Kilkanaście rzutów kostką i kawa na ławę, albo Co tam, panie, w Meekhanie? (Robert M. Wegner, Każde martwe marzenie)

Moja relacja z cyklem fantasy Opowieści z meekhańskiego pogranicza ma w sobie lekką nutkę masochizmu. Podobały mi się opowiadania (choć nie wszystkie w jednakowym stopniu), nie podobała pierwsza powieść, bardzo przypadła do gustu druga, a o trzeciej i najnowszej nadal nie do końca wiem, co myśleć. Ta notka ma być sposobem uporządkowania wrażeń, więc może się okazać nieco chaotyczna, za co z góry przepraszam. Postaram się jednak unikać spoilerów, na ile to będzie możliwe. Na Każde martwe marzenie czytelnicy czekali trzy lata, co, biorąc pod uwagę zakończenie Pamięci wszystkich słów, z pewnością podkręciło oczekiwania odnośnie do zawartości tych niemal 750 stron. Co znajdziemy w środku?
Dalsze losy szóstej kompanii szóstego pułku Górskiej Straży, portowego złodziejaszka Altsina (czy raczej nowego bytu, którym chłopak stał się po wyczerpującym starciu, zakończonym objęciem fragmentu duszy awenderi jednego z najpotężniejszych bóstw), issarskiej wojowniczki Deany i grupy uzdolnionych magicznie wyrzutków przygarniętych przez wielkiego imperialnego generała. Przy czym, co autor wyraźnie sygnalizował w zakończeniu poprzedniego tomu, poszczególne wątki połączą się. Zaś jako klamrę narracyjną porządkującą opowieść i dającą wgląd w całościową sytuację geopolityczną imperium Wegner proponuje przebitki na spotkania cesarza z szefami wywiadu wewnętrznego i zewnętrznego. Formalnie mucha nie siada, nic, tylko snuć porywającą opowieść, pod którą poprzednie odsłony pieczołowicie przygotowały grunt. Wszak na Południu aż się gotuje i starcie armii Białego Konoweryn ze zbuntowanymi niewolnikami wydaje się nie do uniknięcia (znakomita okazja do kolejnych epickich scen batalistycznych, w których autor czuje się jak ryba w wodzie, by przypomnieć choćby szturm na Martwy Kwiat). A na Północy zima nie chce odejść i nie bez przyczyny umierający drzewny bożek posłał tam Altsina, by wyjaśnił ów niepokojący fenomen.
Teoretycznie – uczta. Rzut oka na fabułę z perspektywy ostatniej strony również nie pozwala jej nic zarzucić. Jest spójna i potwierdza niezbicie, że Robert M. Wegner już od pierwszych tekstów ze swojego uniwersum miał precyzyjny plan całej historii i nie stracił nad nią kontroli nawet przez moment. Pozornie nieistotne drobiazgi z perspektywy opisywanych obecnie wydarzeń zyskują nowe znaczenie i wpisują się w kluczowe wątki fabularne. Ręce powinny same składać się do oklasków, bo taki stopień precyzji przy równie rozległym i detalicznym materiale, tworzonym wszak na przestrzeni wielu lat, zasługuje na  najwyższy szacunek.
A jednak – nie składają się. Bo przez zdecydowaną większość czasu nie ma w tym życia, które sprawiłoby, że historia mnie poniesie. Wątki – zwłaszcza Szóstek i Key’li (nie wspomniałam o niej wcześniej, bo jej po prostu nie znoszę, ale oczywiście przygody Wozackiej Męczenniczki po drugiej stronie Mroku okażą się mieć finalnie absolutnie kluczowe znaczenie) – rozwijają się przeraźliwie wolno i dodatkowo odrywają czytelnika od interesującego rozwoju konfliktu na Południu, bo narracja prowadzona jest naprzemiennie. Dopiero końcowa ćwiartka całości to dynamiczny rozwój wypadków, gdzie możemy przestać mieć poczucie, że obcujemy ze szczegółowo rozpisanym scenariuszem sesji RPG, i zacząć po prostu cieszyć się lekturą.
No właśnie, wrażenie sztuczności i mechanicznych działań postaci, niczym pionków przesuwających się na określone pole na planszy po rzucie kostką, przeszkadzało mi w wątkach Północnym i Mrocznym zdecydowanie najbardziej. Ale to opis wielkiej bitwy na Południu pozwolił mi zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Umiejętności warsztatowe Roberta M. Wegnera po prostu nie dorastają do jego wielkiej, szczegółowej i niewątpliwie imponującej koncepcji światotwórczo-fabularnej. Bez koncepcji nici z historii, ale bez odpowiedniego warsztatu nawet najlepsza historia nie stanie się naprawdę dobrą literaturą. Dalibyście opisać bitwę pod Pomwe Kayowi, Hobb albo Sapkowskiemu i gwarantuję wam, że w efekcie nawet przy najtańszych melodramatycznych zagrywkach taka cyniczka jak ja miałaby łzy w oczach, bo warsztat i sprawność stylistyczna tych autorów sprawiłyby, że – nawet widząc tani szkielet – mogłabym przymknąć na niego oko. Moje serce byłoby z każdym szeregowcem, bo nawet postaci epizodyczne miałyby w sobie życie. A efektowne rozwiązania nie byłyby efektowne tylko w teorii, ale naprawdę robiłyby wrażenie. Natomiast gdy Wegner, traktujący postaci zadaniowo, a wszystkie partie opisowe realizujący tym samym suchym, niezróżnicowanym stylem, przypominającym wojskowy raport, wyciąga w końcu z rękawa swoje asy, reakcja moja jako czytelnika to chłodne i pozbawione emocji przyjęcie faktów do wiadomości. Chciałabym czegoś więcej, ale ten autor nie może mi tego dać. Dlatego dominującym uczuciem po lekturze jest poczucie zmarnowanego potencjału genialnej historii.
Bo nawet swoją koncepcję fabularną Wegner ostatecznie w partiach finałowych po prostu wkłada w usta dwóch różnych postaci, które na koniec wygłaszają wykłady, żeby na pewno nie było wątpliwości, że wszyscy widzą i rozumieją, jak wszystko do siebie pasuje, do czego zmierza i że teraz trzeba klaskać.
Z przykrością odmawiam aplauzu.
P.S. Mam wrażenie, że spoilerów brak:)

