Często jest tak, że ktoś słowem złym/zabija tak, jak nożem (Jo Nesbo, Nóż)

nóżPrzydał mi się Czesław Niemen, a raczej fragment tekst utworu Dziwny jest ten świat, do oddania uczuć, które towarzyszyły lekturze dwunastej powieści z Harrym Holem. Niestety, mimo że dwukrotnie zarwałam z nią noc, a zarówno autora, jak i cykl bardzo lubię, nie jestem w stanie napisać, że była to powieść dobra. Złe przeczucia, które powstały po lekturze Macbetha, wprawdzie nie potwierdziły się w pełni, gdyż w dalszym ciągu norweski pisarz potrafi zbudować hipnotyzującą narrację i ostatecznie zaskoczyć czytelnika (jak i samego śledczego) osobą sprawcy zabójstwa. Niemniej, nie okazały się też całkowicie bezpodstawne.

Początek Noża jest wręcz dramatycznie kiepski. Nesbo w tandetnym, mocno melodramatycznym stylu po raz kolejny zabiera nas w myśli Harry’ego, wyrzuconego przez Rakel z domu i znajdującego się na dnie alkoholowego ciągu. Sielanka małżeńska, tak jak bohater się tego obawiał przy opisanej w Pragnieniu sprawie wampirysty, została gwałtownie przerwana. Dlaczego Rakel wyrzuciła męża? Harry doskonale wie, ale z czytelnikiem się tym nie podzieli, a przynajmniej nie przedwcześnie. Teoretycznie nie ma to zresztą żadnego znaczenia. W końcu rozstają się nie pierwszy raz i zapewne by do siebie w końcu wrócili. Gdyby nie pewne przeszkody natury obiektywnej, które pojawiają się wraz z rozwojem fabuły.

Hole jest w najnowszej odsłonie żałosny i sympatia czytelnika nie znajduje się po jego stronie. Wraz z Trulsem Berntsenem stanowią pośmiewisko Wydziału Zabójstw. Jednego zaprotegował nowy minister sprawiedliwości (tak, daleko Bellman zaszedł), drugiego z litości (i żeby nie zachlał się na śmierć) przyjęła z powrotem Katrine Bratt. Dostają same najprostsze sprawy. Jak odwrócić tę optykę? Oczywiście Hole musi ucierpieć bez własnej winy, za to w taki sposób, by otrzymał dostateczny bodziec do powrotu do prawdziwej pracy śledczej i oderwania się od butelki. A że upadek protagonisty jest głęboki, wstrząs musi być proporcjonalnie silny. I Nesbo nam to zapewnia (tu heroicznie unikam spoilera).

Niemniej, wiele więcej nie oferuje. Żeby nie było nieporozumień – są oczywiście liczne twisty, w zdecydowanej większości, w zasadzie poza ostatnim, przewidywalne, a niektóre tak tandetnie hollywoodzkie, że robi się przykro, gdy pisarz potwierdza przypuszczenia czytelnika i mimo wszystko postanawia się nimi posłużyć. Choćby wcześniej sugerował coś wręcz przeciwnego. O ile jednak punkty zwrotne w większości rozczarowują, to sprawność narracji wraz z pełną kontrolą nad wątkami pobocznymi sprawia, że docieranie do nich jest procesem bezbolesnym i wciągającym. Przy wszystkich swoich słabościach, rozwiązaniach życzeniowych, naciąganych czy tanich, fabuła Noża angażuje czytelnika, który niemal do samego końca nie traci nadziei, że będzie lepiej. Autor, jak to ma w zwyczaju, pokaże pod koniec chowanego w rękawie asa. I ogólny bilans wyjdzie na plus, a wszelkie potknięcia będzie można puścić w niepamięć.

Choć już pierwsza scena zapowiada, że w pewnym momencie będziemy mieli do czynienia ze spektakularną zagrywką w najgorszym stylu Pancernego serca, która dobitnie nam przypomni, że Harry, jak Indiana Jones (bo już niestety nie Han Solo), jest nieśmiertelny i nawet wybuch bomby atomowej przeżyje w lodówce.

