O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.

Reklamy

Poprzeprowadzkowe porządki – luty 2019

nie maNapisałam ten wpis w zeszłą niedzielę, ale teraz muszę go rekonstruować od zera, gdyż chciałam dodać obrazek i cały tekst mi zniknął (brawo ja!), a darmowa  wersja WordPressa nie oferuje przywrócenia wcześniej zarchiwizowanego wpisu. Ponieważ jednak w tle trwa instalacja Wiedźmina 3 (walnął mi 1 stycznia 2019 r. dysk twardy i straciłam wszystkie sejwy oraz masę innych rzeczy:(), postanowiłam wykorzystać ten czas na ponowne napisanie wam o dwóch lutowych lekturach, w przypadku których bardziej niż samą treść zapamiętałam refleksje powstałe niejako na marginesach.

Pierwsza z nich to Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Pisałam już kilkakrotnie na poprzednim blogu (bo tutaj chyba jeszcze nie), że czasem jeszcze zdarza mi się wpaść w pułapkę zawiedzionych oczekiwań, i trochę tak było w tym przypadku. Patronacka recenzja Kurzojadów wiele obiecywała. Nastawiałam się zatem na wyjątkowe doświadczenie czytelnicze, przede wszystkim zaś na tę porywającą gawędę, a dostałam powieść wprawdzie przyjemną w odbiorze, ale niewiele ponadto. Było nawet kilka narracyjnych mielizn. Choć aż tu kipi ambicjami i trzeba przyznać, że doświadczony irlandzki prozaik zdołał dokonać niełatwej sztuki. Opisał miłość między dwójką młodziutkich imigrantów, których połączyły trudny los, głód, wojna secesyjna i konieczność sprawowania opieki nad córką indiańskiego wodza. I uczynił to w sposób naturalny, przekonujący, nie ostentacyjnie sensacyjny, autentycznie ujmujący, choć przecież na żadnym poziomie nie była to norma. Całość dosyć brawurowo przełożył na polski Jędrzej Polak, ale chyba rozbestwił mnie geniusz Larry’ego McMurtry’ego. Gdyby to on wziął na warsztat tę historię, dostalibyśmy prawdziwe arcydzieło, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Umiejętności Barry’ego są duże, ale jego opowieść nie porwała mnie bezwarunkowo ani nie zauroczyła tak, jak na to liczyłam. Mimo to nie żałuję czasu spędzonego z Thomasem i Johnem, ale nie zapamiętam ich na tak długo, jak się spodziewałam.

Po Nie ma Mariusza Szczygła sięgałam ze sporym wahaniem i ostatecznie mam po lekturze mocno mieszane uczucia. Wahanie wzięło się stąd, że od dobrych paru lat odnoszę wrażenie, iż ten reporter, którego przywykłam cenić i uważać za prawdziwego mistrza gatunku, bardziej niż swoimi bohaterami zaczął interesować się sobą. Było to już  w pewnym stopniu widoczne w zbiorze Zrób sobie raj, a jeśli ktoś czyta Wyborczą, doskonale może zaobserwować ten proces w cotygodniowych felietonach z cyklu Projekt Prawda. Niemniej, ostatecznie się zdecydowałam i mimo pewnych zastrzeżeń nie żałuję, bo w Nie ma jest kilka znakomitych tekstów autora w starym, dobrym stylu, które na długo pozostaną w mojej pamięci, jak niegdyś np. Zabierz nas do diamentu. Jak otwierające zbiór Czytanie ścian o czeskiej poetce z absolutnie niezwykłym życiorysem, Violi Fischerovej, czy Nieznajomy wróg jakiś, o zupełnie mi wcześniej nieznanych siostrach bliźniaczkach, Ludwice i Zofii Woźnickich (fragment opublikowała całkiem niedawno Wyborcza na łamach Dużego Formatu), polskich pisarkach z okresu PRL o dramatycznej biografii naznaczonej przez historię. Jedna z nich była matką chrzestną Lecha Kaczyńskiego i bliską przyjaciółką Jadwigi Kaczyńskiej. Niezatarte wrażenie wywarła też na mnie Gwiazda wszystkich willi, szkic o historii modernistycznej praskiej  rezydencji Mullerów, zaprojektowanej przez Adolfa Loosa. Niby o budynku, a naprawdę o całej epoce. I dla tych tekstów warto sięgnąć po Nie ma. Ale są tu i wątpliwe (z braku lepszego określenia) eksperymenty formalne. Takie jak bezsensownie poszatkowana Rzeka, zwierzenie kobiety molestowanej przez ojca. I tak, czytałam wszystkie recenzje poważnych krytyków, że nie wypada tych dziwactw nie zachwalać, bo jeszcze się wyjdzie na prostaka, co nie pojmuje Złożonego Zamysłu. Jestem za prosta na ten poziom złożoności, co więcej, wcale się tego nie wstydzę. To całkiem jak z Dukajem, który pisze dla siebie, a nie dla czytelnika. Można, ale nie należy oczekiwać, że czytelnik będzie takim traktowaniem zachwycony. Ja nie jestem. No i jest jeszcze inna para kaloszy – nie ukrywam, jestem po prostu zniesmaczona post scriptum do ważnego i nagradzanego reportażu Śliczny i posłuszny. W tekście Reportażu życie po życiu reporter tłumaczy się dość naiwnie, że nie zdawał sobie sprawy, iż mimo wszelkich podjętych przez niego środków ostrożności bohaterka tekstu (nauczycielka, która skatowała na śmierć syna swojego partnera) zostanie zidentyfikowana w kilka minut po jego publikacji. Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie spod pióra doświadczonego dziennikarza, nie tylko nadążającego za wszystkimi medialnymi trendami, ale wręcz idącego w ich awangardzie. Nie od człowieka, który przez kilka lat prowadził talk show Na każdy temat w Polsacie i doskonale zna siłę oraz zasięg mediów.

