Lato z kryminałem 2019 (1): Najwyższa sprawiedliwość, Błękit błyskawicy i Sprawiedliwy oprawca

najwCzyli kolejne odsłony cykli o Sebastianie Bergmanie, Jimmy’m (wydaje mi się, że tu powinien być apostrof, ale pewności nie mam) Perezie i Nasti Kamieńskiej. Było, cóż, rozmaicie.

Jeśli chodzi o Hjortha i Rosenfeldta, po tragicznym wręcz Oblanym teście podchodziłam do kolejnego tomu ich cyklu o bufonowatym psychologu z traumą jak pies do jeża. Ale był czerwiec, upał, a zaufana osoba stwierdziła, że dobrze się to czyta, więc uznałam, że dam im jeszcze jedną szansę. W końcu jeden z nich jest scenarzystą genialnego Mostu nad Sundem, a każdy może mieć słabszy moment!  Istotnie było sporo lepiej niż poprzednio, ale, powiedzmy sobie szczerze, zaliczenie poprzeczki leżącej na ziemi nie nastręcza trudności. A i tak autorom udało się w finałowej partii mocno o nią potknąć. W czym rzecz? Tym razem intryga koncentruje się na serii napaści na tle seksualnym na grupę kobiet, których nic nie łączy. Tak przynajmniej twierdzą i takie założenie początkowo przyjmują śledczy. Kiedy jednak napastnik powraca, by zgwałcić ofiary ponownie, ich prawdomówność co do braku powiązań zaczyna budzić poważne wątpliwości. Istotnie, łączy je mroczna tajemnica z przeszłości, która obecnie ściągnęła na nie specyficzną zemstę.

Co w teorii wygląda ciekawie i w jakimś sensie wpisuje się w wiecznie żywą w naszym kraju debatę pro life/pro choice, kończy się, niestety, groteskowym cliffhangerem, co do którego pozostaje mieć nadzieję, że autorzy nie pociągną wątku w zasugerowanym w finale bardzo dobitnie kierunku. Weszłabym w szczegóły, jakkolwiek są w wysokim stopniu żenujące, gdyby nie był to zarazem gigantyczny spoiler.

Ale poza głównym wątkiem mamy jeszcze prywatne dramy naszych bohaterów, czyli serial w odcinkach. Vanja cały czas ucieka przed Sebastianem, a ten nieustannie podejmuje próby odbudowania ich relacji. Ursula szuka prywatnego szczęścia, Billy, który zaczynał jako całkiem sympatyczny młodzieniec, coraz mocniej pogrąża się w psychoseksualnej dewiacji (czego cały tabun współpracujących z nim światowej klasy specjalistów dogodnie nie zauważa!). Jeden Torkel szczęście znalazł i wszystko wskazuje na to, że mimo starań Sebastiana chyba je zachowa.

Podsumowując, nie sądzę, żeby to mój gust tak radykalnie się zmienił w ciągu marnych paru lat przygody z tym cyklem. Jest znacznie słabiej niż w Grobie w górach czy Niemowie. Nie polecam, szkoda waszego czasu.

blekitNa Błękit błyskawicy Ann Cleeves czekałam z ciekawością, bo polubiłam regularne wycieczki na Szetlandy, nawet jeśli poprzednia Czerwień kości podobała mi się z trzech odsłon kwartetu najmniej. Niestety, tym razem nie jest lepiej, a nawet muszę ze smutkiem powiedzieć, że mam autorce mocno za złe tanie efekciarstwo, do jakiego posunęła się w finale. Byłby to może jeszcze krok w jakiś sposób zrozumiały, gdyby cykl na tym się zakończył. Ale w świetle faktu, że są jeszcze cztery części, bardzo taka decyzja rozczarowuje. I znów – nie mogę napisać, o jakie rozwiązanie konkretnie chodzi, bo byłby to niewybaczalny spoiler. Ale już nawet abstrahując od czysto subiektywnych czytelniczych skarg i zażaleń, także obiektywnie oceniana historia zabójstwa miejscowej celebrytki na rodzinnej wyspie Pereza, odciętej od świata przez warunki atmosferyczne, specjalnie porywająca nie jest. Przy czym nie oczekuję bynajmniej od kwartetu szetlandzkiego jakiejś niesamowitej dynamiki, bo to nie cykl tego typu. Niemniej, śledztwo, czy też pseudośledztwo, toczy się tym razem, nawet jak na jego dotychczasowe standardy, wyjątkowo opornie. A dodatkowe atrakcje w postaci bliższego przedstawienia Fair Isle i rodziny Jimmy’ego (który przybył przedstawić rodzicom narzeczoną) jakoś tego nie wyrównują. Mimo solidnie zrealizowanego wariantu tajemnicy zamkniętego pokoju całość oceniam zatem zaledwie przeciętnie. Z dodatkowym sporym subiektywnym minusem za finał.

