Gdy narrator przesłania historię (Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy)

nie-przywitam-sie-z-panstwem-na-ulicy-szkic-o-doswiadczeniu-niepelnosprawnosci-w-iext54983497Pewnie powinnam po prostu darować sobie ten tekst, ale pocieszam się, że i tak mało kto go przeczyta. Poza tym w końcu po to mam tego bloga, żeby pisać, co myślę o swoich lekturach, nawet jeśli są to myśli emocjonalne, pozbawione niezbędnej dozy recenzenckiego dystansu, niewątpliwie w jakimś sensie przykre dla autorki Nie przywitam się z państwem na ulicy. Szkicu o doświadczeniu niepełnosprawności i być może świadczące o mojej ignorancji co do formy autoetnograficznej. Jest to jednak ryzyko, które jestem gotowa podjąć. Kupiłam książkę Marii Reimann po lekturze w zasadzie wyłącznie przychylnych recenzji w Internecie, przede wszystkim z ciekawości, czy będzie równie poruszająca, jak Żeby umarło przede mną Jacka Hołuba (którą gorąco polecam, choć nie byłam w stanie o niej napisać – jest to zbiór świadectw matek niepełnosprawnych dzieci, czysta, niczym nierozwodniona esencja prawdy o realiach opieki nad takimi dziećmi w naszym kraju).

W tym miejscu wyjaśnię, żeby nie było nieporozumień: nie jestem koneserką inspirational porn, czyli opowieści o dzielnych niepełnosprawnych, które mają dawać zdrowym kopa do działania. Jestem, o czym już kiedyś wspominałam, osobą niepełnosprawną od urodzenia, mam MPD, czyli mózgowe porażenie dziecięce (szczegóły, jeżeli was interesują, znajdziecie pod tagiem #I ty możesz naostrzyć siekierę). Uważam, że brakuje na naszym rynku rodzimych narracji o realiach życia z niepełnosprawnością i że są one bardzo potrzebne. Dlatego cieszę się, że Wydawnictwo Czarne dostrzegło i zaczęło wypełniać tę lukę, a gdy tego typu tytuły się pojawiają, sięgam po nie, żeby sprawdzić, jak autorzy widzą życie z niepełnosprawnością i – co chyba najważniejsze – jaki jego obraz przedstawiają swoim czytelnikom, jak rozkładają akcenty.

Książka Reimann jest tu podwójnie interesująca, bo sama autorka jest osobą niepełnosprawną, a konkretnie niedowidzącą od urodzenia. I znów: pewnie nie powinnam tego pisać, być może jest to twierdzenie krzywdzące, pozbawione faktycznych podstaw i wzięte z sufitu, ale: mam przeczucie, że po części stąd biorą się wyłącznie dobre recenzje Nie przywitam się z państwem na ulicy. Jestem w stanie wyobrazić sobie u osoby zdrowej nawet nieuświadomioną blokadę przed napisaniem czegokolwiek negatywnego o książce, której autorka w opowieść o życiu kobiet i dziewczynek z Zespołem Turnera wplata własną, bardzo osobistą historię  o życiu z poważną niepełnosprawnością. Napisać o takiej książce coś nieprzychylnego to zbrukać ten niezwykły akt prywatnej odwagi (piszę to bez ironii), narażając się na łatkę osoby nieczułej czy wręcz nieludzkiej.

U mnie tego rodzaju blokada nie występuje, po pierwsze dlatego, że nie mam serca, jak powszechnie wiadomo. Po drugie, uważam (podobnie zresztą jak Maria Reimann), że niepełnosprawnym, którzy robią cokolwiek profesjonalnie, nie przysługuje żadna taryfa ulgowa i finalny efekt ich działań powinien podlegać takim samym kryteriom oceny jak utwory osób zdrowych.

Przechodząc po tym przydługim i zapewne nudnawym, ale w moim odczuciu koniecznym wstępie do meritum: Nie przywitam się z państwem na ulicy po przyłożeniu takich obiektywnych kryteriów moim zdaniem się nie broni. Zgodnie ze znalezioną przeze mnie definicją:

Autoetnografia (AE) – wywodzi się z tradycyjnej metody etnograficznej – jest połączeniem techniki badawczej z formami prezentacji związanymi z autobiografią jako gatunkiem. Rozwój AE w naukach społecznych w ostatnich dwóch dekadach przyniósł szereg różnorodnych ujęć i sposobów zastosowania. Łączy je wszystkie ulokowanie własnego doświadczenia i biografii badacza w centrum prowadzonych przez niego badań. W autobiograficznym procesie badacz staje się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem badania. W tradycyjnej etnografii korzysta z technik obserwacji uczestniczącej i wywiadu pogłębionego, przy pomocy których konstruuje opis etnograficzny (ethnographic narratives), jak i osobiste historie (personal stories), analizuje i interpretuje uzyskane dane. Natomiast w AE, sensu stricte, badacz konstruuje nie tyle portret „innego” (jednostki, grupy, kultury), co portret jaźni (self) w relacji do kultury.

Przyjmując ją za punkt odniesienia, Nie przywitam się z państwem na ulicy wypada uznać za miks etnografii i autoetnografii. Przy czym już sam tytuł wskazuje jednoznacznie, że opowieść badaczki o własnym doświadczeniu życia z niepełnosprawnością znajdzie się na pierwszym planie – i tak też się dzieje. Nie mam żadnego świadomego doświadczenia z tymi gatunkami, ale po tej lekturze mam głębokie przekonanie, że łączenie ich ze sobą nie jest dobrym pomysłem. Nie dowiecie się z tej książki za wiele o życiu chorych na Zespół Turnera (a osobiście tego przede wszystkim oczekiwałam), za to sporo o tym, co autorka sądzi na temat tych osób, ich rodziców oraz decyzji wychowawczych czy życiowych podejmowanych przez opisywane bohaterki i ich opiekunów. Bardzo dużo o jej odczuciach związanych z przeprowadzanymi wywiadami, uczestnictwem w koloniach dla osób z ZT (na litość, skoro sama autorka słusznie zauważa, że uczestniczki są w różnym wieku, w tym także dorosłe, to czy nie mogła zamiast o koloniach pisać o wyjeździe integracyjnym?). Poziom tych przemyśleń bywa niekiedy, łagodnie mówiąc, rozczarowujący. Organizatorki tłumaczą jej, dlaczego wspólne wyjazdy są dla osób z ZT tak ważne – tylko tam mogą pojechać i codziennie przyjmować hormon wzrostu, który musi być specjalnie przechowywany. W związku z tym nie mogą jeździć np. na wycieczki szkolne. A co na to autorka?

Według mnie konieczność robienia sobie codziennych zastrzyków z hormonu wzrostu wcale nie uniemożliwia uczestnictwa w szkolnych wycieczkach i zwyczajnych koloniach.

