Często jest tak, że ktoś słowem złym/zabija tak, jak nożem (Jo Nesbo, Nóż)

nóżPrzydał mi się Czesław Niemen, a raczej fragment tekst utworu Dziwny jest ten świat, do oddania uczuć, które towarzyszyły lekturze dwunastej powieści z Harrym Holem. Niestety, mimo że dwukrotnie zarwałam z nią noc, a zarówno autora, jak i cykl bardzo lubię, nie jestem w stanie napisać, że była to powieść dobra. Złe przeczucia, które powstały po lekturze Macbetha, wprawdzie nie potwierdziły się w pełni, gdyż w dalszym ciągu norweski pisarz potrafi zbudować hipnotyzującą narrację i ostatecznie zaskoczyć czytelnika (jak i samego śledczego) osobą sprawcy zabójstwa. Niemniej, nie okazały się też całkowicie bezpodstawne.

Początek Noża jest wręcz dramatycznie kiepski. Nesbo w tandetnym, mocno melodramatycznym stylu po raz kolejny zabiera nas w myśli Harry’ego, wyrzuconego przez Rakel z domu i znajdującego się na dnie alkoholowego ciągu. Sielanka małżeńska, tak jak bohater się tego obawiał przy opisanej w Pragnieniu sprawie wampirysty, została gwałtownie przerwana. Dlaczego Rakel wyrzuciła męża? Harry doskonale wie, ale z czytelnikiem się tym nie podzieli, a przynajmniej nie przedwcześnie. Teoretycznie nie ma to zresztą żadnego znaczenia. W końcu rozstają się nie pierwszy raz i zapewne by do siebie w końcu wrócili. Gdyby nie pewne przeszkody natury obiektywnej, które pojawiają się wraz z rozwojem fabuły.

Hole jest w najnowszej odsłonie żałosny i sympatia czytelnika nie znajduje się po jego stronie. Wraz z Trulsem Berntsenem stanowią pośmiewisko Wydziału Zabójstw. Jednego zaprotegował nowy minister sprawiedliwości (tak, daleko Bellman zaszedł), drugiego z litości (i żeby nie zachlał się na śmierć) przyjęła z powrotem Katrine Bratt. Dostają same najprostsze sprawy. Jak odwrócić tę optykę? Oczywiście Hole musi ucierpieć bez własnej winy, za to w taki sposób, by otrzymał dostateczny bodziec do powrotu do prawdziwej pracy śledczej i oderwania się od butelki. A że upadek protagonisty jest głęboki, wstrząs musi być proporcjonalnie silny. I Nesbo nam to zapewnia (tu heroicznie unikam spoilera).

Niemniej, wiele więcej nie oferuje. Żeby nie było nieporozumień – są oczywiście liczne twisty, w zdecydowanej większości, w zasadzie poza ostatnim, przewidywalne, a niektóre tak tandetnie hollywoodzkie, że robi się przykro, gdy pisarz potwierdza przypuszczenia czytelnika i mimo wszystko postanawia się nimi posłużyć. Choćby wcześniej sugerował coś wręcz przeciwnego. O ile jednak punkty zwrotne w większości rozczarowują, to sprawność narracji wraz z pełną kontrolą nad wątkami pobocznymi sprawia, że docieranie do nich jest procesem bezbolesnym i wciągającym. Przy wszystkich swoich słabościach, rozwiązaniach życzeniowych, naciąganych czy tanich, fabuła Noża angażuje czytelnika, który niemal do samego końca nie traci nadziei, że będzie lepiej. Autor, jak to ma w zwyczaju, pokaże pod koniec chowanego w rękawie asa. I ogólny bilans wyjdzie na plus, a wszelkie potknięcia będzie można puścić w niepamięć.

Choć już pierwsza scena zapowiada, że w pewnym momencie będziemy mieli do czynienia ze spektakularną zagrywką w najgorszym stylu Pancernego serca, która dobitnie nam przypomni, że Harry, jak Indiana Jones (bo już niestety nie Han Solo), jest nieśmiertelny i nawet wybuch bomby atomowej przeżyje w lodówce.

Nie odgadłam tożsamości zabójcy, choć przesłanki były, bo nie chciałam uwierzyć w intrygę tak wydumaną i słabą. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść autora dojrzałego i po gigantycznym światowym sukcesie, należy moim zdaniem ocenić ją nawet surowiej niż pierwszego w cyklu, debiutanckiego Człowieka nietoperza. Bo wraz z sukcesem poprzeczka się podnosi. Im sukces większy, tym wyżej. A Nóż to ewidentnie spalona próba. Niezły kryminał dla przeciętnego autora, ale bardzo słaby, niepotrzebnie efekciarski popis mistrza gatunku. Wpadka. Czas poszukać osełki. Sugerowałabym nowego bohatera. Hole się skończył i wszystko wskazuje, że Nesbo o tym wie.