Poprzeprowadzkowe porządki – styczeń 2019

kolacjaMiało to wyglądać zupełnie inaczej – to znaczy, że planowałam po prostu systematyczne recenzje przeczytanych pozycji. Ale gdy dzisiaj spojrzałam na listę czekających tytułów i zaczęłam wracać myślami do lektur ze stycznia, nieopisanych z powodu nagłego ogłoszenia o zamknięciu Bloxa, uświadomiłam sobie, że to nie zda egzaminu. Jeszcze moment i całkiem zapomnę, że w ogóle coś takiego czytałam. Zdecydowałam się na wyjście kompromisowe i napisanie paru treściwych zdań o każdym tytule.

Psy ras drobnych Olgi Hund były mocno reklamowane w prasie. Autorka pod pseudonimem i dosztukowanym na słowo honoru płaszczykiem fikcji opisała swoje przeżycia ze szpitala psychiatrycznego. Krytyka zachwycała się innowacyjnym realizmem tego opisu, bezkompromisową diagnozą stanu polskiej psychiatrii, która uprzedmiotawia pacjentki. Osobiście już w trakcie czytania miałam poczucie, że wiele z tej książki nie zapamiętam. Krótka opowieść, krótkie zdania, w zamierzeniu zapewne wzmacniające przekaz. Ponad dwa miesiące po spędzeniu z tą historią trzech popołudniowych godzin nie pamiętam z niej dokładnie niczego. Według mnie to typowa powieść autoterapeutyczna, która zapewne najmocniej trafi do osób mających za sobą zbliżone doświadczenia.

Kolacja Hermana Kocha bardzo mi się spodobała, niemalże od pierwszych stron budziła skojarzenia z Rzezią Polańskiego. Sposób, w jaki autor prowadzi narrację, umożliwia mu powolne odkrywanie kart. Na początku wiemy tylko, że dwóch braci wraz z żonami umówiło się w restauracji na tytułowy posiłek, a perspektywa ta nie zachwyca naszego narratora z powodów niesprecyzowanych. Z czasem okazuje się, że kolacja to jedynie pretekst do rozmowy o problemach związanych z zachowaniem dzieci. Te zaś są o wiele większego kalibru niż zwykłe wagary i popalanie trawki w krzakach. Do pewnego momentu szło to wszystko doskonale – autor zgrabnymi posunięciami dokładał kolejne małe elementy zgrozy, mizantropii i psychopatii do pozornie idyllicznego obrazu egzystencji dwóch rodzin z wyższej klasy średniej. Myśl, że dwie eleganckie i wyrafinowane pary obskakiwane przez kelnerów i dyskutujące o przystawkach mogą kryć w sobie tyle mrocznych, gwałtownych i sprzecznych emocji jest równie niepokojąca, co perwersyjnie fascynująca. Zauważyliście zapewne, że nie podaję żadnych szczegółów. A to dlatego, że uważam, iż ich samodzielne odkrywanie to kluczowy element czytelniczej frajdy w tym przypadku. Tym samym jednak pozbawiam się możliwości uzasadnienia, dlaczego ostatecznie nieco skorygowałam swoją początkowo entuzjastyczną ocenę. Trzymając się ogólników, powiem tylko tyle, że w pewnym momencie autor posunął się zdecydowanie za daleko w swojej chęci szokowania czytelnika i poprzez nieustanne podbijanie stawki pozbawił historię choćby pozorów realizmu. Mimo tych zastrzeżeń była to bardzo intrygująca lektura, wszystkie szczegóły pamiętam do teraz i prędko ich nie zapomnę.

