Pięć nowych twarzy Jordana (Diabeł w maszynie, Anna Kańtoch)

diabelTrzynaście długich lat przyszło czytelnikom czekać na powrót do Okcytanii i kolejne spotkanie z medykiem i fascynatem demonologii, znanym ze zbiorów opowiadań Diabeł na wieżyZabawki diabła. Autorka wracać do swojego pierwszego uniwersum nie chciała, odbierała to jako krok wstecz, a interesował ją rozwój i podążanie nowymi twórczymi ścieżkami. Ale przyrzekła najwierniejszej fance doktora Jordana, że napisze o nim nowy tekst, kiedy tylko poczuje, że będzie miała coś faktycznie nowego do opowiedzenia.

Cierpliwość popłaca, bo dostaliśmy aż pięć nowych historii (przy czym trzy ukazały się wcześniej: w zbiorze Światy Dantego, w ramach Bookrage i na łamach Nowej Fantastyki), istotnie różniących się od wcześniejszych odsłon cyklu. W Diable na wieży najważniejsze były zagadki, a bohater pozostawał enigmą. W Zabawkach diabła przy okazji śledztw dostaliśmy wgląd w przeszłość i motywacje Domenica, postawionego w centrum. Natomiast Diabeł w maszynie to w pierwszym rzędzie zbiór interesujących literackich eksperymentów – z formą, narracją, konwencją, a przede wszystkim oczekiwaniami czytelnika. Zestawiając najnowszy tom z poprzednimi, łatwo zauważyć, jak długą drogę przeszła Anna Kańtoch jako pisarka, jak dalece udoskonaliła swój warsztat i jak zmieniły się jej zainteresowania. Nadal mamy tu oczywiście satysfakcjonująco rozwiązane zagadki, w tym wyjaśnienie tej najważniejszej, czyli zabójstwa Alais, kuzynki głównego bohatera. Jest magia, tak pod postacią artefaktów, jak i interwencji nieznanych sił (dar jasnowidzenia i jego cena, opisana w Anatomii cudu), a nawet demonów. O wiele istotniejsze staje się jednak, jak opowieść zostaje podana (często forma stanowi klucz do interpretacji), a także – co się dzieje w tle.

Prawda jest bowiem taka, że Domenic Jordan to drugoplanowy bohater Diabła w maszynie, często jedynie obserwator. Czasem wykonawca poleceń. Niekiedy, mimo wszystkich swoich przymiotów, widz, wystrychnięty na dudka wraz z resztą publiczności. Przypada mu zatem podobna rola, co czytelnikowi. Podobnie jak on, bohater odbiera w tym zbiorze kilka gorzkich lekcji perspektywy. Od demona ważniejszy bywa rodzinny dramat, od magicznego artefaktu – wieloletni plan zemsty za czyjąś bezczelność, wyrosłą na gruncie przekonania o bezkarności. Nawet straszliwe i wszechmocne stowarzyszenia, do których trzeba się wkupić skrzywdzeniem niewinnych, ostatecznie zaskakują swoją prawdziwą naturą.

By dostrzec właściwe odpowiedzi, trzeba patrzeć uważnie, bynajmniej nie tylko dlatego, że przeszkodą bywa ciemność katakumb. Nikogo nie powinno się tutaj lekceważyć, bo sprawcą, jak to w dobrym kryminale – może być absolutnie każdy.

Zdecydowanie warto dać się zabrać wszędzie, gdzie oferuje nam dostęp wyobraźnia Anny Kańtoch: do zamku na odludziu, do gorącego Sour, miasta cudów, w zaułki alestrańskiej dzielnicy nędzy, Camboli, pod Alestrę, a nawet w misję rodem z Człowieka w żelaznej masce. Po każdym z tych wypadów zostają unikalne wspomnienia.

P.S. Domenic ma tutaj fana, którego oczywiście spotyka gorzkie rozczarowanie idolem:) Takich smaczków jest mnóstwo. Aż wam zazdroszczę, że wszystkie jeszcze przed wami!