Nie odgadłam tożsamości zabójcy, choć przesłanki były, bo nie chciałam uwierzyć w intrygę tak wydumaną i słabą. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść autora dojrzałego i po gigantycznym światowym sukcesie, należy moim zdaniem ocenić ją nawet surowiej niż pierwszego w cyklu, debiutanckiego Człowieka nietoperza. Bo wraz z sukcesem poprzeczka się podnosi. Im sukces większy, tym wyżej. A Nóż to ewidentnie spalona próba. Niezły kryminał dla przeciętnego autora, ale bardzo słaby, niepotrzebnie efekciarski popis mistrza gatunku. Wpadka. Czas poszukać osełki. Sugerowałabym nowego bohatera. Hole się skończył i wszystko wskazuje, że Nesbo o tym wie.

Przykro, ale z faktami się nie dyskutuje.

Jak wam się nie podoba, to windą do nieba (Jo Nesbo, Macbeth)

Ponoć Jo Nesbo zgodził się na udział w Projekcie Szekspir tylko pod warunkiem, że przypadnie mu właśnie Makbet. Jest to moja pierwsza powieść z projektu, choć mam w planach jeszcze co najmniej Otella (Ten nowy Tracy Chevalier) i Burzę (Czarci pomiot Margaret Atwood). Oraz, rzecz jasna, Hamleta Gillian Flynn, jak tylko się ukaże. Tymczasem nie mam więc jeszcze pojęcia, jak z zadaniem przeszczepienia prac wielkiego klasyka na współczesny grunt poradzili sobie inni pisarze. Ale co do rezultatu starań Norwega uczucia mam, niestety, mocno mieszane.
Makbet nie jest sztuką łatwą, jako opowieść o żądzy władzy, sile miłości, szaleństwie, magii i przeznaczeniu. Niezwykły, unikalny wręcz miks wątków rodem z antycznej tragedii i ludowych podań. To, co składa się na jego wielkość, wszelkie próby reinterpretacji czyni niesamowicie ryzykownymi. Nesbo zdecydował się zrobić z tego wielowarstwowego materiału kryminał noir osadzony w niezidentyfikowanym mieście na amerykańskim wybrzeżu, a bohatera tytułowego uczynić funkcjonariuszem policyjnej jednostki specjalnej. Pod wpływem swojej ukochanej, Lady, właścicielki kasyna borykającej się z traumą dzieciobójstwa, młody człowiek, były wychowanek sierocińca i niebiorący od lat narkoman, zaczyna piąć się po szczeblach kariery, a każdy kolejny awans to trupy, w tym także ludzi mu najbliższych. Widać, że od pomysłu przedstawionego na spotkaniu we Wrocławiu dwa lata temu fabuła powieści jeszcze ewoluowała, bo początkowo na przykład trzy wiedźmy miały być trzema bossami narkotykowymi, a ostatecznie stały się jedynie wytwórczyniami silnie uzależniającego narkotyku, znanego jako wywar.
Czyta się Macbetha bardzo dobrze, bo jest w tej nowej fabule, na wielu poziomach podejmującej mimo wszystko udany dialog z oryginałem, ten sam magnetyczny pierwiastek, co w opowieści człowieka ze Stanfordu. Szaleństwo zarówno Macbetha, jak i Lady, dostaje przekonującą podbudowę. Także pozostałe postaci, nawet te poboczne, mają spójne motywacje i żywe charaktery. Są ludzkie, trudno nimi bezwarunkowo pogardzać jedynie dlatego, że okazują słabości rozmaitego rodzaju. Ale jednak magia nie działa na tyle mocno, żeby stos trupów dogodnie padających pod stopy bohatera i fura bezczelnych egzekucji w biały dzień, w tym takich na dzieciach i nawet niemowlętach, nie zaczęły w pewnym momencie wyglądać absurdalnie. Miasto przecież nie istnieje w próżni, a fakt, że od dawna zżerała je korupcja, nie oznacza jeszcze, że wszyscy grzecznie łykną ostrzelanie wiejskiego domu z działek bojowych, bo ukrywał się tam rzekomy zdrajca. Nowy komendant obejmuje urząd i nagle wszystkie próby zatrzymania kończą się śmiercią podejrzanych. Każdy siedzi u kogoś w kieszeni. Nikomu nie można zaufać, a już najmniej własnemu umysłowi. Jak to w kryminale noir, ale w tym wypadku wyznaczniki konwencji wyostrzone są daleko poza granice absurdu.
W teorii wszystko zgadza się z oryginalną fabułą i z genialnym podsumowaniem autorstwa Stanisława Barańczaka, tj.:
Szkot: bestia bitna.
Żona: ambitna.
Ręce umywa. Ma gdzieś.
Bór: marsz na mur! Finał: rzeź.