Po czym nie pojawia się żadne uzasadnienie tego twierdzenia. Dziś, kiedy są przenośne lodówki, być może faktycznie jest to łatwiejsze, choć nie wiem, jakich konkretnie warunków wymaga hormon wzrostu przy transporcie, by nie utracił swoich właściwości. Nie każdego mimo wszystko stać na przenośną lodówkę, trzeba w niej uzupełniać czynnik chłodzący, nie w każdym ośrodku są lodówki (nie tylko w pokojach, ale ogólnie dostępne). Ale po co się zastanawiać nad takimi czynnikami, będąc członkinią zespołu badawczego? Najłatwiej napisać, że to po prostu bzdura, wygodne alibi, z którego osoby chore na ZT korzystają, żeby nie brać udziału w odmiennych wyjazdach. Nie jest to napisane wprost, jednak zostaje zestawione z następującym prywatnym zwierzeniem:

Nigdy nie pojechałam na żaden turnus rehabilitacyjny Polskiego Związku Niewidomych, chociaż wiedziałam, że są organizowane. Moim rodzicom taki pomysł nie przyszedł chyba nawet do głowy. W szkole podstawowej jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki z moją klasą i na różne obozy wakacyjne. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że muszę przynieść specjalną zgodę od rodziców na wyjazd integracyjny organizowany na początku liceum. Mieliśmy jechać w góry, szkoła chciała mieć pisemne potwierdzenie od moich rodziców, że zgadzają się, żebym chodziła po Gorcach. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, dzisiaj wcale się nie dziwię.

Wymowa tego zestawienia jest (dla mnie) jednoznaczna – chore z ZT to lamerki, bo jeżdżą na dedykowane im turnusy, a powinno się to robić tak jak ja (i moim rodzice). Takiej zawoalowanej wyższości i kiepsko maskowanego pobłażania jest w narracji mnóstwo, a merytorycznych treści bardzo niewiele, co dla mnie jest kompletnie dyskwalifikujące w pozycji aspirującej do rangi pracy naukowej i dofinansowanej ze środków publicznych, a konkretnie przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ze środków na badania statutowe Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą »Narodowy Program Rozwoju Humanistyki« w latach 2016–2019.

Prywatnie uważam (ale to już nie ma żadnego związku z recenzją), że rodzice autorki, z pewnością niezamierzenie, wyrządzili jej krzywdę, nie pozwalając, żeby choć częściowo zinternalizowała swoją niepełnosprawność jako element tożsamości. W rezultacie autoetnograficzna część historii nie jest o życiu z poważną w końcu niepełnosprawnością, ale o życiu wbrew niej. Prowadzi to do sytuacji absurdalnych, jak niżej opisana:

Idę przez Jastarnię, jest wrzesień 2018 roku, mam trzydzieści sześć lat, dziesięcioletniego syna i kilka tygodni temu wzięłam psa. Nie chciałam mieć psa, nie wydawał się dobrym pomysłem dla niedowidzącej osoby, ale uległam prośbom dziecka i właśnie jestem w nadmorskiej miejscowości z psem. W jednej ręce trzymam smycz, drugą prowadzę wypożyczony przed chwilą rower. Idę na stację kolejową, gdzie umówiłam się z przyjaciółmi. Jedziemy na wycieczkę. Jastarnia to małe miasteczko i wiem, że znalezienie stacji nie powinno być problemem, ale nigdy wcześniej tu nie byłam. Ulice są we wrześniu puste, więc nie mam kogo zapytać o drogę, a instrukcje, których udzieliła mi pani w wypożyczalni rowerów – jak zawsze do niczego. „Widzi pani tamten znak? To za tym znakiem w lewo. I potem zobaczy pani pocztę…”, a ja nie mam siły jej tłumaczyć, że nie widzę znaku i poczty też raczej nie zobaczę. Zresztą jak inaczej ma mi wytłumaczyć drogę? Kiwam więc tylko głową i czekam, aż skończy. Jest mi za trudno, myślę z żalem i złością, kogo ja próbuję oszukać?

Syn autorki ma 10 lat, mógłby skorzystać ze wskazówek, gdyby tylko mu je powtórzyła. Mógłby znaleźć drogę na Google Maps. Ale ona musi wszystko zrobić sama. W pierwszym odruchu byłam na nią zła, potem przyszła refleksja, że może inaczej nie potrafi, bo tak została wychowana. Mimo wszystko jest mi jej żal. Ale i nie popieram decyzji o wzięciu psa, żeby dziecko nie było poszkodowane. Poszkodowany może w efekcie zostać pies, bo sama autorka przyznaje, że kiedy z nim spaceruje, nie widzi, co zjada na ulicy. Może się otruć i zdechnąć w męczarniach. A wystarczyło po prostu poczekać parę lat, aż syn będzie dość duży, aby samodzielnie opanować zwierzę. Ale w optyce autorki taka decyzja byłaby niedopuszczalna. Wstrząsająca jest opisana przez nią scena:

„Przestań ciągle udawać!”, mój synek jest mały, ma pięć albo sześć lat. Ktoś powiedział: „zobaczcie, jaki fajny pies”, a ja odruchowo, chociaż nie widzę żadnego psa, odpowiedziałam: „aha, fajny!”. Nie może zrozumieć, czemu to robię. Wyjaśniam mu, że nie chcę robić wokół siebie afery, znowu komuś tłumaczyć, że źle widzę, że ostatecznie ten pies nie ma takiego wielkiego znaczenia, a wszystkim jest łatwiej. Nie przekonałam go. Pies ma znaczenie, a ja nie powinnam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.

Konieczność takiego udawania wydaje się absurdalna, ale jest przede wszystkim smutna i straszna. Taki stopień zaprzeczenia rzeczywistości nie jest normalny. Nawet małe dziecko to dostrzega, ale dorosła osoba pozostaje na to, nomen omen, ślepa. I w następnym akapicie:

Mój psychoterapeuta próbuje kilka razy porozmawiać ze mną o moim wzroku, sądzi chyba, że to może mieć znaczenie dla mojej tożsamości, że to ważna sprawa, której należałoby się przyjrzeć. Robię uniki, zmieniam temat, żartuję. Wydaje mi się, że trochę przesadza, mam inne, istotniejsze problemy. Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie jestem już taka pewna, które z nas miało rację. Bardzo lubiłam mojego psychoterapeutę, być może nie chciałam wtedy pozwolić, żeby patrzył na mnie jak na osobę niepełno-sprawną.

Po tym wszystkim niechęć Reimann do wspomagania widzenia nie powinna być dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale jednak nie potrafię pojąć poniższego rozumowania:

Brzydkie okulary, które zamiast szkieł wstawione mają szkła powiększające. Czasem używam ich w domu, pod warunkiem że nikt mnie nie widzi. Dziwaczne plastikowe okulary do oglądania telewizji, z przymocowanymi w odległości dwóch centymetrów od szkieł dodatkowymi lupami, w których wygląda się tak idiotycznie, że prawie się z Maćkiem popłakaliśmy ze śmiechu i zrobiliśmy sobie serię zdjęć. Nigdy ich jednak nie zabrałam na żaden z meczów mistrzostw świata w piłce nożnej, na które umawiamy się z przyjaciółmi na mieście, chociaż być może mogłabym dzięki nim coś widzieć na telewizorze i nie musielibyśmy chodzić tylko tam, gdzie mecze pokazywane są na telebimach. Okulary słoneczne zwiększające kontrast. Kiedy w przychodni założyłam je na próbę i wyszłam na chwilę na dwór, poczułam się wspaniale, bo jednocześnie chronią przed słońcem i poprawiają jakość widzenia. Nie zdecydowałam się jednak ich kupić, wiedząc, że nie będę nosić okularów, które sprawią, że moja niepełnosprawność stanie się oczywista, widoczna. Za nic nie wyszłabym na miasto w specjalnych okularach osoby niedowidzącej. Lubię tylko małą, srebrną lornetkę o podwójnej ogniskowej (złożona pozwalała mi odczytywać nazwy ulic i numery na domach, rozłożona – czytać nawet drobny druk), bo jest ładna, zgrabna i fajna, i każdy chce przez nią popatrzeć.