Jeden z nas. Opowieść o Norwegii Åsne Seierstad to próba odpowiedzi na pytanie, jak doszło do masakry na wyspie Utøya 22 lipca 2011 r. W tym celu autorka przedstawia nam życiorys Andersa Breivika, jak również biografie kilku spośród jego ofiar. Nie szuka przy tym taniej sensacji, prezentuje chłodne, pogłębione, w zasadzie socjologiczne podejście. Przykład bardzo rzetelnie wykonanej dziennikarskiej pracy, przy czym wręcz obsesyjnie unika się tu wartościowania w jakąkolwiek stronę. Szczegółowe przedstawienie wszystkich faktów wraz z niezbędnymi kontekstami (acz w żadnym razie nie jest to nudny i suchy raport) ma zainspirować czytelnika do samodzielnych przemyśleń i własnych ocen. Jest tu jeszcze jeden, nie wiem, czy nie najważniejszy, choć cichy bohater – państwowy system.  Tytuł nie jest przypadkowy, między wierszami można tu odczytać akt oskarżenia wobec Norwegii, państwa, które nie zdało egzaminu w sytuacji kryzysowej, ale przede wszystkim codziennie nie zauważa elementarnych potrzeb wielu jednostek, z których każda potencjalnie może się zradykalizować.

Cokolwiek wybierzesz Jakuba Szamałka to pierwszy tom cyklu Ukryta sieć, po który sięgnęłam na podstawie rekomendacji Wojciecha Chmielarza. Sama nie mam najlepszych wspomnień z jedynego jak dotąd kontaktu z twórczością autora. Nagrodzona Wielkim Kalibrem powieść Czytanie z kości wszystko miała na miejscu, jednak fabułę przewidywalną do bólu, co dyskwalifikowało ją jako kryminał. Pierwsza po wieloletniej przerwie publikacja reklamowana była jako thriller technologiczny, co powinno wzbudzić moją czujność. Zaufałam jednak Chmielarzowi, że nie poleciłby byle czego. I do połowy byłam święcie przekonana, ze to jest to – pierwszy porządny współczesny polski thriller. Bohaterką jest dziennikarka plotkarskiego portalu, która przypadkiem trafia na ślad wielkiej międzynarodowej afery. Póki fabuła nie ruszy z kopyta, wszystko idzie jak z płatka. Jest zarazem ironicznie i realistycznie, opisy warszawskiej rzeczywistości ociekają akceptowalną dozą cynizmu, gorzki humor ładnie się komponuje z redakcyjnym krajobrazem. A potem autor wrzuca piąty bieg i na dobre rozstaje się z logiką, łącząc klimaty z Milenium i Szklanej pułapki. O dobrych kilka mostów za daleko, niestety. A miało być tak pięknie.

Wrobieni w polski rynek pracy (Urobieni. Reportaże o pracy, Marek Szymaniak)