W praktyce rzeźnia zaczyna się za wcześnie, a choć są momenty czy rozwiązania znakomite, to jednak całość wydaje się przeszarżowana. Nie polecam, nie odradzam, nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale oczekiwania miałam sporo większe.

Wszystkich nas w końcu przechytrzą (Jo Nesbo, Pragnienie)

Byłam spragniona dalszych losów Harry’ego H. od ostatniej kropki Policji, do której dotarłam niemal 4 lata temu. Oczekiwanie było więc długie, a co więcej, po nieco słabszym Synu oraz minipowieściach Krew na śniegu i Więcej krwi, podszyte pewnym niepokojem. Jeśli wy także mieliście swoje wątpliwości co do poziomu jedenastego tomu perypetii norweskiego śledczego, to je porzućcie – Nesbo nie zawodzi. Nie jest Pragnienie najlepszą pod względem intrygi odsłoną serii, ale i nie ma się czego wstydzić. Warto było czekać.

Było tu kilka potencjalnych raf, przede wszystkim szczęśliwy Harry (trzy spokojne lata małżeństwa i wykładania w Wyższej Szkole Policyjnej, której studentem jest teraz także Oleg Fauke). Tę rafę Nesbo sprawnie ominął, kreśląc relację bohatera z Rakel bez nadmiaru cukierkowości. W zamian wyeksponował ich wzajemną nieskrępowaną szczerość. Hole wie, że jego sielanka w każdej chwili może zostać brutalnie przerwana.

I tak też się dzieje, gdy w mieście zaczyna grasować brutalny morderca, namierzający ofiary wśród singielek szukających drugiej  połówki za pośrednictwem Tindera. Mikael Bellman, który ma szansę ze stołka komendanta policji awansować jeszcze wyżej, o ile szybko schwyta błyskawicznie eskalującego zwyrodnialca, ucieka się do szantażu, by uzyskać zgodę Harry’ego na współpracę w śledztwie.

Przyznaję, były w trakcie lektury rzeczy, które mi się zdecydowanie nie podobały. Na szczęście, w ostatecznym rozrachunku pozornie naciągane zbiegi okoliczności znalazły racjonalne wyjaśnienie, niby to wtórne rozwiązania okazały się zmyłkami, a rozwiązanie zagadki zaskoczyło mnie w zdecydowanej większości pozytywnie. Nesbo wciąż to ma. Choć wydaje mi się, że znam już wszystkie jego sztuczki, nadal potrafi mnie przechytrzyć i zaangażować w opowieść tak mocno, że mimo mojej czytelniczej uważności nawet nie spostrzegłam, jak gładko i bezproblemowo (oraz co najmniej dwukrotnie) sprowadził mnie na manowce. To na plus. Oraz wątek Trulsa Brentsena, który zaczął pracę w Wydziale Zabójstw. Poprowadzony ładnie, ciekawie, wbrew oczekiwaniom. Miło, że ta postać ma w końcu swoje pięć minut.
Na minus efekciarstwo, zwłaszcza w końcówce. No i epilog, całkiem według mnie niepotrzebny.