Może przyjaciołom byłoby łatwiej, może MNIE byłoby łatwiej, bo lepiej bym widziała, ale świat zobaczyłby, że niedowidzę – nie ma mowy. Ten przedziwny egoizm i potrzeba maskowania się cechuje całość  Nie przywitam się z państwem na ulicy. Przede wszystkim on sprawia, że nie polecam tej pozycji, bo jest nie wiadomo o czym i powstała w zasadzie nie wiadomo po co. Skąd się bierze w zestawieniach najlepszych książek 2019, naprawdę nie pojmuję.

Trzeba czegoś więcej, czyli kilka uwag o serialu Wiedźmin – tym od Netfliksa

geraltNiby napisano o nim już wszystko, ale – jako że się nie znam – też się wypowiem. To jeszcze chwilowo wolny kraj. Zanim przejdziemy do rzeczy, dla porządku – uwagi wstępne. Czy jestem fanatyczną fanką książkowego wiedźmina, którego przygody czytałam osiem razy, w tym pięć razy w ciągu pierwszego roku od odkrycia? Ależ oczywiście. W konsekwencji grałam też we wszystkie wiedźmińskie gry komputerowe, choć gamerka ze mnie żadna. Czy w związku z tym miałam zawyżone i nierealne oczekiwania względem serialowej adaptacji? Tu was (być może) zaskoczę – nie. To umiarkowanie godne stoickiego mędrca zapewniła mi wieloletnia i trwała trauma, wywołana seansem polskiego serialu (zwanego powszechnie od nazwiska scenarzysty, Michała Szczerbica, na którego sempiternę miała znaleźć się kłonica – szczerialem). Nie wejdę w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do kultowych już streszczeń poszczególnych odcinków, popełnionych swego czasu przez Radka Teklaka. Tytułem podsumowania napiszę tylko, że może i zdaniem Geralta nie ma mniejszego zła, ale wiedźmin uważa tak wyłącznie dlatego, że nie oglądał polskiego serialu o swoich przygodach. Jaki by ten od Netfliksa nie był, zawsze mniejszym złem od naszego będzie.

Co powiedziawszy, przejdę do swoich wrażeń z ośmiu pierwszych odcinków (nie ostatnich, bo drugi sezon otrzymał zamówienie jeszcze przed premierą pierwszego, zdjęcia ruszą na początku przyszłego roku). Zabrzmi to może nieco paradoksalnie, ale pierwszy odcinek jest – obok ostatniego – najsłabszy w całym sezonie. I już nawet nie chodzi o tę trójdzielną narrację, w której każda z głównych postaci – Geralt, Yennefer i Ciri – dostaje swój prowadzony równolegle, na własnym planie czasowym, wątek. Taka była wizja scenarzystów, czy też showrunnerki, i mnie tam nic do tego. Czy ludzie nieznający książek, zwłaszcza jeśli oglądają nieuważnie, mogą przez to poczuć się zagubieni? Ależ oczywiście. Najwyraźniej jednak twórcy mieli to wliczone w koszty. Kto ogląda z minimalnym skupieniem, ten, moim zdaniem, się połapie. Odrębną kwestią jest, czy będzie mu się chciało oglądać dalej. Wątek cintryjski podany został, powiedzmy opłotkami, w wyjątkowo mało angażujący sposób. Eist jakoś tam wprawdzie nawiązuje do swoich oświadczyn, ale ogólnie za wiele dla widza  nieobeznanego z książkami z tych wszystkich menuetów i półsłówek nie wynika. W wątku Geralta natomiast mamy prawdziwą ciekawostkę przyrodniczą. Wzięto jedno z lepszych opowiadań, czyli Mniejsze zło, i pokazano wszystko, z wyjątkiem tridamskiego ultimatum, które, było nie było, jest sensem i sercem tego tekstu. I nawet naprawdę świetnie zrealizowana scena rzeźni na rynku tego nie wyrównuje. Już mniejsza o batystowe majtki i fakt, że cała historia Renfri stanowiła postmodernistyczny wariant baśni o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach (choć trochę szkoda, bo wystarczyłaby krótka retrospekcja lub dodatkowy, również niedługi, dialog między bohaterami, żeby tę warstwę zachować czy choćby zasygnalizować jej istnienie). Ale bez wątku tridamskiego dylemat wiedźmina zostaje bezlitośnie spłycony, a jego ostateczny wybór zyskuje zupełnie inny wymiar. Inaczej wyglądają ciskający kamieniami mieszkańcy Blaviken, gdy się wie, że rzucają je w mutanta, który ocalił ich od zguby. A inaczej, gdy rzucają je w faceta w naprawdę śmiesznej peruce (wiele mogę wybaczyć i wybaczam, ale że nie było budżetu na lepsze włosy dla Cavilla, uważam za niewybaczalne), który wparował na rynek i w zasadzie bez dania racji widowiskowo wyrżnął sporo ludzi (i nieludzi). Podobał mi się Stregobor, chyba bliższy w tej wersji swojemu literackiemu odpowiednikowi.

W odcinku drugim mamy bezlitośnie skondensowany Kraniec świata, należący do moich ulubionych opowiadań, w związku z czym prywatnie było mi z tego powodu przykro. Obiektywnie rozumiem wyrzucenie wątku Lille i księgi (pewnie drogie efekty, z pewnością trudno przetłumaczalny humor oraz brak czasu ekranowego). Wprawdzie w efekcie powstaje dziwna sytuacja: Filavandrel puszcza wolno Jaskra i Geralta, w zasadzie nie wiadomo, czemu. Ale da się to jakoś przeżyć. Jest niezła chemia między wiedźminem i bardem, ciekawy wątek PR Geralta, ładna scena chóralnego śpiewu w karczmie. Nieco rozczarowują od strony technicznej diaboł i elfy, ale widać budżet poszedł na coś innego. Komu się nie podoba, niechaj wspomni naszego Filavandrela. I nasze elfy. Poza tym zaczyna się rozwijać wątek przeszłości Yennefer i tutaj powiem od razu, że według mnie uzupełnienie biografii tej postaci było decyzją znakomitą, potrzebną i (z wyjątkiem Sodden, o czym dalej) dobrze zrealizowaną, ze szczególnym uwzględnieniem wątku relacji między Janeczką a Istreddem, choć Tissaia też nieźle wypada. I nawet węgorze w Aretuzie, dobrze ilustrujące, że nie wszyscy mają potencjał, by zostać mistrzami mocy, ładnie tam pasują. Anya Chalotra jest świetną Yen mimo wszelkich moich wcześniejszych zastrzeżeń czy wątpliwości. Jest wręcz za dobra, bo blednie przy niej cała reszta obsady, z Geraltem włącznie. Choć prywatnie wolę ją sprzed przemiany.