sprawPo dwóch zawodach wzięła i jeszcze się dobiła Marininą, powiecie w tym momencie. Aż tak źle nie było, bo sięgnęłam po Sprawiedliwego oprawcę, część głównego, a nie emerytalnego cyklu o przygodach pani major Kamieńskiej. Ale żebym trafiła fenomenalnie, tego też, niestety, powiedzieć nie mogę. Po pierwsze – dużo metamorfoz Anastazji, czego organicznie nie znoszę. Za to mało tła społeczno-obyczajowego (które w tym cyklu cenię najwyżej). Ponadto rozbudowana intryga polityczna z walkami służb (co mi zazwyczaj nie przeszkadza). Niestety, także wątek fantastyczny, wprawdzie nie tak tragiczny, jak to już w całkiem niedawnych częściach cyklu bywało, ale kluczowy i w sumie słabo wiarygodny (hipnoza jako narzędzie zbrodni). Mimo wszystko z trzech omawianych tytułów ten oceniam najlepiej, bo jednak w tle są jednostkowe biografie, a w tym Marinina jest dobra.

P.S. A teraz czytam sobie Ogniem i mieczem i jestem w czytelniczym raju!

P.S. 2 Blog ma od niedawna stronę na fejsbuku – można polubić, odnośnik na samym dole w prawej szpalcie. Pojawiają się tam treści dodatkowe, jak na razie głównie refleksje o serialach.

Reklamy

Jest miłość trudna (Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Jesmyn Ward)

spiewajKolejna z serii lektur o trudnych relacjach rodzinnych. I z tych, z pisaniem o których musiałam poczekać. Podczas czytania byłam nią wręcz zahipnotyzowana, ale pod koniec coś mi zaczęło zgrzytać. Ostatecznie wizja autorki pozostawiła mnie trochę rozdartą, bo choć zwykle nie przeszkadza mi element fantastyczny (często wręcz stanowi niebagatelną wartość dodaną), a tutaj wydawał się on, przynajmniej początkowo, zgrabnie zakomponowany, stanowiąc integralną część opowieści o historii rodziny i regionu, to w pewnym momencie Ward trochę pomieszała porządki i posunęła się odrobinę za daleko. Psując coś bardzo dobrego, zupełnie niepotrzebnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że to niezwykła, świetnie napisana (takoż przełożona na polski przez Jędrzeja Polaka, a język ma tu naprawdę niebagatelne znaczenie) i bardzo poruszająca historia o desperackim poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, na którą chciałabym mimo pewnych zastrzeżeń zwrócić waszą uwagę. Stabilizacji desperacko pragnie trzynastoletni Jojo, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i już dawno przestał liczyć na to, że otrzyma ją od swoich biologicznych rodziców, Leonie i Michaela. Tatką i Mamcią nazywa dziadków ze strony matki, którzy go wychowali. A sam czuje się odpowiedzialny za swoją młodszą siostrzyczkę, Kaylę, dla której stanowi centrum świata. Rutyna codzienności w pełni mu odpowiada, zostaje jednak zachwiana. Najpierw ciężką chorobą Mamci, a następnie zapowiadanym wyjściem z więzienia jego ojca, Michaela. Leonie w rzadkim przypływie uczuć rodzinnych decyduje, że wszyscy – także Jojo i Kayla – pojadą go odebrać z więzienia w Parchman.

Zmagania Leonie, która jest drugą, obok Jojo, narratorką powieści, także zostają opisane bardzo sugestywnie. W pierwszym odruchu (a także drugim i trzecim, mówiąc zupełnie szczerze) czytelnikowi łatwo ją potępić. Zasługuje na to: jest egoistką, osobą nieodpowiedzialną, zaniedbującą dzieci i skupioną wyłącznie na własnych potrzebach. Dodatkowo także narkomanką, co pcha ją do zachowań nieprzeciętnie ryzykownych. Ale Ward nie da nam komfortu zaszufladkowania Leonie, pokaże także przyczyny, dla których się taka stała – przede wszystkim tragiczną utratę starszego brata, Danego. Po tym zdarzeniu miłość Michaela (także niełatwa, bo międzyrasowa, nieakceptowana przez białych rodziców chłopaka) utrzymała dziewczynę przy życiu. Nie starczyło jej już jednak sił na miłość i troskę o kogoś innego, nawet własne dzieci, a pierwsza ciąża uniemożliwiła ukończenie edukacji. Jak to podsumowała jej własna matka w rozmowie z wnukiem:

