Gdy narrator przesłania historię (Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy)

nie-przywitam-sie-z-panstwem-na-ulicy-szkic-o-doswiadczeniu-niepelnosprawnosci-w-iext54983497Pewnie powinnam po prostu darować sobie ten tekst, ale pocieszam się, że i tak mało kto go przeczyta. Poza tym w końcu po to mam tego bloga, żeby pisać, co myślę o swoich lekturach, nawet jeśli są to myśli emocjonalne, pozbawione niezbędnej dozy recenzenckiego dystansu, niewątpliwie w jakimś sensie przykre dla autorki Nie przywitam się z państwem na ulicy. Szkicu o doświadczeniu niepełnosprawności i być może świadczące o mojej ignorancji co do formy autoetnograficznej. Jest to jednak ryzyko, które jestem gotowa podjąć. Kupiłam książkę Marii Reimann po lekturze w zasadzie wyłącznie przychylnych recenzji w Internecie, przede wszystkim z ciekawości, czy będzie równie poruszająca, jak Żeby umarło przede mną Jacka Hołuba (którą gorąco polecam, choć nie byłam w stanie o niej napisać – jest to zbiór świadectw matek niepełnosprawnych dzieci, czysta, niczym nierozwodniona esencja prawdy o realiach opieki nad takimi dziećmi w naszym kraju).

W tym miejscu wyjaśnię, żeby nie było nieporozumień: nie jestem koneserką inspirational porn, czyli opowieści o dzielnych niepełnosprawnych, które mają dawać zdrowym kopa do działania. Jestem, o czym już kiedyś wspominałam, osobą niepełnosprawną od urodzenia, mam MPD, czyli mózgowe porażenie dziecięce (szczegóły, jeżeli was interesują, znajdziecie pod tagiem #I ty możesz naostrzyć siekierę). Uważam, że brakuje na naszym rynku rodzimych narracji o realiach życia z niepełnosprawnością i że są one bardzo potrzebne. Dlatego cieszę się, że Wydawnictwo Czarne dostrzegło i zaczęło wypełniać tę lukę, a gdy tego typu tytuły się pojawiają, sięgam po nie, żeby sprawdzić, jak autorzy widzą życie z niepełnosprawnością i – co chyba najważniejsze – jaki jego obraz przedstawiają swoim czytelnikom, jak rozkładają akcenty.

Książka Reimann jest tu podwójnie interesująca, bo sama autorka jest osobą niepełnosprawną, a konkretnie niedowidzącą od urodzenia. I znów: pewnie nie powinnam tego pisać, być może jest to twierdzenie krzywdzące, pozbawione faktycznych podstaw i wzięte z sufitu, ale: mam przeczucie, że po części stąd biorą się wyłącznie dobre recenzje Nie przywitam się z państwem na ulicy. Jestem w stanie wyobrazić sobie u osoby zdrowej nawet nieuświadomioną blokadę przed napisaniem czegokolwiek negatywnego o książce, której autorka w opowieść o życiu kobiet i dziewczynek z Zespołem Turnera wplata własną, bardzo osobistą historię  o życiu z poważną niepełnosprawnością. Napisać o takiej książce coś nieprzychylnego to zbrukać ten niezwykły akt prywatnej odwagi (piszę to bez ironii), narażając się na łatkę osoby nieczułej czy wręcz nieludzkiej.

U mnie tego rodzaju blokada nie występuje, po pierwsze dlatego, że nie mam serca, jak powszechnie wiadomo. Po drugie, uważam (podobnie zresztą jak Maria Reimann), że niepełnosprawnym, którzy robią cokolwiek profesjonalnie, nie przysługuje żadna taryfa ulgowa i finalny efekt ich działań powinien podlegać takim samym kryteriom oceny jak utwory osób zdrowych.

Przechodząc po tym przydługim i zapewne nudnawym, ale w moim odczuciu koniecznym wstępie do meritum: Nie przywitam się z państwem na ulicy po przyłożeniu takich obiektywnych kryteriów moim zdaniem się nie broni. Zgodnie ze znalezioną przeze mnie definicją:

Autoetnografia (AE) – wywodzi się z tradycyjnej metody etnograficznej – jest połączeniem techniki badawczej z formami prezentacji związanymi z autobiografią jako gatunkiem. Rozwój AE w naukach społecznych w ostatnich dwóch dekadach przyniósł szereg różnorodnych ujęć i sposobów zastosowania. Łączy je wszystkie ulokowanie własnego doświadczenia i biografii badacza w centrum prowadzonych przez niego badań. W autobiograficznym procesie badacz staje się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem badania. W tradycyjnej etnografii korzysta z technik obserwacji uczestniczącej i wywiadu pogłębionego, przy pomocy których konstruuje opis etnograficzny (ethnographic narratives), jak i osobiste historie (personal stories), analizuje i interpretuje uzyskane dane. Natomiast w AE, sensu stricte, badacz konstruuje nie tyle portret „innego” (jednostki, grupy, kultury), co portret jaźni (self) w relacji do kultury.

Przyjmując ją za punkt odniesienia, Nie przywitam się z państwem na ulicy wypada uznać za miks etnografii i autoetnografii. Przy czym już sam tytuł wskazuje jednoznacznie, że opowieść badaczki o własnym doświadczeniu życia z niepełnosprawnością znajdzie się na pierwszym planie – i tak też się dzieje. Nie mam żadnego świadomego doświadczenia z tymi gatunkami, ale po tej lekturze mam głębokie przekonanie, że łączenie ich ze sobą nie jest dobrym pomysłem. Nie dowiecie się z tej książki za wiele o życiu chorych na Zespół Turnera (a osobiście tego przede wszystkim oczekiwałam), za to sporo o tym, co autorka sądzi na temat tych osób, ich rodziców oraz decyzji wychowawczych czy życiowych podejmowanych przez opisywane bohaterki i ich opiekunów. Bardzo dużo o jej odczuciach związanych z przeprowadzanymi wywiadami, uczestnictwem w koloniach dla osób z ZT (na litość, skoro sama autorka słusznie zauważa, że uczestniczki są w różnym wieku, w tym także dorosłe, to czy nie mogła zamiast o koloniach pisać o wyjeździe integracyjnym?). Poziom tych przemyśleń bywa niekiedy, łagodnie mówiąc, rozczarowujący. Organizatorki tłumaczą jej, dlaczego wspólne wyjazdy są dla osób z ZT tak ważne – tylko tam mogą pojechać i codziennie przyjmować hormon wzrostu, który musi być specjalnie przechowywany. W związku z tym nie mogą jeździć np. na wycieczki szkolne. A co na to autorka?

Według mnie konieczność robienia sobie codziennych zastrzyków z hormonu wzrostu wcale nie uniemożliwia uczestnictwa w szkolnych wycieczkach i zwyczajnych koloniach.