Przykro, ale z faktami się nie dyskutuje.

Reklamy

Gdzie Srebro nie może, tam żmija pośle (Agnieszka Hałas, Śpiew potępionych)

Spiew-potepionych-bn50621Szczerze przyznam, że na czwarty tom Teatru Węży czekałam zarazem z niecierpliwością fanki i obawą czytelniczki wielokrotnie ciężko zawiedzionej rozwojem ulubionego cyklu (hasło Sezon burz powinno mniej więcej wyjaśnić fanom rodzimej prozy fantastycznej, co mam na myśli). Jako że znakomite W mocy wichru wyczerpało główny wątek, poświęcony odzyskaniu przez Krzyczącego w Ciemności utraconych wspomnień i wyrównaniu przez niego rachunków z przeszłości, powstawało pytanie, o czym teraz opowie nam autorka.

Niepokój okazał się zupełnie bezpodstawny. Śpiew potępionych to kontynuacja idealna – całkowicie niezależna historia, a jednak w szerszej perspektywie spójna z poprzednimi tomami, prowadząca z nimi ciągły, subtelny dialog i dopełniająca je nawet na poziomie detali.

Tytułowe wyspy to częściowo alkaryjski protektorat, a częściowo kolonia. Miejscowe plemiona mają własne zwyczaje, strukturę polityczną i czarowników w miejsce srebrnych i czarnych magów. I właśnie od opisu nieznanej dotąd części świata przedstawionego uniwersum Zmroczy wypada mi zacząć pochwały. Agnieszka Hałas zdecydowała się bowiem w ramach nowego otwarcia na wyrwanie swojego żmija z jego mrocznej, chłodnej, podziemnej strefy komfortu, z bezpiecznych, w pełni kontrolowanych i świetnie mu (a zatem także czytelnikom dotychczasowych odsłon) znanych warunków. Brune trafia tym razem do miejsca skrajnie odmiennego, w dodatku w roli sojusznika Srebra, biegunowo odległej od jego dotychczasowego statusu. Ma więc krótkoterminowy glejt i – przynajmniej teoretycznie – dostęp do najbardziej zaawansowanych zdobyczy srebrnej magii. Jak do tego doszło? Bardzo prosto. Srebrni są przede wszystkim pragmatyczni, najważniejsza jest równowaga Zmroczy. A to na Wyspach Śpiewu demony z Doliny Śniedzi knują coś wyjątkowo spektakularnego. Kilkoro wcześniejszych wysłanników, którzy mieli wyjaśnić naturę owych knowań, zostało skutecznie wyeliminowanych. A że trwa szczególnie paskudne zachwianie, cel uświęca środki i warto posłać ka-ira, który z niejednych tarapatów już się wyślizgał. Jeśli i on nie podoła, szkoda będzie mała, a żal krótki.

Jak się Krzyczącemu podoba nowy układ i egzotyczna wycieczka?

Cholerny tropikalny raj.
Skwar. Duchota. Komary. Jakieś paskudztwa, które nie były komarami i też gryzły. Jaszczurki biegające po ścianach i suficie izdebki, w której nocował (pluskiew na szczęście nie było). Ryż i ryby podawane na sto sposobów. Wielkie owoce, śmierdzące jak pomiot Otchłani, które miejscowi uważali za specjał, więc handlowano nimi na każdym rogu. Monotonne śpiewy dobiegające od rana do nocy z pobliskiej świątyni (nazwa archipelagu nie wzięła się znikąd – tubylcy śpiewem czcili bogów, śpiewali też przy pracy oraz podczas odpoczynku).

O ile jednak bohater nie jest specjalnie zachwycony, to autorce ten eksperyment chyba przypadł do gustu, bo w budowę lokalnej, wyspiarskiej rzeczywistości włożyła ogrom pracy, uzyskując znakomity, wiarygodny i autentyczny rezultat. Nie jesteśmy w stereotypowych tropikach z pocztówki, nakreślonych powierzchownie i na odczepnego. Wyspy żyją, poznajemy ich codzienność, jak również historię, religię, magię, politykę, mieszkańcy nie są traktowani protekcjonalnie ani przedstawieni stereotypowo jako banda zacofanych dzikusów, a wszystko to przydaje się do rozwijania fabuły. Bo skoro już jesteśmy na wyspach, to czy może się obyć bez piratów? A gdzie piraci, tam, jak wiadomo, jako naturalna odpowiedź politycznego ekosystemu na ich działalność, pojawiają się statki kaperskie. Na pokładzie jednego z nich Brune napotka dawną bliską znajomą. Będzie więc dynamicznie, chwilami romantycznie, i gorąco – nie tylko z powodu temperatur.

