Sama się zdziwiłam, jak sobie uświadomiłam, że już tak długo. Najtrudniejsze było pierwsze 10 dni:) Ale najwyraźniej już, dużo szybciej, niż miałam nadzieję, zbliża się okres, na który sobie trzeci sezon House’a zakonserwowałam. W charakterze wspomagacza.
Choć, być może, w kwestii zimowej też najtrudniejsze będzie po prostu pierwsze 10 dni, po upływie których przekonam się, że strach ma wielkie oczy. W ogóle jakieś 70% całego mojego problemu ze śniegiem bierze się właśnie ze strachu. Postęp polega na tym, że nauczyłam się uświadamiać sobie ten fakt.Jest to postęp nieduży, ale niwelujący autodestrukcyjny wpływ permanentnego stresu na, jak powiedziałby jeden z moich szamanów, "funkcjonowanie ustroju". Niestety, czerpanie z dobrodziejstw wlasnego rozwoju duchowego blokują mi nieistniejące wcześniej trudności obiektywne – czyli wciąż jednak poważne ograniczenie funkcjonalne prawej nogi. A w warunkach śniegowych nie bedę ryzykowała ciągłego badania przesuwającej się minimalnie acz konsekwentnie granicy możliwości, bo za bardzo się boję.
I możecie sobie myśleć, co chcecie, ale gdyby przez 5 miesięcy każdy ruch był dla Was źródłem niewyobrażalnego bólu, to raczej też byście się bali, że to moźe wrocić. Zatem do wiosny już pewniej na wlasnych nogach nie stanę. Ale i tak stoję dużo pewniej niż jeszcze 6 tygodni temu. I ledwo przestałam dostawać tachykardii na największym skrzyżowaniu po drodze do szkoły, spadł pieprzony śnieg. Halo, zima zaczyna się 22 grudnia:/ No, nieważne. Muszę wziąć się za łby z własnym pustym łbem, co będzie niezła ekwilibrystyką, ale nie odpuszczę. Nie będę przecież sama sobie psychicznego haka podkładała. No. Let it be.