Dwanaście przekroczonych granic (Harda Horda, antologia opowiadań)

Harda Horda, czyli Fantastic Women Writers of Poland, to była początkowo nieformalna grupa wsparcia współczesnych polskich pisarek fantastycznych, o której genezie i dotychczasowych poczynaniach zainteresowani mogą sobie poczytać pod linkami zamieszczonymi na wstępie (prowadzą one do strony internetowej oraz facebookowego profilu grupy). Natomiast w niniejszym poście zamierzam skoncentrować się na najświeższym oficjalnym efekcie działań Hardej Hordy, czyli antologii opowiadań, która ukazała się kilka dni temu nakładem Wydawnictwa SQN.

Motywem przewodnim zbioru jest przekraczanie granic, co jest o tyle ciekawe, że samo powstanie HH było swoistym przekroczeniem pewnej granicy, gdyż do tej pory (wbrew faktycznemu stanowi rzeczy, potwierdzanemu m.in. rokrocznie nominacjami do środowiskowych nagród) fantastyka traktowana była jako domena męska, w którą autorki wkraczały incydentalnie, a zatem pisana przez nie literatura fantastyczna była  taką niszą w już istniejącej rynkowej niszy. Wiecie, rozumiecie  – pierwsza z tych nisz to ta, którą większość czytelników i krytyków omija szerokim łukiem, bo to, panie, smoki i statki kosmiczne, bajki dla dzieci, a nie żadna poważna literatura. Szkoda czasu. Niszę drugą omija natomiast spora część czytelników fantastyki, bo to, panie, same błyszczące wampiry, paranormalne romanse, a nie wartościowa literatura. Szkoda czasu.

Antologia Hardej Hordy, mam nadzieję, pomoże zrzeszonym w niej autorkom przekonać do sięgnięcia po swoją twórczość pewną część przedstawicieli zarówno pierwszej, jak i drugiej grupy. Stanowi bowiem niezbity dowód (jeśli ktoś takowego potrzebował), że fantastyka pisana przez kobiety to dobra, różnorodna literatura, której jak najbardziej warto poświęcić czas i uwagę. Formalna przynależność autorek do tej samej grupy to w zasadzie jedyny wspólny mianownik, pod jaki można podciągnąć zawartość antologii. Motyw przekraczania granic w każdym tekście potraktowany został bowiem w sposób bardzo indywidualny, dający zarazem pewne pojęcie o wyznacznikach stylu i rodzaju fantastyki (czy, szerzej, metody literackiej) preferowanej przez każdą autorkę. Na podstawie tych próbek można zatem wyrobić sobie przynajmniej wstępną opinię co do tego, czy warto kontynuować znajomość z daną twórczynią. O ile nie zetknęliście się z żadną z nich do tej pory, o co w sumie trudno, gdyż wszystkie członkinie Hordy mają za sobą spore pisarskie doświadczenie, niektóre napisały już po kilkanaście książek, w tym także kryminalnych czy obyczajowych.

Ja przed lekturą nie znałam jedynie twórczości Magdaleny Kubasiewicz, po którą teraz na pewno siegnę, gdyż jej – napisana zgrabną, lekko archaizowaną frazą – historia o nekromancie, który w nawiedzonym domu musi dokonać niełatwego wyboru, przekraczając tym samym swoistą etyczną granicę, bardzo przypadła mi do gustu. Z radością dowiedziałam się, że opowiadanie Dokąd odeszły cienie jest częścią cyklu, i na pewno poszukam innych utworów wchodzących w jego skład. Lektura tekstu z Hardej Hordy przekonała mnie też ostatecznie do sięgnięcia po chwaloną przez recenzentów tegoroczną powieść autorki Gdzie śpiewają diabły.