Urobieni. Reportaże o pracy Marka Szymaniaka pozostawili mnie z na tyle mieszanymi i trudnymi do zwerbalizowania uczuciami, że odwlekałam pisanie o nich, bo nie potrafiłam się zdecydować, co właściwie sądzę. Nie zdarza mi się to zbyt często, więc choćby pod tym względem to pozycja dość niezwykła. Książkowy debiut młodszego ode mnie o 3 lata (!) dziennikarza, i od razu bardzo ambitny temat – praca w Polsce. Nie mogłam się ustrzec porównań z  Zawodem Fejfera i Nie hańbi Gitkiewicz, które dotykają zbliżonej tematyki. Z Fejferem Szymaniak wygrywa w cuglach, bo – choć podobnie buduje swoją narrację wokół jednostkowych historii – to jednak każda z nich służy pokazaniu szerszego, systemowego problemu, a nie tylko jojczeniu, że system jest zły, a młodzi ludzie zostali oszukani obietnicą dobrej pracy za dobre wykształcenie. Już pierwszy rozdział pokazuje na dobrych przykładach patologiczną twarz taniego państwa – biednych pracujących, wyoutsourcowane salowe czy ochroniarzy, którzy, żeby zarobić sensownie, muszą albo tyrać po 220 godzin miesięcznie, albo załatwić sobie lewe orzeczenie o niepełnosprawności. Potem są elastyczne formy pracy, które niby to miały służyć pracownikom, a pozwalają pracodawcom płacić mniej. Zatrudnianie przez agencję na umowy przedłużane dziesiątki razy zamiast umowy o pracę. Praca w kulturze, gdzie wypłaty zależą od tego, czy i kiedy przyjdzie grant. Dziennikarskie klepanie wierszówek na umowy o dzieło. Dalej agresywna i nieetyczna sprzedaż telefoniczna w call center. Target jest tu wszystkim. Jednym z mocniej oddziałujących na psychikę jest rozdział o imigrantach zarobkowych z Ukrainy, w szczególności historia Żeni, która miała po prostu pomagać prowadzić dom, a była traktowana jak niewolnica. Poraża nieuczciwość zarówno pośredników organizujących wyjazdy, żerujących bezwzględnie na ludzkich dramatach, jak i polskich pracodawców, a w zasadzie wyzyskiwaczy, choć bardziej pasowałby mocno niecenzuralny wyraz. Bo kto umawia się na 10 zł za godzinę, a płaci 10 zł za dzień (co zresztą okazuje się dopiero przy wypłacie)? Ukraińcy, zdesperowani, wezmą każdą pracę, zwłaszcza że często tę, na którą mieli załatwione zaświadczenie, zmuszeni byli rzucić i jechać w inny region kraju. Polacy dobrze o tym wiedzą. Bo kiedy oni wyjadą, o czym też jest rozdział, to, zupełnie jak Ukraińcy u nas, pracują ciężko i poniżej kwalifikacji. A i tak wolą taką pracę, bo pozwala na godne życie. I w większości nie zamierzają wracać do kraju, bo ten nie ma im nic do zaoferowania. Owszem, można tanio zrobić zakupy w rosnącej sieci supermarketów i dyskontów, ale ma to swoją cenę. Najpierw zapłacili ją właściciele małych sklepów osiedlowych, które padły, bo nie mogły konkurować cenowo z sieciami. Płacą także pracownicy marketów, często zatrudniani na zlecenie, żeby zmniejszyć koszty. Płacą dostawcy, którzy muszą się godzić na niekorzystne warunki współpracy, dyktowane przez sieci, bo inaczej nikt nie weźmie ich towaru. Zgodnie z tytułem rozdziału – tanio drogo kosztuje. Walka o pracowników, działanie w związkach zawodowych w supermarketach, to także ciężki kawałek chleba. I niedoceniany. Współpracownicy raczej zazdroszczą związkowego etatu, a nie ma czego, bo to ogromny psychiczny koszt. Do realnej pracy w związkach nikt się nie garnie. Rozdział o tym, jak polscy zarządcy wypaczyli japońskie zasady Toyoty, tworząc z fabryki w zasadzie obóz pracy, w którym pracownicy biegają jak chomiki w kołowrotkach i jeszcze pilnują się nawzajem, jeży włos na głowie. Trudno odmówić po lekturze racji jednej z bohaterek, która mówi, że jak człowiek rodzi się w Polsce, to jakby miał na plecach napisane Kunta Kinte (czyli niewolnik z powieści i serialu Korzenie). I nie trzeba być ochroniarzem wyrabiającym ponad 400 godzin miesięcznie, bo non stop w pracy jest też świetnie prosperujący finansowo trader (choć on przynajmniej coś z tego finansowo ponad egzystencjalne minimum ma). Jest i o mikroprzedsiębiorcach, soli tej ziemi, którzy, jak tylko mogą, tną koszty pracy. Na koniec rozdział o tych, co załapali się na „okno transformacji” i dzięki unikalnym kompetencjom odnieśli wielki sukces. Czy to obraz całościowy? Oczywiście, że nie. Czy to obraz prawdziwy? W dużym stopniu tak. Brakowało mi w nim jednak na przykład miejsca dla niepełnosprawnych, którzy na rynku pracy mają bardzo pod górkę mimo teoretycznie licznych systemowych ułatwień. I dla rzeszy ich opiekunów, których idiotyczne przepisy praktycznie wykluczają z rynku. Zamiast statystyk i mocno irytujących cytatów z Rafała Wosia mógłby autor zamieścić więcej problemowych historii. Poszerzyć perspektywę. Ale może jeszcze zdąży. Z perspektywy czasu całość oceniam lepiej niż bezpośrednio po lekturze, jako dobry i interesujący debiut. Istnieje coś więcej niż korporacje z wielkich miast. Praca nie ma u nas adekwatnej wartości, a pracownik żadnej. Opowieści o tym, że to on teraz rządzi na rynku, należy włożyć tam, gdzie ich miejsce. Między bajki.