Po czym nie pojawia się żadne uzasadnienie tego twierdzenia. Dziś, kiedy są przenośne lodówki, być może faktycznie jest to łatwiejsze, choć nie wiem, jakich konkretnie warunków wymaga hormon wzrostu przy transporcie, by nie utracił swoich właściwości. Nie każdego mimo wszystko stać na przenośną lodówkę, trzeba w niej uzupełniać czynnik chłodzący, nie w każdym ośrodku są lodówki (nie tylko w pokojach, ale ogólnie dostępne). Ale po co się zastanawiać nad takimi czynnikami, będąc członkinią zespołu badawczego? Najłatwiej napisać, że to po prostu bzdura, wygodne alibi, z którego osoby chore na ZT korzystają, żeby nie brać udziału w odmiennych wyjazdach. Nie jest to napisane wprost, jednak zostaje zestawione z następującym prywatnym zwierzeniem:

Nigdy nie pojechałam na żaden turnus rehabilitacyjny Polskiego Związku Niewidomych, chociaż wiedziałam, że są organizowane. Moim rodzicom taki pomysł nie przyszedł chyba nawet do głowy. W szkole podstawowej jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki z moją klasą i na różne obozy wakacyjne. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że muszę przynieść specjalną zgodę od rodziców na wyjazd integracyjny organizowany na początku liceum. Mieliśmy jechać w góry, szkoła chciała mieć pisemne potwierdzenie od moich rodziców, że zgadzają się, żebym chodziła po Gorcach. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, dzisiaj wcale się nie dziwię.

Wymowa tego zestawienia jest (dla mnie) jednoznaczna – chore z ZT to lamerki, bo jeżdżą na dedykowane im turnusy, a powinno się to robić tak jak ja (i moim rodzice). Takiej zawoalowanej wyższości i kiepsko maskowanego pobłażania jest w narracji mnóstwo, a merytorycznych treści bardzo niewiele, co dla mnie jest kompletnie dyskwalifikujące w pozycji aspirującej do rangi pracy naukowej i dofinansowanej ze środków publicznych, a konkretnie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ze środków na badania statutowe Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą »Narodowy Program Rozwoju Humanistyki« w latach 2016–2019.

Prywatnie uważam (ale to już nie ma żadnego związku z recenzją), że rodzice autorki, z pewnością niezamierzenie, wyrządzili jej krzywdę, nie pozwalając, żeby choć częściowo zinternalizowała swoją niepełnosprawność jako element tożsamości. W rezultacie autoetnograficzna część historii nie jest o życiu z poważną w końcu niepełnosprawnością, ale o życiu wbrew niej. Prowadzi to do sytuacji absurdalnych, jak niżej opisana:

Idę przez Jastarnię, jest wrzesień 2018 roku, mam trzydzieści sześć lat, dziesięcioletniego syna i kilka tygodni temu wzięłam psa. Nie chciałam mieć psa, nie wydawał się dobrym pomysłem dla niedowidzącej osoby, ale uległam prośbom dziecka i właśnie jestem w nadmorskiej miejscowości z psem. W jednej ręce trzymam smycz, drugą prowadzę wypożyczony przed chwilą rower. Idę na stację kolejową, gdzie umówiłam się z przyjaciółmi. Jedziemy na wycieczkę. Jastarnia to małe miasteczko i wiem, że znalezienie stacji nie powinno być problemem, ale nigdy wcześniej tu nie byłam. Ulice są we wrześniu puste, więc nie mam kogo zapytać o drogę, a instrukcje, których udzieliła mi pani w wypożyczalni rowerów – jak zawsze do niczego. „Widzi pani tamten znak? To za tym znakiem w lewo. I potem zobaczy pani pocztę…”, a ja nie mam siły jej tłumaczyć, że nie widzę znaku i poczty też raczej nie zobaczę. Zresztą jak inaczej ma mi wytłumaczyć drogę? Kiwam więc tylko głową i czekam, aż skończy. Jest mi za trudno, myślę z żalem i złością, kogo ja próbuję oszukać?

Syn autorki ma 10 lat, mógłby skorzystać ze wskazówek, gdyby tylko mu je powtórzyła. Mógłby znaleźć drogę na Google Maps. Ale ona musi wszystko zrobić sama. W pierwszym odruchu byłam na nią zła, potem przyszła refleksja, że może inaczej nie potrafi, bo tak została wychowana. Mimo wszystko jest mi jej żal. Ale i nie popieram decyzji o wzięciu psa, żeby dziecko nie było poszkodowane. Poszkodowany może w efekcie zostać pies, bo sama autorka przyznaje, że kiedy z nim spaceruje, nie widzi, co zjada na ulicy. Może się otruć i zdechnąć w męczarniach. A wystarczyło po prostu poczekać parę lat, aż syn będzie dość duży, aby samodzielnie opanować zwierzę. Ale w optyce autorki taka decyzja byłaby niedopuszczalna. Wstrząsająca jest opisana przez nią scena:

„Przestań ciągle udawać!”, mój synek jest mały, ma pięć albo sześć lat. Ktoś powiedział: „zobaczcie, jaki fajny pies”, a ja odruchowo, chociaż nie widzę żadnego psa, odpowiedziałam: „aha, fajny!”. Nie może zrozumieć, czemu to robię. Wyjaśniam mu, że nie chcę robić wokół siebie afery, znowu komuś tłumaczyć, że źle widzę, że ostatecznie ten pies nie ma takiego wielkiego znaczenia, a wszystkim jest łatwiej. Nie przekonałam go. Pies ma znaczenie, a ja nie powinnam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.

Konieczność takiego udawania wydaje się absurdalna, ale jest przede wszystkim smutna i straszna. Taki stopień zaprzeczenia rzeczywistości nie jest normalny. Nawet małe dziecko to dostrzega, ale dorosła osoba pozostaje na to, nomen omen, ślepa. I w następnym akapicie:

Mój psychoterapeuta próbuje kilka razy porozmawiać ze mną o moim wzroku, sądzi chyba, że to może mieć znaczenie dla mojej tożsamości, że to ważna sprawa, której należałoby się przyjrzeć. Robię uniki, zmieniam temat, żartuję. Wydaje mi się, że trochę przesadza, mam inne, istotniejsze problemy. Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie jestem już taka pewna, które z nas miało rację. Bardzo lubiłam mojego psychoterapeutę, być może nie chciałam wtedy pozwolić, żeby patrzył na mnie jak na osobę niepełno-sprawną.

