Teoretycznie powinnam się uczyć, ale im bardziej to próbuję robić, tym bardziej dochodzę do wniosku, że w przypadku tego konkretnego egzaminu nie ma to najmniejszego sensu. Niech zaraza padnie na ofiary poronionej reformy edukacji, przez chorobliwy entuzjazm których egzamin z wykładu monograficznego, dotyczącego zasadniczo filozofii, będzie miał formę testu:/ Bo one, te ofiary, TYLKO TESTY UMIEJĄ ROZWIĄZYWAĆ. I jak prof. powiedział, że będzie opisówka (może pomyśleć, jakieś własne zdanie wyrazić etc…), podniósł się krzyk, że TEST I TYLKO TEST.Zaraza, za stara już na to jestem, wybitnie za stara…Mnie to myśleć uczyli. Ale to już chyba jest passé.
W związku z powyższym, choć nie tylko, mam spleen umysłowy. Czuję się, jakbym brnęła pod wiatr. Stąd brak inteligentnych notek w ostatnim czasie. Chwilami sama już nie wiem, o co właściwie mi chodzi:> Liczę na szybkie przebudzenie – może adrenalina przedegzaminowa okaże się jakimś rozwiązaniem. Choć wątpię, bo w tej sesji niczego się specjalnie nie boję.
Szaman w piątek mi wypadł, widać bez tortur ani rusz – od razu popadam w ogólne rozmemłanie. Idę się wziąć.