Powinniśmy być wdzięczni Hitlerowi (Młyny Boże, Jacek Leociak)

Święta Wielkiejnocy, w czasie których Sanhedryn doprowadził do skazania Jezusa (będącego, o czym wielu nie chce pamiętać, Żydem) na śmierć, już za nami, ale książka Jacka Leociaka, zbiór luźnych zapisków o Kościele i Zagładzie, może i powinna być czytana w każdym czasie. Ja bym ją nawet wpisała na listę licealnych lektur obowiązkowych, bo otwiera oczy na wiele spraw związanych z nastawieniem Kościoła Katolickiego (tak hierarchów, jak i szeregowych księży), a w szczególności katolickich mieszkańców ziem polskich przed II WŚ oraz w jej trakcie,  do Żydów. Jest może miejscami lekko tendencyjna, chwilami autor nieco się zapędza w argumentacji, ale też i nie sposób się dziwić, że go ponosi, bo zwraca uwagę czytelnika na fakty bulwersujące, a mało znane szerszej publiczności. Gdy właśnie znane i nagłaśniane być powinny, w szczególności teraz, zwłaszcza w naszym kraju. Usiłuje się u nas bowiem obecnie – wbrew faktom – stworzyć narrację, zgodnie z którą naród polski składał się z samych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, nic innego nie robił, tylko Żydów z narażeniem życia i zdrowia ratował od Zagłady. Antysemityzmu przed wojną w Polsce jakoby nie było, tak jak i teraz go ponoć nie ma. Stodołę w Jedwabnem podpalili ludzie bez narodowości, podobni wywołali pogrom kielecki. Podczas gdy rzeczywiste nastroje społeczne, dominujące tendencje i proporcja ratujących do ogółu populacji, na froncie rozwiązania kwestii żydowskiej raczej okupantowi kibicującemu, wcale tak spektakularnie nie wyglądały, a niechęć do Żydów umacniały w wiernych nauki KK. W samym polskim kościele pełno było zajadłych nacjonalistów i antysemitów, nawet kryształowy prymas Wyszyński miał w tej kwestii sporo na sumieniu. Ale jak wymagać od szeregowych księży, ludzi często prostych, nawet od lokalnego prymasa, gdy przykład odwracania oczu od tragedii i umywania rąk dawał papież Pius XII? I ten obraz, zarówno szeroką, jak i wąską, jednostkową perspektywę, stawia nam przed oczami Leociak. A gdy się na niego spojrzy, oczy robią się coraz większe. Ze zgrozy, oburzenia, przerażenia i obrzydzenia. Nie ma gdzie tych oczu podziać ze wstydu za naszych rodaków, według których  Hitler był straszny, bo prześladował naród polski, ma wszakże jedną zasługę – załatwił dla nas (czy za nas) sprawę żydowską.
Czytajcie koniecznie. Może i nie jest to stuprocentowo wyważone i obiektywne opracowanie, ale na pewno to potrzebna i wartościowa, zbudowana na pracy ze źródłami, przeciwwaga dla wspaniałego obrazka, jaki tron i ołtarz pospołu post factum starają się nam w kwestii żydowskiej odmalować.

System nie działa (Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce)