Sezon na rachunek sumienia (Anna Kańtoch, Pokuta, recenzja przedpremierowa)

pokutaNadmorskie Przeradowo to po sezonie, jesienią 1986 roku, smutne i przygnębiające miejsce – wydaje się, że wraz z latem z miasteczka wyciekło życie, wnoszone przez tłumy turystów. Opustoszał pensjonat „Rybaczówka”, w którego holu nudzi się niemiłosiernie maturzystka sprzed kilku miesięcy, Pola Filipiak, córka właścicielki. Nuda sprzyja mrocznym myślom, zwłaszcza że pod koniec września zginęła jej bliska koleżanka z dzieciństwa, Regina Wieczorek. Sprawcę szybko aresztowano, jednak Pola, nie widząc dla siebie przyszłości, nieustannie analizuje skomplikowaną przeszłość, wydarzenia, które sprawiły, że dziewczyny, niegdyś tak sobie bliskie, zerwały wszelkie kontakty. A kiedy w spontanicznie ofiarowanym przez matkę Reginy pudle starych pamiątek znajduje tajemniczy numer telefonu, przypomina sobie miejscowe legendy i postanawia zadzwonić, tylko po to, żeby mieć coś do roboty. Przerwać marazm, wyrwać się z kręgu jałowych i niewesołych refleksji.

Nudzi się również starszy sierżant Krzysztof Igielski, choć jeszcze do niedawna rutyna mu odpowiadała. Ma 41 lat i szczytem jego zawodowych aspiracji była posada w takim właśnie niedużym miasteczku jak Przeradowo, dokąd przyjechał za narzeczoną. Prosta, niewymagająca, ale pożyteczna społecznie praca, którą bardzo lubił. Jakieś bójki, kradzieże, wandalizm, żaden tam kryminał. Wieczorem dobra książka albo ciekawy film, w niedzielę schabowy, a wakacje w Zakopanem. Ale narzeczona nie zamierzała zostać żoną i już jakiś czas temu wyjechała w siną dal, a Igielskiemu pozostały smętne powidoki marzeń o rodzinnej stabilizacji i pusta lodówka. Pierwsze zabójstwo z prawdziwego zdarzenia, z jakim miał do czynienia, też nie pociągnęło za sobą ekscytującego śledztwa. Sprawca wydawał się oczywisty i po lekkiej zachęcie szybko się przyznał. Ale starszy sierżant wciąż trzyma przypięte nad biurkiem zdjęcie Reginy i nie jest do końca zdziwiony, gdy pewnej nocy na komendzie pojawia się tajemniczy mężczyzna, ubrany jak włóczęga, a wysławiający się jak inteligent, i oznajmia, że to on zabił pannę Wieczorek. Sprawa się komplikuje, gdy nieznajomy dodaje, że nie była ona jego pierwszą ofiarą, bo zabijał w Przeradowie regularnie od ponad trzydziestu lat. Dokładnie co siedem lat, zawsze we wrześniu. I wszystkie te uczynki uszły mu na sucho. Teraz jednak Jan Kowalski umiera i nie chce, żeby przez niego siedział w więzieniu niewinny człowiek. Jak wygląda prawda?

W swoim trzecim peerelowskim kryminale Anna Kańtoch niby to powiela sprawdzoną już w Łasce i Wierze formułę, w której w śledztwo, obok milicjantów, angażuje się osoba z zewnątrz – po księdzu i nauczycielce będzie to wyalienowana i nieatrakcyjna nastolatka, która, podobnie jak Maria Lenarczyk i ksiądz Jerzy Marczewski, ma własne tajemnice. Niemniej, Pokuta ten schemat znacząco modyfikuje. Milicjant jest tym razem o wiele bardziej aktywny, prowadzi śledztwo w zasadzie wbrew przełożonym, według których sprawa jest już rozwiązana. Dwóch zabójców to o jednego za dużo, więc Kowalskiego najwygodniej byłoby uznać za wariata. Igielski szybko jednak odkrywa, że w jego zdumiewającej i groteskowej opowieści wiele elementów pokrywa się z rzeczywistością – przede wszystkim seria systematycznych, niewyjaśnionych zaginięć młodych dziewczyn. Starszy sierżant zaczyna podejrzewać, że wieloletnia bezkarność przedziwnego zabójcy nie była kwestią przypadku.