Odcinek ze strzygą, oparty na opowiadaniu Wiedźmin, należy do najlepszych (a jak teraz o tym myślę, to chyba po prostu JEST najlepszy). Choć i tutaj nie brakuje zmian względem literackiego pierwowzoru, udaje się zachować ducha opowiadania. Niepotrzebnie postarzono Foltesta, również niepotrzebnie – na użytek widza nieobeznanego z oryginałem i żeby było bardziej schematycznie – kazano Ostritowi odprawiać dosłowne czarnomagiczne rytuały. Triss jest absolutnie beznadziejna, i nie chodzi mi tu bynajmniej o aspekt wizualny, tylko o to, że gra jak za karę, a między nią a wiedźminem nie ma śladu chemii. Świetna jest za to sekwencja łącząca walkę ze strzygą z przeistoczeniem Yen (poza tym wygrzebywaniem macicy, na litość, choć, z drugiej strony, ciężko by było pokazać na ekranie atrofię jajników wywołaną magią – mogli się skupić na samym garbie, a o utracie płodności przecież magik powiedział).

Dalej mamy epizod inspirowany w wątku wiedźmina kluczowym opowiadaniem Kwestia ceny. I tu zacznę od tego, co mi się nie podobało. A przede wszystkim nie podobała mi się Calanthe i to nie tylko w tym odcinku, ale w ogóle w wizji twórców serialu. Aktorka sama w sobie jest świetna, ale to, co jej dają do grania, rozjeżdża się z moją wizją tej postaci. Podbili jej sukowatość i niezależność, pozbawiając ją jednocześnie charyzmy i autorytetu. Poza tym zrobili z niej gatunkistkę, a przypomnę, w opowiadaniu Miecz przeznaczenia smarkata Ciri mówi Pani Brokilonu, że nie boi się driad, bo jej babka (Calanthe czyli) mówi, że powinno być więcej takich lasów jak Brokilon. Naprawdę nie byłoby wielkim problemem zachować trik z przestawieniem zegara i fałszywą północą na uczcie zaręczynowej Pavetty. Trik, który doskonale pokazywał, jak finezyjnie Calanthe potrafi realizować swoje cele. Zamiast tego Jeżowi zdzierają hełm na chama, a sekwencja z Pavettą latającą z ukochanym pod sufitem tak jawnie nawiązuje do Shreka, że aż się robi przykro. Poza tym jednak udaje się zachować najważniejszą zawartość opowiadania, więc w zasadzie drzeć szat nie ma o co. Może z wyjątkiem faktu, że te zdarzenia powinny być pokazane na początku wątku cintryjskiego. Wtedy miałby on coś na kształt rąk i nóg. Macie rację, jeśli sądzicie, że nie bez przyczyny konsekwentnie pomijam milczeniem perypetie księżniczki Cirilli.

Piąta odsłona to kluczowe dla relacji Geralta i Yen opowiadanie Ostatnie życzenie. Znów zabrakło dolarów na dżinna z prawdziwego zdarzenia, co w serialu fantasy musi budzić niejakie zdumienie. Ale niech tam. Poza tym jest nieźle, pomijając bezsens wiedźmina łowiącego geniusza jako antidotum na bezsenność. Nawet kuriozalna orgia w domu Beau Berranta nie jest w stanie przyćmić faktu, że między Cavillem i Chalotrą iskrzy, a ten pierwszy może wreszcie trochę pograć z bardziej wymagającym partnerem niż koń. Poza tym nie brakuje dosłownych cytatów z opowiadania, w tym jednego z moich ulubionych, o pieniądzu otwierającym wszelkie drzwi. Wcześniej o tym wprawdzie nie wspomniałam, ale na przestrzeni całego sezonu wyraźnie widać, że scenariusz pisał (bądź nadzorował jego powstawanie) ktoś autentycznie lubiący i znający opowiadania, bo co i raz można się natknąć na nawiązania do uroczych drobiazgów i dosłowne cytaty. To miłe.

Natomiast to, co zrobiono w szóstym odcinku z Granicą możliwości, już nie było zbyt miłe, mówiąc bardzo eufemistycznie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś podobnego, ale – nasz Borch był lepszy:) Mój Borch w każdym razie nie był starym dziadem i nie chodził w zbroi, która sama w sobie stanowiła spoiler. Nie potępiam w czambuł wszystkich wprowadzonych zmian, część z nich świetnie rozumiem i popieram, ale całkowite wycięcie z rozmów Borcha i Geralta wątków, nazwijmy to, ekologicznych, zabija sens całego opowiadania. Podobnie bezsensowne i niepotrzebne było zrobienie z Eycka idioty (zabicie Eycka to już w ogóle dziwactwo – kto to niby zrobił – Borch?). Brak sceny na moście to również brak ważnego przełomu w relacjach Geralta z Yen (Już nie wisimy. Przestało mi zależeć). Nie był to mocny moment serialu, zmarnowano mnóstwo potencjału.

Dwa ostatnie odcinki to próba wyjścia z pułapki, w którą scenarzyści sami się wpakowali, podejmując dwie decyzje: o trójdzielnej narracji oraz o postarzeniu Lwiątka z Cintry. O ile ta pierwsza decyzja daje się obronić, choć jej realizacja, zwłaszcza w wątku Lwiątka, pozostawia sporo do życzenia, to już druga pociąga za sobą daleko idące konsekwencje, z których części nie da się w żaden sposób zniwelować. Przede wszystkim chodzi o to, że w finale, gdy Geralt i Ciri spotykają się pod chatą Jurgi, wbrew tytułowi opowiadania Coś więcej, nie łączy ich nic więcej poza Prawem Niespodzianki. Gdy tymczasem siła rażenia tej sceny opierała się bynajmniej nie na fakcie, że Dziecko Niespodzianka spotyka swojego wiedźmina, którego zna tylko z imienia. Ciri, rezolutna smarkula z Cintry, już w wieku dziesięciu lat na tyle sprytna, by ukrywać swoją tożsamość przed białowłosym, który ocalił ją przed wijem w Brokilonie, była zarazem świadoma wagi przeznaczenia. Już wtedy chciała z nim odjechać. Ale wiedźmin, który przywiązał się do dziewczynki, opowiedział jej bajkę o lisie i kocie, walczył w jej obronie – odesłał ją do Cintry, bo nie wierzył w przeznaczenie. Tymczasem, gdy po latach ponownie powołał się na Prawo Niespodzianki, otrzymał tę samą zapłatę, co w Cintrze, ale wtedy już łączyło go z Cirillą coś więcej niż ślepe przeznaczenie. Co nam z tego pięknego, przewrotnego, wzruszającego wątku zostaje w serialu? Otóż nic. Wiedźmin i Ciri są sobie całkowicie obcy.