Spotkanie z Jo Nesbo w Teatrze Capitol we Wrocławiu – relacja

W tym roku na Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich miałam niesamowitą atrakcję w postaci okazji posłuchania na żywo najlepszego moim zdaniem z obecnie tworzących autorów kryminałów, czyli Jo Nesbo. Radość moja była tym większa, że zdążyłam już odbyć żałobę po tym spotkaniu, na które szykowałam się od czasu jego ogłoszenia. Nie udało mi się bowiem zarezerwować bezpłatnej wejściówki, a ich ilość była ograniczona pojemnością budynku teatru. W czwartek niepodziewanie okazało się, że moja rehabilitantka wykorzystała swoje dojścia i załatwiła mi wejściówkę:))))) Taka jest kochana! Nie mogłam uwierzyć we własny fart, nawet wtedy, gdy już usiadłam na sali, w dodatku w pierwszym rzędzie za przedstawicielami prasy, a po jakimś czasie na scenie pojawili się autor, tłumaczka (naprawdę podziwiałam jej profesjonalizm, bo Jo udzielał zazwyczaj długich i wielowątkowych odpowiedzi – po angielsku – a jej w tłumaczeniu udało się niczego istotnego nie pominąć) oraz współprowadzący – Irek Grin i Mariusz Bonaszewski (czyta audiobooki Nesbo i – jak pokazały dalsze wypadki, jest jego naprawdę wielkim fanem:).
Najważniejsza wiadomość jest taka, że Harry Hole powróci w marcu 2017 roku.
Poza tym Jo obalił mit o swojej rzekomej niechęci do przebywania z ludźmi – stwierdził, że bardzo lubi spotkania oraz interakcje towarzyskie, ale też lubi mieć możliwość opuszczenia zgromadzenia w dowolnie wybranym przez siebie momencie (dlatego na imprezy w Oslo zawsze jeździ rowerem – nie lubi nawet czekania na taksówkę). Ciekawie opowiadał też o tym, dlaczego zaczął pisać – przede wszystkim dlatego, że dużo czytał, i w pewnym momencie poczuł, że przyszła kolej na jego własną opowieść. Poczucie to, jego zdaniem, miało swoje korzenie także w panującej w jego rodzinie tradycji opowiadania historii przy okazji świątecznych spotkań. Często były to te same historie, które jednak z każdym rokiem morfowały – rzecz zatem była nie w znanej puencie, ale w rozłożeniu akcentów, pominiętych czy dodanych w danej wersji wątkach. A Jo patrzył, słuchał i też chciał być opowiadaczem. Teraz, kiedy pisze, czerpie satysfakcję z popularności i ze świadomości, że ludzie czytają każde napisane przez niego słowo. Ale ważne jest dla niego również przekonanie, że stworzył coś dobrego, które przychodzi z upływem czasu, gdy spogląda na daną powieść z perspektywy i jest z niej zadowolony (porównał się do cieśli, który po latach mija wybudowany dom, a choć aktualni mieszkańcy nie wiedzą, że to on go wybudował, on wie i jest zadowolony z dobrze wykonanej pracy). Zdradził też nieco z tajników swojego warsztatu – podobno ma w mieszkaniu specjalną pracownię, z robionym na zamówienie biurkiem, wielkim monitorem, świetnym sprzętem audio i kolekcją ulubionej muzyki. Pracownia ta jest jedynym miejscem na świecie, gdzie Nesbo nie potrafi napisać ani jednego zdania:) Zwykle po przebudzeniu nie wstaje od razu, ale zostaje w łóżku i planuje, o czym będzie pisał danego dnia (fakt, że nawet wylegiwanie się w łóżku pisarz może uznać za pracę, Nesbo uważa za jedną z większych zalet tego zawodu). Gdy już się z łóżka wygrzebie i dotrze do swojego miejsca pracy – pobliskiej narożnej kafejki – jego stolik jest już więc zwykle zajęty. Mimo to, uprzednio grzecznie zapytawszy o zgodę, przysiada się (Norwegowie są bardzo uprzejmi, więc żaden nie odmawia), po czym siedzi i gapi się na intruza, mrożąc go spojrzeniem, aż go nie wypłoszy:) Wtedy pisze, w słuchawkach wytłumiających hałas i często w kurtce, bo