Ostatecznie Pokuta to pod względem intrygi najbardziej zwodniczy z peerelowskich kryminałów Anny Kańtoch – nic tu nie jest takie, jakim się wydaje, a tożsamość zabójcy Reginy Wieczorek to ostatecznie najmniej istotna z licznych powieściowych zagadek, choć także i ta otrzymuje przewrotne rozwiązanie. W sennym miasteczku, w którym z pozoru nic się nie dzieje, mimochodem rozgrywają się różnorodne ludzkie dramaty, a równolegle kolejna odsłona zawikłanej rodzinnej historii, której korzenie sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Kontrast między ciężarem tych cichych, prywatnych batalii a wspaniale oddaną leniwą, monotonną atmosferą Przeradowa tylko wzmacnia zaangażowanie czytelnika w odkrywanie kolejnych warstw powieściowej materii. Anna Kańtoch umiejętnie stopniuje napięcie, z dużym dramatycznym wyczuciem dokładając kolejne zaskakujące elementy do swojej misternej nadmorskiej układanki. Warto patrzeć uważnie, bo nawet drobiazgi mają tutaj znaczenie. Co jest w zasadzie definicją dobrego kryminału – dla mnie musi on być nieoczywisty i wymagający. I taka jest Pokuta. O czym będziecie mogli się przekonać już 31 lipca 2019 r., bo wtedy będzie premiera.

Dwanaście przekroczonych granic (Harda Horda, antologia opowiadań)

Harda Horda, czyli Fantastic Women Writers of Poland, to była początkowo nieformalna grupa wsparcia współczesnych polskich pisarek fantastycznych, o której genezie i dotychczasowych poczynaniach zainteresowani mogą sobie poczytać pod linkami zamieszczonymi na wstępie (prowadzą one do strony internetowej oraz facebookowego profilu grupy). Natomiast w niniejszym poście zamierzam skoncentrować się na najświeższym oficjalnym efekcie działań Hardej Hordy, czyli antologii opowiadań, która ukazała się kilka dni temu nakładem Wydawnictwa SQN.

Motywem przewodnim zbioru jest przekraczanie granic, co jest o tyle ciekawe, że samo powstanie HH było swoistym przekroczeniem pewnej granicy, gdyż do tej pory (wbrew faktycznemu stanowi rzeczy, potwierdzanemu m.in. rokrocznie nominacjami do środowiskowych nagród) fantastyka traktowana była jako domena męska, w którą autorki wkraczały incydentalnie, a zatem pisana przez nie literatura fantastyczna była  taką niszą w już istniejącej rynkowej niszy. Wiecie, rozumiecie  – pierwsza z tych nisz to ta, którą większość czytelników i krytyków omija szerokim łukiem, bo to, panie, smoki i statki kosmiczne, bajki dla dzieci, a nie żadna poważna literatura. Szkoda czasu. Niszę drugą omija natomiast spora część czytelników fantastyki, bo to, panie, same błyszczące wampiry, paranormalne romanse, a nie wartościowa literatura. Szkoda czasu.

Antologia Hardej Hordy, mam nadzieję, pomoże zrzeszonym w niej autorkom przekonać do sięgnięcia po swoją twórczość pewną część przedstawicieli zarówno pierwszej, jak i drugiej grupy. Stanowi bowiem niezbity dowód (jeśli ktoś takowego potrzebował), że fantastyka pisana przez kobiety to dobra, różnorodna literatura, której jak najbardziej warto poświęcić czas i uwagę. Formalna przynależność autorek do tej samej grupy to w zasadzie jedyny wspólny mianownik, pod jaki można podciągnąć zawartość antologii. Motyw przekraczania granic w każdym tekście potraktowany został bowiem w sposób bardzo indywidualny, dający zarazem pewne pojęcie o wyznacznikach stylu i rodzaju fantastyki (czy, szerzej, metody literackiej) preferowanej przez każdą autorkę. Na podstawie tych próbek można zatem wyrobić sobie przynajmniej wstępną opinię co do tego, czy warto kontynuować znajomość z daną twórczynią. O ile nie zetknęliście się z żadną z nich do tej pory, o co w sumie trudno, gdyż wszystkie członkinie Hordy mają za sobą spore pisarskie doświadczenie, niektóre napisały już po kilkanaście książek, w tym także kryminalnych czy obyczajowych.