nie wiem, czy to przeze mnie, czy przez coś, co Leonie ma w sobie. Ale brakuje jej instynktu macierzyńskiego. Wiedziałam o tym, odkąd się urodziłeś, odkąd poszliśmy we troje na zakupy i Leonie kupiła sobie coś do zjedzenia i zjadła to na twoich oczach, chociaż płakałeś z głodu. Od tamtej pory wiedziałam. […] Ona nigdy cię nie nakarmi.

Jest i trzecia warstwa tej historii, opowieść o Tatce. Wielkim, milczącym mężczyźnie, opoce rodziny, człowieku cichym i zasadniczym. Korzenie tej opowieści, którą Jojo poznawał przez całe życie w chaotycznych urywkach, tkwią w więzieniu Parchman, gdzie Tatko trafił, kiedy był niewiele starszy niż Jojo, i musiał pracować ponad siły, walcząc o przetrwanie na każdym kroku. Gdy wyszedł, za wszelką cenę starał się zapomnieć, ale pewne uczynki nie chcą pozostać pogrzebane.

Na każdym z planów jest to także opowieść o brutalnym rasizmie głębokiego Południa. Więzienne losy Tatki, śmierć Danego, konflikt między Michaelem a jego rodzicami: wszystko determinowane jest przez kolor skóry – oczywiście czarny. To on, a nie rodzinny dar słyszenia żywych i umarłych, jest podstawowym, choć niezawinionym przekleństwem wszystkich (z wyjątkiem Michaela) bohaterów opowieści. Niby z pokolenia na pokolenie czarnym żyje się w Missisipi coraz lepiej, a jednak nadal kolor może kosztować ich życie. W przenośni, obejmującej po prostu gorsze perspektywy, oraz zupełnie dosłownie.

Po przeczytaniu zajrzałam do blurba i zobaczyłam, że książkę polecają Margaret Atwood i Marlon James. Świetnie rozumiem, co ich w niej urzekło i dlaczego tę powieść nagrodzono National Book Award 2017, nawet jeśli autorka ostatecznie za bardzo ożywiła swoje duchy.

Przekonajcie się i wy.

Dekonstrukcja ideału (Arnon Grunberg, Tirza)

TirzaTak się jakoś ostatnio złożyło, że czytam sporo powieści, w których istotną rolę odgrywają relacje rodzinne.  Ale Tirza była spośród nich zdecydowanie najdziwniejszą i najtrudniejszą do oceny. Muszę przyznać, że bezpośrednio po zakończeniu lektury w moich czytelniczych odczuciach dominował zawód. Mniej więcej do połowy historia trzymała w napięciu i ciągłym niepokoju, dając poczucie obcowania z czymś niezwykłym. Później napięcie wyparowało, a gdy autor ostatecznie zdecydował się ujawnić zakamuflowany uprzednio zwrot akcji, okazał się on, mimo swojego makabrycznego charakteru, rozczarowująco przewidywalny. Zwyczajny do bólu. Miałam poczucie, że zostałam oszukana – złożono mi stertę obietnic (pieczołowicie i w rozbudowany sposób uwiarygodnionych), które ostatecznie nie zostały spełnione, rozpłynęły się w efektownym banale.

Ale potrzebowałam czasu, żeby ochłonąć (sam stopień mojego emocjonalnego zaangażowania w powieściowe zdarzenia i gwałtowność negatywnej reakcji na puentę potwierdzają, że nie była to proza typowa) i spojrzeć na fabułę z dystansu. Kiedy już to zrobiłam, ocena całości uległa pewnemu polepszeniu, zrozumiałam bowiem, że nie sama fabuła była w Tirzie najważniejsza. Najważniejszy był bohater, Jörgen Hofmeester, i jego osobisty dramat. Oto, w jakich okolicznościach autor przedstawia nam swojego bohatera:

Jörgen Hofmeester stoi w kuchni i kroi tuńczyka na przyjęcie. Lewą ręką przytrzymuje surową rybę. Trzyma nóż tak, jak nauczył się na kursie „Jak przyrządzić sushi i sashimi”, w którym brali udział z małżonką pięć lat temu. Nie za mocno przyciskać nóż, na tym polega sekret.