Skoro to fantastyka, wody roją się od magicznych stworzeń, które, urażone, wymierzają srogie kary (generujące sporo humoru i jeden z najciekawszych wątków pobocznych w powieści). Obłaskawione odpowiednim podarkiem, mogą natomiast udzielić nieocenionej pomocy. Podwodne dominium undyn i powietrzna domena sylfów zostały wykreowane równie pieczołowicie, co Wyspy Śpiewu, przy czym Agnieszka Hałas po raz kolejny dowiodła, że jej niezwykła, malarska wyobraźnia ogarnia pełną paletę barw, a nie tylko mroki.

Mroku, oczywiście, nawet w tym nowym, barwnym, tropikalnym klimacie, nie zabraknie. Będzie zgniły, duszny i gorący, niczym omamy niesione przez febrę. W tej idyllicznej scenerii autorka zdecydowała się opowiedzieć najbardziej makabryczną z dotychczasowych historii. Śledztwo w sprawie planów Doliny Śniedzi zawiedzie żmija w bardzo niebezpieczne rewiry, a śledzenie jego perypetii wciągnie czytelnika jak bagno. Nie należy zapominać o potępionych, którzy w tytule nie pojawili się przez przypadek.

Roli przypadku w fabule powieści należy również poświęcić kilka słów, bo jest ona niebagatelna. Przy czym bynajmniej nie wygląda w ten sposób, że przypadki są zawsze korzystne dla protagonisty czy służą do łatania logicznych dziur w fabule. Przeciwnie, w uniwersum Zmroczy przypadek jest ślepy jak Temida, często głupi, a niemal bez wyjątku brzemienny w skutki. Nieprzekazana wiadomość, nieplanowane starcie, śmierć niewłaściwej osoby. Prawa Magii nie biorą pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących, działają jak dobrze naoliwiony mechanizm. I konsekwencję autorki w tym względzie uważam za jedną z największych zalet całego cyklu.

Sztafaż Śpiewu potępionych przywodzi nieodzowne skojarzenia z filmami z serii Piraci z Karaibów i uczciwie przyznam, że pod koniec lektury zaczynałam się trochę obawiać, czy Krzyczący nie stanie się dla cyklu takim samym obciążeniem, co dla filmów Jack Sparrow, bez którego czwarta część byłaby zdecydowanie lepsza, mimo że zaczynał jako serce i sens całego projektu, a pozostał jego znakiem rozpoznawczym do samego końca. W czym rzecz? Choć zawsze płaci sowitą cenę, a tym razem jest ona wręcz dramatycznie wysoka, tajemniczy ka-ira o pobliźnionej twarzy z każdych tarapatów wychodzi cało. Kiedyś ta jego moc ostatecznie uśmierci wszelką dramaturgię, ale zdecydowanie jeszcze nie tym razem.

Tym razem Brune wplątał się historię, która wciąga, intryguje, bawi i przeraża, dostarczając znakomitej rozrywki, ale również materiału do nieco głębszych i mniej wakacyjnych przemyśleń. Mam nadzieję, że kurtyna Teatru Węży pójdzie w górę jeszcze nie raz, bo po zakończeniu lektury najnowszej odsłony ręce same składają się do oklasków. Premiera już 18 czerwca.

Erasta ostatni występ (Borys Akunin, Nie żegnam się)

erastJak do tego doszło, nie wiem, ale znowu mam 9 tytułów w plecy (a licząc dwie jeszcze nienapisane recenzje przedpremierowe, Śpiewu potępionych Agnieszki Hałas i Pokuty Anny Kańtoch, to nawet 11). Niemniej, jakoś sobie z tym poradzimy, jeżeli nawet nie w najbliższym czasie, to stopniowo.

Dzisiaj natomiast garść wrażeń z ostatniego tomu cyklu powieści detektywistycznych Borysa Akunina, czyli Przygód Erasta Fandorina. Jest to seria szczególnie bliska mojemu sercu, nie tylko dlatego, że poświęciłam jej pracę magisterską. W ramach cyklu autor zrealizował znakomicie bardzo rzadki zamysł – każda powieść emulowała inny podgatunek kryminału. Poza tym nie da się ukryć, że bohater, którego dorastanie czytelnik mógł obserwować, był – przy całej swojej nieodzownej wyjątkowości – sympatyczny i niepozbawiony wad, wśród których prym wiodła swoista naiwność, zwłaszcza co do przedstawicielek płci teoretycznie słabszej.