Ja przed lekturą nie znałam jedynie twórczości Magdaleny Kubasiewicz, po którą teraz na pewno siegnę, gdyż jej – napisana zgrabną, lekko archaizowaną frazą – historia o nekromancie, który w nawiedzonym domu musi dokonać niełatwego wyboru, przekraczając tym samym swoistą etyczną granicę, bardzo przypadła mi do gustu. Z radością dowiedziałam się, że opowiadanie Dokąd odeszły cienie jest częścią cyklu, i na pewno poszukam innych utworów wchodzących w jego skład. Lektura tekstu z Hardej Hordy przekonała mnie też ostatecznie do sięgnięcia po chwaloną przez recenzentów tegoroczną powieść autorki Gdzie śpiewają diabły.

Marta Kisiel w otwierającym antologię krótkim i nastrojowym opowiadaniu Jawor zadaje kłam własnemu twierdzeniu o rzekomym braku umiejętności tworzenia krótkich form. Ja tę akurat autorkę w opowiadaniach zdecydowanie preferuję, mocniej tu wybrzmiewają jej częstokroć znakomite pomysły. Tak jest i tym razem – atmosfera letniej dzięciecej eskapady w Zakazane Miejsce skontrastowana zostaje z prawdziwym, mrocznym znaczeniem tekstu starej piosenki o Jaworowych Ludziach. Utwór – kameralny i oszczędny – zostaje z czytelnikiem dzięki świetnie wykreowanemu klimatowi oraz mocnej puencie.

Podobnie kameralna i równie przejmująca (choć w zupełnie inny sposób) jest Dróżniczka Aleksandry Janusz. To SF bliskiego zasięgu, ale uwaga autorki, a z nią i czytelnika, koncentruje się na końcu prywatnego mikroświata tytułowej bohaterki – starzejącej się Japonki, dla której sensem życia pozostała praca. Autorka porusza tu problem, który może stać się aktualny szybciej, niż myślimy. I nietypowo dla SF mówi: innego końca świata nie będzie, ale taka prywatna apokalipsa to aż nadto. Tekst ma jeszcze większą siłę rażenia, jeśli czytelnik (jak ja) oczekuje lekkiego, humorystycznego tonu, jaki mimo wszystko dominował w oryginalnej i docenionej przez miłośników fantastyki serii science fantasy Kroniki Rozdartego Świata. Według mnie jeden z najlepszych punktów całej antologii.

Ale największe wrażenie wywarło na mnie Jest nad zatoką dąb zielony Agnieszki Hałas. Opowiadanie absolutnie niezwykłe, gatunkowo również przynależące do SF bliskiego zasięgu, bowiem przedstawia ideę immortalizacji, czyli cyfryzacji świadomości zapewniającej namiastkę życia wiecznego.  Nie wiem, czy była tu inspiracja, ale mnie ten pomysł skojarzył się z najlepszym odcinkiem Black Mirror, czyli San Junipero. Jednak nie wszystkim dane będzie przekroczyć granicę nieśmiertelności, przynajmniej na początkowym etapie rozwoju technologii. Niektórzy nadal będą musieli stawiać czoła perspektywie rozdzierającej żałoby, z którą może nieco łatwiej byłoby sobie poradzić, gdyby dało się uwierzyć w zaświaty. Nic więcej nie zdradzę o tym znakomitym, wielowymiarowym tekście, poza tym, że się przy lekturze popłakałam.

Bohaterka opowiadania Anny Kańtoch w liście skierowanym do Szanownego pana M. opisuje historię ich dawnej przelotnej znajomości, która stała się dla niej okazją do przekroczenia sporej ilości nieprzebytych wcześniej granic – dzieciństwa, konwenansów, nienawiści i wpojonej wychowaniem etyki. Jest to tekst przewrotny, gdyż ma wszystkie wyznaczniki formalne potocznie rozumianej literatury kobiecej oraz wymowę całkowicie z tym rekwizytorium kontrastującą.