Niby zwyczajne zdanie, normalna czynność, a jednak dla mnie już ta małżonka była podejrzana. Tu wprawdzie wypowiada się jeszcze narrator, ale szybko okazuje się, że Hofmeester nie myśli o swojej żonie inaczej niż właśnie per małżonka. To raczej nie jest typowe, jak zresztą większość rzeczy w jego małżeństwie. Choćby to, że małżonka trzy lata temu wypisała się z rodziny, pozostawiając ojcu wychowanie młodszej córki – jak to mówią, wyszła po pomidory i nie wróciła do tej pory. Z porzuceniem jednak bohater jakoś sobie poradził. Stanął na wysokości zadania, podtrzymał rutynę, bardzo dla niego istotną, i funkcjonowanie rodziny. Nawet kiedy małżonka (naprawdę po przeczytaniu tej powieści nie da się użyć innego słowa, zresztą, o ile się nie mylę, imię połowicy Hofmeestera w ogóle w tekście nie pada, i chyba nieprzypadkowo, bo to nawet nie osoba, jedynie piastun funkcji) na kilka dni przed imprezą maturalną Tirzy, młodszej córki, wraca do domu, nie tłumacząc nic nikomu, protagonista zachowuje zimną krew, opanowanie i kulturę. Słowem, nie jest łatwo go złamać czy choćby poruszyć.

Dla Jörgena bycie normalnym, szanowanym członkiem społeczeństwa, wzorowym ojcem rodziny, pracownikiem wydawnictwa, właścicielem domu pod dobrym amsterdamskim adresem – to wartości najważniejsze i fundamentalne. Już we wstępnej części powieści czytelnik nabiera jednak przekonania, że między postrzeganiem rzeczywistości przez bohatera a sferą faktyczną zieje ogromna przepaść. Innymi słowy, z Hofmeesterem, mimo wszystkich jego racjonalizacji, służących podbudowie samooceny, jest coś nie tak. Pozory i opowieści snute na własny użytek stanowią kotwicę, dzięki której utrzymuje się na powierzchni codzienności, a wyparcie – jego podstawowy mechanizm adaptacyjny. Grunberg stopniowo odbiera bohaterowi wszystkie składowe jego tożsamości, wszelkie zabezpieczenia. Zmusza go w końcu do stawienia czoła niełatwej prawdzie o własnej rodzinie i sobie samym. A to, jak można się domyślić, nie kończy się najlepiej.

Z perspektywy czasu uważam, że Tirza to powieść, którą powinno się przeczytać dwukrotnie. Bo dopiero kiedy zna się fabułę, można w pełni docenić wszystko, co dzieje się w tle. Cichy dramat jednostki, której świat powoli, ale nieodwołalnie się wali. Świat wprawdzie w dużej mierze fikcyjny, ale dla niej realny i wystarczający.

Nie najlepsza, ale zdecydowanie najciekawsza z trzech czytanych przeze mnie do tej pory pozycji od Wydawnictwa Pauza. Przekład – Małgorzata Diederen-Woźniak.

Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.

Klisze psychologiczne w nawiasie hiperironicznym (Maciej Marcisz, Taśmy rodzinne)

taśmyNigdy w taki sposób nie podejmuję czytelniczych decyzji, ale tym razem przyznam uczciwie – do sięgnięcia po debiut Macieja Marcisza skłoniła mnie przede wszystkim okładka. Stos kaset VHS, takich, jakie sama mam w domu do dziś, kojarzących mi się z dzieciństwem własnym oraz polskiego kapitalizmu. Jasne, później doszły inne czynniki – blurb obiecywał przezabawną historię o próbach radzenia sobie z dorosłością/przejmującą sagę rodzinną. Pochwalił powieść Zwierz popkulturalny, pisały o niej, choć nie bezkrytycznie, Kurzojady i Dwutygodnik (Agata Sikora zdradziła przy okazji sporą część fabuły). Biorąc pod uwagę, że autor jest równolatkiem mojego brata,  byłam zwyczajnie ciekawa, co też może mieć do powiedzenia o czasach przełomu.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W przypadku Taśm rodzinnych schody do czeluści wykonane są ze sztampy, truizmów i okropnie przesadzonej ironii, przy czym pierwsza część powieści, w której obserwujemy teraźniejszość jednego z dwóch głównych bohaterów, Marcina Małysa, trzydziestoletniego homoseksualnego artysty wizualnego z dużym długiem (63.000 zł) i jeszcze większym ego, napisana jest zdecydowanie najsłabiej. Być może przez przedobrzoną ironię właśnie, choć wszystko tu woła o zmiłowanie. Nie da się nie pogardzać facetem, który nic nie robi, czeka tylko na trzydzieste pierwsze urodziny i wypłatę 300.000 zł obiecanych przez ojca. Jasne, ma też stypendium, ale że wydaje lekką ręką 1.000 zł tygodniowo, nie starcza mu ono na długo.  Czy tacy ludzie w ogóle występują w naturze? Pewnie tak. Choć w Polsce chyba tylko w rezerwatach szkół prywatnych. Czy da się w kogoś takiego uwierzyć jako w bohatera literackiego? Z moim pochodzeniem społecznym i doświadczeniami życiowymi kiepsko mi to poszło. On ma być zabawny czy w jakikolwiek sposób interesujący dla czytelnika? Nie budzi nawet współczucia, bo jest chodzącym zlepkiem stereotypów. Jak artysta wizualny, to oczywiście gej. Skoro gej, to z trudną relacją z ojcem. Jeśli bogaty z domu, to oderwany od realiów, przekonany, że pieniądze nie mają znaczenia, bo zawsze je miał. No, sorry, ale jednak nie.