Cały Wegner po 9,99 – codziennie kolejny tom, start dzisiaj:)

Miała być recenzja Misji błazna albo któregoś z ostatnio obejrzanych seriali, ale wpadłam na Świecie Czytników na informację o chyba najbardziej korzystnej cenowo w dotychczasowej historii promocji na cykl fantasy Roberta M. Wegnera, czyli Opowieści z meekhańskiego pogranicza.
O Wegnerze pisałam tutaj już kilkakrotnie. Dziś i jutro można będzie kupić dwa tomy opowiadań rozpoczynające cykl.
We wtorek – pierwszą powieść, czyli Niebo ze stali.
A w środę część najnowszą i najlepszą (przynajmniej moim zdaniem) – Pamięć wszystkich słów, na którą zamierzam głosować na tegorocznym Polconie i będzie dla mnie wielkim zaskoczeniem, jeśli nie zdobędzie ona nagrody imienia Janusza A. Zajdla za rok 2015.
Wszystko, co warto wiedzieć o tych tekstach, zawarłam w zalinkowanych recenzjach. Można mieć cały cykl w e-booku za cenę jednego papierowego tomu. Naprawdę warto.
Opowiadania na próbę w wersjach epub, mobi oraz pdf:
Najlepsze, jakie można kupić
Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami

Zapraszam na meekhańskie pogranicze

Z okazji dzisiejszego święta prapremierowa recenzja drugiej powieści Roberta M. Wegnera, zatytułowanej Pamięć wszystkich słów. Tekst napisałam dla Fahrenheita. To już czwarta wizyta w Meekhanie. Wszystkich miłośników szczegółowo opisanych światów i epickich opowieści serdecznie zachęcam do zapoznania się z całą serią, na którą składają się dwa tomy opowiadań Północ-Południe i wschód – Zachód (pod linkiem moje recenzje obu tomów), a także wcześniejsza powieść – Niebo ze stali.
Obecna odsłona, to – po nieco słabszym powieściowym debiucie – zdecydowania najmocniejszy punkt cyklu, zaś Robert M. Wegner to moim zdaniem jeden z najważniejszych polskich autorów fantasy.
Spróbujcie, polecam zwłaszcza opowiadania z Południa i Wschodu. Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich to doskonała okazja do wyjścia ze swojej czytelniczej strefy komfortu.
Stąd można pobrać jedno opowiadanie ze Wschodu, nie najlepsze, przynajmniej moim zdaniem, ale naprawdę dobre i reprezentatywne dla stylu autora. Tekst dostępny w formatach mobi, epub i PDF. Tu znajdziecie opowiadanie z Północy, jak wyżej:)
Miłego świętowania. Kupiliście coś? Ja e-booka Ad infinitum Michała Protasiuka, w promocji z okazji nominowania powieści do Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego.