Bezduch Martyny Raduchowskiej dość mocno powiązany jest z jej drugą powieścią o szamance od umarlaków Idzie Brzezińskiej, czyli Demonem luster, jednak broni się też jako samodzielna całość. Opowieść o człowieku, który nie chciał przekroczyć granic zawodowej etyki na prośbę zrozpaczonej żony, a gdy utracił miłość, zaszedł dalej, niż sam podejrzewał, że to możliwe.

Ewa Białołęcka, inspirując się częściowo (być może) swoją znakomitą konwentową prelekcją, w tekście zatytułowanym Tylko nie w głowę przedstawia apokalipsę zombie oczami samotnej, cierpiącej na depresję właścicielki sympatycznej kotki Mili. Żywe trupy po przeczytaniu tego opowiadania już nigdy was nie przerażą, gdyż jest ono pełne humoru i wiary w zdrowy rozsądek oraz instynkt samozachowawczy jednostki, nawet takiej o (bezpodstawnie) zaniżonym poczuciu własnej wartości.

Anna Hrycyszyn w Z góry nie patrzą stworzyła niezwykle oryginalną wizję świata przyszłości, której potencjał w moim odczuciu nie został jednak do końca wykorzystany, głównie  przez zbytnią skrótowość pojawiającą się w drugiej części opowiadania.

Milena Wójtowicz w Locie wieloryba i Aleksandra Zielińska w Po drugie posługują się motywem światów równoległych (czy też przyległych) i jest to chyba najbardziej jaskrawy przykład, że nawet taka ilość podobieństw nie wpływa na charakter tekstu, bo trudno by mi było wskazać w zestawie dwa równie biegunowo odległe. Po drugie to raport z rodzinnego dramatu (w którym kompletnie nie przekonała mnie osoba narratorki, zdecydowanie zbyt dojrzałej jak na jej deklarowany wiek). Natomiast bohaterką tekstu Wójtowicz jest córka czołowego polskiego nacjonalisty, która w ramach odcinania się od korzeni szmugluje magiczne artefakty z równoległego świata i sypia z obcym.

Anna Nieznaj w Ognistym warkoczu pokazuje między innymi, jak koniec świata (i jego nowy początek) oraz podróże kosmiczne potrafią skomplikować i bez tego niełatwe relacje rodzinne.

Natomiast Aneta Jadowska w Zielonej zemście, którą chyba trzeba by było zakwalifikować jako ekologiczne fantasy, dowodzi, że wystarczy nieco pracy, kreatywności i cierpliwości, by, nie naruszając rygorystycznych praw magii, wymierzyć sprawiedliwość pozornie bezkarnym niegodziwcom. A przy okazji, za co bardzo dziękuję, uświadamia czytelnikom, dlaczego nie powinno się parkować na miejscach dla niepełnosprawnych. Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste.

Spośród dwunastu tekstów jeden oceniam jako wybitny, trzy jako bardzo dobre, a resztę, mimo pewnych zastrzeżeń, jako naprawdę przyzwoite. Chyba tylko opowiadanie Anety Jadowskiej kompletnie nie trafiło w moją czytelniczą wrażliwość. Jak na antologię jest to wynik zdecydowanie ponadprzeciętny, co tylko potwierdza, że naprawdę warto zainteresować się Hardą Hordą. Podkreślam z całą stanowczością – nie jako fantastyką. Nie jako literaturą  kobiecą. Jako zbiorem dwunastu dobrych opowiadań, który dostarczy refleksji, rozrywki, a kto wie? Może stanie się także punktem wyjścia do szerszych czytelniczych poszukiwań. Jeśli się skusicie, koniecznie dajcie znać, jakie mieliście wrażenia!