Po tym wszystkim niechęć Reimann do wspomagania widzenia nie powinna być dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale jednak nie potrafię pojąć poniższego rozumowania:

Brzydkie okulary, które zamiast szkieł wstawione mają szkła powiększające. Czasem używam ich w domu, pod warunkiem że nikt mnie nie widzi. Dziwaczne plastikowe okulary do oglądania telewizji, z przymocowanymi w odległości dwóch centymetrów od szkieł dodatkowymi lupami, w których wygląda się tak idiotycznie, że prawie się z Maćkiem popłakaliśmy ze śmiechu i zrobiliśmy sobie serię zdjęć. Nigdy ich jednak nie zabrałam na żaden z meczów mistrzostw świata w piłce nożnej, na które umawiamy się z przyjaciółmi na mieście, chociaż być może mogłabym dzięki nim coś widzieć na telewizorze i nie musielibyśmy chodzić tylko tam, gdzie mecze pokazywane są na telebimach. Okulary słoneczne zwiększające kontrast. Kiedy w przychodni założyłam je na próbę i wyszłam na chwilę na dwór, poczułam się wspaniale, bo jednocześnie chronią przed słońcem i poprawiają jakość widzenia. Nie zdecydowałam się jednak ich kupić, wiedząc, że nie będę nosić okularów, które sprawią, że moja niepełnosprawność stanie się oczywista, widoczna. Za nic nie wyszłabym na miasto w specjalnych okularach osoby niedowidzącej. Lubię tylko małą, srebrną lornetkę o podwójnej ogniskowej (złożona pozwalała mi odczytywać nazwy ulic i numery na domach, rozłożona – czytać nawet drobny druk), bo jest ładna, zgrabna i fajna, i każdy chce przez nią popatrzeć.

Może przyjaciołom byłoby łatwiej, może MNIE byłoby łatwiej, bo lepiej bym widziała, ale świat zobaczyłby, że niedowidzę – nie ma mowy. Ten przedziwny egoizm i potrzeba maskowania się cechuje całość  Nie przywitam się z państwem na ulicy. Przede wszystkim on sprawia, że nie polecam tej pozycji, bo jest nie wiadomo o czym i powstała w zasadzie nie wiadomo po co. Skąd się bierze w zestawieniach najlepszych książek 2019, naprawdę nie pojmuję.

Bilans czytelniczy 2019

paragraf-22-w-iext53065487Przeczytanych: 63. Cóż mogę powiedzieć – za to przeczytałam dużo grubych książek. Sporo czasu wolnego poświęcałam też w tym roku na naukę. Najbardziej owocne czytelniczo były czerwiec i lipiec, kiedy to przeczytałam 7 książek. Najlepsza średnia jakość lektur przypadła natomiast na luty: 3 z 6 przeczytanych tytułów oceniłam na 5! Zagranicznych: 40. Polskich: 23. Jeśli chodzi o rozkład gatunkowy, to 8 reportaży, 13 pozycji fantastycznych, 19 kryminałów, 5 thrillerów, 17 powieści obyczajowych, a reszta to różne takie trudne do jednoznacznego skategoryzowania pozycje, jak choćby Najlepiej w życiu ma twój kot Szymborskiej i Filipowicza. Na ten rok przypadło zamknięcie Bloxa i przeprowadzka na WordPressa (lepiej późno niż wcale). W związku z tym, a także z dużymi zmianami w moim życiu zawodowym (porzuciłam etat i po zdaniu egzaminu zawodowego otworzyłam własną kancelarię radcy prawnego), opisywanie szło mi sporo gorzej od czytania. Lista nieopisanych lektur liczy 19 tytułów. Chyba po raz pierwszy w historii tego bloga nie opisałam m.in. książki roku. Wstyd, ale to akurat nie przydarzyło mi się z braku czasu, a z braku odpowiedniego aparatu krytycznego. Nie czułam się na siłach, żeby napisać o Paragrafie 22 coś nowego. Sierpień upłynął mi na Bohunaliach, czyli intensywnych dyskusjach o Ogniem i mieczem, zwieńczonych ponowną, analityczną lekturą powieści. Była oczywiście w planach notka, ale życie zweryfikowało te plany negatywnie. Może w tym roku przy Potopie się uda? Zapomniałam o 14 rocznicy założenia bloga, która przypadła w listopadzie, ale już w lipcu w prezencie urodzinowym założyłam staruszkowi profil na Facebooku. Przeniosłam tam krótkie notki filmowo-serialowe, więc jak ktoś ciekaw, to zapraszam do obserwowania.

NAJLEPSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

1) Joseph Heller Paragraf 22 – znakomita, absurdalna powieść antywojenna, jedyna tegoroczna 5.5 (szóstek nie było). W zasadzie sprowadzenie do powieści antywojennej to dla Paragrafu 22 wielka i niezasłużona krzywda. Jest to bowiem manifest antykapitalistyczny, antybiurokratyczny i w szerszym ujęciu po prostu antysystemowy. Na jakimś poziomie przezabawny, ale gdy się zrobi pół kroku w tył, to po prostu dramatyczny, bo opisuje zmagania jednostki z góry skazanej na porażkę. Co nie przeszkadza chichotać, gdy Major Major Major Major opisuje, jak jego rodzina wzbogaciła się na nieuprawianiu lucerny. I po tym można poznać geniusz w stanie czystym. Czytałam pod serial, ale po 1 odcinku dałam sobie spokój. Tego się nie da zekranizować.

Aż sześć z tegorocznych pozycji oceniłam na 5.0 w Biblionetkowej skali. Jeśli chodzi o średnią jakość lektur, była zatem wyższa niż w 2018 (wtedy była jedna „piątka”).  Siedmiokrotnie wystawiłam 4,5, a  3,5 lub 4.034 razy.

2) Lionel Shriver Musimy porozmawiać o Kevinie – to jedna z tegorocznych 5.0. Opisana w niemałym trudzie, więc nie będę się powtarzać i odeślę do zalinkowanego tekstu.

3) Jeffrey Eugenides Middlesex – do maja byłam przekonana, że książkę roku przeczytałam w marcu. W październiku niezwykła opowieść potomka greckiej diaspory musiała ustąpić drugiego miejsca na podium historii skomplikowanego macierzyństwa. Ale nie wątpcie, że warto się z nią zapoznać. Ten autor pisze rzadko (jak dotąd trzy powieści i zbiór opowiadań), ale znakomicie.

NAJGORSZA PRZECZYTANA KSIĄŻKA

W tym roku z braku recenzenckich zabrakło i jakiegoś prawdziwie epickiego gniota. Niemniej, zawsze coś się znajdzie.

1) Ann Cleeves, Martwa woda to jedyne 2.5 i najniższa ocena roku. W sumie nawet nie bardzo jest się o czym rozpisywać. Autorce ewidentnie kończą się pomysły, a lubianego przez czytelników cyklu szetlandzkiego porzucać jej się nie opłaca. I wychodzi takie nie wiadomo co.