Fahrenheit 70

Tak jest, to nie ptak, nie samolot, ani nawet nie superbohater w rajtkach – to nowy numer Fahrenheita!
Tym razem ode mnie słów kilka o:

Krwi nie wodzie
czyli czwartej odsłonie przygód Fixa Castora Mike’a Careya
oraz dwóch tomach opowiadań z Meekhanu Roberta M. Wegnera (o każdym oddzielnie).

Zapraszam do lektury całego numeru.
***

Bonusowo link do recenzji Namiestniczki – zwykle tego nie robię, ale ostrzegać trzeba. Stąd wyjątek.

Mocno i lirycznie

Mało intuicyjne połączenie, a jednak taki właśnie miks tworzą dwie pierwsze części Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ, przynajmniej dwa pierwsze opowiadania (Honor górala zwłaszcza, ale także nagrodzone Zajdlem Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami) rzeczywiście mocno kojarzy się z Szererem Kresa, i to z tym lepszym, czyli Grombelardzką legendą i Panią Dobrego Znaku. Z kolei z twórczością Sapkowskiego mogą moim zdaniem konkurować co najwyżej dwa opowiadania, po jednym z każdej części: z Północy Szkarłat na płaszczu (mój prywatny numer jeden ze zbioru w ogóle), a z Południa Ponieważ kocham cię nad życie.

Poza tymi perełkami Wegner pisze naprawdę solidnie, warsztat ma sprawny, styl przyjazny czytelnikowi, zwłaszcza takiemu, który lubi opowieści o honorze w klimatach Gladiatora czy Dumasa. (To ja!). Czytelnikom pozostałym może zawadzać właśnie zbytnia honorowość bohaterów oraz wysokie miejscami stężenie patosu. Mnie zawadzał przede wszystkim i najdotkliwiej brak humoru. Znaczy, umówmy się, od czasu do czasu, nie za często, jakaś postać rzuci dowcipem, ale do finezji to tym żartom daleko. Powaga rządzi w obu częściach, mimo że wyraźnie różnią się one klimatem, co zresztą świadczy o wszechstronności autora. Widać również, że ma on z góry gotową, bardzo szczegółową wizję multikulturowego świata Imperium.

Podsumowując, są to naprawdę porządne teksty z wybitnymi wyjątkami, ogólnie jednak odnoszę wrażenie, że autor jest jeszcze mocno nierówny, a chwali się go powszechnie, jakby już był na poziomie mistrzowskim. Nie jest, ale ma zdecydowanie zadatki, zwane też przebłyskami. Opowiadania z Północy można czytać niezależnie, te z Południa to już jedna historia podzielona na cztery części.

Podsumowując, z pewnością warto sięgnąć, ale nastawienie na "nowego Sapkowskiego" może się skończyć bolesnym rozczarowaniem. Nie warto też się zrażać po pierwszym tekście, który jest dosyć słaby. Zajdlowskie opko zaś przegadane i przeładowane patosem tudzież nieco sztucznymi chwytami narracyjnymi. Na szczęście, im dalej, tym lepiej:)

Z przyjemnością sięgnę po tom drugi.

Już był w ogródku…

Wyzerowałam sobie przedwczoraj jedno konto recenzenckie (przy okazji, Paradoksy Młodszego Patriarchy, choć troszkę przegadane, w ogólnym rozrachunku zaskoczyły mnie pozytywnie – jakby ktoś się wahał) i już miałam, łącząc przyjemne z pożytecznym, zabrać się za Wegnera i wyzerowywanie drugiego konta recenzenckiego, gdy…
…wskoczyło mi to. Z biblioteki. Kiedy ja ostatnio czytałam coś z biblioteki? Dawno. Nie pamiętam. Za duże kolejki na półkach, żeby jeszcze dobierać. Ale oboje rodzice przeczytali i zarekomendowali jednakowo gorąco, co u nich zdarza się rzadko nad wyraz. No to pomyślałam – zaryzykuję. Książka o stalkingu. Psychologiczno-kryminalna. Zbliżam się do połowy. Wciągająco napisana, choć w stylu typowo hamerykańska (znaczy, taka trochę ZBYT, jeśli wiecie, o co mi chodzi – jeśli nie wiecie, to jest mi przykro, ale nie umiem tego dokładniej zwerbalizować;).
W każdym razie to moje pierwsze spotkanie z autorem Katzenbachem Johnem i jestem ciekawa, czy ktoś miał już przyjemność i posiada opinię? Ponoć taki ekranizowany pan, nawet z moim ulubionym Seanem Connerym coś było.

Ale potem już Wegner, no, chyba że znowu coś:)
A pan z Allegro, od którego trzy tygodnie temu kupiłam Nesbo, jest, delikatnie mówiąc, nierzetelnym sprzedawcą.