Wznowienie Zabawek diabła

Dawno nie dręczyłam ludności Domenikiem Jordanem, a na tym blogu nawet jeszcze nigdy! Zatem najwyższy czas to zmienić, a czy może być lepsza sposobność niż ponowne (trzecie już) wydanie drugiego zbioru opowiadań z tym bohaterem? Dziś premiera, a Zabawki wydaje tym razem Powergraph. Z całkiem estetyczną okładką, co w przypadku tego cyklu, gdzie do tej pory bohatera portretowano jako zombie dręczone niestrawnością, stanowi przyjemne novum. Z tej okazji – żeby nie wyważać otwartych drzwi – pozwolę sobie przypomnieć swoją recenzję pierwszego wydania Zabawek diabła, która ukazała się na łamach Fahrenheita. Jako że przed zalinkowaniem ją sobie przeczytałam, zobowiązana jestem poczynić w tym momencie zastrzeżenie – jest to tekst analityczny, a zatem, niestety, zdradzający pewne istotne elementy treści utworów. Nie polecam z tego względu czytania go przed zapoznaniem się z samym zbiorem. Tytułem wolnej od spoilerów zachęty wrzucę tu tylko konkluzję recenzji, którą mimo upływu niemal 13 lat z całą stanowczością podtrzymuję:

Jako całość „Zabawki diabła” są daleko lepsze niż „Diabeł na wieży”. Pod każdym względem: stylistycznym, fabularnym, narracyjnym, konstrukcji postaci pierwszego i drugiego planu. A że już „Diabeł na wieży” był bardzo dobrym zbiorem, strach pomyśleć, jaki będzie następny.

A następny zbiór ukaże się najprawdopodobniej jeszcze w tym roku i zawierał będzie (według wstępnych informacji uzyskanych od autorki) 6 opowiadań. Trzy z nich powstały i ukazały się w poprzednich latach, można zatem w pewnym stopniu przewidywać, jaki będzie charakter całości. Mowa o Portrecie rodziny w lustrze (ze zbioru Światy Dantego), Majstersztyku (udostępnionym w pakiecie Bookrage zdecydowanie dłuższym tekście) oraz osadzonej w egzotycznej scenerii Anatomii cudu, która ukazala się pierwotnie na łamach Nowej Fantastyki. Te trzy teksty w jednoznaczny sposób pokazują, że Anna Kańtoch w ciągu ostatnich 13 lat przeszła długą drogę jako pisarka, doskonaląc swój warsztat. Zainteresowała się też w o wiele większym stopniu formalną stroną swoich opowiadań, z którą zaczęła odważniej eksperymentować. Ale zarazem nie utraciła tego, co od początku było znakiem rozpoznawczym cyklu o Jordanie – umiejętności kreowania nastroju niepokojąco-intrygującej tajemnicy i fascynacji zagadkami z pogranicza fantastyki oraz kryminału, którą dzieli z nią jeden z jej pierwszych bohaterów.  Mam nadzieję, że zdołam kogoś zachęcić do wycieczki do Okcytanii i nawiązania znajomości z doktorem Jordanem. Sama na pewno wrócę do tych opowiadań, tak jak zrobiłam to z Diabłem na wieży przy okazji zeszłorocznego wznowienia.

Opowieść niosąca odpowiedź (Anna Kańtoch, Niepełnia, przedpremierowo)

Komu spodobało się Czarne, ten wyzwaniem, jakie stanowi lektura najnowszej powieści Anny Kańtoch, zatytułowanej Niepełnia, będzie zachwycony. Choć na żadnej innej płaszczyźnie poza tym, że ich forma jest zaproszeniem dla czytelnika do zdekodowania nieoczywistego przesłania, utwory te nie są podobne.

Struktura Niepełni ma unikalny charakter, który łatwo przegapić, bo w pierwszej chwili wszystko wydaje się zwodniczo proste. Na prowincjonalnym posterunku policji, przed zmęczoną funkcjonariuszką, która w zasadzie powinna już skończyć dyżur, siedzi chłopak, znaleziony w opuszczonym domku letniskowym, i próbuje wytłumaczyć, co tam właściwie robił. Policjantkę nie bardzo to obchodzi, ale ponieważ śnieżyca uwięziła ich oboje w tym miejscu, nie wiadomo na jak długo, z braku alternatywy zaczyna słuchać dziwnej, niby zupełnie niezwiązanej z sytuacją, opowieści zatrzymanego. Jest to opowieść o dziewczynie, która tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2015 zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach na katowickim rynku. Stanowi pierwsze ogniwo misternego łańcucha powiązanych ze sobą historii. Jak w matrioszce, w pewnym momencie bohaterowie każdej fabuły trafiają na następną, w której znowu ktoś inny czyta o losach kolejnych postaci. Powstaje intrygująca spirala różnorodnych gatunkowo i tematycznie opowieści, zapisanych czy to na stronach internetowych, czy na zwykłych, pokrytych wyblakłymi śladami ołówka kartkach. Spirala, która wciąga tak bardzo, że nie sposób wyrwać się z jej meandrów przed dotarciem do ostatniej kartki.