2) Wojciech Chmielarz Rana – tu było troszeczkę lepiej, ale bolało o wiele bardziej. Druga powieść pisarza wydana w Marginesach jest po prostu kuriozalnym, koturnowym nie wiadomo do końca czym. Pisałam recenzję przedpremierową, która z uwagi na bardzo negatywny wydźwięk nie została opublikowana w zlecającym ją serwisie. Wrzucam fragment:

Niemniej, faktem pozostaje, że gdyby świat wyglądał tak, jak jego wycinek wzięty w Ranie pod autorską lupę, samobójstwo stałoby się bardzo popularne. Powiedzieć, że nie ma tu dobrych ludzi, to nic nie powiedzieć. Nie ma zwykłych, normalnych, przeciętnych. Tołstoj pisał, że każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. A Chmielarz, który swoją uwagę w najnowszej powieści właśnie na takich rodzinach skupia, nie tylko tezę rosyjskiego prozaika potwierdza, ale wręcz ją modyfikuje – u niego szczęśliwych rodzin po prostu nie ma. Niewinnych ludzi też nie ma, i dotyczy to nawet dzieciaków. Przy czym, żeby była jasność – nie twierdzę, że którykolwiek z przedstawionych w powieści rodzinnych czy indywidualnych problemów jest nierealny, czy choćby wyolbrzymiony. Nierealna, a w efekcie wręcz groteskowa staje się ich kumulacja zaprezentowana w ramach fabuły. W rezultacie dostajemy noir, który poprzez stężenie przedstawionych patologii staje się swoją własną parodią. Rozumiem, że każdy miał być tutaj winny i nieszczęśliwy zarazem. Ale przeczuwam, że mimo wszystko nie o taki efekt przytłoczenia czytelnika złem autorowi chodziło.

Mamy w Ranie pięć rodzin, dosłownie kilkunastu istotnych bohaterów i cały przekrój problemów społecznych (alkoholizm, seksoholizm, zaniedbanie wychowawcze, ciąża nastolatki, samobójstwo, myśli samobójcze, zdrada małżeńska, rozwód, utrata dziecka, utrata rodzica, mobbing – a to tylko początek wyliczanki, w której nie zabraknie miejsca także dla afery reprywatyzacyjnej!), a wszystko łączy prywatna szkoła dla elity na warszawskim Mokotowie. Mimo najlepszych intencji autora, w które nie wątpię ani przez moment, mnogość wątków, jakie poruszył w tak kameralnie zakreślonych ramach, doprowadziła do tego, że powieść przypomina scenariusz dydaktycznego przedstawienia o niebezpieczeństwach narkomanii, które musieliśmy swego czasu oglądać w szkole. Miał uwrażliwiać, a w efekcie sprowadzał problem do absurdu i ułatwiał jego bagatelizowanie.

3) Martyna Raduchowska Fałszywy Pieśniarz – cykl o Idzie Brzezińskiej, szamance od umarlaków, bardzo lubię. Trzecią część kupiłam jeszcze w przedsprzedaży i od razu zaczęłam czytać. Niestety, mimo szybkiej i bezproblemowej lektury było to spore rozczarowanie. Fabuły starczyłoby tym razem na dłuższe opowiadanie, zabrakło mi tu oddechu, który w tym cyklu ceniłam zdecydowanie najbardziej.

NAJWIĘKSZE POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Stuart Turton Siedem śmierci Evelyn Hardcastle – bardzo ambitny koncepcyjnie debiut, świetna lektura mimo nie do końca dźwigniętej przez autora końcówki.

NAJWIĘKSZE NEGATYWNE ZASKOCZENIE

Mogłabym tu wstawić Nesbo z Nożem, Osińską z Fluffem, French z przynudzającym Wiedźmim drzewem, a nawet zachwalanego powszechnie Macieja Marcisza i jego Taśmy rodzinne. Ale nic mnie tak nie zaskoczyło, jak zaledwie poprawność The Testaments Margaret Atwood. Trzymajcie się z daleka!

 ODKRYCIE ROKU

Ben Fountain urzekł mnie jego Długi marsz w połowie meczu.

 ULUBIONY NOWY BOHATER

Jojo ze Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie Jesmyn Ward – starszy brat, co się zowie.

 KSIĄŻKA Z NAJBARDZIEJ SKOPANYM ZAKOŃCZENIEM

Robin Hobb Przeznaczenie Skrytobójcy –  ta powieść to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie i zarazem dowód, że można pisać świetny cykl przez dwadzieścia lat i mimo wszystko zarżnąć bohaterów, pisząc o jeden tom za dużo.

Trzeba czegoś więcej, czyli kilka uwag o serialu Wiedźmin – tym od Netfliksa

geraltNiby napisano o nim już wszystko, ale – jako że się nie znam – też się wypowiem. To jeszcze chwilowo wolny kraj. Zanim przejdziemy do rzeczy, dla porządku – uwagi wstępne. Czy jestem fanatyczną fanką książkowego wiedźmina, którego przygody czytałam osiem razy, w tym pięć razy w ciągu pierwszego roku od odkrycia? Ależ oczywiście. W konsekwencji grałam też we wszystkie wiedźmińskie gry komputerowe, choć gamerka ze mnie żadna. Czy w związku z tym miałam zawyżone i nierealne oczekiwania względem serialowej adaptacji? Tu was (być może) zaskoczę – nie. To umiarkowanie godne stoickiego mędrca zapewniła mi wieloletnia i trwała trauma, wywołana seansem polskiego serialu (zwanego powszechnie od nazwiska scenarzysty, Michała Szczerbica, na którego sempiternę miała znaleźć się kłonica – szczerialem). Nie wejdę w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do kultowych już streszczeń poszczególnych odcinków, popełnionych swego czasu przez Radka Teklaka. Tytułem podsumowania napiszę tylko, że może i zdaniem Geralta nie ma mniejszego zła, ale wiedźmin uważa tak wyłącznie dlatego, że nie oglądał polskiego serialu o swoich przygodach. Jaki by ten od Netfliksa nie był, zawsze mniejszym złem od naszego będzie.