Marta Kisiel w otwierającym antologię krótkim i nastrojowym opowiadaniu Jawor zadaje kłam własnemu twierdzeniu o rzekomym braku umiejętności tworzenia krótkich form. Ja tę akurat autorkę w opowiadaniach zdecydowanie preferuję, mocniej tu wybrzmiewają jej częstokroć znakomite pomysły. Tak jest i tym razem – atmosfera letniej dzięciecej eskapady w Zakazane Miejsce skontrastowana zostaje z prawdziwym, mrocznym znaczeniem tekstu starej piosenki o Jaworowych Ludziach. Utwór – kameralny i oszczędny – zostaje z czytelnikiem dzięki świetnie wykreowanemu klimatowi oraz mocnej puencie.

Podobnie kameralna i równie przejmująca (choć w zupełnie inny sposób) jest Dróżniczka Aleksandry Janusz. To SF bliskiego zasięgu, ale uwaga autorki, a z nią i czytelnika, koncentruje się na końcu prywatnego mikroświata tytułowej bohaterki – starzejącej się Japonki, dla której sensem życia pozostała praca. Autorka porusza tu problem, który może stać się aktualny szybciej, niż myślimy. I nietypowo dla SF mówi: innego końca świata nie będzie, ale taka prywatna apokalipsa to aż nadto. Tekst ma jeszcze większą siłę rażenia, jeśli czytelnik (jak ja) oczekuje lekkiego, humorystycznego tonu, jaki mimo wszystko dominował w oryginalnej i docenionej przez miłośników fantastyki serii science fantasy Kroniki Rozdartego świata. Według mnie jeden z najlepszych punktów całej antologii.

Ale największe wrażenie wywarło na mnie Jest nad zatoką dąb zielony Agnieszki Hałas. Opowiadanie absolutnie niezwykłe, gatunkowo również przynależące do SF bliskiego zasięgu, bowiem przedstawia ideę immortalizacji, czyli cyfryzacji świadomości zapewniającej namiastkę życia wiecznego.  Nie wiem, czy była tu inspiracja, ale mnie ten pomysł skojarzył się z najlepszym odcinkiem Black Mirror, czyli San Junipero. Jednak nie wszystkim dane będzie przekroczyć granicę nieśmiertelności, przynajmniej na początkowym etapie rozwoju technologii. Niektórzy nadal będą musieli stawiać czoła perspektywie rozdzierającej żałoby, z którą może nieco łatwiej byłoby sobie poradzić, gdyby dało się uwierzyć w zaświaty. Nic więcej nie zdradzę o tym znakomitym, wielowymiarowym tekście, poza tym, że się przy lekturze popłakałam.

Bohaterka opowiadania Anny Kańtoch w liście skierowanym do Szanownego pana M. opisuje historię ich dawnej przelotnej znajomości, która stała się dla niej okazją do przekroczenia sporej ilości nieprzebytych wcześniej granic – dzieciństwa, konwenansów, nienawiści i wpojonej wychowaniem etyki. Jest to tekst przewrotny, gdyż ma wszystkie wyznaczniki formalne potocznie rozumianej literatury kobiecej oraz wymowę całkowicie z tym rekwizytorium kontrastującą.

Bezduch Martyny Raduchowskiej dość mocno powiązany jest z jej drugą powieścią o szamance od umarlaków Idzie Brzezińskiej, czyyli Demonem luster, jednak broni się też jako samodzielna całość. Opowieść o człowieku, który nie chciał przekroczyć granic zawodowej etyki na prośbę zrozpaczonej żony, a gdy utracił miłość, zaszedł dalej, niż sam podejrzewał, że to możliwe.

Ewa Białołęcka, inspirując się częściowo (być może) swoją znakomitą konwentową prelekcją, w tekście zatytułowanym Tylko nie w głowę przedstawia apokalipsę zombie oczami samotnej, cierpiącej na depresję właścicielki sympatycznej kotki Mili. Żywe trupy po przeczytaniu tego opowiadania już nigdy was nie przerażą, gdyż jest ono pełne humoru i wiary w zdrowy rozsądek oraz instynkt samozachowawczy jednostki, nawet takiej o (bezpodstawnie) zaniżonym poczuciu własnej wartości.

