do sprawdzenia, czym, do cholery, jest budrysówka (jeżeli jesteście takimi samymi ignorantami modowymi jak ja, informacje macie w linku powyżej).

Ale ja tu zdryfowałam na jakieś dywagacje o odzieży, a przecież nie z tym mam w Chłopcu, który kochał sarny największy problem. Problemem jest konstrukcja intrygi, czyli rzecz w kryminale podstawowa. Z tej części zadania Bjørk za każdym podejściem wywiązuje się, niestety, coraz słabiej, choć logika nakazywałaby zakładać, że z każdą kolejną powieścią powinno mu to iść lepiej. Już nawet nie chodzi o to, że najbardziej uważny czytelnik nie ma najmniejszej szansy wykryć tożsamości sprawcy (choć uważam, że danie czytelnikowi takiej szansy jest obowiązkiem każdego uczciwego autora kryminału). Policja również nie ma tu na to szans. Cała intryga jest adresowana do konkretnej osoby, a finał poprowadzony został kuriozalnie. W efekcie zamiast planowanego zapewne przez autora dramatyzmu mamy tragikomedię.

Nie polecam. W zasadzie energicznie odradzam.