Co powiedziawszy, przejdę do swoich wrażeń z ośmiu pierwszych odcinków (nie ostatnich, bo drugi sezon otrzymał zamówienie jeszcze przed premierą pierwszego, zdjęcia ruszą na początku przyszłego roku). Zabrzmi to może nieco paradoksalnie, ale pierwszy odcinek jest – obok ostatniego – najsłabszy w całym sezonie. I już nawet nie chodzi o tę trójdzielną narrację, w której każda z głównych postaci – Geralt, Yennefer i Ciri – dostaje swój prowadzony równolegle, na własnym planie czasowym, wątek. Taka była wizja scenarzystów, czy też showrunnerki, i mnie tam nic do tego. Czy ludzie nieznający książek, zwłaszcza jeśli oglądają nieuważnie, mogą przez to poczuć się zagubieni? Ależ oczywiście. Najwyraźniej jednak twórcy mieli to wliczone w koszty. Kto ogląda z minimalnym skupieniem, ten, moim zdaniem, się połapie. Odrębną kwestią jest, czy będzie mu się chciało oglądać dalej. Wątek cintryjski podany został, powiedzmy opłotkami, w wyjątkowo mało angażujący sposób. Eist jakoś tam wprawdzie nawiązuje do swoich oświadczyn, ale ogólnie za wiele dla widza  nieobeznanego z książkami z tych wszystkich menuetów i półsłówek nie wynika. W wątku Geralta natomiast mamy prawdziwą ciekawostkę przyrodniczą. Wzięto jedno z lepszych opowiadań, czyli Mniejsze zło, i pokazano wszystko, z wyjątkiem tridamskiego ultimatum, które, było nie było, jest sensem i sercem tego tekstu. I nawet naprawdę świetnie zrealizowana scena rzeźni na rynku tego nie wyrównuje. Już mniejsza o batystowe majtki i fakt, że cała historia Renfri stanowiła postmodernistyczny wariant baśni o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach (choć trochę szkoda, bo wystarczyłaby krótka retrospekcja lub dodatkowy, również niedługi, dialog między bohaterami, żeby tę warstwę zachować czy choćby zasygnalizować jej istnienie). Ale bez wątku tridamskiego dylemat wiedźmina zostaje bezlitośnie spłycony, a jego ostateczny wybór zyskuje zupełnie inny wymiar. Inaczej wyglądają ciskający kamieniami mieszkańcy Blaviken, gdy się wie, że rzucają je w mutanta, który ocalił ich od zguby. A inaczej, gdy rzucają je w faceta w naprawdę śmiesznej peruce (wiele mogę wybaczyć i wybaczam, ale że nie było budżetu na lepsze włosy dla Cavilla, uważam za niewybaczalne), który wparował na rynek i w zasadzie bez dania racji widowiskowo wyrżnął sporo ludzi (i nieludzi). Podobał mi się Stregobor, chyba bliższy w tej wersji swojemu literackiemu odpowiednikowi.

W odcinku drugim mamy bezlitośnie skondensowany Kraniec świata, należący do moich ulubionych opowiadań, w związku z czym prywatnie było mi z tego powodu przykro. Obiektywnie rozumiem wyrzucenie wątku Lille i księgi (pewnie drogie efekty, z pewnością trudno przetłumaczalny humor oraz brak czasu ekranowego). Wprawdzie w efekcie powstaje dziwna sytuacja: Filavandrel puszcza wolno Jaskra i Geralta, w zasadzie nie wiadomo, czemu. Ale da się to jakoś przeżyć. Jest niezła chemia między wiedźminem i bardem, ciekawy wątek PR Geralta, ładna scena chóralnego śpiewu w karczmie. Nieco rozczarowują od strony technicznej diaboł i elfy, ale widać budżet poszedł na coś innego. Komu się nie podoba, niechaj wspomni naszego Filavandrela. I nasze elfy. Poza tym zaczyna się rozwijać wątek przeszłości Yennefer i tutaj powiem od razu, że według mnie uzupełnienie biografii tej postaci było decyzją znakomitą, potrzebną i (z wyjątkiem Sodden, o czym dalej) dobrze zrealizowaną, ze szczególnym uwzględnieniem wątku relacji między Janeczką a Istreddem, choć Tissaia też nieźle wypada. I nawet węgorze w Aretuzie, dobrze ilustrujące, że nie wszyscy mają potencjał, by zostać mistrzami mocy, ładnie tam pasują. Anya Chalotra jest świetną Yen mimo wszelkich moich wcześniejszych zastrzeżeń czy wątpliwości. Jest wręcz za dobra, bo blednie przy niej cała reszta obsady, z Geraltem włącznie. Choć prywatnie wolę ją sprzed przemiany.

Odcinek ze strzygą, oparty na opowiadaniu Wiedźmin, należy do najlepszych (a jak teraz o tym myślę, to chyba po prostu JEST najlepszy). Choć i tutaj nie brakuje zmian względem literackiego pierwowzoru, udaje się zachować ducha opowiadania. Niepotrzebnie postarzono Foltesta, również niepotrzebnie – na użytek widza nieobeznanego z oryginałem i żeby było bardziej schematycznie – kazano Ostritowi odprawiać dosłowne czarnomagiczne rytuały. Triss jest absolutnie beznadziejna, i nie chodzi mi tu bynajmniej o aspekt wizualny, tylko o to, że gra jak za karę, a między nią a wiedźminem nie ma śladu chemii. Świetna jest za to sekwencja łącząca walkę ze strzygą z przeistoczeniem Yen (poza tym wygrzebywaniem macicy, na litość, choć, z drugiej strony, ciężko by było pokazać na ekranie atrofię jajników wywołaną magią – mogli się skupić na samym garbie, a o utracie płodności przecież magik powiedział).

Dalej mamy epizod inspirowany w wątku wiedźmina kluczowym opowiadaniem Kwestia ceny. I tu zacznę od tego, co mi się nie podobało. A przede wszystkim nie podobała mi się Calanthe i to nie tylko w tym odcinku, ale w ogóle w wizji twórców serialu. Aktorka sama w sobie jest świetna, ale to, co jej dają do grania, rozjeżdża się z moją wizją tej postaci. Podbili jej sukowatość i niezależność, pozbawiając ją jednocześnie charyzmy i autorytetu. Poza tym zrobili z niej gatunkistkę, a przypomnę, w opowiadaniu Miecz przeznaczenia smarkata Ciri mówi Pani Brokilonu, że nie boi się driad, bo jej babka (Calanthe czyli) mówi, że powinno być więcej takich lasów jak Brokilon. Naprawdę nie byłoby wielkim problemem zachować trik z przestawieniem zegara i fałszywą północą na uczcie zaręczynowej Pavetty. Trik, który doskonale pokazywał, jak finezyjnie Calanthe potrafi realizować swoje cele. Zamiast tego Jeżowi zdzierają hełm na chama, a sekwencja z Pavettą latającą z ukochanym pod sufitem tak jawnie nawiązuje do Shreka, że aż się robi przykro. Poza tym jednak udaje się zachować najważniejszą zawartość opowiadania, więc w zasadzie drzeć szat nie ma o co. Może z wyjątkiem faktu, że te zdarzenia powinny być pokazane na początku wątku cintryjskiego. Wtedy miałby on coś na kształt rąk i nóg. Macie rację, jeśli sądzicie, że nie bez przyczyny konsekwentnie pomijam milczeniem perypetie księżniczki Cirilli.