To jest nawet gorsze niż Yennefer wygrywająca jednoosobowo bitwę pod Sodden – co jest bardzo złe. Bo ona miała być zdolna, ale nie wszechmocna, a powstrzymanie Nilfgaardu pod Sodden było zbiorowym tryumfem zjednoczonych czarodziejów, który większość z nich przypłaciła życiem. Gorsze niż stary Cahir-fanatyk w randze generała (chętnie popatrzę, jak się z tego będą wygrzebywać). Gorsze niż Nilfgaardczycy jako motywowani religijnie najeźdźcy, uprawiający czarnomagiczne rytuały. Bardzo złe, mówiąc krótko, i ściągające ocenę całości mocno w dół.

Tyle ode mnie.

Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu (J.D. Barker, Piąta ofiara, The Sixth Wicked Child)

piątaPrzy poprzedniej pozycji potrzebowałam czasu na przemyślenie z uwagi na dużą ilość istotnych treści, a przy tych dwóch – czasu na zastanowienie, czy w ogóle warto o nich pisać. Ale jednak się zdecydowałam, bo to w pewnym sensie ciekawy przypadek. Trylogia zabójcy Czwartej Małpy (#4MK) to do pewnego momentu czytadło idealne. Dlaczego tylko do pewnego momentu? Podejrzewam, bo pewności mieć nie mogę, że rzecz nie była od początku planowana jako cykl, ale skala sukcesu pierwszego tomu skłoniła autora do dopisania dalszego ciągu, do którego zakończenie Czwartej małpy uchylało furtkę.

W którym miejscu to widać? Najmocniej chyba w samej Piątej ofierze, gdzie mamy całą serię zabójstw bardzo wyrafinowanych pod względem modus operandi. Intuicyjnie zatem oczekujemy, że ta forma będzie miała nie tylko jakieś, ale wręcz kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju intrygi. Nic bardziej mylnego, forma zbrodni była tylko atrakcją dla złaknionego udziwnień odbiorcy, autor w ostatecznym rozrachunku przeszedł nad nią po prostu do porządku dziennego. Miał dużo innych rzeczy do opisania i sporo takich powiewających wątków zostawił po prostu w próżni, licząc na to, że czytelnik, zaabsorbowany szybkim rozwojem akcji, nie zwróci na pominięte kwestie większej uwagi.

O ile jednak przez jakiś czas ta sztuczka się udaje, czemu sprzyjają krótkie rozdziały, duża ilość dynamicznych wątków i częste zmiany perspektywy narracyjnej, przez co napięcie stale utrzymywane jest na wysokim poziomie, to niestety czar pryska, gdy w finałowym The Sixth Wicked Child przychodzi do wyłożenia kart.

the sixth_

Bo zamiast obiecywanych asów autor trzyma tylko blotki, choć blefował całkiem wprawnie. Ale takie protekcjonalne stwierdzenia to sobie mogę serwować z perspektywy finału całej serii. Przyznam uczciwie, że pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po skończeniu Piątej ofiary (która, co chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, kończy się paskudnym cliffhangerem), było zaopatrzenie się w The Sixth Wicked Child i niezwłoczne podjęcie lektury. Nazywanie drugiego tomu nieudanym byłoby w związku z tym dwulicowe. Jednocześnie Piątej ofiary nie da się ocenić w oderwaniu od The Sixth Wicked Child, bo to po prostu jedna historia, podzielona na dwie części. Z których druga nie spełnia obietnic, mówiąc bardzo łagodnie. Zamiast rozwiązań równie finezyjnych jak sposób działania jego nieuchwytnego zabójcy Barker proponuje wielokrotnie używane w książkach i filmach, skuteczne, lecz zarazem wyświechtane wytrychy (genialnego kreta, np.). Nawet pomysły ciekawe, jak fałszywe wspomnienia, finalnie pali, w pogoni za filmowym efekciarstwem.

Trylogia #4MK to zatem klasyczny przykład cyklu, który czyta się dobrze, póki człowiek nie skończy i nie spojrzy na całość z perspektywy.  Wtedy wychodzą dziury, niedoróbki i życzeniowość. Jeżeli jednak szukacie lektury odpoczynkowej, która zwolni was z obowiązku głębszej refleksji, będzie to wybór idealny.

Niepotrzebny powrót do Gileadu (Margaret Atwood, The Testaments)

thetestamentsWiem, że długo mnie nie było, ale mam dobre usprawiedliwienie, o czym opowiem kiedy indziej. Dziś natomiast, zamiast o wiele trudniejszej pozytywnej, będzie recenzja negatywna – na rozbieg po przerwie, bo czepiać się zawsze łatwiej.

Mówiąc bardziej poważnie, akurat ten tekst krytykuję z ciężkim sercem, bo Opowieść podręcznej, jakkolwiek przeczytałam ją relatywnie niedawno, wywarła na mnie olbrzymie i niezatarte wrażenie. Jeśliby Margaret Atwood miała dostać kiedyś Nobla, to myślę, że głównie za tę powieść. Wielką w pewnym sensie przez swój świadomy ascetyzm, czerpiącą siłę z ograniczonej perspektywy i niedopowiedzeń, z których najważniejsze i oddziałujące najsilniej stanowiło otwarte zakończenie. Epilog przynosił potwierdzenie, że Gilead ostatecznie upadł, ale żadnych informacji o dalszych losach Fredy/June, która wprowadzała nas w to fascynujące i przerażające uniwersum. Resztę trzeba było sobie wymyślić. Między innymi dzięki temu opowieść kobiety w czerwonej sukni i czapce z białymi skrzydłami zostawała z odbiorcą na długo.

A potem przyszedł serial, ze znakomitym pierwszym sezonem, wiernie opartym na książce, choć dopowiadającym co nieco. Niestety, zasłużony sukces produkcji skutkował jej przedłużeniem, zaś drugi, a w szczególności trzeci sezon, mimo ciekawych wątków pobocznych, w głównej osi fabularnej jedynie goniły własny ogon. Nie można było wypuścić June z Gileadu, bo historia by się skończyła, a na to scenarzyści nie chcieli pozwolić. W efekcie dostaliśmy sporo bezsensownych i irytujących wygibasów, natomiast logicznej i trzymającej w napięciu akcji było niewiele.

Myślę, że gdyby nie sukces serialu, The Testaments nigdy by nie powstały. Tak byłoby lepiej. Ale że mamy, co mamy, pora określić, co właściwie mam tytułowym świadectwom do zarzucenia. Atwood przedstawia trzy narracje: pamiętnik pisany w tajemnicy przez wysoką rangą funkcjonariuszkę Gileadu oraz dwa transkrypty zeznań świadków, najprawdopodobniej złożonych podczas procesu przeciwko władzom upadłej republiki. Narratorkami są kobiety, a właściwie jedna kobieta i dwie dziewczynki, bo choć pierwszy świadek jest formalnie dorosły, to nie osiągnął dojrzałości emocjonalnej, wychowując się w zamkniętym gileadzkim systemie, który nie dawał prawa do żadnych własnych decyzji, determinując najdrobniejsze nawet aspekty codzienności, i całkowicie eliminował podmiotowość żeńskich jednostek. Trzecia bohaterka jest najmłodsza i wychowała się poza Gileadem, a trafiła tam, zasadniczo, z tajną misją szpiegowską.