Anna Hrycyszyn w Z góry nie patrzą stworzyła niezwykle oryginalną wizję świata przyszłości, której potencjał w moim odczuciu nie został jednak do końca wykorzystany, głównie  przez zbytnią skrótowość pojawiającą się w drugiej części opowiadania.

Milena Wójtowicz w Locie wieloryba i Aleksandra Zielińska w Po drugie posługują się motywem światów równoległych (czy też przyległych) i jest to chyba najbardziej jaskrawy przykład, że nawet taka ilość podobieństw nie wpływa na charakter tekstu, bo trudno by mi było wskazać w zestawie dwa równie biegunowo odległe. Po drugie to raport z rodzinnego dramatu (w którym kompletnie nie przekonała mnie osoba narratorki, zdecydowanie zbyt dojrzałej jak na jej deklarowany wiek). Natomiast bohaterką tekstu Wójtowicz jest córka czołowego polskiego nacjonalisty, która w ramach odcinania się od korzeni szmugluje magiczne artefakty z równoległego świata i sypia z obcym.

Anna Nieznaj w Ognistym warkoczu pokazuje między innymi, jak koniec świata (i jego nowy początek) oraz podróże kosmiczne potrafią skomplikować i bez tego niełatwe relacje rodzinne.

Natomiast Aneta Jadowska w Zielonej zemście, którą chyba trzeba by było zakwalifikować jako ekologiczne fantasy, dowodzi, że wystarczy nieco pracy, kreatywności i cierpliwości, by, nie naruszając rygorystycznych praw magii, wymierzyć sprawiedliwość pozornie bezkarnym niegodziwcom. A przy okazji, za co bardzo dziękuję, uświadamia czytelnikom, dlaczego nie powinno się parkować na miejscach dla niepełnosprawnych. Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste.

Spośród dwunastu tekstów jeden oceniam jako wybitny, trzy jako bardzo dobre, a resztę, mimo pewnych zastrzeżeń, jako naprawdę przyzwoite. Chyba tylko opowiadanie Anety Jadowskiej kompletnie nie trafiło w moją czytelniczą wrażliwość. Jak na antologię jest to wynik zdecydowanie ponadprzeciętny, co tylko potwierdza, że naprawdę warto zainteresować się Hardą Hordą. Podkreślam z całą stanowczością – nie jako fantastyką. Nie jako literaturą  kobiecą. Jako zbiorem dwunastu dobrych opowiadań, który dostarczy refleksji, rozrywki, a kto wie? Może stanie się także punktem wyjścia do szerszych czytelniczych poszukiwań. Jeśli się skusicie, koniecznie dajcie znać, jakie mieliście wrażenia!

Wznowienie Zabawek diabła

Dawno nie dręczyłam ludności Domenikiem Jordanem, a na tym blogu nawet jeszcze nigdy! Zatem najwyższy czas to zmienić, a czy może być lepsza sposobność niż ponowne (trzecie już) wydanie drugiego zbioru opowiadań z tym bohaterem? Dziś premiera, a Zabawki wydaje tym razem Powergraph. Z całkiem estetyczną okładką, co w przypadku tego cyklu, gdzie do tej pory bohatera portretowano jako zombie dręczone niestrawnością, stanowi przyjemne novum. Z tej okazji – żeby nie wyważać otwartych drzwi – pozwolę sobie przypomnieć swoją recenzję pierwszego wydania Zabawek diabła, która ukazała się na łamach Fahrenheita. Jako że przed zalinkowaniem ją sobie przeczytałam, zobowiązana jestem poczynić w tym momencie zastrzeżenie – jest to tekst analityczny, a zatem, niestety, zdradzający pewne istotne elementy treści utworów. Nie polecam z tego względu czytania go przed zapoznaniem się z samym zbiorem. Tytułem wolnej od spoilerów zachęty wrzucę tu tylko konkluzję recenzji, którą mimo upływu niemal 13 lat z całą stanowczością podtrzymuję:

Jako całość „Zabawki diabła” są daleko lepsze niż „Diabeł na wieży”. Pod każdym względem: stylistycznym, fabularnym, narracyjnym, konstrukcji postaci pierwszego i drugiego planu. A że już „Diabeł na wieży” był bardzo dobrym zbiorem, strach pomyśleć, jaki będzie następny.