Piąta odsłona to kluczowe dla relacji Geralta i Yen opowiadanie Ostatnie życzenie. Znów zabrakło dolarów na dżinna z prawdziwego zdarzenia, co w serialu fantasy musi budzić niejakie zdumienie. Ale niech tam. Poza tym jest nieźle, pomijając bezsens wiedźmina łowiącego geniusza jako antidotum na bezsenność. Nawet kuriozalna orgia w domu Beau Berranta nie jest w stanie przyćmić faktu, że między Cavillem i Chalotrą iskrzy, a ten pierwszy może wreszcie trochę pograć z bardziej wymagającym partnerem niż koń. Poza tym nie brakuje dosłownych cytatów z opowiadania, w tym jednego z moich ulubionych, o pieniądzu otwierającym wszelkie drzwi. Wcześniej o tym wprawdzie nie wspomniałam, ale na przestrzeni całego sezonu wyraźnie widać, że scenariusz pisał (bądź nadzorował jego powstawanie) ktoś autentycznie lubiący i znający opowiadania, bo co i raz można się natknąć na nawiązania do uroczych drobiazgów i dosłowne cytaty. To miłe.

Natomiast to, co zrobiono w szóstym odcinku z Granicą możliwości, już nie było zbyt miłe, mówiąc bardzo eufemistycznie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś podobnego, ale – nasz Borch był lepszy:) Mój Borch w każdym razie nie był starym dziadem i nie chodził w zbroi, która sama w sobie stanowiła spoiler. Nie potępiam w czambuł wszystkich wprowadzonych zmian, część z nich świetnie rozumiem i popieram, ale całkowite wycięcie z rozmów Borcha i Geralta wątków, nazwijmy to, ekologicznych, zabija sens całego opowiadania. Podobnie bezsensowne i niepotrzebne było zrobienie z Eycka idioty (zabicie Eycka to już w ogóle dziwactwo – kto to niby zrobił – Borch?). Brak sceny na moście to również brak ważnego przełomu w relacjach Geralta z Yen (Już nie wisimy. Przestało mi zależeć). Nie był to mocny moment serialu, zmarnowano mnóstwo potencjału.

Dwa ostatnie odcinki to próba wyjścia z pułapki, w którą scenarzyści sami się wpakowali, podejmując dwie decyzje: o trójdzielnej narracji oraz o postarzeniu Lwiątka z Cintry. O ile ta pierwsza decyzja daje się obronić, choć jej realizacja, zwłaszcza w wątku Lwiątka, pozostawia sporo do życzenia, to już druga pociąga za sobą daleko idące konsekwencje, z których części nie da się w żaden sposób zniwelować. Przede wszystkim chodzi o to, że w finale, gdy Geralt i Ciri spotykają się pod chatą Jurgi, wbrew tytułowi opowiadania Coś więcej, nie łączy ich nic więcej poza Prawem Niespodzianki. Gdy tymczasem siła rażenia tej sceny opierała się bynajmniej nie na fakcie, że Dziecko Niespodzianka spotyka swojego wiedźmina, którego zna tylko z imienia. Ciri, rezolutna smarkula z Cintry, już w wieku dziesięciu lat na tyle sprytna, by ukrywać swoją tożsamość przed białowłosym, który ocalił ją przed wijem w Brokilonie, była zarazem świadoma wagi przeznaczenia. Już wtedy chciała z nim odjechać. Ale wiedźmin, który przywiązał się do dziewczynki, opowiedział jej bajkę o lisie i kocie, walczył w jej obronie – odesłał ją do Cintry, bo nie wierzył w przeznaczenie. Tymczasem, gdy po latach ponownie powołał się na Prawo Niespodzianki, otrzymał tę samą zapłatę, co w Cintrze, ale wtedy już łączyło go z Cirillą coś więcej niż ślepe przeznaczenie. Co nam z tego pięknego, przewrotnego, wzruszającego wątku zostaje w serialu? Otóż nic. Wiedźmin i Ciri są sobie całkowicie obcy.

To jest nawet gorsze niż Yennefer wygrywająca jednoosobowo bitwę pod Sodden – co jest bardzo złe. Bo ona miała być zdolna, ale nie wszechmocna, a powstrzymanie Nilfgaardu pod Sodden było zbiorowym tryumfem zjednoczonych czarodziejów, który większość z nich przypłaciła życiem. Gorsze niż stary Cahir-fanatyk w randze generała (chętnie popatrzę, jak się z tego będą wygrzebywać). Gorsze niż Nilfgaardczycy jako motywowani religijnie najeźdźcy, uprawiający czarnomagiczne rytuały. Bardzo złe, mówiąc krótko, i ściągające ocenę całości mocno w dół.

Tyle ode mnie.

A tak ładnie żarło… (Samuel Bjørk, Chłopiec, który kochał sarny)

bambijpgW zasadzie sama jestem sobie winna, bo przecież po Sowie miałam tak serdecznie dosyć Mii Kruger i Holgera  Muncha, że obiecałam sobie solennie więcej się z nimi nie użerać. Plącząc się jednak wśród czarnopiątkowych promocji na e-booki, pewnie nadal pod wpływem przygnębienia po epickiej klęsce, jaką okazało się Przeznaczenie skrytobójcy, dokonałam tak zwanego zakupu impulsowego. Potrzebowałam szybkiej, niezbyt angażującej intelektualnie lektury na reset, a trzeci kryminał z cyklu norweskiego autora, którego marketingowcy zdecydowanie na wyrost okrzyknęli rywalem Jo Nesbo, w teorii idealnie spełniał te wymogi.

W praktyce również spełniał je idealnie, tak mniej więcej przez 2/3 objętości tekstu. Mia, jak na swoje możliwości, była zaledwie umiarkowanie irytująca, bo czysta po odwyku i niemal wolna od wizji swojej zmarłej siostry bliźniaczki, Sigrid. Holger zamiast użalaniem się nad rozpadem swojego małżeństwa zajął się robotą i nawet randkowaniem z nową lekarką sądową (a zatem po rozwodzie można mieć życie uczuciowe, kto by pomyślał!). No i oczywiście mieliśmy też zabójcę, tytułowego miłośnika saren. Człowieka posługującego się wyrafinowanym modus operandi, który na miejscu każdej zbrodni zostawiał enigmatyczne wiadomości dla śledczych. Mimo wyjątkowo niepokojącego prologu, który szybko wyparłam z pamięci, ogólnie zatem całość rokowała bardzo dobrze.

Niestety, choć ładnie żarło, bo dzięki krótkim rozdziałom i częstym zmianom perspektywy narracyjnej Bjørk sprawnie utrzymywał zainteresowanie odbiorcy, to ostatecznie zdechło, i to w wyjątkowo spektakularnych męczarniach. Że Mii po powrocie do pracy szybko zaczął się pogarszać stan zdrowia psychicznego i zatęskniła za znieczuleniem oferowanym przez tabletki i alkohol, nie będzie dla nikogo znającego poprzednie części wielkim zaskoczeniem. To jednak drobiazg w zasadzie pomijalny, podobnie jak doprowadzająca mnie do szaleństwa konfekcyjna mania autora. Gdybyście byli ciekawi, przejawia się ona w kompulsji, zmuszającej Bjørka do nadmieniania 5 razy w każdej scenie z udziałem bohaterów, że Mia nosi skórzaną kurtkę, a Holger budrysówkę. Aczkolwiek dopiero po trzech tomach zmotywowało mnie to do sprawdzenia, czym, do cholery, jest budrysówka (jeżeli jesteście takimi samymi ignorantami modowymi jak ja, informacje macie w linku powyżej).