Sądzę, że nie zdradzę żadnej wielkiej tajemnicy, kiedy napiszę, że autorką pamiętnika jest Ciotka Lydia, w którą w serialu wcieliła się fenomenalna Ann Dowd. Trzeci sezon serialu dopowiedział nam nieco więcej o jej biografii sprzed przewrotu, czego Atwood w najnowszej powieści zasadniczo się trzyma, choć dodaje sporo dodatkowych szczegółów. Dotyczą one jednak głównie okresu bezpośrednio po przewrocie oraz czasów, kiedy Ciotki – założycielki wspólnie opracowywały podstawy ideologiczne nowego państwowego systemu. Ta część historii jest ciekawa i napisana z nerwem, bo pokazuje autentyczny prywatny dramat kobiety ze społecznych nizin, która ciężką pracą wyszarpała sobie wysoki status, a teraz może go utracić z dnia na dzień. Nie chce się na to zgodzić, zatem przystępuje do zwycięzców.  Nakazuje jej to nie tyle ambicja, ile prymitywny instynkt przetrwania. Lydia ufa jednak wyłącznie sobie, nie internalizuje konserwatywnych norm nowego porządku, które bezpardonowo narzuca innym. W zasadzie to ich nienawidzi, tak samo jak Komendantów, na których cierpliwie zbiera haki, licząc, że nadejdzie dzień, kiedy będzie mogła je wykorzystać.

Pozostałe dwa świadectwa nie są już niestety tak ciekawe. Raczej rozczarowująco banalne i przewidywalne do bólu. Starsza dziewczyna nazywa się Agnes, co dla uważnego czytelnika i widza jest już wystarczającą wskazówką co do jej faktycznej tożsamości. To Hannah, starsza córka June, bohaterki Opowieści podręcznej, odebrana matce w chwili przewrotu. Opowiada o swoim dorastaniu w Gileadzie, trudnym po śmierci kobiety, którą uważała za matkę, i nastaniu w domu rządów niechętnej jej macochy, o niewytłumaczalnej niechęci do małżeństwa i o drodze ucieczki, jaką udało jej się znaleźć wewnątrz systemu, przy niewielkiej pomocy Ciotki Lydii. Jest – bez swojej winy, wszak dorastała w systemie, w którym indywidualność była niemal przestępstwem – postacią i narratorką skrajnie nieciekawą, naiwną i głupiutką. Można Agnes tylko pożałować, ale kibicować jej i zaangażować się autentycznie w jej losy już nie sposób.

UWAGA, SPOILERY Z SERIALU!

Zapoznając się z drugim zeznaniem, szybko wyzbyłam się wątpliwości co do tego, czy Atwood inkorporowała serialowe wypadki do swojego kanonu. Odpowiedź jest pozytywna, gdyż ta tajemnicza nastolatka, wychowywana w sekrecie w Kanadzie, której rodzice nigdy nie robili zdjęć, to mała Nicole, święty Graal gileadzkiej polityki zagranicznej z trzeciego sezonu i młodsza córka June, rzekomo spłodzona przez Freda Waterforda, a faktycznie przez jego kierowcę i agenta Oczu – Nicka. W finale drugiego sezonu serialu June oddała dziecko podręcznej, która zamiast niej uciekła z Gileadu. Sama została, chcąc uratować także Hannah, co najwyraźniej ostatecznie się nie udało (wspominałam wyżej o nielogicznych kiksach, mających przedłużyć serial za wszelką cenę). W dramatycznych okolicznościach, tuż po swoich szesnastych urodzinach, Nicole odkrywa swoją faktyczną tożsamość i niemal natychmiast zgadza się przeniknąć do Gileadu jako fałszywa konwertytka, w celu odebrania od źródła wywiadowczego opozycyjnej organizacji Mayday materiałów kompromitujących władze republiki. W tym celu przechodzi ekspresowe szkolenie szpiegowskie. Brzmi jak bardzo kiepska i pretekstowa powieść dla młodzieży z Mary Sue na pierwszym planie, prawda? I dokładnie takie jest. A to jest właśnie główna oś intrygi, jaką proponuje czytelnikom Margaret Atwood. Poczekaliśmy 35 lat i córki June obaliły Gilead. Co zostaje opisane na chybcika, pretekstowo i byle jak. No, hura.

Poza częścią Ciotki Lydii, która zdecydowanie ma momenty (i tylko tyle) każące wspominać Opowieść podręcznej, The Testaments stanowią zatem zawód pod każdym możliwym względem. Przynoszą sporo odpowiedzi, ale więcej nimi psują, niż dodają. Kładą się głębokim cieniem  na znakomitej historii, na której otwarcie żerują. I mimo to zostały nagrodzone Bookerem, co jeszcze raz potwierdza, że nagrodowym gremiom nie powinno się ufać.

Nie polecam. Powiem więcej – stanowczo odradzam, jeśli chcecie zachować znakomite wspomnienia po lekturze Opowieści podręcznej w nietkniętym stanie.

Jest miłość trudna (Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, Jesmyn Ward)

spiewajKolejna z serii lektur o trudnych relacjach rodzinnych. I z tych, z pisaniem o których musiałam poczekać. Podczas czytania byłam nią wręcz zahipnotyzowana, ale pod koniec coś mi zaczęło zgrzytać. Ostatecznie wizja autorki pozostawiła mnie trochę rozdartą, bo choć zwykle nie przeszkadza mi element fantastyczny (często wręcz stanowi niebagatelną wartość dodaną), a tutaj wydawał się on, przynajmniej początkowo, zgrabnie zakomponowany, stanowiąc integralną część opowieści o historii rodziny i regionu, to w pewnym momencie Ward trochę pomieszała porządki i posunęła się odrobinę za daleko. Psując coś bardzo dobrego, zupełnie niepotrzebnie.

Nie zmienia to jednak faktu, że to niezwykła, świetnie napisana (takoż przełożona na polski przez Jędrzeja Polaka, a język ma tu naprawdę niebagatelne znaczenie) i bardzo poruszająca historia o desperackim poszukiwaniu miłości i bezpieczeństwa, na którą chciałabym mimo pewnych zastrzeżeń zwrócić waszą uwagę. Stabilizacji desperacko pragnie trzynastoletni Jojo, który jest bardzo dojrzały jak na swój wiek i już dawno przestał liczyć na to, że otrzyma ją od swoich biologicznych rodziców, Leonie i Michaela. Tatką i Mamcią nazywa dziadków ze strony matki, którzy go wychowali. A sam czuje się odpowiedzialny za swoją młodszą siostrzyczkę, Kaylę, dla której stanowi centrum świata. Rutyna codzienności w pełni mu odpowiada, zostaje jednak zachwiana. Najpierw ciężką chorobą Mamci, a następnie zapowiadanym wyjściem z więzienia jego ojca, Michaela. Leonie w rzadkim przypływie uczuć rodzinnych decyduje, że wszyscy – także Jojo i Kayla – pojadą go odebrać z więzienia w Parchman.