No właśnie – Erast był sympatyczny i ludzki. Do czasu. Nie mam całkowitej pewności w tej kwestii, ale wydaje mi się, że według pierwotnego autorskiego zamysłu seria miała się skończyć na 11 tomie, czyli Diamentowej karocy, która ukazała się po rosyjsku w 2003 roku. I tak byłoby zdecydowanie lepiej, całość zakończyłaby się mocnym akordem i pozostawiłaby wyłącznie znakomite wspomnienia. Fani jednak domagali się dalszego ciągu, w efekcie czego w 2007 roku ukazał się zbiór opowiadań Nefrytowy różaniec, zawierający teksty o bardzo zróżnicowanym poziomie, a następnie dwie dosyć słabe, zwłaszcza na tle najlepszych odsłon cyklu, powieści, czyli Świat jest teatrem i Czarne miasto (polskie wydanie tej ostatniej miało miejsce w 2014 roku). W tych odsłonach próżno było szukać dawnego ulubieńca (i odnosi się to zarówno do bohatera, który przeżywał dramatyczny kryzys wieku średniego, jak i do pisarza, który przeżywał dramatyczny kryzys warsztatowy oraz najwyraźniej cierpiał na deficyt weny). Fandorin nie jest tu już osobą, którą znamy i kochamy, ale odpornym na upływ czasu pod względem fizycznym chochołem, który sam o sobie myśli jako o szlachetnym mężu. Istotą (tak jest, bo już nie człowiekiem z krwi i kości) posągową i antypatyczną, a jednocześnie nadal pod pewnymi względami po prostu zaślepioną naiwnością i żądzą, ale już nie w ten uroczy, młodzieńczy sposób, który tak chętnie mu się wybaczało. Teraz budzi głównie zażenowanie i bez żalu przyjęłam fakt, że – UWAGA, SPOILER – w finale Czarnego miasta zostaje w Baku postrzelony w głowę. Był to w zasadzie cios łaski, o czym dodatkowo upewniły mnie trzy opowiadania ze zbioru Planeta woda.

Niemniej, jak się okazało, nie był to cios ostateczny. I tak dostaliśmy tom przewrotnie zatytułowany Nie żegnam się, w którym Akunin zamyka opowieść definitywnie, i całe szczęście, o czym poniżej. Rzecz jasna, nawet taki nadczłowiek jak Fandorin nie mógł po bezpośrednim postrzale w głowę po prostu wstać, otrzepać się i jakby nigdy nic ruszyć w pościg za kolejnym akuninem, czyli złoczyńcą. Zatem na wiernego Japończyka, Masahiro Shibatę, spadł obowiązek ponad czteroletniej opieki nad znajdującym się w śpiączce Erastem. Wierny wasal tracił już wprawdzie nadzieję, bo po wybuchu rewolucji co lepsi lekarze uznali, że rosyjskie powietrze zdecydowanie im nie służy, jednak w pociągu zmierzającym do Moskwy Fandorin pod wpływem niespodziewanego wstrząsu nieoczekiwanie się wybudził. I tu szczerze przyznam, że przez moment wydawało mi się, iż Akunin postanowił wykorzystać fizyczny uraz, by na koniec oddać czytelnikom bohatera z krwi i kości, którego niegdyś pokochali. Kaleki, zdany na łaskę swojego przyjaciela, zmuszony polegać ponownie wyłącznie na przymiotach umysłu, Erast mógłby być niczym Lincoln Rhyme z cyklu Deavera w czasach swojej (zresztą też wiele tomów temu bezpowrotnie utraconej) świetności. Nie za długo Fandorin jednak posiedział na swoim prototypowym wózku inwalidzkim i musiałam tym nadziejom smętnie pomachać na pożegnanie.

Poza wstępem mamy w powieści cztery części, czyli różnokolorowe prawdy, poświęcone ideologiom poszczególnych odłamów rewolucjonistów, z których najważniejsi to rzecz jasna biali, czyli zwolennicy systemu obalonego przez rewolucję, i czerwoni, czyli komuniści. Są jeszcze czarni, czyli anarchiści, i zieloni, czyli przywódcy milicji zaangażowanych w sprawy lokalnego chłopstwa. Wojna domowa w Rosji to okres bardzo interesujący, a Akunin decyduje się pokazać go m.in. z perspektywy walki między wywiadami, sporymi fragmentami w ogóle rezygnując z udziału Fandorina w opowieści. Wtedy jest zdecydowanie najciekawiej.

Najgorzej z kolei robi się, gdy pojawia się kolejna Jelizaweta na drodze Erasta, a żeby jeszcze mnie dobić, Akunin zdecydował się na autotematyczne nawiązanie do Gambitu tureckiego. W szczegóły nie wejdę, bo pisać hadko, ale jedyna pociecha, że nie było im dane pożyć długo i szczęśliwie.

W sumie powieść lepsza niż dwie poprzednie (o co, powiedzmy sobie szczerze, nietrudno), ale słabsza niż przeciętna dawnego cyklu. I to głównie Fandorin ciągnie ocenę w dół. Ale mogło być o wiele gorzej. Tylko dla fanów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, jak to się kończy. Reszcie serdecznie polecam zakończenie przygody na Diamentowej karocy.