A następny zbiór ukaże się najprawdopodobniej jeszcze w tym roku i zawierał będzie (według wstępnych informacji uzyskanych od autorki) 6 opowiadań. Trzy z nich powstały i ukazały się w poprzednich latach, można zatem w pewnym stopniu przewidywać, jaki będzie charakter całości. Mowa o Portrecie rodziny w lustrze (ze zbioru Światy Dantego), Majstersztyku (udostępnionym w pakiecie Bookrage zdecydowanie dłuższym tekście) oraz osadzonej w egzotycznej scenerii Anatomii cudu, która ukazala się pierwotnie na łamach Nowej Fantastyki. Te trzy teksty w jednoznaczny sposób pokazują, że Anna Kańtoch w ciągu ostatnich 13 lat przeszła długą drogę jako pisarka, doskonaląc swój warsztat. Zainteresowała się też w o wiele większym stopniu formalną stroną swoich opowiadań, z którą zaczęła odważniej eksperymentować. Ale zarazem nie utraciła tego, co od początku było znakiem rozpoznawczym cyklu o Jordanie – umiejętności kreowania nastroju niepokojąco-intrygującej tajemnicy i fascynacji zagadkami z pogranicza fantastyki oraz kryminału, którą dzieli z nią jeden z jej pierwszych bohaterów.  Mam nadzieję, że zdołam kogoś zachęcić do wycieczki do Okcytanii i nawiązania znajomości z doktorem Jordanem. Sama na pewno wrócę do tych opowiadań, tak jak zrobiłam to z Diabłem na wieży przy okazji zeszłorocznego wznowienia.

5 cytatów na czwartą rocznicę

Rocznicę śmierci Terry’ego Pratchetta. Jednego z moich ulubionych pisarzy, wielkiego filozofa, ironisty i znawcy ludzkiej natury.

Błędna wymowa może mieć fatalne skutki. Pewien chciwy szeryf Yl-Abi został kiedyś przeklęty przez niewykształcone bóstwo i wszystko, czego dotknął, zmieniało się w Zołto, który okazał się niedużym krasnoludem z oddalonej o setki mil górskiej osady. Klątwa magicznie ściągała go do królestwa i kopiowała bezlitośnie. Jakieś dwa tysiące Zołtów później klątwa się wreszcie wyczerpała. Obecnie mieszkańcy Yl-Abi znani są z niezwykle niskiego wzrostu i skłonności do irytacji.

Wyprawa czarownic

Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć.

Pomniejsze bóstwa

Żyję już trochę na tym świecie i zauważyłam, że jak kto ma w sobie dar, by błyszczeć, to będzie błyszczeć nawet przez sześć warstw brudu, a ci, co błysku nie mają, błyszczeć nie będą, choćby ich nie wiem jak polerować.

Złodziej czasu

Trudno jest mieć wiarę, kiedy się przeczytało zbyt wiele książek, prawda?

Carpe Jugulum

Jeżeli ludzie próbują cię zabić, to znaczy, że robisz coś, jak należy.

Łups!

Wszystkie cytaty w przekładzie Piotra W. Cholewy. Czytajcie Pratchetta, warto!

Jak Frank czekał na Rosie (Tana French, Bez śladu)

Czekał do samego rana w umówionym dniu. W dniu, w którym  mieli się wyrwać z robotniczego Dublina, popłynąć do Londynu i zacząć wymarzone wspólne życie. Myślał, że chcą tego oboje. Ba, był tego pewnien jak niczego innego w życiu (oprócz swojej miłości do Rosie). Miał w końcu 19 lat. A jednak nie przyszła. Czy raczej – przyszła, ale nie po to, żeby z nim uciec. Zostawiła list, w którym dała do zrozumienia, że boi się związać z Frankiem swoją przyszłość. A Frank w zasadzie się nie zdziwił. Sam się siebie bał, znał swoje obciążenia i tendencje. Ale wiedział jedno – skoro już zdecydował się wyrwać, nie wróci do domu.