jego stolik stoi przy drzwiach, które stale się otwierają i jest zimno. Lubi też pisać na lotniskach i w pociągach, ma wtedy poczucie, ze nie traci czasu, z tego też względu bywa jedyną osobą, która cieszy się z ogłoszeń o opóźnionych samolotach. W ramach researchu do książek robił już rzeczy niezgodne z prawem, o których z oczywistych względów nie mógł opowiedzieć przed przedawnieniem karalności. Jest zdania, że najlepszym przygotowaniem do pisania jest bezpośrednie doświadczenie rzeczy, o których się pisze, i że różnica pomiędzy takim a czysto książkowym czy internetowym researchem jest wyczuwalna w trakcie lektury. Pracując nad Synem, spędził kilka dni (i noc) w schronisku dla narkomanów, w tym takich, którzy wciąż brali narkotyki i  nimi handlowali. Jednocześnie mocno podkreślał, że, konstruując Holego, chciał, by nałóg był jedynie jedną z jego cech jako człowieka, niezbędną w ocenie Nesbo z punktu widzenia atrakcyjności bohatera piętą Achillesową, ale by go nie definiował i nie był przedstawiony w stereotypowy sposób. W tym kontekście autor wspomniał, że nawet jeśli przy tworzeniu bohatera wykorzystał jakąś cząstkę siebie, to ją wyolbrzymił i wyeksponował, by była niczym kryptonit dla Supermana (który nawet z kryptonitem jest w jego ocenie piekielnie nudny). Na bezpośrednie pytanie Jo (wszyscy zadający pytania z publiczności zwracali się do niego na ty, nie miał nic przeciwko temu) odpowiedział, że w czasach, kiedy jeździł w trasy ze swoim zespołem (rzekomo śpiewał tylko o dziewczynach:), pił sporo, aż pewnego razu po zakończeniu trasy wydarzyło się coś, co uświadomiło mu, że posuwa się w piciu za daleko i musi to zmienić. Po zastanowieniu dodał, że choć nadal pije, to zupełnie inaczej, a naprawdę pijany nie był od dwudziestu lat.
Sporo opowiedział o swoim udziale w Projekcie Szekspir – miał wątpliwości, długo się zastanawiał, a ostatecznie postawił warunek, że jeśli w to wejdzie, to musi dostać Makbeta. Miał zresztą z tym tekstem ciężki orzech do zgryzienia, bo choć docenia u Szekspira poetycki kunszt i psychologię postaci, to nie uważa, by Makbet był idealną fabułą. Element fantastyczny w postaci trzech wiedźm w jego opinii nie pasował do utworu i zaburzał jego harmonię. W swojej wersji Nesbo zostawił tylko fabularny szkielet sztuki, sporo zmienił w życiorysach postaci, a fabułę przeniósł do lat 70. XX wieku, eksponując mroczniejszą stronę tego okresu. Jego Makbet będzie skorumpowanym komendantem Policji, a trzy wiedźmy – trzema bossami narkotykowymi.
Na decyzje dotyczące filmu na podstawie Pierwszego śniegu autor nie miał i nie chciał mieć wpływu, z jednym wyjątkiem – wyboru reżysera. Kilku odrzucił, by zaakceptować Tomasa Alfredsona, znanego m.in. ze Szpiega na podstawie powieści Le Carre. Potem ponoć zadzwonił do niego i kazał mu nie przejmować się za bardzo książką, tylko zrobić dobry film, bo inaczej go zastrzeli:D Poza tym rozbrajająco szczerze oznajmił, że jest bogaty, ale większość forsy w zasadzie się na niego marnuje, bo on potrzebuje jej tylko na dom, podróże, książki i płyty. Nie ma i nie zamierza mieć samochodu, nie interesują go zabawki w stylu jachtów. Z ulubionych autorów wymienił m.in. Twaina (Tom Sawyer i Przygody Hucka  to najważniejsze książki jego dzieciństwa), Schulza, Bukowskiego i Nabokowa, z reżyserów – Scorsese i Coppolę. 
Jak, mam nadzieję, widać z powyższej relacji, Jo Nesbo sprawił bardzo sympatyczne wrażenie, faceta z dystansem i poczuciem humoru, a jednocześnie z ugruntowanymi poglądami na wiele spraw. Cieszę się, że mogłam być dzisiaj na tym spotkaniu:)