Pierwszy poważny kryzys w mojej relacji z Taśmami nastąpił pod koniec pierwszej części powieści. Marcin rozmawia z matką, Alicją, i następuje między nimi taka wymiana zdań:

– Byłaś na psychoterapii?

– Byłam.

– Brzmisz jak artykuł z „Wysokich Obcasów”.

– Lubię „Wysokie Obcasy”. O co ci chodzi?

– Nie no, tak po prostu zauważyłem.

– Wyjdź.

– Ale to wszystko jest bardzo ciekawe. Mów dalej. Naprawdę. Naprawdę chcę cię słuchać. To jest ciekawe.

– Nie jestem tu po to, by cię ciekawić. Nie jestem obiektem laboratoryjnym. Ani inspiracją do twojego filmiku.

– Mamuś, strasznie czepiasz się słów.

– Nic innego od ciebie nie dostałam.

– Nieźle ripostujesz.

– Oglądam dużo seriali. A teraz wyjdź.

Był to moment, w którym w głowie zabrzmiał mi cytat z Rejsu. Ten o zrealizowanej chęci wyjścia z kina, w którym dają niezbyt satysfakcjonujący pod względem tempa akcji amerykański film. Ale jednak czytałam dalej, a autor podjął pewne próby przybliżenia nam procesu, który stworzył Marcina Małysa. Zabrał nas w trudną przeszłość jego ojca, Jana. Pochodzącego z biednej rodziny, regularnie bitego przez ojca alkoholika, Kazimierza, wyśmiewanego przez kolegów z podwórka (bo tata pił, a mama Jadzia była gruba i brzydka). Jan boleśnie odczuwał brak i  nade wszystko chciał mieć. Pieniądze i szacunek otoczenia zlały się w jego świadomości w jedno. Nie chcę być wredna, ale czy nie brzmi to wszystko jak artykuł z Wysokich Obcasów? Marcisz takim bezczelnym tłuczeniem najprostszych tropów zarzyna to, co dobry pisarz pewnie przekułby w naprawdę interesującą opowieść o dziedziczonej przemocy i niezdolności do budowania więzi. Brakuje mu do wykorzystania potencjału pomysłu warsztatu, subtelności, wyczucia. Żeby czytelnik na pewno się nie pogubił, młodszy Marcin, którego poznajemy w kolejnej części, myśli sobie, że jeśli tata jest dziwny, to na pewno przez dziadka, o którym chłopak wie tyle, że był pijakiem i umarł.

Nic tu nie zostaje pogłębione, autor nie przełamuje stereotypów, a jedynie je multiplikuje i komasuje. Nie zdecydował się nawet na trudniejsze zakończenie dla młodszego ze swoich protagonistów, otworzył mu zgrabną furtkę.

Nie wystarczy pracować w wydawnictwie, żeby umieć pisać. Na tych taśmach nie ma nic interesującego. Czyta się je łatwo i szybko, trudno się oderwać. Całkiem jak od scrollowania feeda na Instagramie czy Facebooku. Po wylogowaniu się z opowieści w pamięci pozostaje niewiele.