Ale ja tu zdryfowałam na jakieś dywagacje o odzieży, a przecież nie z tym mam w Chłopcu, który kochał sarny największy problem. Problemem jest konstrukcja intrygi, czyli rzecz w kryminale podstawowa. Z tej części zadania Bjørk za każdym podejściem wywiązuje się, niestety, coraz słabiej, choć logika nakazywałaby zakładać, że z każdą kolejną powieścią powinno mu to iść lepiej. Już nawet nie chodzi o to, że najbardziej uważny czytelnik nie ma najmniejszej szansy wykryć tożsamości sprawcy (choć uważam, że danie czytelnikowi takiej szansy jest obowiązkiem każdego uczciwego autora kryminału). Policja również nie ma tu na to szans. Cała intryga jest adresowana do konkretnej osoby, a finał poprowadzony został kuriozalnie. W efekcie zamiast planowanego zapewne przez autora dramatyzmu mamy tragikomedię.

Nie polecam. W zasadzie energicznie odradzam.

I tylko Błazna i Bastarda żal (Robin Hobb, Przeznaczenie skrytobójcy)

bastard2jpgZawsze smutno, kiedy jedna z ulubionych autorek zawodzi. Kiedy zawodzi w zakończeniu cyklu tworzonego przez ponad dwadzieścia lat, smutek przestaje już być adekwatnym określeniem. Do niewielu tekstów mam silnie emocjonalny stosunek, do niewielu bohaterów przywiązuję się tak, jakby istnieli naprawdę. Ale jeśli już którymś z tego elitarnego grona dzieje się krzywda w postaci całkowitej i nieuzasadnionej przemiany osobowości, mój wewnętrzny Wierny Czytelnik domaga się krwi.

I słuchajcie, totalnie nie chodzi o to, że Robin Hobb poprowadziła swoją opowieść inaczej, niż ja bym sobie życzyła. Umówmy się na wstępie, że nie jesteśmy w literackim przedszkolu. Patrząc jednak całościowo na trylogię Bastard i Błazen, w której – nawet jak na dotychczasowe standardy autorki – akcja rozwijała się bardzo niespiesznie, nie dało się uniknąć nie tylko pewnych, ale wręcz gigantycznych oczekiwań względem fabuły ostatniej odsłony. Wszystko miało się wyjaśnić, w szczególności mroczne proroctwa o Światoburcy i Wilku z Zachodu. Akcją i napięciem to te strony powinny wręcz – nareszcie – ociekać. A tymczasem 2/3 opasłego tomu to ciągłe ucieczki i ponowne pojmania Pszczoły oraz długa i monotonna podróż żywostatkiem reszty kompanii. Aż się chce zacytować Rejs i refleksje Mamonia o chęci wyjścia z kina. No ale brniemy przez wzajemne fochy i udręki bohaterów, bo przecież w końcu dotrą oni do Gniazda Zła i wymierzą sprawiedliwość. I będzie epicko. Bastard chwyci za miecz, Błazen pomści swoje krzywdy, Pszczoła się do nich przyłączy, a smoki przylecą na nędzne resztki.

Tylko że nie. Kulminacja jest tak sztuczna i niesatysfakcjonująca, że aż się zaczęłam zastanawiać, czy Hobb nie podzleciła ostatniego tomu jakiemuś ghost writerowi, bo jest on wręcz wymęczony. Postaci tracą niezależność i charakter. Są jak marionetki, które robią dokładnie to, co powinny, żeby autorka mogła sobie rozpisać bardzo irytujące twisty i swoje wymarzone zakończenie. Sam finał nie byłby zły, gdyby nie wszystko, co go poprzedziło. Autorka zadbała, żeby czytelnik znielubił bohaterów, którzy zawsze byli największą siłą tej historii. Wykonała to zadanie tak skrupulatnie, że gdy w finałowych partiach jeden z protagonistów kona w nieludzkich męczarniach, jedyną myślą towarzyszącą czytelnikowi jest kończ, waść, mnie i sobie męczarni oszczędź. Nie tak to miało wyglądać, bardzo eufemistycznie rzecz ujmując.

Po zakończeniu lektury sama nie mogłam uwierzyć we własne odczucia i ocenę całości. Udałam się na Goodreads, gdzie pośród generalnie przychylnych recenzji odnalazłam też opinie podobne do mojej, a nawet od niej surowsze. Dzięki czemu poczułam się zarazem lepiej i gorzej. Z ciężkim sercem muszę podpisać się pod konkluzją jednej z czytelniczek, że lepiej przygodę z cyklem zakończyć na finale trylogii Zlotoskórego i zachować bardzo dobre wspomnienia o świecie i postaciach.

Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu (J.D. Barker, Piąta ofiara, The Sixth Wicked Child)

piątaPrzy poprzedniej pozycji potrzebowałam czasu na przemyślenie z uwagi na dużą ilość istotnych treści, a przy tych dwóch – czasu na zastanowienie, czy w ogóle warto o nich pisać. Ale jednak się zdecydowałam, bo to w pewnym sensie ciekawy przypadek. Trylogia zabójcy Czwartej Małpy (#4MK) to do pewnego momentu czytadło idealne. Dlaczego tylko do pewnego momentu? Podejrzewam, bo pewności mieć nie mogę, że rzecz nie była od początku planowana jako cykl, ale skala sukcesu pierwszego tomu skłoniła autora do dopisania dalszego ciągu, do którego zakończenie Czwartej małpy uchylało furtkę.

W którym miejscu to widać? Najmocniej chyba w samej Piątej ofierze, gdzie mamy całą serię zabójstw bardzo wyrafinowanych pod względem modus operandi. Intuicyjnie zatem oczekujemy, że ta forma będzie miała nie tylko jakieś, ale wręcz kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju intrygi. Nic bardziej mylnego, forma zbrodni była tylko atrakcją dla złaknionego udziwnień odbiorcy, autor w ostatecznym rozrachunku przeszedł nad nią po prostu do porządku dziennego. Miał dużo innych rzeczy do opisania i sporo takich powiewających wątków zostawił po prostu w próżni, licząc na to, że czytelnik, zaabsorbowany szybkim rozwojem akcji, nie zwróci na pominięte kwestie większej uwagi.

