Czy tańczyłeś kiedyś z psychopatą przy dźwiękach Mahlera? (Bernard Minier, Noc)

W zeszłym tygodniu ostrzegałam przed najnowszymi przygodami komendanta Martina Servaza, dziś ostrzeżenie ponawiam w szerszej formie na łamach Fahrenheita. Chętnych zapraszam do lektury tekstu, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: Co tu się odbyło? Bo nie wypadało zatytułować recenzji WTF:D

Kilka przymyśleń o ostatnim Jedim

By rozruszać nieco zakurzoną – jak okazało się podczas podsumowań minionego roku – sekcję filmową na blogu, podrzucam linka do garści luźnych impresji, jakie sformułowałam po seansie najnowszej odsłony Gwiezdnych Wojen. Dziś tekst ukazał na wirtualnych łamach Fahrenheita. Zachęcam do polemiki i podzielenia się własnymi przemyśleniami. W moich przeważa rozczarowanie, niestety.

Paskudnie precyzyjna konstrukcja

 W trzech powieściach kryminalnych z komisarzem Servazem, które przyniosły
mu popularność, międzynarodowe uznanie czytelników i sporo nagród,
Bernard Minier miewał spore problemy z wiarygodną i spójną konstrukcją,
a przede wszystkim domykaniem fabuły. Choć z każdym kolejnym tomem
radził sobie coraz lepiej, nawet do zdecydowanie najbardziej udanego,
czyli Nie gaś światła, można było mieć pod tym względem spore
zastrzeżenia. Autor był za to świetny w kreowaniu nastroju (do czego
często zgrabnie wykorzystywał okoliczności przyrody: a to niedostępne
góry, a to jezioro), stopniowym rozwijaniu akcji i opisywaniu psychiki
postaci. Umiał przykuć czytelnika do swojej opowieści i sprawić,
by w trakcie lektury przymykał on oko na drobniejsze logiczne
niedoróbki.
Najnowsza propozycja Francuza, Paskudna historia, choć posiada
wyraźny i istotny wątek kryminalny (zagadkę zabójstwa szesnastoletniej
Naomi i równoczesnego tajemniczego zniknięcia jej matki), rozgrywa się
na fikcyjnej amerykańskiej wyspie Glass Island i jest piekielnie
wciągająco napisana, bardzo różni się od jego dotychczasowego dorobku.
Pozostałą część recenzji można przeczytać tutaj🙂

Dysk, jak na porządny świat przystało, ma wszystko

Ja mam wprawdzie straszliwe zaległości w opisywaniu lektur (nowy Nesbo, nowy Kącki, kolejny Nesser), ale dzisiaj ich nie nadrobię za bardzo. Nadrobiłam deficyt snu i wybieram się na nowego Bonda. Jest natomiast szansa, że niedługo wyjdę na prostą, bo zafundowałam sobie długi weekend:) Tymczasem zapraszam do zapoznania się z moją recenzją Folkloru Świata Dysku.

Muszę przyznać, że początkowo byłam sceptyczna co do wartości poznawczej,
jaką mogłaby mieć dla mnie lektura „Folkloru Świata Dysku”. Wszak
wyłapałam w trakcie lektury powieści Pratchetta większość nawiązań
do ziemskiej kultury, w sporej części celowo oczywistych, jak
np. trawestacja „Makbeta” w „Trzech wiedźmach” czy „Upiora w operze”
w „Maskaradzie”. Dlatego omijałam do tej pory anglojęzyczną wersję
książki napisanej przez Pratchetta we współpracy ze specjalistką
od folkloru Jacqueline Simpson i wydanej w 2008 roku. Jako że od
września, kiedy to przeczytałam absolutnie ostatnią — z oczywistych
i smutnych powodów — Dyskową powieść, byłam w cichej żałobie pod hasłem
„nigdy więcej nowego Pratchetta”, na wieść o polskim wydaniu „Folkloru…”
radykalnie zmieniłam dotychczasowe nastawienie do tej pozycji.
Resztę tekstu można przeczytać tutaj.