Tyle się tu wydarzyło, a zostały tylko kible (Łukasz Orbitowski, Kult)

kultNiby obiecywałam sobie po rozczarowującym Exodusie nie rzucać się na nową powieść Orbitowskiego, ale byłam jej zwyczajnie ciekawa. Czy poprzednia była tylko wypadkiem przy pracy?

Akcja marketingowa przed premierą Kultu eksponowała wątek objawień maryjnych na oławskich działkach, inspirowany życiorysem Kazimierza Domańskiego. Faktycznie jednak objawienia są tam tylko na doczepkę i przydarzają się niejako w tle. Jest to bowiem przede wszystkim opowieść o rodzinie, a właściwie o braciach – Zbyszku i Heńku, którego postać posiada pewne kluczowe elementy biografii oławskiego wizjonera, ale też w wielu istotnych punktach różni się od oryginału. Ten nieżyciowy, nierozgarnięty, a jednak wybrany do wielkości i niezwykłości młodszy brat pozostawał przez niemal całe życie pod opieką starszego, Zbyszka. I to właśnie Zbigniew Hausner opowiada Łukaszowi (w domyśle zapewne Orbitowskiemu) całą historię.

To rozwiązanie narracyjne jest kluczowe – słuchamy pewnej całości, niezakłóconej żadną ingerencją,  razem z nagrywającym monolog opowiadacza pisarzem (powieść podzielona jest na kolejne taśmy), co pozwala na swobodną, nieskrępowaną chronologią, a dyktowaną częstokroć przez emocje i skojarzenia narratora, dynamiczną i meandrującą konstrukcję opowieści. Oczywiście, uzyskanie takiego pseudo-swobodnego efektu wymagało zapewne mnóstwa pracy, a przede wszystkim stworzenia wiarygodnego gospodarza, którego czytelnik zechce cierpliwie i z przyjemnością słuchać przez niemal pięć setek stron.

I to się udało na szóstkę, bo Zbyszek Hausner to prawdziwy, spójny facet: fryzjer z etosem zawodowym i prywatnym, szczęśliwy mąż i ojciec, dobry i opiekuńczy brat. Człowiek rozsądny, charakterny, lecz niepozbawiony poważnych wad (bez trudu godzi notoryczne skoki w bok z bezbrzeżnym oddaniem ognisku domowemu). Jednak świadomy swoich niedoskonałości i szczery, zdolny do bardzo krytycznej autorefleksji. A jednocześnie gawędziarz z dużym poczuciem humoru. Słowem, stworzony, by zagadywać – klientów, żonę, kolejne kochanki, pisarza, który zawędrował do Oławy, oraz rzesze jego czytelników. Dzięki swoim wadom, wątpliwościom, licznym skazom charakteru i ciemniejszym epizodom biografii Zbigniew Hausner zdobywa nasze zaufanie, a z czasem, gdy okazuje się to niezbędne, także zrozumienie i współczucie. Nim Kult stoi, a nie Heńkiem, płaczącą krwią figurą, krwawiącą monstrancją i całą plejadą innych działkowych cudów.

Ważną zaletą Kultu jest przedstawienie realiów społeczno-obyczajowych, istotnych nie tylko dla wyjaśnienia uwarunkowań działań bohaterów, ale także w kontekście objawień i późniejszej budowy sanktuarium, do których to zdarzeń musiała się ustosunkować zarówno władza świecka, jak i kościelna. Tu Orbitowski posługuje się  zręcznym wytrychem, bo wszystkie te potencjalnie nudne dla czytelnika rafy omija, a raczej sprytnie neutralizuje, dodając do obu płaszczyzn komponent osobisty. Rządzący miasteczkiem w imieniu partii Waldek oraz marzący o własnej parafii wikary Romek to u niego po prostu najbliżsi kumple Zbyszka Hausnera z dzieciństwa. Nie znaczy to jednak, że przez wzgląd na dawne sentymenty będą Heńka głaskać po główce, zdobnej w niewidzialną cierniową koronę. Ale takie ustawienie sytuacji pozwala autorowi w swojski i przystępny sposób opisać reakcje tronu i ołtarza na objawienia.

Jest zatem Kult powieścią autentyczną, angażującą i dobrze przemyślaną. Płyniemy z nurtem wartkiej gawędy Zbyszka, niejako mimo woli oddając się wraz z nim niełatwym refleksjom. A kończy się ciekawą, bo mało literacką, a typowo życiową puentą. Nie jest to najlepsze dokonanie Orbitowskiego (tę palmę wciąż dzierży u mnie Szczęśliwa ziemia), ale zaciera bez śladu absmak po Exodusie. Warto.