Dwie sprawy

1. A POZA TYM UWAŻAM, ŻE WYDAWNICTWO MUZA POWINNO ZOSTAĆ ZNISZCZONE. Z powodu gwałtu na cyklu Pierre’a Lemaitre’a o Camille’u Verhoevenie. Cykl został w Polsce wydany od tomu drugiego, czyli polecanej przeze mnie jakiś czas temu Alex. Oczywista, bez zaznaczania, że jest to druga część cyklu. I już na początku potykamy się w niej o masakryczny, kluczowy fabularnie spoiler finału tomu pierwszego, czyli Koronkowej roboty. Byłam zła już w trakcie pisania poprzedniej notki, ale teraz jestem po prostu wściekła. Bo przeczytałam Koronkową robotę i nawet mimo wiedzy, co będzie, było to niesamowite doświadczenie. Nawet sobie nie wyobrażam, jak świetna byłaby to lektura, gdybym owej wiedzy nie miała. Nie było mi dane tej frajdy doświadczyć, bo wydawca mnie z niej okradł. Im lepsza literatura, tym bardziej karygodna to praktyka. Dlatego postuluję działania wymienione na wstępie. A cykl, który już można czytać we właściwej kolejności, polecam. Została mi jeszcze zamykająca go Ofiara. Jak dotąd żadna powieść autora mnie nie zawiodła, więc i tym razem się tego nie spodziewam.

2. UWAŻAJCIE NA KREW NA ŚNIEGU JO NESBO! TO 167 STRON I LEKTURA NA 2,5 GODZINY. Jeszcze przedwczoraj z radosną ekscytacją zapłaciłam 19,90 za przedpremierowego e-booka. Nowy Nesbo to święto, na które czekam każdego roku od ładnych paru lat. Nie przyszło mi do głowy sprawdzać danych o objętości powieści. Połączenie haseł " nowa powieść" i "Jo Nesbo" powoduje u mnie natychmiastowy odruch bezwarunkowy "kup i czytaj". Po części zatem zapewne sama jestem sobie winna, bo dane te były możliwe do znalezienia, i to nawet w sklepie wydawnictwa. Łowcy głów nie byli dużo dłużsi (224 strony), ale jednak przy takich liczbach 48 stron to niemal 1/4 i robi różnicę. Jasne, długość nie jest najważniejsza, a powieść jest bardzo fajna, oparta na ciekawej intertekstualnej grze z Nędznikami Hugo, przewrotna i, jak to u Nesbo, wciągająca. Oraz w ostatecznym rozrachunku cholerne smutna, bo gość potrafi tak napisać zabójcę do wynajęcia, żeby czytelnik cały czas był po jego stronie i uważał go za w gruncie rzeczy porządnego, zasługującego na szczęśliwe zakończenie, faceta z zasadami. Problem w tym, że nie ma gdzie wziąć rozbiegu, bo jak się człowiek wciągnie, to mu się książka kończy, uwzględniając bowiem przejścia między rozdziałami, czystego tekstu jest jakieś 150 stron. Naprawdę kocham Nesbo, ale nie aż tak, żeby nie uważać ceny 19,90 zł za e-booka tej objętości za rozbój w biały dzień. A cena okładkowa wersji papierowej to 29,90 zł! Kompletny odlot.  Tym bardziej, że to pierwszy tom ponoć gotowej już trylogii, której kolejna odsłona ma się ukazać jesienią, a w ekranizacji pierwszego tomu w roli głównej ma podobno wystąpić Leonardo DiCaprio (informacje pochodzą z angielskiej Wikipedii). Szykuje się prawdziwa wydawnicza żyła złota, ale czy naprawdę nie można było wydać trzech takich króciaków zbiorczo? Przyznam, że jestem zniesmaczona.