Wspólne mianowniki są liczne. Ten sam biały dom, z osobną piwnicą, w gminie Radziechowy, nieopodal Golgoty Beskidów. W każdej opowieści para bohaterów – mężczyzna i kobieta (czasem dziewczyna i chłopak). Oprócz jednej, której protagonista ma jednocześnie cechy męskie i żeńskie. Ulotny zapach cytrusów. Atmosfera tajemnicy i zagrożenia. Dziwne, niewytłumaczalne zniknięcia i desperackie poszukiwania. Sporo pozorów i kłamstw. Liczne trupy, lub przynajmniej domniemane trupy. I te metaforyczne, chowane w szafie przeszłości, z której lubią nieoczekiwanie wypadać, i jak najbardziej dosłowne. Powracający motyw White Christmas, melodii tak idyllicznej, że aż ironicznej, jeśli wziąć pod uwagę, dla czego stanowi podkład dźwiękowy. Jak łatwo zgadnąć, podobieństwa nie są kwestią przypadku. Niepełnia to precyzyjna, spójna konstrukcja, w której każdy element ma znaczenie.

Co łączy dwójkę maturzystów, dwójkę studentów kulturoznawstwa, dawną licealna parę i rodzeństwo włamujące się do letniskowych domów po sezonie? Jaką rolę pełni w historiach wszystkich bohaterów biały dom, przyciągający ich niczym magnes? Czemu służy opowieść snuta przez dziwnego chłopaka na policyjnym posterunku? Niepełnia, najnowsza pozycja w serii wydawnictwa Powergraph Kontrapunkty, to wiele więcej niż odpowiedź na wszystkie te pytania. Przekonajcie się sami, premiera już 29 września 2017.

P.S. Polecam też (choć może lepiej po lekturze) bardzo ciekawą rozmowę o książce, jaką z autorką, przy okazji prapremiery na tegorocznym Polconie, przeprowadził Stanisław Krawczyk.

Wiara czyni nie tylko cuda (Anna Kańtoch, Wiara)

Początek lipca 1986 roku, Rokitnica, niewielka wieś niedaleko Żywca, w pobliżu rzeki Soły. Kiedyś była jeszcze mniejsza, ale po zalaniu pobliskiej Brzozówki w związku z budową elektrowni jądrowej nieco się rozrosła. Zyskała na przykład własny kościół, a z kościołem proboszcza, choć na tym stanowisku jest spora rotacja, a parafia ma opinię pechowej. Aktualnie sprawujący tę funkcję ksiądz Jerzy Marczewski raczej nie przełamie złej passy – w piękny letni poranek znajduje na torach zwłoki zadźganej nożem młodej kobiety, cudem ocalając ciało przed bliskim spotkaniem z pociągiem. Od tego momentu, nie do końca z własnej woli wciągnięty w śledztwo, duchowny zaczyna na własną rękę badać tajemnice swojej parafii, takie jak zagadka kwiatów pozostawianych na krzyżu w pobliżu torów, czy przyczyny krótkiej kariery jego poprzedników. Dotąd wygodniej mu było je ignorować, a jego nowe, aktywne podejście nie spotyka się, łagodnie rzecz ujmując, z entuzjastyczną reakcją miejscowych. Miejscowi woleliby, żeby odprawił mszę w intencji powstrzymania budowy elektrowni, do czego ksiądz z kolei nie jest skłonny. Jakiekolwiek pytania o przeszłość rozbijają się o zwarty mur ich milczenia.
W sprawie zagadkowego trupa przyjezdnej milicja nie ma łatwego zadania. Dziewczyna nie ma dokumentów, przyszła piechotą, nie broniła się przed ciosami, śladów biologicznych czy jakichkolwiek innych brak. Dwuosobowa obsada lokalnego posterunku – młodziutki kapral i nieco bardziej zaawansowany wiekiem starszy sierżant, ofiara własnego sukcesu sprzed dwudziestu lat, nawet ze wsparciem entuzjastycznej i solennej starszej szeregowej z Żywca nie są w stanie ruszyć z miejsca. Na ratunek przybywa kapitan Andrzej Witczak, przysłany przez górę fachowiec. W końcu morderstwo to nie byle co, zwłaszcza że atmosfera w Rokitnicy jest gorąca nie tylko z powodu pory roku, ale także z uwagi na hippisów blokujących budowę elektrowni. Mimo ustalenia tożsamości ofiary zabójca pozostaje nieuchwytny i nie zamierza robić sobie urlopu. A tajemnice i zagadki wciąż się piętrzą, zmuszając funkcjonariuszy do jeżdżenia w upale po całym kraju.