I nie wrócił. Choć pozostał w Dublinie, jego noga nie postała w dzielnicy, w której się wychował, przez ponad 20 lat. Oddalił się od ducha Faithful Place najbardziej jak to możliwe – wstępując do policji. I był w tym znakomity, wręcz się w fachu zatracił, trafił do prestiżowego wydziału tajnych operacji i choć sam już nie pracował pod przykrywką, to kierowal pracą innych, zapewniając im bezpieczeństwo. Wbrew pochodzeniu został kimś. Zawsze uważał, że to pracoholizm zniszczył jego małżeństwo. Prawda jednak była inna – Frank w głębi duszy cały czas czekał na swoją Rosie, mimo że nawet sam przed sobą się do tego nie przyznawał. Aż pewnego dnia zadzwoniła jego najmłodsza siostra Jackie, by przekazać, że robotnicy wykonujący prace w pustostanie na ich ulicy znaleźli w kominku walizkę. To była walizka Rosie, o czym Frank wiedział, zanim jeszcze ją zobaczył. Zatem jednak ukochana nie wyjechała bez niego.

Tana French w typowym dla siebie niespiesznym, rozlewnym stylu snuje opowieść będącą na najpłytszym poziomie interpretacyjnym robociarskim wariantem Romea i Julii. Mieszając współczesność z retrospekcjami, pokazuje czytelnikowi prywatne oblicze Franka Mackeya, chyba najciekawszej postaci, jaką stworzyła na kartach swojego cyklu o dublińskim wydziale zabójstw. Ale przede wszystkim Bez śladu (nie bez przyczyny oryginalnie zatytułowane właśnie Faithful Place) jest żywym, wielowarstwowym i autentycznym portretem robotniczej dublińskiej dzielnicy, z jej zasadami i rytuałami, niepisanymi prawami, które każdy zna od dzieciństwa i instynktownie im się podporządkowuje. Bo nikt nie chce wypaść poza grupowy nawias, zostać napiętnowany jako outsider, wyrzutek, zdrajca. Bycie swoim jest tutaj bezcenne. Dzielnicowy etos ma swoje jasne strony, jak bezwarunkowa lojalność tutejszych względem innych członków społeczności i solidarność przeciw obcym, zwłaszcza reprezentantom władzy. Ale ma i mroczny rewers – lojalność wynaturzoną, przejawiającą się ignorowaniem przemocy, alkoholizmu, zaniedbywania dzieci, które to sprawy traktowane są jako prywatna sprawa każdej rodziny.

Dwutorowa narracja (wtedy i teraz) umożliwia autorce pokazanie, jak potoczyły się losy grupki przyjaciół Franka z młodości. Wnioski nie są zbyt optymistyczne. Choć w młodości wszyscy wierzyli, że będą żyli inaczej niż ich rodzice, którymi pogardzali, większość z nich nie uciekła z klasowej pułapki, nawet jeśli opuścili dzielnicę w sensie topograficznym (co nie udało się niemalże nikomu). Sama Faithful Place przez bez mała ćwierć wieku nieco poszła z duchem czasu, ale jej konserwatywna istota pozostała niezmienna. Z wszystkimi zaletami i wadami takiego stanu rzeczy.

Bez śladu to oczywiście kryminał, jednak wątek zniknięcia Rosie jest tak ściśle związany z prywatnymi historiami mieszkańców dzielnicy, że w zasadzie zagadka wyjaśnia się niejako przy okazji (co w żadnym razie nie czyni jej mniej fascynującą – powiedziałabym nawet, że wręcz odwrotnie – przydaje całej sprawie dodatkowych wymiarów dramatyzmu).

Tana French ma unikalny talent do odmalowywania społeczności i emocji – a te dwa elementy dominują w omawianej powieści. Nie dziwota zatem, że jest to (przynajmniej w mojej ocenie) najlepszy utwór w jej pisarskim dorobku. A czytałam wszystkie poza nieprzetłumaczonym jeszcze na polski The Witch Elm. Chyba nie muszę dodawać, że polecam?