Sztokholm brzydki, trochę śmierdzi, a sprawiedliwość trzeba wymierzyć (Sztokholm 1793, Niklas Natt och Dag)

sztokholmJest to rzadki przypadek kryminału debiutanta, po który sama na pewno bym nie sięgnęła, a który przyjemnie zaskoczył mnie poziomem. Dlatego postanowiłam pominąć na razie zaległości kwietniowe i napisać wam o nim poza kolejnością. Tytuł polecał wprawdzie na Facebooku Wojciech Chmielarz, ale po tym, jak nie tak dawno boleśnie nacięłam się na inną jego rekomendację (Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka), to by mi nie wystarczyło. Pojawiły się jednak pozytywne opinie wybrednych użytkowników forum Zaginiona Biblioteka, a to już dostatecznie mnie zaintrygowało.

Autor zabiera nas do niezwykle realistycznie odmalowanej szwedzkiej stolicy u schyłku XVIII wieku. Co oznacza brud, smród i ubóstwo. Każde z tej trójcy malowniczo i realistycznie opisane. Detalicznie również. Jeśli należycie do czytelników zdegustowanych tym, że w powieściach historycznych panuje współczesna iście czystość i porządek, tym razem będziecie usatysfakcjonowani opisem miejskiej rzeczywistości. Bowiem tak to faktycznie mogło wyglądać. I pachnieć. Do tego w stolicy panuje chaos wywołany udanym zamachem na życie króla Gustawa III, co sprzyja rozmaitej maści kombinatorom oraz wichrzycielom, a u przestępców budzi poczucie całkowitej bezkarności. Dość powiedzieć, że kiedy z miejskiego jeziorka – ścieku zostają wyłowione makabrycznie okaleczone zwłoki, a w gruncie rzeczy ludzki kadłubek, będący już w zasadzie u schyłku urzędowania zwierzchnik policji zwraca się o pomoc w wyjaśnieniu sprawy do cierpiącego na zaawansowane suchoty prawnika Cecila Winge. Nikt inny poza tym żywym trupem, czas zgonu którego obstawia się w miejscowych gospodach, nie wydaje mu się bowiem godny zaufania, a nie da się przesądzić, że na jednej ofierze się skończy.

Śledczy jest więc, mówiąc łagodnie, specyficzny, a i jego asystent z przypadku pospolitością nie grzeszy. Mickel Cardel stracił na wojnie rękę, którą zastępuje mu drewniana proteza, oraz spokój ducha, którego pita bez umiaru gorzałka (mimo usilnych prób z jego strony) zastąpić mu nie może. W uznaniu wojennych zasług weteran ów dostał posadę pomocnika strażnika miejskiego, czyli w zasadzie hycla, którego zadaniem jest aresztowanie prostytutek i bezdomnych, wegetujących na ulicach stolicy. Obowiązków służbowych nie wykonuje, bo się nimi brzydzi, ale umundurowanie nosi i skromny żołd pobiera. Z tego powodu zostaje wezwany do wyłowienia z miejskiego ścieku wspomnianych wyżej makabrycznych szczątków, zaś charyzma konającego prawnika wywiera na nim tak wielkie wrażenie, że postanawia wraz z Cecilem Winge znaleźć mordercę.

Ale oprócz śledztwa i meandrów biografii dwójki protagonistów, z których każdy skrywa własne mroczne sekrety, autor oferuje czytelnikowi dwa równie ciekawe wątki, przedstawiane z perspektywy dwojga kolejnych bohaterów. Historia Anny Stiny daje wgląd w niewesoły (mówiąc bardzo łagodnie) los osieroconej młodej kobiety, która ośmieli się odmówić swojej ręki i wdzięków zainteresowanemu, lepiej od niej sytuowanemu młodzieńcowi. Samo oskarżenie o nierząd wystarczy, by została skazana na przymusową pracę w przędzalni, w ramach reedukacji i dla jej własnego dobra.

Z kolei historia Junkiera Blixa, opisana w jego listach do siostry, to typowa zapewne dla epoki i dojmująco  smutna opowieść o młodym, pochodzącym z prowincji człowieku z aspiracjami, który chciał skrócić sobie drogę do wyższych sfer, a skończył jako żywy towar, bo ktoś wykupił jego skrypty dłużne, a komuś innemu potrzebny był człowiek o umiejętnościach felczera.

Sama intryga kryminalna może zatem nie powala dynamizmem i złożonością (choć wątek ten sfinalizowany zostaje w satysfakcjonująco przewrotny sposób), ale Sztokholm 1793 ma w warstwie obyczajowej i historycznej mnóstwo do zaoferowania, a narracja jak na debiutanta jest sprawna, wartka, świetnie kontrolowana. Słowem, zdecydowanie warto. Tłumaczył Wojciech Łygaś, a wydała Sonia Draga.