Zmagania Leonie, która jest drugą, obok Jojo, narratorką powieści, także zostają opisane bardzo sugestywnie. W pierwszym odruchu (a także drugim i trzecim, mówiąc zupełnie szczerze) czytelnikowi łatwo ją potępić. Zasługuje na to: jest egoistką, osobą nieodpowiedzialną, zaniedbującą dzieci i skupioną wyłącznie na własnych potrzebach. Dodatkowo także narkomanką, co pcha ją do zachowań nieprzeciętnie ryzykownych. Ale Ward nie da nam komfortu zaszufladkowania Leonie, pokaże także przyczyny, dla których się taka stała – przede wszystkim tragiczną utratę starszego brata, Danego. Po tym zdarzeniu miłość Michaela (także niełatwa, bo międzyrasowa, nieakceptowana przez białych rodziców chłopaka) utrzymała dziewczynę przy życiu. Nie starczyło jej już jednak sił na miłość i troskę o kogoś innego, nawet własne dzieci, a pierwsza ciąża uniemożliwiła ukończenie edukacji. Jak to podsumowała jej własna matka w rozmowie z wnukiem:

nie wiem, czy to przeze mnie, czy przez coś, co Leonie ma w sobie. Ale brakuje jej instynktu macierzyńskiego. Wiedziałam o tym, odkąd się urodziłeś, odkąd poszliśmy we troje na zakupy i Leonie kupiła sobie coś do zjedzenia i zjadła to na twoich oczach, chociaż płakałeś z głodu. Od tamtej pory wiedziałam. […] Ona nigdy cię nie nakarmi.

Jest i trzecia warstwa tej historii, opowieść o Tatce. Wielkim, milczącym mężczyźnie, opoce rodziny, człowieku cichym i zasadniczym. Korzenie tej opowieści, którą Jojo poznawał przez całe życie w chaotycznych urywkach, tkwią w więzieniu Parchman, gdzie Tatko trafił, kiedy był niewiele starszy niż Jojo, i musiał pracować ponad siły, walcząc o przetrwanie na każdym kroku. Gdy wyszedł, za wszelką cenę starał się zapomnieć, ale pewne uczynki nie chcą pozostać pogrzebane.

Na każdym z planów jest to także opowieść o brutalnym rasizmie głębokiego Południa. Więzienne losy Tatki, śmierć Danego, konflikt między Michaelem a jego rodzicami: wszystko determinowane jest przez kolor skóry – oczywiście czarny. To on, a nie rodzinny dar słyszenia żywych i umarłych, jest podstawowym, choć niezawinionym przekleństwem wszystkich (z wyjątkiem Michaela) bohaterów opowieści. Niby z pokolenia na pokolenie czarnym żyje się w Missisipi coraz lepiej, a jednak nadal kolor może kosztować ich życie. W przenośni, obejmującej po prostu gorsze perspektywy, oraz zupełnie dosłownie.

Po przeczytaniu zajrzałam do blurba i zobaczyłam, że książkę polecają Margaret Atwood i Marlon James. Świetnie rozumiem, co ich w niej urzekło i dlaczego tę powieść nagrodzono National Book Award 2017, nawet jeśli autorka ostatecznie za bardzo ożywiła swoje duchy.

Przekonajcie się i wy.

O czym i po co? (Dionisios Sturis, Ewa Winnicka, Głosy)

głósyByłam tej książki bardzo ciekawa, zwłaszcza po zachwycie Był sobie chłopczyk Ewy Winnickiej. Z uwagi na mistrzowski poziom tego pierwszego reportażu, który mimo bardzo trudniej problematyki napisany został z wielkim wyczuciem, nie miałam wątpliwości, że z rodzinnej tragedii Rzeszowskich, do jakiej doszło pewnego letniego dnia  na wyspie Jersey, autorzy nie zrobią taniej sensacji, lecz wykorzystają ją jako punkt wyjścia dla omówienia szerszej problematyki. Np. związanej z emigracją zarobkową i obciążeniami, jakie nakłada ona na związki, rodziny czy po prostu jednostki, zmuszone z dnia na dzień do radzenia sobie z nowymi, odmiennymi uwarunkowaniami społecznymi i wymaganiami codzienności na obczyźnie.

Jakież więc było moje zaskoczenie (i piszę to zupełnie bez ironii!), gdy stało się dokładnie odwrotnie. Głosy są mocno tabloidowe, co stwierdzam ze sporą przykrością. W dużej części składają się z domysłów, czy wręcz plotek. Po co, na litość, opisywać, jak po morderstwach rodziny małżonków Rzeszowskich się kłóciły, kto zabierze meble z ich mieszkania?  Relacja z procesu Damiana Rzeszowskiego jest drobiazgowa i chyba w aż tak rozbudowanej formie niepotrzebna. Relacja ze zbrodni, zrekonstruowanej minuta po minucie, choć wstrząsająca, jest też nadmiernie sensacyjna. Kompletnie też nie rozumiem, co miały wnieść fragmenty więzienne. Wszystko razem raczej nabija objętość niż czemuś służy.

Ponadto autorzy podejmują próbę przedstawienia reguł panujących na wyspie, tzw. Jersey way. Wrzucają do jednego worka wykorzystywanie seksualne dzieci w miejscowych sierocińcach, ciężkie warunki bytowe robotników sezonowych z Polski pracujących przy zbiorze słynnych „królewskich” ziemniaków i losy polskich jeńców wojennych, których Niemcy zmuszali do pracy na Jersey w czasie II WŚ. Opisują również współczesny podział w miejscowej polskiej diasporze. Linia przebiega, nieco upraszczając, według rodzaju wykonywanej pracy, przy czym lepsze stanowiska (poza pracą w rolnictwie i hotelarstwie) dostępne są jedynie dla rezydentów, czyli osób legitymujących się odpowiednio długą historią legalnego zatrudnienia.

Czy wszystkie te informacje w jakikolwiek sposób przyczyniają się do wyjaśnienia genezy tragicznych wydarzeń? Według mnie nie. Coś w tym rodzaju obiecują, ale ostatecznie nie okazują się niczym więcej niż chaotyczną wrzutką o charakterze encyklopedyczno-krajoznawczym.

Innymi słowy, dowiecie się w przytłaczających szczegółach, co się zdarzyło na wyspie Jersey, jak to obiecuje podtytuł. Ale dlaczego do tego doszło, a przede wszystkim, dlaczego Winnicka i Sturis zdecydowali się opowiedzieć akurat tę historię, jaki uniwersalny walor w niej dostrzegli – to prawdopodobnie pozostanie dla was zagadką. Dla mnie pozostało nią z całą pewnością. Duże i niespodziewane rozczarowanie.

Poprzeprowadzkowe porządki – marzec 2019

smierciBlox wczoraj zakończył żywot. Ustawiłam przekierowanie tutaj, może jeszcze ktoś trafi. Całość poprzedniego bloga mam w statycznej kopii, wykonanej przy pomocy A1 Website Download i zmagazynowanej dla bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, więc w jakimś wąskim sensie komentarze również przetrwały.

Wracając do naszych baranów, czyli nieopisanych lektur z marca (i jednej spadkowiczki z  lutego), będzie to dość eklektyczne gatunkowo zestawienie, bo: kryminał, powieść SF, kryminał z wątkiem SF oraz szeroko zachwalana powieść obyczajowa byłego fantasty.