Dodatkowym walorem jest znakomite tłumaczenie Marii Olejniczak-Skarsgard. French pisze językiem wyjątkowo trudnym w przekladzie, sensualistycznym, pełnym przymiotników i imiesłowów powszechnie nieużywanych. Wiem coś o tym, bo próbowałam ją czytać w oryginale i dałam sobie spokój. Zwykle nie przeszkadza mi brak znajomości jednego czy drugiego wyrazu, radzę sobie na podstawie kontekstu. W tym przypadku braki odbierały mi całą przyjemność z lektury, która w dużym stopniu sprowadza się do delektowania się hipnotycznie snutą opowieścią. Polscy tłumacze radzą sobie z tym wyzwaniem rozmaicie, ale zawsze do tej pory wyczuwałam w pewnych sformułowaniach sztuczność, zdarzały się też ewidentne zgrzyty. W tej książce ich nie ma, tym głębszy pokłon należy się umiejętnościom tłumaczki.

Jeśli jeszcze nie czytaliście, szczerze wam zazdroszczę. Choć z perspektywy osoby czytającej poszczególne tomy w przypadkowej kolejności polecam jednak zachowanie chronologii.

Restart – witam i zapraszam:)

Postawiłam tutaj spartańską wersję Na ostrzu siekiery 2.0, bo, bądźmy szczerzy, oryginał nigdy jakimiś wodotryskami nie powalał i też powstał ponad 13 lat temu na gotowym szablonie Bloxa. Jeśli ktoś jest nowym czytelnikiem, może sobie przejrzeć dawne wpisy i zorientować się, czy odpowiada mu mój sposób pisania o kulturze. Wpisy przeniosły się z Bloxa bez komentarzy, a co więcej, część jest niewyjustowana i zanosi się na to, że będę to musiała poprawiać ręcznie i pojedynczo, co pewnie zajmie kolejnych 10 lat. Ponoć powinny być dostępne działania masowe, ale albo mam większe problemy ze wzrokiem, niż zakładałam, albo darmowa wersja WordPressa tej opcji nie oferuje. A skoro przez ponad 13 lat nie dołożyłam do tego interesu ani złotówki, to nie zamierzam teraz zaczynać. Ale może zacznę dodawać do wpisów jakieś ilustracje – całkiem wystarczająca rewolucja jak na nowy początek.

A dawni czytelnicy, mam nadzieję, jakoś tu trafią (pewnie z Bloxa, gdzie pojawi się za moment stosowana informacja o nowym adresie). Zachęcam też zaprzyjaźnionych blogerów, podobnie jak ja wyproszonych z Bloxa, by w komentarzach pod tym postem wrzucali swoje nowe adresy – dzięki temu się nie pogubimy:)

Komentarze ustawiłam w sposób maksymalnie otwarty, wystarczy podać nicka i maila (który nie będzie publikowany).  I oby nam tu było tak przyjemnie, jak w poprzednim miejscu, czego sobie i wszystkim czytającym serdecznie życzę.

Tytułem zachęty nadmienię, że na liście zaległych tytułów do opisania, którą planuję sukcesywnie niwelować, znajdują się: Przebudzenie  Lewiatana, Czerwień kości, Nie ma, Cokolwiek wybierzesz, Jeden z nas: Opowieść o Norwegii, Bez śladu, Kolacja, Psy ras drobnych.

Otwieramy nowy, oby jeszcze lepszy, rozdział.