Poprzeprowadzkowe porządki – marzec 2019

smierciBlox wczoraj zakończył żywot. Ustawiłam przekierowanie tutaj, może jeszcze ktoś trafi. Całość poprzedniego bloga mam w statycznej kopii, wykonanej przy pomocy A1 Website Download i zmagazynowanej dla bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, więc w jakimś wąskim sensie komentarze również przetrwały.

Wracając do naszych baranów, czyli nieopisanych lektur z marca (i jednej spadkowiczki z  lutego), będzie to dość eklektyczne gatunkowo zestawienie, bo: kryminał, powieść SF, kryminał z wątkiem SF oraz szeroko zachwalana powieść obyczajowa byłego fantasty.

Czerwień kości Ann Cleeves, czyli trzeci tom cyklu szetlandzkiego, podobała mi się chyba najmniej z dotychczasowych odsłon, choć bez wyraźnie sprecyzowanego powodu. Teoretycznie jest tu bowiem wszystko, za co polubiłam poprzednie tomy. Kolejna wyspiarska zamknięta społeczność, dobrze skomponowana intryga z istotnym wątkiem rodzinnym znanego nam już i nieco powolnego funkcjonariusza Sonny’ego, wykopaliska archeologiczne oraz ciekawe nawiązanie do roli wyspiarzy w II WŚ. Rozwiązanie zagadki jest zarazem oczywiste i zaskakujące, czyli dokładnie takie, jakie powinno być w porządnym kryminale. Ale czasem po prostu coś nie zagra na linii książka – czytelnik, i to był dokładnie taki przypadek. Całość chyba tłumaczono w pośpiechu i nie najlepiej zredagowano/poddano niezbyt starannej korekcie, bo choć czytało się płynnie, przyjemność zaburzały literówki, językowe niezręczności i stylistyczne zgrzyty. Jimmy Perez tym razem odstępuje koledze z jednostki pierwsze skrzypce i tak się tylko snuje w tle, choć ostatecznie to on znajduje rozwiązanie. Po przemyśleniu – mimo spójności intrygi jest w niej tym razem wyczuwalna teatralność, element sztuczności. I chyba to mi najbardziej zawadzało. Choć oczywiście sięgnę po następną część.

Przebudzenie Lewiatana Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywa się pisarski tandem – Daniel Abraham oraz Ty Franck) to początek długo odkładanej przygody z cyklem SF Ekspansja. I kolejny, niestety, przypadek, w którym fatalna jakość niepoprawionego rzetelnie przez korektę i redakcję tłumaczenia skutecznie zatruła mi radość czytania. Pomna krążących w sieci przestróg (oraz z obawy, że kosmiczna terminologia w oryginale mnie przerośnie), wzięłam się za edycję Wydawnictwa MAG, w tłumaczeniu Marka Pawelca. Śmiechom i żartom nie było końca. Zaczęłam nawet cykl na Instagramie #polskizTheExpanse, ale cierpliwości starczyło mi na 2 posty, bo musiałabym pół książki zamieścić. Niemniej, oto uwiecznione przykłady: 1.Będąc częściowo ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej. 2. – My… – zaczął Lopez, gdy urwał mu klakson oznajmiający alarm. A co do samej powieści, o ile fabuła jest naprawdę interesująca (w miarę bez spoilerów, przesyłka od obcej cywilizacji, która ma zostać wykorzystana w galaktycznej rozgrywce politycznej, dość spektakularnie wyrywa się spod kontroli), to postaci i język jej nie pomagają I to jest gigantyczny eufemizm. Co do języka, częściowo może to być po prostu kwestia tłumaczenia, choć podejrzewam, ze w oryginale też jest nieskomplikowany i niezróżnicowany stylistycznie. Co do fabuły, rozwija się bardzo wolno i chyba nie każdy będzie na tyle zaintrygowany zagadkami, by przetrwać ten rozbudowany, niemrawy początek. Gdyż bohaterowie są, niestety, z drewna. Jakby żywcem wzięci z jakiegoś podręcznika podstaw pisania, rozdział: Życie w kosmosie przyszłości. Szkicowani grubą kreską, z życiem wewnętrznym ameb i takimiż przemyśleniami (no, może Miller ma jakiś potencjał, choć jest męczący z tym swoim zakochaniem w dziewczynie, której nawet na oczy nie widział). Natomiast Holden to taki Pinokio (męski odpowiednik Mary Sue, chodzący idealistyczny idiota), że z trudem go znosiłam. I teraz nie do końca wiem, co robić. Jestem ciekawa, jak się to wszystko dalej potoczy. Nudnego wprowadzenia już nie będzie, ale bohaterowie raczej nie przejdą jakichś radykalnych metamorfoz, o stylu nie wspominając. Czy kolejne tomy są lepsze? Będę zobowiązana za podpowiedź.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuarta Turtona to powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem rekomendacji Marcina Zwierzchowskiego. Intrygujący był już sam blurb, obiecujący  obcowanie ze spłodzonym na pokwasowym tripie dzieckiem Christie i Pratchetta. Początek powieści, pełen niewiadomych, z gęstą atmosferą zagrożenia, w której czytelnik błądzi po omacku wraz z doktorem Sebastianem Bellem, zdaje się spełniać te obietnice. Im jednak dalej w las, to znaczy w kolejne z ośmiu wcieleń, jakie ma do dyspozycji Aiden Bishop, by dzień po dniu, powracając w pętli czasowej rodem z Dnia świstaka do zrujnowanej rezydencji na odludziu, składać w całość zagadkę tożsamości zabójcy córki gospodarzy, tym zachwyt mniejszy. Wydaje się, że przede wszystkim debiutującemu pisarzowi nie starczyło umiejętności warsztatowych, by udźwignąć własny, bardzo ciekawy, złożony i skomplikowany pomysł. O ile początkowo odkrywanie wraz z bohaterem zasad gry, ograniczeń kolejnych wcieleń i wskazówek prowadzących do rozwiązania kryminalnej zagadki jest naprawdę ekscytujące, to gdy przychodzi do wyłożenia wszystkich kart, intryga okazuje się spiętrzeniem melodramatycznych absurdów. Sama zaś mechanika pętli czasowej ma dość przewidywalną dla średnio oczytanego czytelnika SF genezę i coś w tym rodzaju podejrzewałam od samego początku. Niemniej, jak na debiut, to niewątpliwie udana powieść. Choć zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie oferuje, warto poświęcić jej czas.

Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam, i wiem, że do następnej nie będę się spieszyć. Po lekturze dominującym wrażeniem było, że najbardziej adekwatny tytuł brzmiałby Nic z tego nie wynika. To mozaika obyczajowych historii. Olga miała karierę, teraz realizuje hobby w piekarni. Igor miał brata, który nie wrócił z turnieju w Japonii. Grabił w ramach terapii liście w ogródku rodziców Olgi, no i się w niej zakochał. A w tej miłości nic nie było proste. Marzena miała męża, ale go straciła na skutek tragicznego wypadku i została sama z synem, Klemensem, cierpiącym na ciężką postać autyzmu. Jakoś te wątki się przecinają. Ale po co? Wszystko to są oczywiście zgrabnie opisane, życiowe historie, ale trochę jak z rubryki Listy do redakcji w piśmie kobiecym.  Osobne, ładnie dopracowane koraliki, które nie przynależą do tego samego sznurka, a z ich przelotnego zderzenia nic nie wynika. Zabrakło puenty, jakiejkolwiek, nieco mniej banalnej niż Życie bywa trudne na wiele sposobów. Czyta się płynnie i równie szybko zapomina, a niektóre rekwizyty ogrywane przez autora (balony, fontanny, japońskie drzeworyty) są nieznośnie pretensjonalne. Nie wiem, skąd zachwyty.

Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Poprzeprowadzkowe porządki – styczeń 2019

kolacjaMiało to wyglądać zupełnie inaczej – to znaczy, że planowałam po prostu systematyczne recenzje przeczytanych pozycji. Ale gdy dzisiaj spojrzałam na listę czekających tytułów i zaczęłam wracać myślami do lektur ze stycznia, nieopisanych z powodu nagłego ogłoszenia o zamknięciu Bloxa, uświadomiłam sobie, że to nie zda egzaminu. Jeszcze moment i całkiem zapomnę, że w ogóle coś takiego czytałam. Zdecydowałam się na wyjście kompromisowe i napisanie paru treściwych zdań o każdym tytule.

Psy ras drobnych Olgi Hund były mocno reklamowane w prasie. Autorka pod pseudonimem i dosztukowanym na słowo honoru płaszczykiem fikcji opisała swoje przeżycia ze szpitala psychiatrycznego. Krytyka zachwycała się innowacyjnym realizmem tego opisu, bezkompromisową diagnozą stanu polskiej psychiatrii, która uprzedmiotawia pacjentki. Osobiście już w trakcie czytania miałam poczucie, że wiele z tej książki nie zapamiętam. Krótka opowieść, krótkie zdania, w zamierzeniu zapewne wzmacniające przekaz. Ponad dwa miesiące po spędzeniu z tą historią trzech popołudniowych godzin nie pamiętam z niej dokładnie niczego. Według mnie to typowa powieść autoterapeutyczna, która zapewne najmocniej trafi do osób mających za sobą zbliżone doświadczenia.