O ile jednak przez jakiś czas ta sztuczka się udaje, czemu sprzyjają krótkie rozdziały, duża ilość dynamicznych wątków i częste zmiany perspektywy narracyjnej, przez co napięcie stale utrzymywane jest na wysokim poziomie, to niestety czar pryska, gdy w finałowym The Sixth Wicked Child przychodzi do wyłożenia kart.

the sixth_

Bo zamiast obiecywanych asów autor trzyma tylko blotki, choć blefował całkiem wprawnie. Ale takie protekcjonalne stwierdzenia to sobie mogę serwować z perspektywy finału całej serii. Przyznam uczciwie, że pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po skończeniu Piątej ofiary (która, co chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, kończy się paskudnym cliffhangerem), było zaopatrzenie się w The Sixth Wicked Child i niezwłoczne podjęcie lektury. Nazywanie drugiego tomu nieudanym byłoby w związku z tym dwulicowe. Jednocześnie Piątej ofiary nie da się ocenić w oderwaniu od The Sixth Wicked Child, bo to po prostu jedna historia, podzielona na dwie części. Z których druga nie spełnia obietnic, mówiąc bardzo łagodnie. Zamiast rozwiązań równie finezyjnych jak sposób działania jego nieuchwytnego zabójcy Barker proponuje wielokrotnie używane w książkach i filmach, skuteczne, lecz zarazem wyświechtane wytrychy (genialnego kreta, np.). Nawet pomysły ciekawe, jak fałszywe wspomnienia, finalnie pali, w pogoni za filmowym efekciarstwem.

Trylogia #4MK to zatem klasyczny przykład cyklu, który czyta się dobrze, póki człowiek nie skończy i nie spojrzy na całość z perspektywy.  Wtedy wychodzą dziury, niedoróbki i życzeniowość. Jeżeli jednak szukacie lektury odpoczynkowej, która zwolni was z obowiązku głębszej refleksji, będzie to wybór idealny.

Korespondencja o naturze zła (Musimy porozmawiać o Kevinie, Lionel Shriver)

kevinWpis w sumie bardziej na wczoraj, choć dzisiaj też mamy refleksyjny dzień.  Powieść przeczytałam jeszcze we wrześniu, ale nie czułam się na sile wtedy o niej sensownie napisać. Miałam potrzebę, by ją jakoś przemyśleć. Złudne przekonanie, że czas ostudzi wyjątkowo silną emocjonalną reakcję, jaką ta nietypowa proza we mnie wywołała. Że pozwoli wyjść poza najbardziej oczywiste banały i ogólniki, które niejako narzucają się same po dotarciu do ostatniej kropki.

A trzeba poza oczywistości wyjść, inaczej pisanie o tym tekście nie ma sensu. Bo w Musimy porozmawiać o Kevinie nie znajdziecie choćby promila banału. Forma, treść, konstrukcja postaci – wszystko jest precyzyjnie pomyślane. Tak, aby zaprzeczyć uzasadnionym oczekiwaniom odbiorcy i kruszyć wszelkie stereotypy. Żeby uwierać. Zmuszać do refleksji. Pokazywać, że bywają scenariusze, których nie da się kontrolować. Takie, które wbrew logice, przeczuciom, znakom – muszą się zrealizować.

Nikogo tu nie będziecie lubili. Nikomu nie będziecie kibicowali. Wszystkie znaczące osoby dramatu ponoszą odpowiedzialność za Czwartek. Nie mogę napisać, o co w tym wszystkim chodzi, bo jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu z 2011 roku, z Tildą Swinton i Johnem C. Reillym, to zdradzenie najistotniejszych fabularnie wydarzeń ograbi go z możliwości pełnego przeżycia opowieści w sposób przewidziany przez autorkę.

A chronologia i trzymanie przez narratorkę kluczowych kart przy orderach niemalże do samego końca mają dla odbioru Musimy porozmawiać o Kevinie kluczowe znaczenie. Powieść stanowi zbiór listów, pisanych przez Evę, matkę tytułowego Kevina, do męża – Franklina. Szybko można się zorientować, że z tą epistolografią coś jest mocno nie w porządku – Eva pisze niemal codziennie, ale nie dostaje żadnych odpowiedzi. Niby wspomina o separacji, ale, umówmy się, nie jest to zbyt wiarygodne. Podskórnie czujemy niemal od początku, że zaszło tu coś o wiele gorszego. Czwartek (zawsze wielką literą) powraca jak posępny refren, choć w zasadzie jest puentą historii o czymś zupełnie innym.

Eva mimo bardzo trudnego dzieciństwa (wychowywała ją samotnie matka chora na agorafobię, czyli lęk przestrzeni) odniosła w życiu wielki sukces. Od podstaw zbudowała własną firmę, wydawnictwo przewodników turystycznych adresowanych do backpackerów – turystów chcących zwiedzać świat z plecakiem i dysponujących niewielkim budżetem. Miała kochającego męża, Amerykanina w każdym calu. Chciała go uszczęśliwić, a ponadto pozostawić coś po sobie. Dlatego w wieku 37 lat zdecydowała się – mimo licznych wcześniejszych wątpliwości – na macierzyństwo. I tak urodził się Kevin. Syn, który odrzucił ją już w pierwszych sekundach – nie chciał ssać piersi. Potem było tylko gorzej. Krzyczał całymi dniami, kiedy była z nim sama w domu. Wyrósł na postrach niań i przedszkolanek. Zaczął szkodzić wcześniej zgodnemu małżeństwu swoich rodziców, bo Franklin uważał, że Eva demonizuje problemy i po prostu sobie nie radzi. Przede wszystkim z najważniejszym zadaniem matki. Takim, które powinno się wykonywać bez wysiłku – z pokochaniem własnego syna.

Shriver każe Evie opisywać wydarzenia z bezkompromisową wręcz szczerością (której przed Czwartkiem wyraźnie w jej komunikacji z mężem brakowało, co mogło być jedną z przyczyn dramatu). Ale ta szczerość, paradoksalnie, nie działa na korzyść kobiety. Jasne, Eva może się czuć pokrzywdzona tym, że mąż nie zauważa jej cierpień i bezrefleksyjnie bierze stronę syna. Że wybiera ignorowanie coraz bardziej niepokojących faktów.

Eva jednak najczęściej wybiera bierność. Łatwe wyjścia. Przemilczanie. Tłumienie obaw i złych przeczuć. Walkę z synem zamiast próby zrozumienia go. Chce za wszelką cenę ratować małżeństwo, mimo że od pewnego momentu wie, jak wysoka może się owa cena okazać w praktyce.

Niezwykła historia o wielu różnych, nieoczywistych obliczach zła. I takich samych obliczach miłości. Listowna rozmowa Evy z mężem o synu jest spóźniona, ale na lekturę tej znakomitej powieści, wydanej w oryginale w 2003 roku, na szczęście nie jest za późno. Nadróbcie koniecznie!