It’s alive! Czyli S jak Sprawiedliwość

Żyję, przetrwałam najtrudniejszy i najbardziej stresujący czas w nowej pracy, ale póki nie okrzepnę bardziej, wpisy najprawdopodobniej będą się pojawiać głównie w weekendy. Tyle tytułem wstępu, a teraz szybciutko do naszych baranów, to znaczy – do Syna Jo Nesbo.
Jest to kolejny, po Łowcach głów, literacki eksperyment Norwega. Tym razem jednak porwał się on na bardziej zdecydowane wyjście ze swojej strefy komfortu, o której powiedzieć, że jest ponura i przygnębiająca, to właściwie nic nie powiedzieć.
Postanowił oto dać czytelnikowi historię z choć częściowo szczęśliwym zakończeniem, w której, mimo nałogów, korupcji i przemocy, jest miejsce na miłość oraz swoiście pojętą sprawiedliwość. Epicką wręcz.
Syn jest bowiem historią o mścicielu, który po latach zwątpienia odzyskał wiarę w najważniejszą dla niego osobę (rzecz jasna, mowa o ojcu). Z tej wiary zaczął czerpać siłę do zerwania z wyniszczającym nałogiem, a następnie ruszył szukać winnego i wymierzać sprawiedliwość. Nie powstrzymały go więzienne mury, kompletna nieznajomość współczesnego świata, złe psy ani jeszcze gorsi ludzie. A po drodze znalazł miłość, która pomogła mu znieść prawdę.
W tym miejscu sama zawołałabym rozgłośnie o wiadro, gdyby nie jeden drobiazg. To jest powieść Jo Nesbo. A kiedy Nesbo pisze (nawet poza swoją strefą komfortu), to tak, że choć widzi się różne naciągnięcia prawdopodobieństwa, nie sposób przestać czytać. Jasne, albo się kupi tę konwencję sprawiedliwej wendetty (wówczas łatwiej przymknąć oko na zdecydowaną większość fabularnych cudów, bo przykro mi bardzo, ale nie wszystko można wytłumaczyć tym, że bohater w przeszłości uprawiał zapasy), albo nie (i w takim wypadku nie sposób nie uznać fabuły za naiwną, a wręcz bajkową – w większości, bo zakończenie przynajmniej część braków na niwie prawdopodobieństwa kompensuje).
Jakkolwiek jestem okropną, cyniczną, złośliwą zołzą (co zapewne łatwo można wywnioskować z lektury tego bloga), to do Nesbo mam słabość. I choć ten synowski eksperyment na pewno nie całkiem mu się udał, a już wątek romansowy zwłaszcza, to jednak zdołał po raz kolejny napisać wciągającą opowieść. Bardzo filmową (może aż za bardzo), zaskakującą do samego końca. Mnie na przykład wiele wyrównało umieszczenie w okolicach finału prawdziwej historii Bliźniaka:)
W sumie zatem dostaliśmy pozycję – jak na możliwości autora i na tle jego dotychczasowego dorobku – ledwie ponadprzeciętną. Ale w porównaniu do większości dostępnych na rynku tytułów z tego samego gatunku jest więcej niż dobra i przy delikatnym zawieszeniu niewiary dostarczy wielu godzin znakomitej rozrywki. Przeczytać z pewnością warto.

Za chwilę dalszy ciąg programu

Ostatnio mam straszne urwanie głowy, na czym cierpi częstotliwość blogowych wpisów. Co więcej, od lipca szykują mi się spore zmiany w dziennym rozkładzie jazdy, więc nie wiem, jak blogowanie się będzie kształtowało w trudnym okresie adaptacyjnym.

Solennie jednak obiecuję, że w najbliższych dniach dołożę wszelkich starań, by:

a) zachęcić do oglądania serialowej wersji Fargo, która jak na razie jest dla mnie bezapelacyjnym hitem wśród premier sezonu 2013/14;
b) opisać wrażenia z lektury Syna Nesbo (nie jest to szczyt możliwości autora, ale czyta się znakomicie);
c) to samo zrobić z Alex Lemaitre’a (bardzo pozytywne zaskoczenie, mimo ewidentnej skłonności autora do efekciarstwa);
d) wyjaśnić, dlaczego warto obejrzeć tylko pierwszy sezon Orphan black;
e) porównać pierwszy i drugi sezon Orange is the New Black.

Kolejność realizacji wpisów może ulec zmianie:) Zwłaszcza gdyby czytelnicy wyrazili jakieś konkretne preferencje:D