Kolacja Hermana Kocha bardzo mi się spodobała, niemalże od pierwszych stron budziła skojarzenia z Rzezią Polańskiego. Sposób, w jaki autor prowadzi narrację, umożliwia mu powolne odkrywanie kart. Na początku wiemy tylko, że dwóch braci wraz z żonami umówiło się w restauracji na tytułowy posiłek, a perspektywa ta nie zachwyca naszego narratora z powodów niesprecyzowanych. Z czasem okazuje się, że kolacja to jedynie pretekst do rozmowy o problemach związanych z zachowaniem dzieci. Te zaś są o wiele większego kalibru niż zwykłe wagary i popalanie trawki w krzakach. Do pewnego momentu szło to wszystko doskonale – autor zgrabnymi posunięciami dokładał kolejne małe elementy zgrozy, mizantropii i psychopatii do pozornie idyllicznego obrazu egzystencji dwóch rodzin z wyższej klasy średniej. Myśl, że dwie eleganckie i wyrafinowane pary obskakiwane przez kelnerów i dyskutujące o przystawkach mogą kryć w sobie tyle mrocznych, gwałtownych i sprzecznych emocji jest równie niepokojąca, co perwersyjnie fascynująca. Zauważyliście zapewne, że nie podaję żadnych szczegółów. A to dlatego, że uważam, iż ich samodzielne odkrywanie to kluczowy element czytelniczej frajdy w tym przypadku. Tym samym jednak pozbawiam się możliwości uzasadnienia, dlaczego ostatecznie nieco skorygowałam swoją początkowo entuzjastyczną ocenę. Trzymając się ogólników, powiem tylko tyle, że w pewnym momencie autor posunął się zdecydowanie za daleko w swojej chęci szokowania czytelnika i poprzez nieustanne podbijanie stawki pozbawił historię choćby pozorów realizmu. Mimo tych zastrzeżeń była to bardzo intrygująca lektura, wszystkie szczegóły pamiętam do teraz i prędko ich nie zapomnę.

Jeden z nas. Opowieść o Norwegii Åsne Seierstad to próba odpowiedzi na pytanie, jak doszło do masakry na wyspie Utøya 22 lipca 2011 r. W tym celu autorka przedstawia nam życiorys Andersa Breivika, jak również biografie kilku spośród jego ofiar. Nie szuka przy tym taniej sensacji, prezentuje chłodne, pogłębione, w zasadzie socjologiczne podejście. Przykład bardzo rzetelnie wykonanej dziennikarskiej pracy, przy czym wręcz obsesyjnie unika się tu wartościowania w jakąkolwiek stronę. Szczegółowe przedstawienie wszystkich faktów wraz z niezbędnymi kontekstami (acz w żadnym razie nie jest to nudny i suchy raport) ma zainspirować czytelnika do samodzielnych przemyśleń i własnych ocen. Jest tu jeszcze jeden, nie wiem, czy nie najważniejszy, choć cichy bohater – państwowy system.  Tytuł nie jest przypadkowy, między wierszami można tu odczytać akt oskarżenia wobec Norwegii, państwa, które nie zdało egzaminu w sytuacji kryzysowej, ale przede wszystkim codziennie nie zauważa elementarnych potrzeb wielu jednostek, z których każda potencjalnie może się zradykalizować.

Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka to pierwszy tom cyklu Ukryta sieć, po który sięgnęłam na podstawie rekomendacji Wojciecha Chmielarza. Sama nie mam najlepszych wspomnień z jedynego jak dotąd kontaktu z twórczością autora. Nagrodzona Wielkim Kalibrem powieść Czytanie z kości wszystko miała na miejscu, jednak fabułę przewidywalną do bólu, co dyskwalifikowało ją jako kryminał. Pierwsza po wieloletniej przerwie publikacja reklamowana była jako thriller technologiczny, co powinno wzbudzić moją czujność. Zaufałam jednak Chmielarzowi, że nie poleciłby byle czego. I do połowy byłam święcie przekonana, ze to jest to – pierwszy porządny współczesny polski thriller. Bohaterką jest dziennikarka plotkarskiego portalu, która przypadkiem trafia na ślad wielkiej międzynarodowej afery. Póki fabuła nie ruszy z kopyta, wszystko idzie jak z płatka. Jest zarazem ironicznie i realistycznie, opisy warszawskiej rzeczywistości ociekają akceptowalną dozą cynizmu, gorzki humor ładnie się komponuje z redakcyjnym krajobrazem. A potem autor wrzuca piąty bieg i na dobre rozstaje się z logiką, łącząc klimaty z Milenium i Szklanej pułapki. O dobrych kilka mostów za daleko, niestety. A miało być tak pięknie.