Specjalista Lynn dziwi się światu (Ben Fountain, Długi marsz w połowie meczu)

Zaczniecie chyba niedługo podejrzewać, że mnie ktoś podmienił, ale ostatnimi czasy naprawdę trafiają mi się świetne lektury. W tym takie, które miałam w kolejce od dłuższego czasu. Tak jak powieść Bena Fountaina w fenomenalnym przekładzie Tomasza S. Gałązki. Niby prosty pomysł – uczynić narratorem dziewiętnastolatka, który po wyjątkowo spektakularnej akcji bojowej w trakcie wojny z terroryzmem w Iraku dostaje wraz z kolegami dwutygodniową przepustkę z piekła. Ale nie za darmo – są obwożeni po Stanach jako propagandowe maskotki na tournée zwycięstwa. Każdy chce im pogratulować osobiście, szybko impregnują się na monotonny patriotyczny bełkot, który zresztą autor dość ciekawie wyodrębnił w tekście. Korzystają za to do oporu z atrakcji niedostępnych na wojnie: dobrego jedzenia, luksusowej limuzyny i alkoholu. Oraz próbują za pośrednictwem hollywoodzkiego producenta Alberta sprzedać prawa do ekranizacji swojej historii. Obiecano im za nie po sto patyków na łebka, ale robi się nerwowo – umowa niepodpisana, a oni za dwa dni muszą wracać na front. Przy tej okazji narrator – Billy Lynn, prosty chłopak z Teksasu, dla którego wojsko nie było wolnym wyborem, ale alternatywą wobec więzienia, pozwala sobie na rozmaite obserwacje i przemyślenia dotyczące otaczającej go ściemy. Widzicie, zdaje mu się, że na wojnie zrozumiał, jak naprawdę działa świat. Doznał oświecenia niedostępnego cywilom.

Pomysł może i nieskomplikowany na pierwszy rzut oka, ale takie są najtrudniejsze w realizacji. Zdecydować się na narrację, której dominujący nurt stanowi monolog wewnętrzny, to postawić wszystko na jedną kartę. Można dużo i łatwo przegrać. Jeśli stworzy się postać niewiarygodną albo sztampową, zabrany do jej głowy czytelnik szybko się znudzi, nie zaangażuje w podaną z jednostkowej perspektywy problematykę, którą chce go zainteresować autor. Zakwestionuje stawiane przez niego tezy, wyczuwając koturnowość i fałsz. Ale Fountain rozbił całą pulę. Billy’emu się wierzy. A jednocześnie się mu współczuje. Bo stracił przyjaciela i nie może oddać się żałobie. Bo musi wrócić na front. Bo nigdy nie miał dziewczyny ani oparcia w ojcu, który był wyjątkowym skurczybykiem. Ale przede wszystkim współczujemy specjaliście Lynnowi, bo, stojąc z boku, widzimy, jak krucha jest narracja, którą chłopak próbuje wytłumaczyć sobie świat. Że pod zapożyczoną od bardziej doświadczonych kolegów pozą doświadczonego przez życie cynika czai się naiwność, bezwarunkowe pragnienie bliskości i akceptacji, a przede wszystkim strach przed powrotem tam, stale walczący o lepsze z lojalnością wobec kolegów z Bravo.

Niby zatem nic takiego się nie zdarza (zdecydowana większość akcji rozgrywa się, zgodnie z tytułem, podczas meczu futbolowego na stadionie Dallas Cowboys  w Święto Dziękczynienia), ale w duszy Billy’ego Lynna trwa walka, o której wie tylko on i zaproszony do jego myśli czytelnik – podglądacz. A której obserwacji nie sposób przerwać. Dzięki genialnemu przekładowi (Tomasz S. Gałązka, powtarzam raz jeszcze) rozbiegane, skaczące między wątkami przemyślenia specjalisty Lynna wprost hipnotyzują odbiorcę, porywają go w wir różnorodnych i sprzecznych odczuć, które – w co łatwo uwierzyć – mogą miotać młokosem po pierwszym chrzcie bojowym niemal w przeddzień powrotu na pole walki.

Zapoznajcie się z Billym – brak mi słów, żeby adekwatnie opisać, dlaczego warto z nim przejść cały długi marsz. Ale nie żałuję żadnego kroku i zapamiętam tę trasę.

P.S. Chciałam wrzucić jakiś fragment, żeby zilustrować geniusz tłumacza, ale musiałabym wrzucić całą książkę. Nie umiałam się zdecydować.