Czerwień kości Ann Cleeves, czyli trzeci tom cyklu szetlandzkiego, podobała mi się chyba najmniej z dotychczasowych odsłon, choć bez wyraźnie sprecyzowanego powodu. Teoretycznie jest tu bowiem wszystko, za co polubiłam poprzednie tomy. Kolejna wyspiarska zamknięta społeczność, dobrze skomponowana intryga z istotnym wątkiem rodzinnym znanego nam już i nieco powolnego funkcjonariusza Sonny’ego, wykopaliska archeologiczne oraz ciekawe nawiązanie do roli wyspiarzy w II WŚ. Rozwiązanie zagadki jest zarazem oczywiste i zaskakujące, czyli dokładnie takie, jakie powinno być w porządnym kryminale. Ale czasem po prostu coś nie zagra na linii książka – czytelnik, i to był dokładnie taki przypadek. Całość chyba tłumaczono w pośpiechu i nie najlepiej zredagowano/poddano niezbyt starannej korekcie, bo choć czytało się płynnie, przyjemność zaburzały literówki, językowe niezręczności i stylistyczne zgrzyty. Jimmy Perez tym razem odstępuje koledze z jednostki pierwsze skrzypce i tak się tylko snuje w tle, choć ostatecznie to on znajduje rozwiązanie. Po przemyśleniu – mimo spójności intrygi jest w niej tym razem wyczuwalna teatralność, element sztuczności. I chyba to mi najbardziej zawadzało. Choć oczywiście sięgnę po następną część.

Przebudzenie Lewiatana Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywa się pisarski tandem – Daniel Abraham oraz Ty Franck) to początek długo odkładanej przygody z cyklem SF Ekspansja. I kolejny, niestety, przypadek, w którym fatalna jakość niepoprawionego rzetelnie przez korektę i redakcję tłumaczenia skutecznie zatruła mi radość czytania. Pomna krążących w sieci przestróg (oraz z obawy, że kosmiczna terminologia w oryginale mnie przerośnie), wzięłam się za edycję Wydawnictwa MAG, w tłumaczeniu Marka Pawelca. Śmiechom i żartom nie było końca. Zaczęłam nawet cykl na Instagramie #polskizTheExpanse, ale cierpliwości starczyło mi na 2 posty, bo musiałabym pół książki zamieścić. Niemniej, oto uwiecznione przykłady: 1.Będąc częściowo ruchem społecznym, częściowo aspirującym narodem i po części siatką terrorystyczną, SPZ całkowicie brakowało świadomości instytucjonalnej. 2. – My… – zaczął Lopez, gdy urwał mu klakson oznajmiający alarm. A co do samej powieści, o ile fabuła jest naprawdę interesująca (w miarę bez spoilerów, przesyłka od obcej cywilizacji, która ma zostać wykorzystana w galaktycznej rozgrywce politycznej, dość spektakularnie wyrywa się spod kontroli), to postaci i język jej nie pomagają I to jest gigantyczny eufemizm. Co do języka, częściowo może to być po prostu kwestia tłumaczenia, choć podejrzewam, ze w oryginale też jest nieskomplikowany i niezróżnicowany stylistycznie. Co do fabuły, rozwija się bardzo wolno i chyba nie każdy będzie na tyle zaintrygowany zagadkami, by przetrwać ten rozbudowany, niemrawy początek. Gdyż bohaterowie są, niestety, z drewna. Jakby żywcem wzięci z jakiegoś podręcznika podstaw pisania, rozdział: Życie w kosmosie przyszłości. Szkicowani grubą kreską, z życiem wewnętrznym ameb i takimiż przemyśleniami (no, może Miller ma jakiś potencjał, choć jest męczący z tym swoim zakochaniem w dziewczynie, której nawet na oczy nie widział). Natomiast Holden to taki Pinokio (męski odpowiednik Mary Sue, chodzący idealistyczny idiota), że z trudem go znosiłam. I teraz nie do końca wiem, co robić. Jestem ciekawa, jak się to wszystko dalej potoczy. Nudnego wprowadzenia już nie będzie, ale bohaterowie raczej nie przejdą jakichś radykalnych metamorfoz, o stylu nie wspominając. Czy kolejne tomy są lepsze? Będę zobowiązana za podpowiedź.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuarta Turtona to powieść, po którą sięgnęłam pod wpływem rekomendacji Marcina Zwierzchowskiego. Intrygujący był już sam blurb, obiecujący  obcowanie ze spłodzonym na pokwasowym tripie dzieckiem Christie i Pratchetta. Początek powieści, pełen niewiadomych, z gęstą atmosferą zagrożenia, w której czytelnik błądzi po omacku wraz z doktorem Sebastianem Bellem, zdaje się spełniać te obietnice. Im jednak dalej w las, to znaczy w kolejne z ośmiu wcieleń, jakie ma do dyspozycji Aiden Bishop, by dzień po dniu, powracając w pętli czasowej rodem z Dnia świstaka do zrujnowanej rezydencji na odludziu, składać w całość zagadkę tożsamości zabójcy córki gospodarzy, tym zachwyt mniejszy. Wydaje się, że przede wszystkim debiutującemu pisarzowi nie starczyło umiejętności warsztatowych, by udźwignąć własny, bardzo ciekawy, złożony i skomplikowany pomysł. O ile początkowo odkrywanie wraz z bohaterem zasad gry, ograniczeń kolejnych wcieleń i wskazówek prowadzących do rozwiązania kryminalnej zagadki jest naprawdę ekscytujące, to gdy przychodzi do wyłożenia wszystkich kart, intryga okazuje się spiętrzeniem melodramatycznych absurdów. Sama zaś mechanika pętli czasowej ma dość przewidywalną dla średnio oczytanego czytelnika SF genezę i coś w tym rodzaju podejrzewałam od samego początku. Niemniej, jak na debiut, to niewątpliwie udana powieść. Choć zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie oferuje, warto poświęcić jej czas.

Nikt nie idzie Jakuba Małeckiego to pierwsza powieść tego autora, po którą sięgnęłam, i wiem, że do następnej nie będę się spieszyć. Po lekturze dominującym wrażeniem było, że najbardziej adekwatny tytuł brzmiałby Nic z tego nie wynika. To mozaika obyczajowych historii. Olga miała karierę, teraz realizuje hobby w piekarni. Igor miał brata, który nie wrócił z turnieju w Japonii. Grabił w ramach terapii liście w ogródku rodziców Olgi, no i się w niej zakochał. A w tej miłości nic nie było proste. Marzena miała męża, ale go straciła na skutek tragicznego wypadku i została sama z synem, Klemensem, cierpiącym na ciężką postać autyzmu. Jakoś te wątki się przecinają. Ale po co? Wszystko to są oczywiście zgrabnie opisane, życiowe historie, ale trochę jak z rubryki Listy do redakcji w piśmie kobiecym.  Osobne, ładnie dopracowane koraliki, które nie przynależą do tego samego sznurka, a z ich przelotnego zderzenia nic nie wynika. Zabrakło puenty, jakiejkolwiek, nieco mniej banalnej niż Życie bywa trudne na wiele sposobów. Czyta się płynnie i równie szybko zapomina, a niektóre rekwizyty ogrywane przez autora (balony, fontanny, japońskie drzeworyty) są nieznośnie pretensjonalne. Nie wiem, skąd zachwyty.