Szeptanka o końcu Poświatowa

Czyli moja przedpremierowa (premiera jutro) recenzja najnowszej powieści Wita Szostaka, jednej z ciekawszych i bardziej wymagających tegorocznych lektur.

Nowa powieść Wita Szostaka, kolejna pozycja w ambitnej serii wydawnictwa
Powergraph Kontrapunkty, to rzecz zupełnie różna od – przynajmniej
w pierwszym, powierzchownym odbiorze – łatwej i przyjemnej akademickiej
satyry, jaką było „Sto dni bez słońca”. Tym razem dostajemy kameralny
dramat rodzinny w pięciu aktach, niemalże statyczny na płaszczyźnie
dosłownie rozumianej akcji, za to wręcz kipiący od emocji. Dramat,
w którym czytelnik od pierwszych zdań musi się zmierzyć z wyzwaniem
nietypowej narracji. Naszym przewodnikiem w trudnym zadaniu ułożenia
w całość powikłanych relacji między bohaterami jest bowiem Błażej,
któremu opowieść przychodzi z trudnością. Nie dziwota, skoro snuje ją
tylko na własny użytek, w zaciszu swojego umysłu, a na głos nie
wypowiedział słowa od dwudziestu lat. Błażej zamknął się w sobie
po powrocie z wakacji, które wraz z bratem bliźniakiem, Mateuszem,
spędzili w Toskanii po pierwszym roku studiów, gdy obaj mieli
po dwadzieścia lat. Dlaczego? Jest to jedno, prawdopodobnie
najważniejsze, z licznych pytań, na które odpowiedź może dać uważnemu
czytelnikowi lektura „Wróżenia z wnętrzności”.

Resztę tekstu można przeczytać tutaj.

Powieść, przynajmniej moim zdaniem, nie jest fantastyką, choć posiada scenograficzne elementy realizmu magicznego.

Mamy nominację!

My, czyli Fahrenheit:) Chyba najlepszy możliwy prezent na tegoroczną osiemnastkę najstarszego polskiego e-zinu poświęconego fantastyce. Opublikowany na naszych łamach w lipcu zeszłego roku tekst Doroty Dziedzic-Chojnackiej, zatytułowany Teleturniej, głosami fanów fantastyki został nominowany do najważniejszej środowiskowej nagrody w Polsce, czyli Nagrody Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla. Nominację w kategorii powieść za Nomen omen zdobyła również wieloletnia współpracowniczka Fahrenheita – Marta  Kisiel – Małecka, która swego czasu debiutowała na naszych łamach opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna.
 Dla mnie ogłoszenie tegorocznych nominacji w kategorii opowiadań to święto podwójne, bo nominowany został również redagowany przeze mnie tekst Sztuka porozumienia Anny Kańtoch z antologii Światy równoległe – znakomite połączenie czarnego kryminału, science fiction i fantasy. Niedługo zapewne wszystkie nominowane opowiadania i fragmenty powieści zostaną – zgodnie z nową, dobrą świecką tradycją – udostępnione w sieci, także w formatach czytnikowych.
P.S. Mam trzy zaległe lektury do opisania, ale w ten weekend postanowiłam nadrabiać zaległości recenzenckie gdzie indziej, notka merytoryczna po raz kolejny będzie musiała poczekać.

May po raz trzeci

Jezioro tajemnic przeczytałam jeszcze w kwietniu, ale dopiero w ostatni weekend znalazłam czas na spisanie swoich wrażeń, co jest dosyć symptomatyczne i zarazem w ostatnich miesiącach stanowi normę. A teraz tekst jest już na łamach Fahrenheita. Zainteresowanych zapraszam do lektury. Dosyć paradoksalnie, to moim zdaniem najlepszy tom cyklu, silny sumą pewnych słabości, a brakiem innych, choć nadal niepozbawiony wad. Szczegóły w recenzji.