Głosy Watts (Ryan Gattis, Miasto gniewu)

Przeczytałam pięć dobrych książek, ale ta była zdecydowanie najlepsza. Zamieszki w Watts, dzielnicy Los Angeles, 6 gorących dni w 1992 r., kiedy ludzie dali wyraz swojemu oburzeniu na wyrok uniewinniający policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga. Rzekomo stawiał on opór podczas próby aresztowania. Ale co zaczęło się jako wyraz słusznego gniewu społecznego, zostało słusznie zinterpretowane jako niepowtarzalna okazja do wyrównania rachunków przez różne grupy interesu. Przede wszystkim gangi, rozzuchwalone nieadekwatną do skali protestu ilością funkcjonariuszy sił porządkowych, rozpoczęły z dawna odkładane egzekucje, licząc na darowaną przez chaos bezkarność. Ale była to też szansa dla drobnych przedsiębiorców pod kreską – jeśli jakiś sklep czy budynek zapłonie w ogniu Powstania Rodneya Kinga, ubezpieczycielowi trudno będzie wykazać, kto zaprószył iskrę.

Według mnie bardziej adekwatny do struktury narracyjnej tej porywającej i przerażającej historii jest tytuł oryginalny, czyli All involved, co tłumaczy się jako „wszyscy zamieszani”, „wszyscy zainteresowani”, a w tym kontekście może raczej „wszyscy uwikłani” lub „wszyscy umoczeni”. Gattis bowiem konstruuje swoją opowieść jako swego rodzaju sztafetę narracyjną, a każdy kolejny bohater, z którego perspektywy śledzimy wydarzenia we wrzącym mieście, jest w jakiś sposób związany z poprzednimi. Pierwszym z nich – i najważniejszym, choć zajmie scenę najkrócej – jest Ernie, sprzedawca tacos niezwiązany z gangami, ale mieszkający z gangsterską ekipą, do której należy także jego młodszy brat, a aspiruje młodsza siostra. Ernie najbardziej nie lubi wracać do domu piechotą, bo to w jego dzielnicy bardzo niebezpieczny sport. Poprzedni samochód jednak sprzedał bez mrugnięcia okiem, gdy trzeba było wpłacić kaucję za jednego z członków ferajny. Pieniądze z narkotyków, o nieznanym źródle pochodzenia, wzbudziłyby podejrzliwość władzy. Pewnie, Ernie mógł odkupić brykę za pieniądze z handlu. Ale nie chciał mieć z tym interesem nic wspólnego. Sam odkłada, niedługo będzie miał wystarczającą sumę i może zacznie się uczyć, jak robić sushi. Ten chłopak ma dalekosiężne plany.

Ale przeznaczenie ma wobec niego inne zamiary. Parka już się czai z nożycami. I tak rusza samonakręcająca się spirala zemsty, układów, zdrady, lojalności i walki o przetrwanie. Poznamy siostrę i brata Erniego, jego współlokatorów, sąsiadów, koleżanki ze szkoły. Strażaka gaszącego wybuchające w całym mieście pożary, pielęgniarkę próbującą ratować ofiary zamieszek, gangstera, który w krótkim czasie stracił dwójkę rodzeństwa, młodego graficiarza, szalonego bezdomnego rozmawiającego z przepływającą przez LA rzeką, byłego gangstera, ćpunkę, funkcjonariusza oddziałów specjalnych i mnóstwo innych „zamieszanych”.

A każdy ma własną historię i indywidualny język, znakomicie oddany w przekładzie Roberta Sudoła. Wartka fabuła rozpisana na tak porywające głosy, wielość i wiarygodność zaoferowanych perspektyw sprawiają, że – czy tego chcecie, czy nie – pochłonie was kocioł zamieszek. To straszna, smutna, brutalna i ironiczna opowieść o rzeczywistości, w której nawet normalność jest jak stąpanie po cienkim lodzie. Tu nawet bez zamieszek można zginąć na każdym kroku, a pierwszym prawem ulicy jest losowość.

Gorzkie, ironiczne, znakomite. Za zwrócenie uwagi na autora bardzo dziękuję Jane Doe.