Bezprawie rodzi przemoc. Nie jest to teza szokująca, wydaje się wręcz oczywista, ale, z drugiej strony, przecież nie żyjemy w średniowieczu czy w czasach amerykańskich pionierów, prawda? Ameryka, bastion wolności i demokracji, samozwańczy lider wolnego świata, powinna świecić przykładem, jeśli idzie o skuteczność systemu prawnego. Przynajmniej w kwestii wykrywalności najpoważniejszych przestępstw, takich jak zabójstwa. To już przecież kraj, w którym, od zniesienia segregacji, wszyscy obywatele są oficjalnie równi wobec prawa i wszyscy powinni dostawać od państwa takie same gwarancje bezpieczeństwa. Jednak to tylko teoria. Praktykę jak w soczewce można zaobserwować w Watts, południowej dzielnicy Los Angeles, zamieszkiwanej przez wysoki odsetek czarnoskórych obywateli. Strzały i trupy to tam smutna codzienność, śmiertelność wśród czarnych mężczyzn przed trzydziestką jest w tym miejscu tak wysoka, że rodziny przeprowadzają się, by ratować życie swoich synów. I wcale nie trzeba być w gangu ani nawet nosić barw żadnego z nich (pomarańczowa apaszka to wystarczający powód, by stać się celem). Jeśli należy się do grupy ryzyka – młodych, czarnych mężczyzn – można zginąć przez całkowity przypadek. Nie ma wtedy znaczenia, że jesteś synem dobrego, skutecznego, zaangażowanego w sprawy lokalnej społeczności policjanta. Jesteś w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. A potem już cię nie ma. System daje na to przyzwolenie, latami zabójstwa wewnątrz czarnej rasy były dla wymiaru sprawiedliwości mniej istotne, zgodnie z cyniczną dewizą Zawsze jednego czarnucha mniej. Policja zapracowała sobie na nieufność czarnoskórych obywateli, a co więcej, współpraca z organami ścigania, zeznawanie w sądzie w charakterze świadka, to narażanie życia własnego i całej swojej rodziny. Zatem obecnie nawet przy najlepszej woli policjantom nie jest łatwo znaleźć w Watts sprawcę zabójstwa. Jedyny dowód to najczęściej łuska i zakrwawione ubranie ofiary. Mimo to znajdują się – po obu stronach barykady – tacy, którzy próbują, dla których życie czarnych ma taką samą wartość jak każde inne. Ale system, nastawiony na prewencję i statystki, wcale im w tych staraniach nie pomaga. O tym wszystkim i wielu innych wstrząsająco przygnębiających kwestiach jest znakomita – i świetnie przetłumaczona przez Janusza Ochaba, którego fanką jestem od czasu Ameksyki – książka byłej reporterki LA Timesa, Jill Leovy. Zatytułowana Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce (a w oryginale jeszcze bardziej adekwatnie do treści – Ghettoside: A True Story of Murder in America). Autorka przeprowadziła wieloletni i bardzo solidny research, latami siedziała w jednej sali z policjantami z komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej, którzy stali się bohaterami tej opowieści. Zabrała sporo wstrząsających historii śledztw i zabójstw, które potrafiła przedstawić tak, by za ich pomocą stworzyć szerszy obraz badanego zagadnienia – systemowej bezwładności,  skutkującej wzrostem przemocy i coraz silniejszym odcięciem porzuconej przez państwo grupy od reszty społeczeństwa. Czyta się to znakomicie, choć z narastającą zgrozą. Kolejna ważna i potrzebna pozycja w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego.
***
A jako uzupełnienie lektury polecam – poświęcony tej samej problematyce i przygnębiająco spójny z opisywanym reportażem w sferze diagnozy, wniosków i ogólnej wymowy – nowy serial twórczyni The Killing, dostępny od niedawna na platformie Netflix, czyli Seven Seconds. Czarnoskóry chłopak, Brenton, jedzie rowerem do szkoły i zostaje potrącony przez samochód. Pierwsze pytanie, jakie  policja zadaje rodzicom ofiary, to czy przypadkiem syn nie był w gangu i nie jest notowany. A serial świetny, moim zdaniem lepszy niż najlepszy, pierwszy sezon The Killing.

Monstrualna dawka pesymizmu (Harlan Ellison, To, co najlepsze, tom I)

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na lekturze pierwszej części przekrojowego zbioru utworów wybranych z pięćdziesięcioletniego dorobku Harlana Ellisona. To, co najlepsze tom I ukazało się w zeszły piątek nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Nie była to lektura łatwa, trochę też poziom części utworów odbiegał od moich oczekiwań, rozbuchanych latami wysłuchiwania peanów na temat geniuszu autora. Niemniej, nie żałuję poświęconego na te 672 strony czasu. Mało która pozycja wzbudziła u mnie taką ilość przemyśleń i sprzecznych emocji, choć uczciwie ostrzegam – Ellison nie ma złudzeń co do ludzkości i przeczytanie dużej ilości utworów za jednym podejściem może wywołać depresję. A jako ze wczoraj mieliśmy światowy dzień walki z tą okropną chorobą, osobom o obniżonym nastroju zdecydowanie odradzam czytanie. Recenzję można od wczoraj przeczytać na łamach portalu naekranie.pl.