Anna Kańtoch w swojej najnowszej powieści wykorzystuje na potrzeby intrygi nieufność zamkniętej wiejskiej społeczności wobec wszelkiej maści obcych, czy to miastowych (choć pożądanych jako dochodowi turyści), czy przedstawicieli władzy, a także wobec postępu, symbolizowanego przez elektrownię. Jednocześnie perfekcyjnie odtwarza duszną atmosferę wiejskiego lata u schyłku PRL, domów wczasowych, kolonii pracowniczych, prywatnych kwater dla letników, czy nawet niedzielnej mszy. Ale Wiara to nie tylko Rokitnica, to także inne, funkcjonujące siłą inercji zamknięte ekosystemy, takie jak kościół, dom dziecka czy szpital psychiatryczny. Miejsca, gdzie wszystko toczy się zgodnie z dawno ustalonymi i niezmiennymi zasadami, a zło ma doskonałe warunki do rozrostu. System działa, a że słabsze jednostki padają jego ofiarami? Z tym trzeba się liczyć.

Tego rodzaju refleksja wyłania się z zakorzenionej w przeszłości mrocznej historii, która doprowadziła młodą kobietę na kolejowy nasyp. Historię tę Anna Kańtoch opowiada w sposób niezwykle wciągający, tym razem, inaczej niż w Łasce, dawkując tropy i zmyłki z aptekarską precyzją, dzięki czemu identyfikacja sprawcy staje się możliwa dopiero pod koniec powieści. Wiara, będąca niewątpliwie świetnym kryminałem retro, to jednak przede wszystkim opowieść o ludziach, który padli ofiarami nie mordercy, ale własnych słabości. Także o tych, którzy uwierzyli w niewłaściwe rzeczy.

O nagrodach książkowych

Dziś z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich wpis nagrodowy.

Po pierwsze, nagrodę Kryminalnej Piły dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej 2016 zdobyła Łaska Anny Kańtoch, według mnie jak najbardziej zasłużenie. Fotorelację z wręczenia nagrody można zobaczyć tutaj.

Z dobrych wiadomości, 14 czerwca, nakładem Wydawnictwa Czarne, ukaże się kolejna (wg mnie jeszcze bardziej udana) powieść kryminalna tej autorki, zatytułowana Wiara. Tu zapowiedź. O samej książce więcej napiszę w okolicach premiery. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Łaski, to doskonała okazja, żeby nadrobić zaległość, tym bardziej że e-booka można teraz nabyć w promocyjnej cenie (jeszcze przez 4 dni).

Po drugie, ogłoszono nominacje do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego za 2016 rok. Jak łatwo zauważyć, Puste niebo Radosława Raka oraz Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego miały ogromną przewagę nad resztą stawki. Obu powieści nie udało mi się skończyć, przy czym Piskorskiego skończyć mam szczery zamiar. Z moich nominacji przeszła tylko jedna, ale za to ta najważniejsza – Olga i osty Agnieszki Hałas, którą nieustannie polecam waszej uwadze. Bo naprawdę warto.

A co wy byście polecili przy czytelniczym święcie?